Dodaj do ulubionych

Baśnie i legendy

21.03.06, 09:12
"Bajki warmińskie i mazurskie zostały przygotowane do druku przez mgr Halinę
Kurowską, ktora dokonała wyboru materiałów zebranych na terenie. Dązeniem tej
pracy było jak najściślejsze zachowanie wszystkich własciwości fonetycznych,
gramatycznych czy składniowych języka bajek, ale nawet i toku opowiadań."

Wszystkie te baśnie i legendy 'zdygitalizowała' dla Rita, a teraz postaram
się przenieść je na warnijskie forum.
Obserwuj wątek
    • tralala33 'Wybawiona księżniczka' cz. I 21.03.06, 09:14

      "Wybawiona Księzniczka"
      cz.I
      To był jeden chłopak, nazywał się Arnold. I szed lasem, spotkał kila panów, i
      sp'itali sie, co on za jeden je. On opożiedał, że jek 'uni su. I go wzieli z
      sobo, do jech majątku, i 'on musiał koniom gnój w'iwiżicz' co dzień. Tak bylo
      kilka dni. Tak sie oznajmił z tem'i panam'i. 'Oni mu mózili, że w'ijado na
      kilka dn'i precz. Możie wszędzie chodzicz' i 'oglądać wszystko, tlo do
      dwunastej izb'i ni mo chodżicz'. Jek panozie odjechali i ón swojo robote
      zrobził, to zaczoł chodzieć po izbach. To w psierszej b'ili obrazy, w
      drugij 'obleka lo chłopow, w trzeci buło ślebro i zloto, w czworty buła 'obleka
      dla kobzietów, w siąty rewolwery i kulk'i do lodowanio, w szósty flinty i
      gewery, w siódm'i lepszo odzież, do ósmy włoz, to takie jedzenie bylo, że on
      jeszcze na swieczie nie zidział. W dzieziatej mniski i talierze, w dziesząty
      łiżki i taski, w jedenostyj zbonki i wemborki, topory i sziekiery. A do
      dwunasty to w'imiśloł, czi wlesz'cz, czi nie wlesz'cz. 'Od sili wloz. Kiele
      kloca i topora ładna princesa leżala zziojzana, już buła letkiego ledzenia.
      Ale 'una jesz'cze nie mogła, to 'un ji dawał jesz'cz', ale tlo troche i tak
      pare dni. Jek 'una mogła dobrze jeść i dobrze chodzić, to jo wzioł i
      przyprowadziuł do szóstej izb'i, tedy 'on wzioł woreczek, jedła nakład i sobzie
      drugo 'obleke, i 'on'i nowo obleke, i dał ji w ręke, i schował jo w ty izbie.
      A 'un poszed po'oglądał, czi jeszcze pan'i nie przijechali. To prziszed nazad i
      teroz ucziekać.
      cdn
      • tralala33 Re: 'Wybawiona księżniczka' cz. I 21.03.06, 09:14
        czII
        To prziszed nazad i teroz ucziekać.
        Szli onym lasem, to zidzieli, co dwóch sie bzili, to ona go nie chciała
        pisz'cić, ale on poszed 'oboczyć, o co sie oni bzijo. Te chłopy mu pożiedali,
        że 'uni so dwa braczia i 'uni so umarte. 'Uni za żiwa pożiczili sobzie
        pszieniędzy. Ten uboższy od bogatszego brata. I tak umerli, i nie oddali
        sobzie, tak szie óni teraz bzijo. On jem dał pszieniędzy, co szie nie majo
        zięcy bicz'. To 'uni poziedziali, co ich kobziety żyjo i szie też' bzijo za te
        psieniądze. A 'un p'itał, gdzie 'uni so, to 'uni opożiedali, że wiele lasu, w
        takiej małej chatce. 'Oni mu podziękowali za to, co 'ich w'ipłacił. I on
        poszedł do 'ony swojej peincessy. A 'ona płakała i modliła szie za niego. A jak
        Arnold prziszed, to sie rozradowała tego. Podjedli i poszli dalej, i przyszli
        do tej chatki i móziuł, że sie nie majo bzić, on jem zapłaci ten dług. I szli
        dalej.
        cdn

        • tralala33 Re: 'Wybawiona księżniczka' cz. III 21.03.06, 09:15
          cz.III
          Prziszli do jenego mniasteczka i tam zajeli sie do jenego mnieszkania. 'Un
          chodziuł do roboty, a ona dobrze w'isziwać mogła. "Ona rozumniała po francusku
          i po angielsku. Tak tedy szie jeden pon znoloz, to rozumniał to wyszywanie.
          Tedy chciał szie z nio ożenić, a 'ona nie chciała go, ale 'on jo namoział. To
          tedy ona móziuła, prędzyj nie, aż do ojca przyjdzie. 'On przymóził , co jo
          zażieżie do ojca. A to morzem musieli jechać. A ten Arnold móziuł, co swojo
          staro obleke zabaczuł, to szie zebrał i poszed. A oni mnieli czekacz' na niego,
          ale jem buło za długo, to wzieli pojechali. Jek Arnold przyszed, to już jech
          nie buło. To sie chciał utopszić. Wlaz na takie mury i chciał skoknąć w morze.
          Tak przyszed do niego chlop i móziuł, co ni mo sie topsić, a on go prędzej
          zażieźie na to mniejsce niż oni tam będo.
          Tak jek on tam prziszed, to poszed do jenej ubogiej rodziny na kwatere, a tam
          buł taki duży smutek, że tego krola córka luła ukradzona. Jek ten Arnold sie
          w'ispał, na drugi dzień taka wesołość buła, co jeden pan córke przyziós. To ten
          krol mu obziecał to krolestwo dać i mo szie z to córko ożenić. A córka to nie
          chciała, że una móżiuła, że chce duży szlos naprzód postawić i tak go
          w'imalować, jek on ji sie udo. Tak ojciec na to przistał. Jek córka chciała,
          tak dostała. Prędkiem szlos stijał.......

          szlos - zamek z niemieckiego
          • tralala33 Re: 'Wybawiona księżniczka' cz. IV 21.03.06, 09:17
            cz.IV
            Prędkiem szlos stijał. Ze całego świata malarz sie znaloz do w'imalowania, ale
            córka móziła, jek jej sie nie udo, to bedzie stracony ten malorz. A w tym
            szlosu bulo dwanaście pokojów. A za dwanaście dni miał w'imalować. Jek te
            danoście dni przeszli, to corka z ojcem i ten pon poobaczyli. Ale córce sie to
            nie udalo, to znów malorza szukali. To znów malorz sie znaloz. To tyż
            dwanaściedni to miał malować. Za dwanaście dni przyjdo 'obaczyć. Jek dwanoście
            dni prześli, to znów ojciec z to córko przyszed obaczyć. Ale jek oni
            oglądneli,to, to córce sie nie udało, to znow tego malarza stracili. Za pare
            dni znów na świat dali oglosić, że malorz ma sie zgłosić malować szlosu. To
            jeszcze jeden sie znaloz, co już najlepszi z całego świata malować móg. I
            poźiedali mu, co ma malować dwanoście dni. I ten wymalował tak ładnie, tak
            fejn, źie każdemu człoziekoźiu i panoźiu sie udało. Ale jek córka z ojcem
            przyszła obaczyć, to jej sie nie udało. I ten buł stracony. To żoden malorz już
            sie żięciej nie zgłosiuł. To krol już mocno smutny buł, że córce sie nie udalo.
            Tek tedy ten Arnold poszed malować.....
            cdn
            • tralala33 Re: 'Wybawiona księżniczka' cz. V 21.03.06, 09:18
              cz.V
              Tek tedy ten Arnold poszed malować. Ale 'un dał sobżie taką noc zrobzić do
              spania, i 'un jek to wszystko buło zrobzione, to on psierwszy dzień nic ne
              robziuł, tlo społ; tak do dziesięć dni tlo społ. Na jedenasto noc zaczoł
              kreślić po sz'czianach, ale nikomu sie nie udało. To już każdy móził, co on
              jeszcze gorzej będzie poroździerany. A dwunasto noc to przyszed ten chłop, co
              go przyprowadziuł do tego królestwa. I tak w'imalował, jek gdzie ta córka buła
              w tem domnie zbójeckim. I jek ona leżała kiele tego toporu. Ten chlop pożiedał
              Arnoldożiu, że mo sie ukłaść dali deski w to jego łóżko.
              ... Jek będo 'oglądali, to 'ojciec będzie móżiuł: "Corko, takiesz mniała ?" Ta
              córka będzie móziła: "Tak , ojcze!" A ten pon będzie móziuł, co tak buło.
              A 'oni będą dalej szli, to znów będzie ojciec móziuł "Tak córko ?" A ten pon
              będzie móziuł : "Tak wszystko, ojcze, buło !"
              Ale jek wleż'li do dwunostej izbi, to ojciec już omgleje. To żołnierze go
              podnioso, to znów będzie mózić: "Córko, to tak buło ?" A ten pon będzie
              móził: "Tak, ojcze, buło !" A Arnold mo szie odezwacz', że: "jp to zrobżiuł,
              nie on !" To on, ten pon, trzaśnie mnieczem w niego. To tedy go wojsko złapszie
              i zatrzyma go. I tak odszed.
              Na dwunosty dzień przyszed on król i ona córka......

              cdn
              • tralala33 Re: 'Wybawiona księżniczka' cz. VI i ostatnia 21.03.06, 09:19
                cz.VI
                Na dwunosty dzień przyszed on król i ona córka z tym panem oglądać. I tak sie
                wszystko stało, jek tamten chłop móził. Teroz sie córce podobało. Jek tedy
                wojsko go zatrzymało, to musziało go w'iprowadzić. A taki 'obdarty dziad buł.
                To szie p'itoł król, czy to prowda je, co ten dziod jo wybażiuł (wybawił). A
                una odpożiedziała: "Tak ojcze, tak buło!" Tedy szie ojczec pytał, co z tem
                panem zrobzić. Ona móziła, jak ona mniała tak onemu zrobzić. A to buł zbójca od
                tych, co jo zabrali. Ojczec kazał tego Arnolda w królesko obleke obleść, a una
                mu korone wsadziła na głowe. Teraz pozwolił onemu zie żenić z nio, i córka
                przyrzekła, co go chce. To duże wesele buło i to krolestwo dla nego zostało.
                I ja buła na tem weselu, a żionek (wianek) żem mniała z masła, klejd (ubranie)
                z papsieru, a buty z glomzdy (twardego sera). Jakem poszła tancować, żonek sie
                rozlecioł, klejd szie poder. Jakem trępneła (tupneła), buty szie rozlecieli.
                Dwa durki w nosie i skończyło sie.

                Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1951
                (Warmia)
                • rita100 Re: 21.03.06, 10:34
                  Świetne są takie bajeczki i bardzo dobrze, że znalazł się ktoś i spisywał je. W
                  dzisiejszych czasach byśmy już ich nie usłyszeli i nie znali.
                  Czekam na dalsze smile
    • tralala33 Niewybawiona księżniczka 21.03.06, 19:03
      Niewybawiona Księżniczka

      Ona rodackia b'iła z Wałów. To tam pasturz pasł na ty Złotoze, na tych górach.
      To ón im pożiedał, co tam w'ichodzi panna, i ón jem pożiedał, w chtóre niejsce
      óna zawdi prszijdzie prszed południem. Ona zawdi prszisła tam.
      To trszi dziewcaki tam b'iły jedno stare, moze niały po pchietnaście lat, to
      chciały dożiedzieć i obacyć tó panne. Jednego razu w niedziele to posły na
      jagody na te gore i zbżierały jagody, a ino sie oglądały, cy juz nie idzie ta
      panna. Jeden raz to idzie, to niała niebziesko sukienke i bżiało tó bluze, a
      włosy niała ani złote a mocno długie, sięgły ji az za kolana, nie niała
      splecune i'no tak luz, b'iła okryta cała niemi. Jak jo obac'iły, to dostały
      strach i uciekli.
      A jeden pastusz pasał też na tej górze, to przisła do niegó panna, co b'i on
      uc'inił to, co óna mu móżić będzie, to będzie mocno bogati i jego dzieci. Ale
      ón jó musi wziuść na plecy i nieść jó po tich trepach (schody) w tó góre i
      pocałować wszistkie robaki co tam będó lezeli, ale ón tam goło ich nie całował,
      ino bez sznoptuch (chusteczkę) wszistkie pocałował; b'ił i żnije i padalce
      rozmaite robaki, a na ostatniej trepsie siedziała tako duza zaba strasna i tó
      niał pocałować, ale mózi: "Esce i ciebie tu diabli majo ?" To ta panna skoc'iła
      zaraz z jego ranióna i wzieła płakać: "Coście w'i ino uc'in'il'i, esceśie nas
      sto lat potępchili dłużej". Te sto lat musieli tam pokutować dłużej.

      Opowiadała E.Bratka, wieś Jabłonka, pow. Nidzica. 1952 (Mazury)
      Bajka najczęściej związana była z zamkami.
    • tralala33 O parobku w piekle i magicznej fujarce cz. I 21.03.06, 19:04
      O parobku w piekle i magicznej fujarce"
      cz.I
      Jena matka, jena kobzieta mjała syna tylo jenego i go chowała do dwudziestu
      lat. Tak tedy móziła: "Synie, musisz som tero iść na służbe". A tan syn móził
      ji: "Toć kiedy, babo, nie chcesz ma dłużi trzymać, to ja póda" A un był mocno
      mocny, to ta matka razu ne wedziała, co 'un taki mocny je.
      Tak przyszed na jeden majantek sia urządził i mózi do majątkarza, mózi: " Ja
      chce za dzieziuńciu zapłata". A majantkarz móził: "To jo najpierw spryfuja
      (wypróbuje), czi ty to zarobisz". Tak dał majantkarz dzieziać furwerków (wozów)
      zaprzagać, mieli gnój wozić. A 'un sam mniał te fury kłaść i 'un zduz'ił
      (zdążył), bo wziuł wóz za kuniec dyszli uniós go i postaził, gdzie ten gnój buł
      i roz zidłami założił, to fura buła pełna. Tak tedy majantkarz buł w strachu,
      że 'on taki mocarz jes. Tak tedy móził: "Janku, pojedziesz z furo pszen'icy do
      młuna". A 'uni mu nawalili nie pszenicy, tylo fura popsiołu i do tygo młuna go
      posłali. A ten młun to buł zaklęty. Ten majantkarz rachował, jak on tam
      pojedżie, to 'un węcej nie przyjedzie.
      Jek un przyjechał do tego młuna, to ten młun buł zaketowany (zamkniety),
      tak 'un tedy ten młun odder i wszed do tego młuna, to nikoguj nie buło. Tak on
      zaczoł tedy z tego woza ta psianica znosić. Tak on sia dojrzał, że to nie
      pszanica, tylo popsiuł. Tak 'un wziuł ten popsiuł w Łyna... i poszed do
      komory, tam gdzie pszan'ica buła, i nasypał pszanicy, i zapuścił młun, i zaczol
      mlić. Tak jak un mluł, prziszed tan nastarszi pachołek do niego i sia zaczeli
      wadzić, co on tuta nie robz'i. Tak ten parobek złapał tego pachółka i posadził
      go na kamnianie. Jak ten młun chodził i tan tedy sfurnoł z tych kamiani, i
      poszed, i żancy do niego ne przyszed..
      Tak on namluł 'uny pszanicy.....
      cdn
      • tralala33 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz. II 21.03.06, 19:05
        cz.II
        Tak on namluł 'uny pszanicy, i maki przyzióz na tan majantek, i móził, co go
        nie maju na drugi raz głupsić: "Za popsiół wama mąki przyzióz".
        Tek tedy buł Marcin i majątkarz go odpuścił. Jek go majątkarz odpuścił, tak 'on
        poszed na drugi majątek i chciał ta sama zapłata za dzeziunciu, a tan
        majantkarz sia zaczuł z niem handlować, tak tan parobek móził do tego
        majantkarza: "To kiedy nie, to na Marcin cia roz ranko bez dupa rzna". I ten
        majątkarz na to przystał. Tak tedy 'un robziuł ten całi rok, mu robziuł ten
        parobek. To jek Marcin przyszed, tak un chciał swoja zapłata, tak majantkarz
        sobzie na dupa pod buksy podłożył psierzynka, a jek un ranka podniós, to
        psierzynka sfurnuła, i on go trzas bez ta dupa, i go zabziuł. Tak tedy poszed i
        móziuł: "Już ma nicht nie chca w słożba". To tera póda do piekła diabłom
        słuzyć".
        Jek un przyszed do psiekła, tak mu dali sztalowy ancug (ubranie), i te diabły
        do niego mózili: "Jek ty tan ancug podrzesz, to możesz od noju żądać, co tlo
        bańdziesz chcioł, ale mniłości i litości u noju ni ma". Tak mu dali wóz i
        konia, i mo na tam wozie z lasa drzewo wozić i pod tan kesel (kocioł)
        przykładać. Tak jek un pojechał do lasu, nawaluł taka fura drzewa, co tan kóń
        razu nie redził (radził). Tak 'un go wziuł i 'oter (pogłaskał). Jek na nego
        miłosierdze zrobzuł, tak z tygo konia sia zrobziuł tan majantkarz, co go ranko
        przez dupa trzas. Tak tedy tan majantkarz poziedał, jek tuta w psiekle jest.
        Moził :" Tego ancucha ty nigdy nie podrzesz, bo to jest sztalowy, ale idź ty do
        mniasta i kup posiłków, i tedy psiłuj i pucuj go, to ty go tedy przepsiłujesz i
        tedy idź do niech i mów: " Ten ancug już je poderty". Tak tobzie bando obziecać
        faski złota, a ty ne chci tego, tylo ty chcij ten kożuch w keslu omoczić".
        I tan majantkarz zia nazad zrobziuł koniam.....
        cdn
        • tralala33 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz. III 21.03.06, 19:06

          cz.III
          I tan majantkarz zia nazad zrobziuł koniam, i tan parobek poszed do miasta. i
          kupił psiłów, i pilował, i pucował, i za rók sia ten ancug poder. Tak un poszed
          di tych diabłów o zapłata. Tak uni mu obziecali złota fasy, a on nie chcioł. On
          tlo chciał ten kożuch w tam keslu omoczyć. A uni mu nie chcieli dać, tak on
          wziuł sztalowo trzcinko i zaczoł tych diabłó bzić. "Cobyśta mi obziecali
          wszystko, co bande żądał". A uni mózili: "Dajta mu, co tlo un chce". Tak un
          omoczył ten kozuch w tam keslu i poszed swoju drogu, i przyszed na jena zieluna
          łąka, i sie ukłod 'odpoczywać. Tak jek un jeszcze spał, tak przyszed do niego
          jakisz' stary dziodek. Tak ten móził: "Młodzieńcu, przedaj ty mnie te
          ozieczki". A ten młodzience móził: " Toc ja nie ziam, czi to su moje". A ten
          stary dziodek móził: "Ju, to su twoje". To tan młodzieniec móził: "Kiedy to su
          moje, to możecie ich dostać". Ale ten dziadek móził: "Ale co ty za ne
          żiundasz"?. A on mu odpoziedał: "Ja chce takie skrzipki, co jek ja zagram, to
          bańdzie wszystko tańcować". A ten stary dziadek mu móził: "Możesz dostać". "I
          coby mnie na śwecie dobrze szło i po śmierci do nieba bych przyszed". I ten
          stary dziadek mu wszystko obziecał. Tak tedy ten stary dzaidek wziuł te
          ozieczki, a tan młodzieniec wziuł te skrzypki i poszed. Idzie i spotkał jeden
          folwerk, a to był kupsiec i na wozie mioł kasty (skrzynie). Tak un wziuł te
          skrzypki i zaczuł grać, to kuń tańcował i kasty tańcowały, i kupsiec tańcował,
          i wszystko tancowało, aż sia wszystko potłukło.
          Tedy tan kupsiec go wziuł skarżuł. Tak przyszed na sund i go obsundzili na
          śnierć, tak jego przyprowadzili do pozieszanio. Tak go sia pytaju, co on ma
          jeszcze za winsze przed śniercią, a 'un odpoziedał: "Jo bych jeszcze chcioł rod
          na tych skrzypkach zagrać". A te sundowe mu pozwolili, 'un zagrał na tych
          skrzypkach, tak i 'uni sia wszyscy poparowali i zaczeli tak fejn tancować. Jek
          sie natancowali, tak 'un tedy przestał grać. Tak 'un jam móził: "Za ta muzyka
          mam być na śnierć skazany ?". A uni mu odpoziedali: "Nie, to nie może być". Tak
          tedy obsądzili kupca na śnierć, a unego puścili frej. I poszed tedy dali i
          przyszed do jenygo kościoła i kole utorza umer.

          Opowiedział Orłowski
          wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn 1949 (Warmia)
          Legenda gdzie akcja rozgrywa się w Olsztynie .
          • tralala33 Słowniczek? 21.03.06, 19:07
            Rito - przenoszę jedna po jednej baśnie, ale tak sobie myślę - może dobrze by
            było przenieść też słowniczek, tylko osobno, bo przyda się nie tylko do
            bajeczek?
            • rita100 Re: Słowniczek? 21.03.06, 19:24
              Ba, tlo jek to zrobzić ?
              Najlepszy byłby link, taki np.
              republika.pl/zedowice/slownik_ah.html
              Ale to dopiero nasze początki
    • tralala33 Cyrwuna Kapka 21.03.06, 19:10
      Cyrwuna Kapka
      Jena kobita miała dziecko małe, a babke mniała, to w lesie mnieszkała. A ta
      matka oblikała to dziecko w cerwone kapke. I to dziecko nazywali Cyrwuna Kapka.
      Matka dała ji butelke wina i ciastów, i w'isłała do lasa i opowiedziała droge.
      A 'una rozglądała sie po lesie i widziała ładne kwiatki. Jak urywała te kwiatki
      znalaz sie do ni wilk i opoziedał jej, i w'ip'itywał sie ji, gdzie una idzie, a
      una tedy mu opoziedała droge do ji babki. A un posed naprędzy do niej. Jak un
      posed napryndzy do ni, to zakloprował (zastukał), jak zakloprował kole drżi,
      tedy sie upowiedział, że Cerwona Kapka przyszła do babki, by rozstworzyć drzwi,
      i una przyniosła do pokrzepsienia wina i kucha.
      Jak un rozstworzył drzi, zjad babke i sie sam w łoże układ. Jak sie w łoże
      układ i tyż klopfrowała kole drżi, zeby roztwożyła ji babka.
      Jak una roztworzyła i jak przystąpiła do łózka, to zobacyła duze usy, duzy nos
      i pyta sie: " Grusko (babko), cego mas takie duze usy ?" "Cobym cie dobrze
      słysała". "A do cego taki duzy nos?" "Cobym cie dobrze cuła". "A takie duze
      ręce ?" - sie go wyp'itywała, a 'on ji 'odpoziedział : "Bym cie dobrze złapać
      mogła!"
      I un jo złapał i tyz zjad.
      Jak ju zjad zaciągnoł sie furankiem (firanką) i społ tak, aż chrapał. I jegier
      przechodził kele babcinego domu i słyszał takie chrapsienie. I wlaz do ty izby
      i zidział, co wilk w łóżku za furankiem lezy, i un jegier rozerznuł mu bełk (
      rozpruł brzuch). I w'isła Cerwona Kapka i gruska, i tedy nosili kanienie i mu w
      bełk nakładli. I jak un chciał wstać, to nie móg, bo było cinsko. A Cerwona
      Kapka i gruska sie radowali i dziękowali jegroziu, co ich od taki śnierci
      wyretowł.

