Zamysliłam się, więc będzie filozoficznie.
Przeżyłam potworne cierpienie, lęk, tęsknotę za śmiercią. Coś z tego lęku
wciąż we mnie tkwi. Cięłam sie raz, trułam dwa. Opuścił mnie ktoś, kogo bardzo
kochałam. I nie widziałam żadnego sensu.
Potem było lepiej - zaglądałam w kalendarz i widziałam kolejne daty: spotkanie
z kimś tam, jakieś zadanie do wykonania, tekst, ilustracje, manifestacja,
zbiórka... to dawało mi siłę. Jeszcze jeden dzień, jeszcze dwa, bo musze coś
załatwić. Wreszcie się udało - żyję. Zakochałam się. Raz, drugi. Dostaje po
czterech literach od zycia, ale zyje.
A teraz nie wiem, jak pomóc przyjacielowi. Martwię się, bo to w końcu mój kumpel.
Co zrobic, by komuś przywrócić sens życia?