pani.jadzia
24.09.08, 21:21
Wczoraj namówiłam wreszcie swojego męża żeby kupić żyrandol z
kryształów (to co wisi z lampami na suficie), baaardzo drogi (pół
roku zbieraliśmy). Pojechaliśmy do sklepu, kupiliśmy żyrandol, na
skrzydełkach szczęścia popędziliśmy do domu, po drodze kupiliśmy
butelkę koniaku (trzeba nowy zakup...tego tego, no oblać). Siedliśmy
przy stole, najpierw strzeliliśmy po 50, potem powtórzyliśmy,
no i mówię do swojego męża: a może powiesimy od razu ten żyrandol?
No i mąż, z powodu koniaku, lub widząc moje szczęście zgodził się.
Postawiliśmy krzesło, na krzesło mały taboret, mój mąż wspiął się na
tą piramidę, a mi kazał go zabezpieczać. Stoję taka szczęśliwa,
obserwuję jak mój orzeł pod sufitem majstruje (a on był, nie wiem po
co w szerokie bokserki ubrany),przenoszę wzrok niżej, i co ja widzę
z tych sympatycznych bokserek wypadło mu jedno jajeczko, no i ja
taka rozczulona tym widokiem biorę i tak lekko pstryknęłam
paluszkami po tym jajeczku.
Mój tygrys w tej sekundzie jak poleciał w dół z tej estakady wraz z
żyrandolem, który rozbił się całkowicie na małe kawałki, wstaje
szybko i z ostatkami żyrandola w rękach podskakuje do mnie...
myślałam, że mnie zabije, a on mówi:
- Kurde, ale mnie prąd pie...ął, aż do jąder doszło, dobrze, że
nie na śmierć!