      Opowiedział Brik, wieś Piecki, pow. Mrągowo, 1950 r (Mazury)
      • tralala33 Żołmierz, Diabeł i Panna cz.I 22.03.06, 18:50
        Jeden żołmierz przysed od wojska, tak ni mnioł żadny roboty. Tak 'un
        móził: "Puda do lasa, może tam robota dostana". Tak prziszed do niego jeden
        chłop, tak tedy móziuł, co ma do niego w służba przyjść. A 'on sia go sp'itał,
        co za służba, tak mózi: "Sietom tal musisz w ty oblece chodzić i sietom lat
        pazurów nie obrzynać, i nie mić , nie spać w psierzynach". Ali ten żołmierz
        odpozieduje: "Musza sie nam'iślić". Tak tedy żołmierz dał na mszo świanto, na
        pacierze - "to może mnie Pon Bóg obroni".
        Tak wzioł przistał do niego - ale psieniandzy bandziesz mniał pełne kieszenie.
        Tak 'un chodzi teroz. Psiańć lot już chodził, to mu sia dało do jeny karczmy
        przyjść na noc. To tan karćmarz móżił, co ma iść do jenej dury tamuj. Tak
        jek 'un prziszed do ty dury, tak buł jeden chłop w ty durze. Tak 'on sia
        p'ita: "A za co ty tutaj siedzisz ? - do tego chłopa, to 'un móził - "To,
        bracie, mniołem dwa trojaki psianiandzy i-m w'ipsił dwa sznapsy (wódki), i-m
        tedy jeden wzioł na borg, tak "on mnie wsadziuł tutaj do ty dury". A 'un
        móził: "Bracie, jek ty mne pomozesz z bziedy, to jo mom trzy córki, to ci jena
        dom". "No, jo" - móził. To przyszed zranek, un go wzioł i wykupsił. Tak
        mózi: "Pódź, bracie, do mnie, to mozesz jena sobzie w'ibrać. Jo tam za trzy dni
        przide"....
        cdn
        • tralala33 Re: Żołmierz, Diabeł i Panna cz.II 22.03.06, 18:51
          cz.II
          Tak za trzy dni prziszed. Ta starszo go 'obejrzała i zaro uciekła. Tak prziszła
          ta drugo, tyż obejrzała i 'uciekła. Tak prziszła ta najmłodszo i go obejrzała
          od góry do dołu: "To jest - mózi - młody chlopak, kieby go tak ogoluł, w'imuł
          go, to by móg b'ić dobri chłop z niego" i mu przirzekła, co sia bandzie z niam
          żanić.
          Tak 'on mnioł psiszczonek (pierścionek), wzioł go, rozłamoł na dwa połowy i
          jena połowe doł ony, a jena polowa ostaził sobzie i móził, za dwa lat 'on tu
          przydzie (bo psiańć lat b'iły juz rom).
          Tak tedy za dwa lata prziszed do ni taki ślachcic. Prziszła ta najstarszo córka
          jego 'obejrzała, tak zara poszła drugi klejd (ubranie) przewłóczyć; ta drugo to
          samo. A (od) ty trzeci najmłodszy to chciał psić, tak 'una prziniosła mu w
          śklonce wodi, jek un ta woda w'ipsiuł, to wpuściuł te pół psiszczonka w
          szklonce, to 'ona 'obaczuła to pół psiszczonka w śklonce, to sobżie pom'islała,
          to jest tan sam. Tak 'una posła po te drugie pół psieszczonka i dotchła, to był
          cali. Tak niz te dwa sziostry prziszły, to 'un już z nio siedział 'obłapsiony,
          to z tego jadu wzieli posły sie oba poziesiły. Tak ten pan prziszed do tego
          ślachcica i móził: "Za jena dusza mam dwa".

          Opowiedział E. Kurowski, wieś Pokrzywy. pow. Olsztyn 1948 (Warmia)

          • rita100 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.I 26.03.06, 21:45
            O parobku w piekle i magicznej fujarce.
            Jena matka, jena kobzita mjała syna tylo jenego i go chowała do dwudziestu lat.
            Tak tedy ,móziła: "Synie, musisz som tero iść na służbe". A tan syn ji
            móził : "Toć kiedy, babo, nie chcesz ma dłużi trzymać, to ja póda". A un był
            mocno mocny, to ta matka razu ne wedziała, co 'un taki mocny je.
            Tak przyszed na jeden majantek, sia urządził i mózi do majątkarza, mózi: "Ja
            chce za dzieziuńcu (dziesięciu) zapłata". A majantkarz móziuł: "To jo najpierw
            spryfuja (wypróbuję), czi ty to zarobisz". Tak dał majantkarz dzeziać furwerków
            (wozów) zaprzągnać, mieli gnój wozić. A 'un sam mniał te fury kłaść i 'un
            zduz'ił, bo wziuł wóz za kuniec dyszli uniós go i postaził, gdzie ten gnój buł
            i roz zidłami załośił, to fura buła pełna. Tak tedy majantkarz buł w strachu,
            że 'on taki mocarz jes. Tak tedy móził: "Janku, pojedziesz z furo pszen'icy do
            młuna". A 'uni mu nawalili nie pszanicy, tylo fura popsiołu i do tygo młuna go
            posłali. A ten młun to buł zaklęty. Ten majantkarz rachował, jak on tam
            pojedżie, to 'un węcej nie przyjedzie.
            Jek un przyjechał do tego młuna, to ten młun buł zaketowany (zamknięty),
            tak 'un tedy ten młun odder i wszed do tego młuna, to nikoguj nie buło. Tak on
            sia dojrzał, że to nie pszanica, tylo popsoił. Tak 'un wziuł ten popsiuł w
            łyna (...) i poszed do komory, tam gdzie pszan'ica buła, i zasypał pszanicy, i
            zapuścił młun, i zaczoł mlić. Tak jak un mluł, prziszed tan nastarszi pachołek
            (parobek) do niego i sia zaczeli wadzić, co on tuta nie robz'i. Tak tan parobek
            złapał tego pachółka i posadził go na kamnienie. Jak ten młun chodził i tan
            tedy sfrunoł z tych kamiani, i poszed, i żancy do niego ne przyszed. Tak on
            namluł 'uny pszanicy, i mąki przyzióz na tan majantek, i móził, co go nie maju
            na drugi raz głupsić: "Za popsiół wama mąki przyzióz".
            Tak tedy buł Marcin i majątkarz go odpuścił.
            cdn
            • rita100 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.I 26.03.06, 21:46
              Idę już spać , bo coś dzisiaj nawalam. Może da się ten wpis wymazać ?
              Albo wyciąć ?
              • tralala33 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.II 01.04.06, 21:00
                Wyciąć? Dlaczemu? Lepsi by dokończyć:
                cz.II
                Tak on namluł 'uny pszanicy, i maki przyzióz na tan majantek, i móził, co go
                nie maju na drugi raz głupsić: "Za popsiół wama mąki przyzióz".
                Tek tedy buł Marcin i majątkarz go odpuścił. Jek go majątkarz odpuścił, tak 'on
                poszed na drugi majątek i chciał ta sama zapłata za dzeziunciu, a tan
                majantkarz sia zaczuł z niem handlować, tak tan parobek móził do tego
                majantkarza: "To kiedy nie, to na Marcin cia roz ranko bez dupa rzna". I ten
                majątkarz na to przystał. Tak tedy 'un robziuł ten całi rok, mu robziuł ten
                parobek. To jek Marcin przyszed, tak un chciał swoja zapłata, tak majantkarz
                sobzie na dupa pod buksy podłożył psierzynka, a jek un ranka podniós, to
                psierzynka sfurnuła, i on go trzas bez ta dupa, i go zabziuł. Tak tedy poszed i
                móziuł: "Już ma nicht nie chca w słożba". To tera póda do piekła diabłom
                słuzyć".
                Jek un przyszed do psiekła, tak mu dali sztalowy ancug (ubranie), i te diabły
                do niego mózili: "Jek ty tan ancug podrzesz, to możesz od noju żądać, co tlo
                bańdziesz chcioł, ale mniłości i litości u noju ni ma". Tak mu dali wóz i
                konia, i mo na tam wozie z lasa drzewo wozić i pod tan kesel (kocioł)
                przykładać. Tak jek un pojechał do lasu, nawaluł taka fura drzewa, co tan kóń
                razu nie redził (radził). Tak 'un go wziuł i 'oter (pogłaskał). Jek na nego
                miłosierdze zrobzuł, tak z tygo konia sia zrobziuł tan majantkarz, co go ranko
                przez dupa trzas. Tak tedy tan majantkarz poziedał, jek tuta w psiekle jest.
                Moził :" Tego ancucha ty nigdy nie podrzesz, bo to jest sztalowy, ale idź ty do
                mniasta i kup posiłków, i tedy psiłuj i pucuj go, to ty go tedy przepsiłujesz i
                tedy idź do niech i mów: " Ten ancug już je poderty". Tak tobzie bando obziecać
                faski złota, a ty ne chci tego, tylo ty chcij ten kożuch w keslu omoczić".
                I tan majantkarz zia nazad zrobziuł koniam.....


