swiatlo
12.01.05, 18:38
Oto moja ulubiona anegdota z ulubionej dziedziny humoru uniwersyteckiego:
Pewiem znany profesor jeździł po różnych amerykańskich uniwersytetach na
których jako zaproszony lektor wygłaszał pewien wykład o swojej teorii.
Nie miał jednak prawa jazdy, więc korzystał z usług swojego własnego szofera.
Podczas wykładów, ów szofer nie mając nic innego do roboty siadał zawsze na
końcu auli i słuchał wykładu swojego profesora.
Po jakimś czasie szofer tak się osłuchał z treścią wykładu, że mógł go już
całego wygłosić na pamięć. Pewnego razu, kiedy mieli wygłosić ten wykład na
jakimś kolejnym uniwersytecie, szofer zaproponował profesorowi aby profesor
sobie odpoczął i usiadł z tyłu auli, a to on, szofer, wygłosi sam cały wykład
z pamięci. Żeby przekonać profesora, nawet powtórzył z głowy cały wykład
profesorowi.
Profesor się zgodził i tak się też stało: profesor usiadł sobie wygodnie w
ostatnim rzędzie auli, a szofer stanął przy tablicy i z pamięci zaczął
wygłoszać całą treść znanego sobie odczytu.
Wszystko by poszło bez jakichkolwiek zakłóceń, gdyby nagle na sam koniec
jakiś nadgorliwy student nie wstał i nie zadał pytania o jakiś szczegół z
którym do końca się nie zgadzał albo nie rozumiał.
Na to stojący przy tablicy szofer głośno się roześmiał i zawołał:
- Ha ha, to pytanie jest tak trywialne, że nawet mój szofer który właśnie
siedzi na końcu sali, będzie potrafił na to pytanie odpowiedzieć!