Fortuna za grosze

17.05.09, 23:31
Fortuna za grosze

katowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/453119.html
01.03.2005

Gliwice za grosze straciły nieruchomości warte miliony złotych. Na obrocie nimi władze miasta pozwoliły zarobić prywatnej firmie, a instytucje, w których zarządach zasiadali miejscowi notable, wzbogaciły się o atrakcyjne budynki.

Jak ustaliliśmy, Polski Bank Nieruchomości ze Złotnik koło Poznania — spółka z kapitałem zakładowym w wysokości 10 tys. zł (!) — zarobił na spekulacji ziemią w Gliwicach ponad 40 mln zł. Bank skupował działki od prywatnych właścicieli, a potem za dużo wyższe sumy odsprzedawał je jednej z sieci hipermarketów, wcześniej wnioskując o zmiany w planie zagospodarowania przestrzennego. W porównaniu z innymi wnioskodawcami zarząd miasta był wobec Banku bardzo przychylny — o zmianach w planie decydował w wyjątkowym pośpiechu.

Na obrocie gliwickimi nieruchomościami skorzystały też m.in.: miejscowa parafia, klub sportowy GKS „Piast” i Towarzystwo Przyjaciół Gliwic. Bez przetargu i za niecały jeden procent wartości wymienione instytucje nabyły prawo do wieczystego użytkowania gruntów. We władzach „Piasta” zasiadali wówczas m.in. zastępca prezydenta Ryszard Trzebuniak, członek zarządu miasta Piotr Wieczorek i radny Stanisław Ogryzek. W zarządzie Towarzystwa działali natomiast zastępcy prezydenta — Andrzej Karasiński i Andrzej Pańczyszyn.
::: Reklama :::

Na trop nieprawidłowości z lat 1999-2003 wpadła Najwyższa Izba Kontroli, ale prezydent miasta Zygmunt Frankiewicz protokołu pokontrolnego nie podpisał i zaczął się odwoływać od ustaleń jej kontrolerów. — Nie zgadzamy się z wynikami tej kontroli w stu procentach — kwituje sprawę rzecznik magistratu Marek Jarzębowski. — Jeśli rzeczywiście dopatrzono się „przekrętów”, to dlaczego nie zgłoszono tego w prokuraturze?

— Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa — zapowiada szef katowickiej delegatury NIK Wojciech Matecki.

Zamiast Gliwic zarabiały wybrane firmy. Wybrane przez zarząd miasta

Do kwietnia 2003 roku, czyli do momentu kiedy gliwicki magistrat wzięła pod lupę Najwyższa Izba Kontroli władze Gliwic prowadziły politykę zbywania nieruchomości preferując wybrane przez siebie podmioty. Miasto nie tylko lekką ręką za bezcen oddawało działki i budynki, nie pobierało należnych opłat, ale też pozwoliło prywatnej firmie na handlu ziemią zarobić miliony.

W 1997 roku skupowaniem nieruchomości w Gliwicach zajął się Polski Bank Nieruchomości. Spółka była zarejestrowana w Złotnikach (woj. wielkopolskie). Jak ustaliliśmy w latach 1996—2000 Bank nie osiągnął żadnego zysku! Łączna strata firmy przekraczała 1 mln zł, a jej kapitał zakładowy w momencie wkroczenia na gliwicki rynek wynosił 10 tys. zł. Bank zaczął jednak skupywać działki i odsprzedawać je jednej z sieci hipermarketów. Wcześniej jednak musiał wnioskować o zmianę planu zagospodarowania przestrzennego. Z ustaleń kontrolerów wynika, że zarząd miasta wnioski Banku rozpatrywał w zadziwiająco szybkim trybie. Zgodnie z analizą wszystkich wniosków złożonych przez osoby prywatne lub podmioty gospodarcze, minimalny czas oczekiwania na rozpatrzenie tego rodzaju wniosków wynosił wówczas ponad rok czasu. Nie działo się tak w przypadku Banku, którego wnioski rozpatrywano od ręki. Nie uwzględniano przy tym obowiązującej procedury. Wiadomo ponadto, że firma kupowała działki, którymi interesowała się sieć hipermarketów. Kupowała je za dużo niższe pieniądze, niż te, które dostawał odsprzedając je hipermarketowi. Poprzez takie spekulacje Gliwice straciły ponad 6 mln zł z powodu braku opłaty planistycznej!