                • tralala33 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.III 01.04.06, 21:00
                  cz.III
                  I tan majantkarz zia nazad zrobziuł koniam, i tan parobek poszed do miasta. i
                  kupił psiłów, i pilował, i pucował, i za rók sia ten ancug poder. Tak un poszed
                  di tych diabłów o zapłata. Tak uni mu obziecali złota fasy, a on nie chcioł. On
                  tlo chciał ten kożuch w tam keslu omoczyć. A uni mu nie chcieli dać, tak on
                  wziuł sztalowo trzcinko i zaczoł tych diabłó bzić. "Cobyśta mi obziecali
                  wszystko, co bande żądał". A uni mózili: "Dajta mu, co tlo un chce". Tak un
                  omoczył ten kozuch w tam keslu i poszed swoju drogu, i przyszed na jena zieluna
                  łąka, i sie ukłod 'odpoczywać. Tak jek un jeszcze spał, tak przyszed do niego
                  jakisz' stary dziodek. Tak ten móził: "Młodzieńcu, przedaj ty mnie te
                  ozieczki". A ten młodzience móził: " Toc ja nie ziam, czi to su moje". A ten
                  stary dziodek móził: "Ju, to su twoje". To tan młodzieniec móził: "Kiedy to su
                  moje, to możecie ich dostać". Ale ten dziadek móził: "Ale co ty za ne
                  żiundasz"?. A on mu odpoziedał: "Ja chce takie skrzipki, co jek ja zagram, to
                  bańdzie wszystko tańcować". A ten stary dziadek mu móził: "Możesz dostać". "I
                  coby mnie na śwecie dobrze szło i po śmierci do nieba bych przyszed". I ten
                  stary dziadek mu wszystko obziecał. Tak tedy ten stary dzaidek wziuł te
                  ozieczki, a tan młodzieniec wziuł te skrzypki i poszed. Idzie i spotkał jeden
                  folwerk, a to był kupsiec i na wozie mioł kasty (skrzynie). Tak un wziuł te
                  skrzypki i zaczuł grać, to kuń tańcował i kasty tańcowały, i kupsiec tańcował,
                  i wszystko tancowało, aż sia wszystko potłukło.
                  Tedy tan kupsiec go wziuł skarżuł. Tak przyszed na sund i go obsundzili na
                  śnierć, tak jego przyprowadzili do pozieszanio. Tak go sia pytaju, co on ma
                  jeszcze za winsze przed śniercią, a 'un odpoziedał: "Jo bych jeszcze chcioł rod
                  na tych skrzypkach zagrać". A te sundowe mu pozwolili, 'un zagrał na tych
                  skrzypkach, tak i 'uni sia wszyscy poparowali i zaczeli tak fejn tancować. Jek
                  sie natancowali, tak 'un tedy przestał grać. Tak 'un jam móził: "Za ta muzyka
                  mam być na śnierć skazany ?". A uni mu odpoziedali: "Nie, to nie może być". Tak
                  tedy obsądzili kupca na śnierć, a unego puścili frej. I poszed tedy dali i
                  przyszed do jenygo kościoła i kole utorza umer.

                  Opowiedział Orłowski
                  wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn 1949
                  Legenda gdzie akcja rozgrywa się w Olsztynie .
                  • tralala33 Żołmierz, Diabeł i Panna cz. I 01.04.06, 21:01
                    Żołmierz, Diabeł i Panna cz.I

                    Jeden żołmierz przysed od wojska, tak ni mnioł żadny roboty. Tak 'un
                    móził: "Puda do lasa, może tam robota dostana". Tak prziszed do niego jeden
                    chłop, tak tedy móziuł, co ma do niego w służba przyjść. A 'on sia go sp'itał,
                    co za służba, tak mózi: "Sietom tal musisz w ty oblece chodzić i sietom lat
                    pazurów nie obrzynać, i nie mić , nie spać w psierzynach". Ali ten żołmierz
                    odpozieduje: "Musza sie nam'iślić". Tak tedy żołmierz dał na mszo świanto, na
                    pacierze - "to może mnie Pon Bóg obroni".
                    Tak wzioł przistał do niego - ale psieniandzy bandziesz mniał pełne kieszenie.
                    Tak 'un chodzi teroz. Psiańć lot już chodził, to mu sia dało do jeny karczmy
                    przyjść na noc. To tan karćmarz móżił, co ma iść do jenej dury tamuj. Tak
                    jek 'un prziszed do ty dury, tak buł jeden chłop w ty durze. Tak 'on sia
                    p'ita: "A za co ty tutaj siedzisz ? - do tego chłopa, to 'un móził - "To,
                    bracie, mniołem dwa trojaki psianiandzy i-m w'ipsił dwa sznapsy (wódki), i-m
                    tedy jeden wzioł na borg, tak "on mnie wsadziuł tutaj do ty dury". A 'un
                    móził: "Bracie, jek ty mne pomozesz z bziedy, to jo mom trzy córki, to ci jena
                    dom". "No, jo" - móził. To przyszed zranek, un go wzioł i wykupsił. Tak
                    mózi: "Pódź, bracie, do mnie, to mozesz jena sobzie w'ibrać. Jo tam za trzy dni
                    przide"....

                    • tralala33 Re: Żołmierz, Diabeł i Panna cz. II 01.04.06, 21:02
                      cz.II
                      Tak za trzy dni prziszed. Ta starszo go 'obejrzała i zaro uciekła. Tak prziszła
                      ta drugo, tyż obejrzała i 'uciekła. Tak prziszła ta najmłodszo i go obejrzała
                      od góry do dołu: "To jest - mózi - młody chlopak, kieby go tak ogoluł, w'imuł
                      go, to by móg b'ić dobri chłop z niego" i mu przirzekła, co sia bandzie z niam
                      żanić.
                      Tak 'on mnioł psiszczonek (pierścionek), wzioł go, rozłamoł na dwa połowy i
                      jena połowe doł ony, a jena polowa ostaził sobzie i móził, za dwa lat 'on tu
                      przydzie (bo psiańć lat b'iły juz rom).
                      Tak tedy za dwa lata prziszed do ni taki ślachcic. Prziszła ta najstarszo córka
                      jego 'obejrzała, tak zara poszła drugi klejd (ubranie) przewłóczyć; ta drugo to
                      samo. A (od) ty trzeci najmłodszy to chciał psić, tak 'una prziniosła mu w
                      śklonce wodi, jek un ta woda w'ipsiuł, to wpuściuł te pół psiszczonka w
                      szklonce, to 'ona 'obaczuła to pół psiszczonka w śklonce, to sobżie pom'islała,
                      to jest tan sam. Tak 'una posła po te drugie pół psieszczonka i dotchła, to był
                      cali. Tak niz te dwa sziostry prziszły, to 'un już z nio siedział 'obłapsiony,
                      to z tego jadu wzieli posły sie oba poziesiły. Tak ten pan prziszed do tego
                      ślachcica i móził: "Za jena dusza mam dwa".

                      Opowiedział E. Kurowski, wieś Pokrzywy. pow. Olsztyn 1948
                      • tralala33 O Marach 01.04.06, 21:02
                        "O Marach"
                        Jene ludzie mnieli trzy córy i mnieli gospodarstwo, to musieli zawdy robzić, to
                        im sie rano nie chciało wstać. Jenego razu przyszed do nich jeden pon na noc.
                        I'un poszed do ty komórki spać, gdzie te córki z domu powychodzili. O czwartej
                        godzinie poprzychodzili nazad. I 'uni , sie do siebzie skorżyli: ta jena
                        nastarsza mózi do młodszej: "Ty masz dobrze, bo ty ludzie gnieciesz, ale jo to
                        mom licho, bo ja wode gniote". A ta trzecia mózi: "Ja mam jeszcze gorzej, bo
                        musze kamnienie, konie gnieść i po dekówce (dachówce) do góry musze chodzić i
                        gnieść". I poszli spać. A ten pon wszystko słuchoł.
                        Reno ojciec przyszed ich budzić. 'Uni nie chcieli wstać, tak ten pon wstał i
                        móził ojcożiu, co mo jem dać spać i jek wyśpsio sie , mo jech ochrzcić, i
                        pożiedał, że jego córki so marami.
                        Pożiedajo, że jek dziecioka do chrztu zanioso, i ksiądz sie pyta: "Czego
                        chcesz ?" A potki (ojcowie chrześni) nie odpoziedzo: "Żiary", tlo "Mary", to
                        dzieciok zostanie maro i musi pokutować, bo jest źle ochrzczony.

                        Ta mara, co konie gniecie, to koniom grzywy posplata w warkocze. I jek potem z
                        rena gospodarze wstano od tych koni, to wezno te warkocze kamnieniami
                        poroztłukujo, to tedy te mary majo palce potłuczone i nikt nie źie od czego.
                        Roz ludzie opożiedali, że kiedyś parobki spali w stoni, gdzie konie mary
                        gnietli. To 'uni wzieli batogami konie zbzili. A jenej nocy tak konie znowu
                        jęczeli, to parobek żidział słome leżeć na koniu. Wżioł to słome, rozder i
                        cisnoł przed dźwierze przed stanio. Jek z rena wstali, to przed stanio leżał
                        człożiek rozderty na połowe.

                        Jennego chlopa w Węgoju mara gniotła. Ludzie nie chcieli żierzyć, a ta mara w
                        żigle (igłę) się zmnieniła (bo mara sie w różne rzeczy może zamnienić). To 'un
                        jo w ręku trzymał do samego zrenku i jek sie zmnieniła w cłożieka, to dopsiero
                        poznał, kto jest to maro. To krziczał na nio, żeby sie ochrzciła.

                        Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1952
                        • tralala33 Re: O bajkach 01.04.06, 21:05
                          Tlo Wama poziem, że jak Tralala wsie legendy i bajki do noju przeniesie, to
                          psiankna ksiajżka w nagrode dostanie. I to nie je bajka smile
      • tralala33 O zadawaniu chorób i leczeniu magicznym 01.04.06, 21:14
        O zadawaniu chorób i leczeniu magicznym

        Na zadane choroby ludzie chorowali, to była taka jedna biołka , co czarowała,
        była biedna. Zadała córce Zientarki chorobe.
        Stara Skrzypska tak zadawała choroby, czarownica, jak nie mogła dać komu tego
        diabła, to go swojemu dzieciokowi bodaj dawała. To taki szed do Gierszwałdu w
        1917 r , to tak wrzeszczało kolo krzyża i ksiądz wybażiał (wybawiał). Każdy
        ksiądz nie móg, bo mu diabeł wywrzeszczywał grzechy. Musiał być czysty. Ojciec
        pozieduwał noma (nam), że jak wybazioł tego czorta, to on krzyczał, co cołta
        (bułka) ukrad - "bom był jeszcze głupsi, bom był szurek (mały chłopiec)". Ten
        diobeł mnioł tak wyjść, coby nie zrobił szkody człoziekowi.
        Takich ludzi było gwołt - tylko ksiądz w Gierszwałdzie jech wybaział. Ludzie
        sie boli tych, co zadajali te choroby, jak dali jeść, to zadali. Jak Majewska
        jechała cugiem (pociągiem), to w Morcinkozie na banofie (na dworcu) kobzieta
        poziedała, co ji chłop szed od worty, to w kieszeni mnioł chleb, co go nie
        zjod, i 'obok taka kobzieta przyłączyła sie kiele niego i puściła mu czary do
        tego chleba. T jek przyszed do domu, to móził, co ten chleb ma (jego żona) z
        kieszeni chućko wyjąć i una wyjnoła, i już nie mnioła chleba swojego i zaraz go
        pomkła, a nie mogła go wypluć, i zaraz poczuła bóle, wyschła , jeść nie mogła i
        buła chora. To jechała do sióstr do Wotamborka.

        Opowiadała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1948r
        • tralala33 Re: O zadawaniu chorób i leczeniu magicznym 01.04.06, 21:15
          inne opowiadanie
          Ksiądz kropsił wodka święcona, ta dziewczynka siedemnaście lat miała. W
          Gietrzwałdzie buło dużo utrapsionych. Żeby wypędzać od carta utrapsione ksiądz
          zebroł ludzi. Cało klebanijo pościła, potem poszed, dużo ludzi z modlitwo i
          zaczoł wypędzać. A złu duch tak szudz'ił na księdza, że nie wylezie: "A kiedy
          wylaza, to zaraz w drugiego wlaza". A ona zęby zacisnuła i nie dała polać ty
          święcuny wody. Ale jednak ksiąz sie nie dał na pokoj, tylko dali kropił i
          modlił, i krop'ił. A potem tej dziewczynce szyja sie zrob'iła jak kolano, tak
          spuchła. I on wylaz, ale był taki zły, że zaraz w drugo wlaz.

          Opowiedziała Tomaszewska, wieś Radykajny, pow Olsztyn 1950r
        • tralala33 Re: O zadawaniu chorób i leczeniu magicznym 01.04.06, 21:16
          W Trzcianie to tak! Kotlak (kotlarz) był, on móg czarzyć i zażegnywać. To jak
          czasem tak kto co chorego mniał i poszed do niego, to on zajrzał pod poduszkę i
          słuchał, co krasnoludki mówio, a to był ten Jopek pod poduszko, zły - to go
          Jopek nazywajo. To mu wszystko powiedział, kto go oczarzył i co on ma zrobić,
          żeby go wygoić.
          To wtedy tak musiał wziąść wody święconej i soli i jak on przyjdzie ten isty,
          co go tam ocarzył, wziojść te trzi krzyże zrobić i te sól i wode święcone
          rzucić za nim, to pomoże.

          Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum 1950
      • tralala33 Siedem kruków 01.04.06, 21:17
        Siedem kruków
        Jedan król i królowa nie mnieli dzieci, barzo sia smucili, że tygo szczęścia
        nie mnieli, co dziecka nie mnieli, ale potam doczekali córeczki i 'una królowo
        zmarła. Tedy król sia 'ożeniuł z innu, 'od ty inny mniał kilka synów, siła to
        nie ziem, ale kilka synów. Tedy dorośli une chłopaki, to matka jadoźili
        (gniewała sie), to matka rozgniewano móżiła: "Kiebyśta krukami byli".
        I prędko matka to wymóziła, te syny sie w kruki 'obrócili i bez 'okno
        wyfrunyli. Zasmucili sie wsziscy tam, ale już było za pozno. Jek ta córka
        dorosła, to ju doszło, że 'una bratów mo i że uny krukami su. Chciała ich tedi
        wybaźić. Tedy 'una poszła do jeny czarownicy, co ji wywróżuła, i 'odpowiedała,
        co mo żegowków (pokrzywy) ze smentorza przed słunka wchodano narwać, ususzyć i
        z nich zrobić koszule, ale wtenczas nie mniała nic godać. Jek 'una te koszule
        na tych braciów rozbziuła, to przyjechoł królewicz i mu sie tak bardzo
        spodobała, że ju wziół za żone. Ale 'una do niego nic nie przemawiała. Ji tedy
        una w nocy zawsze jeszcze brukowała (potrzebowała) tych żegawków (pokrzyw), to
        na smentarz chodziuła na nich. W tam razie jek 'una na smentarz szła, to
        zauważyli jej nieprzyjaciele i donieśli królozi, że ma żuna czarownica.
        Nalegali mu, że mniała być spaluna, a buła wrzucona do wieńzienio. Wtenczos
        porodziuła syna, i te bracio przychodziły do 'okna i dopóki słunko nie weszło,
        to byli w postaci człozieka. Jek słunko weszło, to nazod krukami byli. Jek ta
        żuna mnieli spolić tego dnia to wszistek naród zgromadziuł sia. I kiedy 'una
        jechała na karach (taczkach) do spalenio, mniała juz psiańć koszulów udzianych,
        a szósto - brok bylo do ni jenego rankawa. Jek ślazła z tych karów (taczek) do
        spalenio, a te bracia z niu na tych karach jechali, w ty chwili rzuciuła 'una
        te koszule na tych kruków, to sie zrobzili ludziami nazod, i 'una ich
        wybaziuła. A ten jeden, co bez rękowa koszula mniał, to zostało mu skrzidło.
        I 'una opożiedziała królowi, jek te bracia byli zaklęte, i 'una ich wybaziuła.
        Krol sie bardzo ucieszył, że jigo ładno żuna nie była czarownico i ukaroł tych,
        co ju prześladowali.

        Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn – 1951
        • tralala33 Udaremnione wydobycie skarbu w Gietrzwałdzie! 01.04.06, 21:18
          "Udaremnione wydobycie skarbu"

          To sie miało tutoj dzioć, ale za pradziadów.
          Za wszio je taka góra. Jak paśli bydło, to tam była taka dura, to z niej
          czasem, dym szed. Raz przyszed jeden podróżny, jemu powiadali - to 'on
          powiedział, że tam je złoto w ty durze i 'oni mogo mnieć, tylko muszo wsziscy
          iść i ni majo ani podać, ani sia szmiać przy roboczcie, bo kiedy bando sia
          sz'miać, to bogactwa nie dostano. I majo zbźić kasta (skrzynie) , co to złoto
          tam pokłado, i w konie nie majo tego zieźć, tlo w woły, a jek bando zieźć, to
          też nikomu nie można sia szmiać ni godać, ni szia 'oglądać. No i 'oni
          posłuchali go, poszli kopać i znaleźli złoto - było w ty górze. Nakopali pełno
          ta kasta, co to na wozie mnieli, zaprzangli potam sztyry woły bziałe, potam
          wszyscy jo źieźli do Gietrzwałdu.
          A za nimi to szia zawdy coś szniało, słuchać buło sznichy i krzyki, ale 'oni
          szia nie 'oglądali i wszystko sło dobrze. Aż przyjechali do pszierszy chałupy
          we wsi, to 'od razu przyjechał diabeł na koż'le, ale 'on sziedział 'opak i
          trzymał kozła za 'ogon zambam'i, a z ty stary chałupy wyleciała kobzieta i
          zaczeła sia szmiać i wołać do tych ludzi: "Patrzta, tan diabeł jes głupszi,
          bo 'opak na koźle rejtuje", to szia jedni zaczeli sz'niać, a drudzy wołali, co
          majo być cicho. T wtanczas zrobzilo sia ciamno, przyszła gajsto chmura i
          zginuła kasta ze złotam. Wtam któż krzyknął, że jakby sza nikt nie sznioł
          ani 'oglądał, Gietrzwald 'ostałby mniastem, a tak dalej 'ostanie ziosko. Za to
          ludzie ty kobziecie, chtóra wyfrunuła, skóra zbzili i chałupa spalili. Ale
          złoto nie wróciło.

          Opowiedział Hermanowski, wieś Gietrzwałd, pow. Olsztyn 1949r
          • tralala33 Zaklęte pieniundze 01.04.06, 21:20

            Zaklęte pieniundze
            Tu pod Pajtuny to jest góra Żal, to tam zaklęte pieniundze naleźli. Tedy
            ksiundz z procesyju w sztyry woły pojechali po te pieniundze. A tedy ksiundz
            nakazał sie nie 'oglundać. Jek szkrzynia władowali, a potam śli tak wsziscy, a
            diabuł to za niami na kozie jechał i 'ozorem w dupa sia bjuł. Jek to bab'i, to
            szła jena na 'ostatku i sia 'obejrzała i rośniała sie, i 'una skrzynia z
            pieniędzami im nazod poszła tam i z tygo nazywali góra Żalem.

            Opowiedział A.Orłowski, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1950r

            Of, matka znów opozieduwała - na naszam polu na łące, co sia psianiudze paluły.
            To buło w nocy i 'uni zaczeli wrzeszczyć, tak tan ogań zaczoł skakać i ten
            moment sia wziuł wygasł. A matka znów pozieduwała, kieby nic nie wrzeczczeli,
            kielo jaki statek(łódź) wzieli, bot(but) albo piczia (skarpeta) i poszli w tan
            ogań cisneli, i nic nie gadali, to by jakie dwadzieścia psiać centymetrów te
            psianiądze by były pod ziamnio. Ale nic sia nie oglądać nazad. To jek 'uni
            wrzeszczeli, to te psianiudzie poszli głamboku w grunt.
            • tralala33 Zatopiony klasztor 01.04.06, 21:24
              Zatopiony klasztor

              Tam opożiedane jest, co za zupunami (bagnami) jest jeziorko. I tam buł klasztor
              zaginół. I tedy jenego czasu szed chłopak na muzyka do Watemborka i do niego
              sia zbliżyła, i mu 'opożiedziała żeby jo móg wybażić, jeźli wypełni te
              obożiąski, co mu móżiła. Mnioł jo wziąść na bary i zanieść do Watemborka do
              kościoła, ale sia nie ma oględać. I tak daleko jo niós, już przed ołtarzem buł,
              to przyszed psies i stinoł mu czapka z głowy. I w ten raz sia obejrzał, to ta
              siostra mu zginoła, tylko zawołała, że świat jest obłudny i ni mo
              mniłosierdzia. To jeziorko jeszcze istnieje. Tam w tym klasztorze buła
              bezbożność i Pan Bóg tak go skarał, że klasztor zatonoł. Jak teraz sie po tam
              jeziorku botam (łódką) jedzie i jek sia kamnień rzuci w woda, to tak brzaka,
              jakby po dekówkach lecioł.

              Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow, Olsztyn 1951
              • tralala33 O strachach i zjawach 1 01.04.06, 21:25
                O strachach i zjawach
                Jak ktoś umrze we wsi, to robio mu pusta noc, to jest noc przed pogrzebem. To
                ludzie sie zbierajo i śpiewajo, różaniec mówio. Dostano słodkiej kawy pić i
                kucha jesz'ć, tylko trzeba uważać, bo ten zmarły chodzi i każdemu palec macza w
                tasce (filiżance). To każdy wierzy w to i blisko jeden kolo drugiego sziada,
                żebi on tam we środek nie wlaz. Późni, jak go wjozo na smętarz, to go z domu
                w'iwiozo, to trzeba uważać: jak trapno (spotkają) w drodze chłopa, to umrze
                baba, a jak babe, to chłop.
                Noc po temu, to przijdzie do swojej zagrody, zobaczy, jak wszystko wygląda. Jak
                tu umarła jedna nasza sąsiadka, to ona dłuższi czas chodziła straszyć. Miała
                takiego dzieciaka, to dwa lata chodziła straszyć, aż ten dzieciak umar. Póżni
                ona przestała chodzić.

                Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum. 1950r (Powiśle)
                • tralala33 Re: O strachach i zjawach 2 01.04.06, 21:25
                  Nasz znajumek to on miał kamrat. Pomer, za dwa lata, to on przyszed do niego po
                  śmirci w Wielgą Noc. Ten znajumek przyszed z kościoła no i chcioł gazete cytoć.
                  A jego żona poszła do kuchni kawa warzyć i zaskrzypnyły dźwirze, ale cytoł
                  dalej, a on mózi przy dźwirzach: "Ni Franku", a on spojrzy. Stoi ten jego
                  froind w kożuchówce, czapka na głowie, kij w ręku, i on tak godo do niego : "
                  Nic nie czynicie dla duszy mojej, tylem co dobrego czynił, ale jedź ty zara do
                  Bukwałdu do żony mojej i pożiedz ano mojej żonie, żeby oni zięciej sie modlili
                  za mnie". A on zawse woło o woło na żone, bo sie bojoł, a ona przyszła, a on
                  mówi: "Zidzisz ten Kuba stojić". A ona mówi: "Jo nic nie zidze". On obluk sobie
                  kożuch i pojechał do Bukwałdu do żony zmarłego i poziedział ji, co Kuba był u
                  niego i żeby sie modlić za niego, a ona mówiła: "Mój Boże, on jes co dzień u
                  mnie, trzyma mnie za ranke, no i zawsze prosi o modlitwe". No i złożyli sie
                  wszyscy, kupa psieniędzy posłali na dziewiędziesiont mszów świętych. I już
                  więcej nie przyszed. Ten zmarły buł domozny gospodorz, ale bardzo łakomy,
                  w'iz'iskać lubził i w długie wieczory w zime, to on do karczmy..... i tych
                  parobków, to co dzień im wyskubał. Albo grali na psiwo, to on zawsze sie przy
                  nich napsił psiwa, albo 'odegrał im czasem mareczka, albo pu tolera.