Dlaczego spółka ze Złotnik była tak faworyzowana? Mimo usilnych starań prezydent miasta, Zygmunt Frankiewicz o sprawie nie chciał rozmawiać z nami osobiście. — Bank to nie nasza sprawa — uważa rzecznik magistratu, Marek Jarzębowski.

— Kupował ziemię od prywatnych właścicieli. Obecnym właścicielem tych terenów jest sieć hipermarketów. Oni oddali pieniądze za opłatę planistyczną, i to z nawiązką. Dla nas nie ważne jest kto płaci, byleby gmina miała pieniądze.

Zgodnie z naszymi informacjami Gliwice pozwoliły Bankowi zarobić ponad 40 mln zł. To nie wszystko. Władze preferowały też podmioty, w których same działały. Nieruchomość wartą ponad 925 tys. zł oddano za jeden procent wartości klubowi sportowemu GKS „Piast”. Lokal miał być przeznaczony na prowadzenie działalności wychowawczej, sportowej wśród młodzieży. Kontrolerzy wykazali, że taka działalność prowadzona była tylko na papierze. Jakby tego było mało, część lokalu wynajęto na prowadzenie działalności handlowej. We władzach klubu zasiadał wówczas zastępca prezydenta Ryszard Trzebuniak, członek zarządu miasta Piotr Wieczorek i radny Stanisław Ogryzek. — To było już po mojej rezygnacji z „Piasta” — zapewniał nas Ogryzek, dziś przewodniczący Rady Miejskiej. — Być może klub nie zdążył usunąć mojego nazwiska z rejestru.

Podobny mechanizm zastosowano przy zbyciu nieruchomości na rzecz Towarzystwa Przyjaciół Gliwic, we władzach którego zasiadali zastępcy prezydenta Andrzej Karasiński i Andrzej Pańczyszyn. Bez przetargu na 99,9 proc. wartości (nieruchomość była warta blisko 500 tys. zł) Towarzystwo stało się wieczystym użytkownikiem gruntu i właścicielem budynku. Pomimo, że nieruchomość miała być przeznaczona na niezarobkową działalność kulturalną i oświatową już wkrótce Towarzystwo za 340 tys. zł sprzedało ją prywatnemu przedsiębiorcy. W ciągu trzech lat właściciel nieruchomości nie wnosił z jej tytułu jakichkolwiek opłat, a gliwicki magistrat nie wysłał w tej sprawie żadnych upomnień.

99,9—procentowa bonifikata została również zastosowana w przypadku zbycia działki dla parafii rzymsko—katolickiej. Mimo że teren mógł stanowić odrębną nieruchomość — miał regularny kształt i dostęp do drogi publicznej, został sprzedany parafii... za 22 zł. — Wszystkie decyzje o bonifikacie przechodziły przez Radę Miejską — zapewnia Jarzębowski. — Pozostałe zastrzeżenia to bardziej domniemania kontrolerów, niż fakty.

Przewodniczący Ogryzek podkreśla, że oddanie nieruchomości za bezcen miało dobre intencje. — O innych rzeczach nie wiedziałem — mówi Ogryzek. — Kilka lat temu radni upoważnili zarząd i prezydenta, że we wszystkich sprawach obrotu nieruchomościami o wartości poniżej 200 tys. euro, to oni mają głos decydujący. Radni nie muszą o tym wiedzieć.
Nie muszą też wiedzieć o dużo droższych transakcjach. Jak wykazała kontrola zarząd podjął decyzję o sprzedaży jednej z nieruchomości przy ul. Zwycięstwa bez informowania Rady, mimo że jej wartość grubo przekraczała 200 tys. euro.
Anna Malinowska
Pełna wersja