                  Opowiedziała Tomaszewska, wieś Redykajny, pow.Olsztyn 1950 (Warmia)
                  • tralala33 Re: O strachach i zjawach 3 01.04.06, 21:26
                    (3)
                    Ja juz sama widziałam, jak smierć przysła. Dziewczyna sie udusiła. To jak matka
                    jej zdychała, to ja była na dworze. Miesiune świecił. Stojałam na rogu,
                    widziałam, jak sła jej córka: białe strefy (pończochy), kruzowata (kręcone
                    włosy), zastukała do pokoju: "Matka idźcie". Te co w izbie byli, nie słyseli.
                    Mnie było strach tam iść; potem mnie mówiono, co umerła.
                    Ja sama to widziałam. Dalibóg, jak Boga kocham, to widziałam. Była taka duża ta
                    dziewcyna.

                    Opowiedziała Brodowska, wieś Orzysz, pow.Pisz 1949r (Mazury)
                    • tralala33 Re: O strachach i zjawach 4 01.04.06, 21:27
                      (4)
                      ..Jak jeden umer nie swoju śnierciu, to potem tak straszyć chodził po śmierci
                      swojej. To b'iło tak: on'i nieli duzo gospodarke, nieli dosyć koni i jednego
                      ogera trszimali sobie. Nieli śtery koni do roboty i jednego ogera, no to tak.
                      No i b'iło we zniwa tak ciepło nib'i teraz, to chciał tego pgera skąpać, ujoł
                      go w lejce i posed do jeziora z nim, tedi wsiad na niego i pływał. Ale buł
                      cieski chłop, to mu sie zdawało, co ogera umęcy, tak wzioł z niego ślaz i wlaz
                      na kanienice, gdzie len moc'ili. Ten oger pływał dookoła, tak leje popuścił.
                      Jak ten oger pływał, pociągnoł za mocno, no i tego dziadka obalił w te kanienie
                      i zabżił. Tak sie stało. W południowe godziny, niż babcia obżiad nas'ikowała,
                      to on wtedy tam skąpał i w ten cas go tin zabżił. Zawdijak płynie, to coraz
                      dalej, coraz dalej. Na obżiad wołać, gruska (dziadka) ni ma, koń pływa sam, to
                      oni do kanienicy poszli, a gruzek(dziadek) gotowy na kanieniach. Potem go zwlók
                      ten oger w te kanienie i ustał sam kole niego. Wtedy go wyciungneli, toć buł
                      pochowany. To potem matka móżiła, co ojciec zawdi chodził po śnierci w to
                      gospodarke po chlewach, tak im przeskadzał, tak im szie stażiał, w oc'i. To
                      potem matka móżiła, co tak przyśniuł sie tej babaci, to potem doredzali sie
                      jedni drugim, cob'i zrobżić, coby nie chodził żiencej. To potem jeździli do
                      katolickiego księdza i ten księdz móżił, co w'ikropsić święconó wodó te chezy
                      (budynki). I tak zrobżili. To prziśnoł sie potem swojej kobżiecie, co ni ma go
                      tak w'iklinać, ino choćb'i jeden kącik mu zostawiła, coby jedno niejsce nie
                      w'ikropsili, ostawili dla niego, coby esce w swoich chizach (budynkach) móg
                      owce stoiwały, tam w chliwie. To ten chliewek tam ostażili, to potem źięcej nie
                      chodził nigdzie, 'ino go potem tam zawdi widywali.
                      A potem ten oger to na przisły rok we zniwa chciał za owteni koniami na pole.
                      Skok bez płot i szie przebżiuł i pożiesił szie. No pad.

                      Opowiedziała N.Galla, wieś Natacz Duża, pow. Nidzica 1950 (Mazury)

                      • tralala33 Re: O strachach i zjawach 5 01.04.06, 21:27
                        5)
                        Jak ja sza z moim mężem brutkaniłam (byłam jego narzeczoną) i w Olsztynie była
                        w'istawa (ausztelung) i cugi (pociągi) nie szli, bylo już późno. Tak in nas
                        furmanku odwióz. Przyjechalim do Kielar, kone zaczno skakać i sarkać. Jeno raz
                        widziałam, trzi czarne chłopy, a tak szia motajo, tak szia bziaduja, licho nama
                        na wóz wleczieli. Mój munż kone bije, co majo ch'ibko lecić. Takiem przejechali
                        bez to mniejsce, ale mówia do mojego bratkana: "Zidziołeś ti to ?" A moja matka
                        tyż żidziała, ażam kawałek przejechali, to dopszeru nama do m'iszli prziszło,
                        co to straszki b'ili. Te trzy panice z tego majantku to sza zastrzelili i po
                        sznierci tam chodzili. Już moj brutkan (narzyczoby) nie odjechał aż z rana, bo
                        mniał strach.

                        Opowiedział A.Jędrzejewski, wieś Nowe Butryny, pow. Olsztyn

                        • tralala33 Re: O strachach i zjawach 6 01.04.06, 21:28
                          (6)
                          A jeden to psiuł duzo. To idzie, idzie, on sie obejrzy: idzie carny cłoziek za
                          nim w postaci carnej; ma kop'ita, 'ogun, to przised do zioski moksutecki i
                          krszicał - to zginęło.
                          A jeden szed ze smentarżu, to psijak psiuł. To jednu raz idzie za nim jeden
                          psies, a ten psies ancug (ubranie) za sobo cięgnie, a ten ancug brżęka i co
                          bliżej żioski to psies żienkszy . Jo..jo....

                          Opowiedział Zabrzeźny, wieś Paprotki. pow Giżycko (Mazury)

                          • tralala33 Re: O strachach i zjawach 7 01.04.06, 21:29
                            7)
                            Jenego razu chłop buł sołtysam, a 'un mniał wszystkam ubogam ludziam psieniądze
                            dać. A 'un nie dał te psieniądze, tlo ich zachował w skrzynka i pod ziamnia
                            zakopał, a potam jek umnierał, to nie móg umrzeć.
                            Ale potam jenoś (jednak) umer. I potam już buł na smantarzu i przyszed potam do
                            tej bziołki w nocy, i w p'isk żnoł, i móziuł do niej, co ma te psieniądze
                            odkopać, i pożiedał, gdzie te psieniądze leżo. 'Una te wszystkie psieniądze ma
                            odkopać i wsziskie dicht (zupełnie) ubogam dać, a sobzie ani fenika ostazić.
                            'Una poszła, te psieniądze 'odkopała i wszistkie psieniądze tam ubogam i sobzie
                            ani fenika nie ostaziła. A na drugo noc już żiancej nie przyszed.

                            Opowiedziała M.Brzozowaska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn (Warmia)
        • tralala33 O kłobuku albo o latańcu 1 01.04.06, 21:31
          O klobuku albo latańcu (1)
          Jak sie dzieciak urodzi i bez chrztu zemrze i zakopio go w domu pod dylami
          (podłogą), to za jaki czas wyjdzie, to woła chrztu. To te iste, co go zakopsio,
          powiedzo: "Bądż mojem latańcem", to 'un jest latańcem i chodzi krasć. A jak to
          dziecko wyjdzie i woła chrztu, a kto go ochrzci imnieniem swięty Jan, czy
          swieta Maria, to to dziecie idzie do nieba. A te iste, co to sobzie urządzili,
          to nie żiedzo o tym, że jest ochrzczony i już sie na latańca nie doczekajo.
          A ten lataniec siedzi w beczce w klonkrach (paździerzach) na gorze przy
          komninie i tam mu muszo jesć dawać. Jajka mu dajo jesć, a jakby mu nie dali
          tego jedzenia, toby sie zemścił i by zapalił. A jak on idzie, i kto źidzi i mu
          sie przeciżla, to go wszami obrzuci, i tych wszów już nie można wygubzić.
          Klobuk może różne rzeczy brać. Ale jak sie krzyże zrobzi od spodu i z żierzchu,
          to 'un nie ma żadnego prawa wziąć. To 'un musi żyjącego człowieka poszukać, co
          mu ten krzyż święty stinie.

          Jenego razu w Węgoju dziewka doiła krowy, to do parobka jenego gospodarza
          przyszed taki mały szurek (chłopiec). Chciał od niego, coby z sobo poszed. 'Un
          mu ten chłopsiec pożiedał, że 'un potrzebuje masła. W jenym mniejscu w drugiej
          ziosce jest dużo masła w beczce, ale na tym maśle jest krziż szwięty i 'un nie
          może wziąć. Ten szurek wzioł stodolne dźwierze i ten parobek wloz na te
          dźwierze i poszli. Jek przyszli na to mniejsce, ten parobek wzioł nożem i z
          żierzchu z masła krziż stinoł. I ten szurek móg tego masła wziąć, siuła chciał,
          i zaniesć matce do domu. A parobka zaniós, skąd go wzioł. Dziewka, ktora
          żidziała, jak ten szurek parobka zabrał na stodolne dźwierze, pożiedziała o tym
          gburożiu. Ten szurek, to buł jego klobuk, ale nie chciał, coby ludzie o tym
          żiedzieli, co 'un go ma. I jek przyszli 'obaczyć, to dźwierze buły już na swoim
          mniejscu w stodole.

          U inego gbura w Purdzie służył parobek. Wracał roz z gburem od zadowki
          i 'obaczyli w ogrodzie ognisko. Parobek doł gburożiu lichtarnio i poszed do
          ogrodu 'obaczyć to ognisko. Gbur wołoł, że to ktoś późno jedzie drogo, parobek
          jednak poszed bliżej i 'baczył w ognisku stojeć szurka z pustym koszyczkiem.
          Chciał go ufycieć, to ognisko z tym chłopcem skoczyło za płot. Parobek skoczył
          za nim i gonił aż pod las. Ogień zginoł, i 'un 'boczył, że stoi przy torfakach
          (dołach) i buty ma pełne wody. To sie wrócił do wsi i wszystko opożiedział.

          Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1950r

          • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 2 01.04.06, 21:32
            2)
            To 'of moja matka pozieduwała, co furał (fruwał) kłobuk i mnioł nospa (worek)
            pszanicy ze sobo. Tak 'uni wołali, co kłobuk furo. Tak jek ni mnioł rady,
            to 'upuścił te pszanice. Jek to pszanice 'upuścił, to smołu cznoł, zo żadne
            zwierzanta żancej te pszanicy nie żerło.
            I do jenego gospodarza przyszed tyż ten kłobuk i machadła (skrzydła) odłożuł na
            struna, i zaczoł tedy zboże draszować (młocić). I jek tego zboża nadraszował,
            tak chciał z tam zbożem furnąć prec; tak on tedy do onych machadłów, a
            machadłów nie buło. Tak tedy na oborze leżoł siwy wół, tak ten kłobuk przyszed
            do tego wołu i móziuł: "Siwy, nie papoj, tylko oddaj machadła, dam ci wór
            psianiandzy". A te machadła to wzioł parobek, a 'un nie ziedzioł, to przyszed
            do wołu, co mu mnioł wół oddać te machadła.

            Opowiedział E.Kurowski, wieś Pokrzywy, pow.Olsztyn 1950r (Warmia)
            • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 3 01.04.06, 21:33
              (3)
              Jenego roku gwołt padało, cały tydzień bez ustanku padał deszcz, aż robactwo
              zaczeło zdychać. Jena kobzieta już swoje robactwo powganiała nad zieczorem i
              już szła żieczerzo warzyć. 'Obaczyła przy domu jeszcze okapsioło kokosz
              chodzić. Zlitowała sie tedy i zabrała jo, i kile psiekarnika ciepłego do kuchni
              posadziła, żeby kokosz obeschła. Poszła do drugi izby. Jak prziszła nazad, to
              patrziła, że z tej kokoszy zrobziła sie fejno kokosz. Pomyślała sobzie: "To jo
              za siła jo będzie mogła zaniesć do chlewa, do drugich kokoszów". Jak poszła
              drugi roz do izby, to kokosz poszła za nio. Gburka zobaczyła, że w izbie kiele
              psieca siedzi fejny koczur. Dostała strach i uciekła do kuchni. Ale wyglądo na
              koczora, bo sie jej udoł, i widzi, a tu liele niego stojo dwa mniechy zboża.
              Zlękła sie jeszcze żięcej i poszła swojego chłopa wołać o porede. 'Un zaburzył
              sie i wszed tedy do izby 'obaczyć to cudo. Ale żidział przy psiecu tlo
              okapsiało kokosz. Zaczoł jojczeć na nio, co mu sklesiła takie bojki. 'Una w
              złości wzieła kokosz pod pache i wyrziuciła jo na droge.
              A to nie buła wcale kokosz, tlo kłobuk abo lotaniec, chtóry znosi ludziom
              żiwność.

              Opowiedziała M.Kesbok, wieś Purda Duża, pow.Olsztyn, 1949 (Warmia)
              • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 4 01.04.06, 21:33
                4)
                Moja matka to pożiadywała: "Raz to buło takie deszczowe pożietrze i tak stojali
                kila kobzietów przed sienio. I przyszed taki kurczak uplazgany. I wlazło do
                jenej kobziety do izby, i zabaczyły potam te kobziety, to co ten kurczak wlaz
                do niej. Aż za pare dni przyszlo jam do myśli, co kurczak do nich sia
                przybłąkał, i myślały, co 'un zdech. Ta kobzieta wtedy zaczeła wymietać spod
                łozów i wokolo w izbie wyprzatać. Tedy ta kobzieta nalazła go pod łożam. I
                mniało gromadka żyta i pszanice.
                Tedy wziali te kurcze i żyto i pszanice wywalili, bo ten kurczak to mniał być
                kłubok. A to sia sprawowało w Dulisza w Kalbornie".

                Opowiedziała J.Brzozowsaka, wieś Purda Duża, pow, Olsztyn 1950 (Warmia)

                • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 4 01.04.06, 21:35
                  5)
                  Jeden człowiek, t'o tam na Winiarach w Kalbornie, to szed 'od pracy do domu, a
                  padało, to pod drogo 'obacził przi drodze kokoszka czarno, to jo wzioł i
                  prziniós do swojej żonki do jizby. 'Ona jego żonka mówi: "Wej, matko, tako
                  kokoszka!".
                  To pierwsza noc, to nie pomiarkowali - nie wiedzieli nic. A na prziszło noc
                  wstali rano 'un do prac'i, buło ciamno, zaświecili, bo mu sia dało spojrzyć, co
                  w kąciku kiele pieca gromadka pszanicy.
                  "Jo, hale" - mówi - "Cziś ty ty kokoszce doł pszanicy, nie ?". Bo na trzecio
                  noc jeszcze wiankszo gromadka pszanicy. Jo. To jo wzieli potam w'ignali precz.
                  To buł kłobuk.
                  Klobuk, to tak powiedali stare ludzie, to tak niby jak porodzi, a przed
                  cziasem - to tak.

                  Opowiedział J.Palmowski, wieś Wygoda, pow.Olsztyn 1949 (Warmia)
                  • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 6 01.04.06, 21:36
                    (6)
                    To przyszła taka czarna kurka, to u Wiklewskiej to b'iło widocznie. To ludzie
                    myśleli, że komu z kosza uciekła, jak na targ szli.
                    Jedna kobieta przygarneła, bo ta kura mokra była, ususzyła i jeść dała, to ta
                    kura siedziała pod łóżkiem i nosiła jej do dómu to gromadke pszenicy, to innego
                    zboża. To ta kobieta wziena drapaki i w'ignała, bo to złe było, to zaraz jej to
                    wszistko zgineło, co ta kura przyniesła.
                    Bo to było tak - co ta kura przyniesła, to ona od drugiego kradła, a ta kobieta
                    była uczciwa. Bo była taka Drajimka, to jej ten lataniec też nosił, ale wtedy
                    dobrze mniała.
                    To nawet byli takie ludzie, co widzieli, jak spod granicy krasnoludki
                    wychodzili i wchodzili, i wszistko jej przyznaszeli. Ale ona mniała i złoto i
                    stebro, ona była bogata. To jest złe, ale z tym złym duchem trzeba w dobrym
                    kontakcie żyć, bo jak on pójdzie, to wszystko, co przyniesie, to weźmie, a ze
                    złosci, to jeszcze wszami obsypie.
                    Mnie to takie stare kobiety powiadali. Praktykujący katolik nie może latańca
                    mnieć, bo dobre ze złem to b'i się nie zgodziło.

                    Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum. (Powiśle)
                    • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 7 01.04.06, 21:37
                      (7)
                      Kłobuk ? O ja dobrze nie wjem (...) C'i to prawda ?
                      Tak stare ludzie gadali, to on tam pszenicy przyniesie. Kołbuk to ma być taki
                      ptak do wron'i (podobny), esce więksy, czarny. On mały, a potem od razu taki
                      duży sie zrobi kołbuk. To ma być bodaj prawda. Tego kołbuka to musi karmić
                      jajkami, najlepiej on lubi jajka smażone i kotlety. Jek sie dobrze jego
                      nakarmi, to on pszenice nosi. On tak bez drzwi nie wychodzi, ino bez komin. Jek
                      sze idzie za nim, to on w jeziora wprowadzi.
                      To u nas tak mówili, co jeden gospodarz mniał tego kołbuka, to ta jego żona go
                      futrowała (karmiła). A ta żona niała służące, ona nała; ona sie tylko zajmowała
                      z tym, to ona raz wyjechała i kazała tej służącej, że nała jajka usmażyć temu
                      kołbukowi. Zaraz na góre pokazała, w jakie mniejsce. Naznaczone mniejsce b'iło,
                      gdzie on zawsze jad. Ona zabron'iła, nie wolno b'iło jej powiedziać, tej
                      służacej, nikomu. Ale tam w tym samym gospodarstwie to słuz'ił taki chłopak. I
                      ona szie trzymała z nim, i ona powiedziała temu chłopokoju, ze ta pani kazała
                      jajka usmażyć i-na góre zanieść, a ten chłopak mówi: "Jakaś ty głupia, lepiej
                      te jajka usmaż nam". Zjedli te jajka razem z to dziewc'ino i poszli do cjlewa i
                      kupe włożyli na ten talerz. I postawili ten talerz na góre temu kołbukow'i na
                      sniadanie.
                      Ale on nie zjad to. Na drugi dzień ta pani przyjechała i jak do gori wlazła na
                      górę, to on jej powiedział, i dlacego ona tak kazała. To on jej tak dał, ze
                      chora b'iła. Tam mówili na kolonji w Malszewie, ne ?

                      Opowiadała H.Materna, wieś Jedwabno, pow.Nidzica, 1949 (Mazury)
                      • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 8 01.04.06, 21:37
                        (8)
                        Kiedyś, kiedyś to powjedywal'i, co tu takie kołobuk'i chodzili w postaci
                        gołąbka, ji kiedi jem kto doł zrić, to przinieśli żita, pszanic'i, grochu na
                        góra.
                        To go futrował (karmił), to mioł szczeście, to mu przinosiuł. To tak
                        pojedywal'i, jakam szurkam był.

                        Opowiedział J.Biernat, wieś Butryny, pow.Olsztyn 1950
                        - szurkam był - młodym chlopcem był
                        • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 9 01.04.06, 21:38
                          (9)
                          Siła lat, jeszcze szurkiem (chlopcem) bułem, tom stojeli na drodze, kilo nas
                          stojało, tom zidzieli, jek ten kołbuk furoł, tam dwa trzy metry od ziami on
                          furloł, to taka drapaka 'ogna i z tego takie skry pryskali i pofur pod Butryny.
                          To 'on buł u Sondra w Budrynach, uni go tam futrowali (karmili) i 'un jem
                          znosił tego wszystkiego dobra, a jek już mnieli dość naznoszonego, tam buło
                          duże bogastwo, tedy go wzieli wygonili, to wziuł im zapaluł całe bogactwo, to
                          wszystko sie spoliło.
                          Kłobuk to taki kurczok kieby beł, to to usiadło kiele drogi i siedziało takie
                          ogapsiałe, to jek kto szed, to wzioł kurczoka z sobo i dał mu tam zryć, to
                          znowu jem nanosił.

                          Opowiedział A.Orłowski, wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn 1950r. (Warmia)
                          • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 10 01.04.06, 21:39
                            (10)
                            U mojej siostry w Gutkowie u susiada, to buło wielkie bogastwo. W jedem pokoju
                            mieli w kupsie psieniądze. A ten swagier mój to zawsze zidział, jak takie
                            światło leciało z takiem ogonem i tam koło tego susiada zgineło. A służąca
                            potem opowiadała mojemu szwagrowi, że kłobuk znosi jem (susiadom). Kłobuk
                            siedzi w fasce (beczce), w psiurach za kominem, a Karolinka - jajecznice co
                            zranek na góra idzie i zaniesie. Kłobuk z jednego gospodarstwa bierze, a
                            drugiem niesie. Klobuków wprzód było dużo, gdzie były bogactwa, to
                            mózili: "Klobuk im nosi".
                            Ludzie widzieli tego kłobuka bez komin isć. Stare ludzie widzieli kłobuków.
                            Okanice zamknięte były u tych ludzi i nie puścili nikogo, takie byli
                            wystraszeni.

                            Opowiedziała Tomaszewska, wieś Redykajny, pow.Olsztyn.
                            • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 11 Fajne :) 01.04.06, 21:40
                              (11)
                              Lataniec, ja tak slisała od starsech ludzi. Tego latańca tom zidziała, on
                              lecioł i tako niotłe za sobo niał, 'i skri furali, i do tego budinku, co on tam
                              nosi, posed, tam on zaniós co. Ja b'i nie chciała od niego nic. Kto sie chciał
                              dorobzieć, chciał b'ić bogati, to mu tam, to mu zboza bodaj nanosił - to
                              musiał z tich księgów w'ic'itać - to b'ili carolskie księgi, to mu tam
                              naskwarzil'i, cob'i sie najad, dobrze go obchodzil'i. bo jak sie źle
                              (obchodzili), to im kręgi postrącał. Uz tera tak nie poziediwal'i, tlo
                              kiedajse, ale zidzieć tom zidziała, furał tak, 'i skri furali z tyłku, i tam
                              sie skr'ił.

                              Opowiedziała Jóźwiakowa, wieś Babięta, pow.Mrągowo, 1952r. (Mazury)
                              Rita napsisała:
                              Tralala - fajny humor w tym zdaniu smile
                              "Furał tak, 'i skri furali z tyłku, i tam sie skr'ił."
                              Tłumacze po swojemu - tak fruwał, że iskry fruwały z tyłeczka gdzie się skrył.
                              Więc gdzie się ten lataniec się skrył ? wink))))
                              • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 12 01.04.06, 21:40
                                12)
                                Jak sie dawniej ludzie zeszli i bawili sie w kręgiel, to czasem taki ptak
                                leciał, co za sobo prowadził płomień ognia, to mówili: lataniec. To 'un mniał
                                siedzibe u jakiego gospodarza. To un mu znosił, i ten gospodarz buł w dobrym
                                położeniu. Jak młodzi ludzie go nie chcieli i go wygnali, to jemu tedy
                                nieszczęscie sprowadził i spalił budowle. Ten lataniec mniał być w postaci
                                kruka abo wrony.
                                Po francuskiej wojnie, jak przyszed urząd niemniecki, to śmieli sie, że
                                wszystkie strachy pogineli, bo ta policja wszystkie latańce powystrzelała.

                                Opowiedział A.Falkowski, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1948r.
                                • tralala33 Re: O kłobuku albo o latańcu 01.04.06, 21:42
                                  I tlo eszcze Rita nama napsisała
                                  Były to opowiadania o kłobuku, kołbuku albo latańcu. Jest to istota demoniczna,
                                  przybierająca w wyobrażeniach ludu postaci kury, ognia itp. Kołbukami
                                  interesowano si w XVIII wieku. Lud wyobrażał sobie kłobuki jako rodzaj złych
                                  duchów, ktore pod postacią smoków ognistych unoszą sie w powietrzu, a opiekunom
                                  swym i czcicielom przynoszą skarby. Za wyrządzoną krzywdę podpalają domy i
                                  sprowadzają różne nieszczęścia.
          • tralala33 Sezamie otwórz się 1 01.04.06, 22:03
            Sezamie , otwórz się
            (1)
            W jenej wsi to było dwa bratów, jedan był bogiaty, jeden bhidny, to bogaty
            przysed raz pozycać macki, takiej niarki, a ten bogac to myśli, co un bedzie
            nierżył ? To niodem (posmarował). A ten ubogi to posed raz do lasa i tam
            natrasił zbójników, jek te zbójniki mózili: "Sezamnie, Sezamnie, "otwórz się!".
            Jek un , toten brat, stał w tej skryjówce, to wtedi słysał, jek ten zbójnik
            mówił. Jak te zbójnik'i odeszli, tak wtedi słysał, jek ten zbójnik móził, i sie
            mu otworżiło, i tam nabrał gromade pjeniędzy i przysed do domu. Jak nierżał tą
            macką, to przilnoł hieden pieniundz do dna.
            Bogac namawia brata, co by un powiedział, z kielo on ma i co. I ten tyz posed
            tamten bogiaty, i wtedi mu sie otworzyło, a jek niał wyjść, jek niał mózić
            zabacył, wtedy znów ta zona sie klopotała, i tego 'owtego brata w prośbe, co ma
            iść go sukać i ten posed, a ten zisiał tam, poziesili go zbójce. Ten zbójca
            chciał ziedziec, z jakiej to wsi i co za jeden, tak wtedi przyjechali do tej
            wsi i wtedy sie wyziedzieli, co to za jeden był. I przyjechał drugie raz ten
            zbójca, w kłodach (beczkach) te zbójniki niał i nieli ten dom w'itracić. I
            móził, co to ze smołą przyjechał.
            A ten nastarsy zbójca posed do tych białków doizby i tam spał. A ta pani niała
            tako rozumną dziwkie, i do tej pani mózi: "Pani mi nawarzi ukropu, to ja sie
            dośwacce (sprawdze), co w tych kłodach jest". I opsła do tych klodów i
            zawołała: "Kto tam ?"
            I ten pyta: "cy juz?" - "Esce nie, ale zaroz!" I 'ona tym ukropem ich parzyła,
            a tymu nastarsymu zbójnikoziu tyz go straciła ta dziwka. To wsi.

            Opowiedziała Trojanka, wieś Łubki, pow. Pisz 1950r (Mazury)

            • tralala33 Re: Sezamie otwórz się 2 01.04.06, 22:04
              (2)
              B'ili dwa brati. jeden b'ił bogati, drugi b'ił ubogi. Ten ubogi to buł siewc, a
              ten brat tego , to mniał dużo pieniędzi. Poz'ic'ił od brata ziertel (ćwiartkę)
              do tech pchieniędzi mierzania. Ten brat wzioł pachu na dno wlepsiuł i chciał
              wiedzieć, co ten brat będzie mjerzał. I te psieniądze sie wlepchiłi na dno,
              i 'on ten ziertel oddał nazad. I ten brat żiedział, ze on te psieniądze tym
              mnierzał, i 'on poszed podsłuchać tego brata, co 'uni w domu gadajo. A ten brat
              móziuł do swojej żon'i: "Tam jest tako gora i w tej górze je pełno
              pchieniendzi". Un mózouł: "Zamzel-góro, roztwórz sie!"
              To ona sie otworziła, a jak móziuł: "Zamzielgóro, zamknij sie !" to sie zamkła.
              I ten siewc posied do tej góri i mozi: "Zamzelgóro, otwórz się!". I z tej
              radosci nagarnoł sobzie dużo tech psieniędzi, i z tej radości zaboc'ił, co ona
              na sie otworzyć ta góra i un ostał w tech psieniądzach siedzieć, i jesce
              dzisiaj siedzi, kiedi nie zdech. Ón tam siedzi, w tech psieniądzach - grzebzie.

              Opowiedział Gutkowski, wieś Zezuty - 1949 (?)

              Oto dwie wersje słynnej bajki "Sezamie otwórz sie" z baśni 1001 nocy, wątek
              rozpowszechniony w całej Polsce.
              • tralala33 O rybaku i o rybnym królu 01.04.06, 22:05
                O rybaku i o rybnym królu

                Rybak rib'i łapał i nie móg złapać. I jesca ostatni raz posed do jakiś
                kobziety, co mu cary jakieś poziedziała, i załoz'ił jesce raz. W'izucił jesce
                raz swoje szieczie i jak sz'cziungnół je nazad, to niał pełno ribów i tego
                króla. Teraz azioł ten król go proszicz' tego ribaka, co by go pusz'cziuł, on
                mu nagrodzi, tyle ribów złapsie, co bedzie zawda zadowolóny.
                Ten ribak zniłował szie nad tym królem i pusz'cziuł go nazad w wode, i
                w'irzucził znowu swoje szieczie, dalej ribu łapacz'. Jek sz'cziungnął, znowu
                pełne szieczie. I to tak sło dłussy cas, zawdi pełne szieczie. Ten król mu
                nagrodził za to, co go puszcził i ten ribak szie zrobził taki chciwy, co cym
                żięcy miał, tym żięcy chciał. I nie wyrzucziuł ino raz sziecz', ino pare razy,
                i nałapał tile ribów, aż mu szie bóta (łódka) zatopsziła. Teraz go niał ten
                ribny król w moc'i i żięcy go na szwiat nie pusz'cził.
                Na przestroge tymu rybnymi królożi, co by żięcy nie robziuł tak jak z tymi
                rybakiem, zrobzili z drzewa takiego innego krola, wsadzili w dziob koło,
                użiuzali na gruby łańcuch i prszipszieli kole mostu na znak. co ten ma w wodzie
                żidzieć, co z nim szie moze tez tak stać, jak go drugi raz złapsziu.
                To bez to tamoj ten król na łańcuchu jes.

                Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka pow. Nidzica 1949
                (Mazury)
                • rita100 Re: O rybaku i o rybnym królu 02.04.06, 19:52
                  Dobrze Ci idzie Tralala - widzisz ile w nich jest gwary mazurskiej smile
                  • tralala33 O Miernikach 03.04.06, 20:49
                    O Miernikach

                    Wieczorami jak mieszkańcy wyjdo po robocie sobie ma dwór, na wypoczynek letnią
                    porą i w jesieni, tak przed domami sobie siedzą i godajo, to furają sentopesze,
                    sow'i krzicą, to znaczi że wróżo, że ktoś we wsi umrze; a z daleka to pózniej
                    widać światełka, takie lampki, to są te mierniki, które granice odmierzali za
                    dobro łapówko i teraz po śmierci muszo chodzić i odpokutować. Wnet przychodzo
                    aż pod okno, do chat dochodzo i słuchać czasami w nocy, jak kety brząkajo.
                    -kety brzakają ( łańcuchy dzwonią)

                    Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum – 1950 (Powiśle)

                    Kieby kłobuk znosze Ritowe bajki i nagrody czekam - tlo nie kluski pszanne mi w
                    głowie jeno ksiajżka smile
                    • tralala33 O Farimajerach (wolnomularzach) 1 03.04.06, 20:49
                      O Frajmajerach (wolnomularzach)
                      (1)
                      Kiedaj po wojnie światowej były rozparcelowane majątki kiele Purdy : Prejłowo,
                      Wały, Pajtuny, Patryki. To wtedy tak pożiadywane jest, co tu najżancej dwunasta
                      godzina w nocy, to bułu słuchać, jek kareta jeżdziuła, do pół wsi zajechało i
                      zgineło. Dąbrowska jek służuła w Pejtunach, to opożiedała, że jek państwo
                      wyjechali z gościny do domu, to na obore (podwórze) zajechała kareta, to jek
                      wylecieli te izbetne (pokojówki), to nikogo nie buło, dopsiero za trzeciam
                      razam jek zajechała, to zajechali panstwo z powrotem do domu.
                      W Prejłozie buł jeden pon, nazywał sia Baldoł. To jek robotnicy nie mnieli drew
                      suchych i poszli kraść do lasa, a pana nie buło w domu, i w tan czas jek
                      zrzynali drzewo, to stojał pon kiele nich i chłopy sie polękli i pouciekali. To
                      buła jego druga postać.
                      Małgorzata Sztefanska z Ników kiele Olstyna służuła w Silicach i ten pon też
                      mniał drugo postać. To szła drogo bez las i żidziała pana, a do niego niosła
                      cajtunek (gazetę), co jej dał poctowy. I 'una tamu panu oddała ten cajtunek w
                      lesie. I jo strach objoł, bo patrzuł tak jakby oczów nie mniał. I zaczeła
                      uciekać do domu, to tan pan prawdziwy siedział w domu, a gazeta leżała przed
                      nim. A una prandko leciała i 'un ni móg przed nio być.
                      Ludzie poziadujo, co jek taki pon zaprzedał dusza diabłożiu, to mniał swojo
                      krwio podpisać, wleżć w grób i podeptać różaniec, i wyrzec sia wszystkich
                      świantych. To 'un dostał drugo postać i niczego mu nie brakowało.
                      Taki do kościoła nie chodziuł, tlo szudziuł, bluźniuł z kościoła, ale nikomu
                      krzywdy nie zrobziuł.

                      Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1950
                      • tralala33 Re: O Farimajerach (wolnomularzach) 2 03.04.06, 20:50
                        (2)
                        W Małich Patrikach w majantku - to sia ten pan naz'iwał Łaskawy (...). To 'uni
                        nie mnieli prawa niegdzie ich pochować. To potam go wzieli do swojego lasku
                        schowali. Potam w szklannam żarku (trumnie), a na wierzchu buł, nie zakopany w
                        chłodzie. Potam sie jeden taki naloz, co poszed, to go zewluk tak, jak go matka
                        porodziła i strzelba mniał wele siebie, wszistko. Wszistko wzioł, co go nago
                        zostawił dycht. Potam poszła jego żona zobaczyć, to go zalazła nagiego. 'Uni
                        potam jak go wzieli od tych frajmaurów (wolnomularzy), to buł spalon'i na
                        popiół 'i w takam garku buł przyniesiony.
                        Majantek Klewki, Bandi, Stari Olsztin - to buł frajmajer - Prejłowo, Rożnowo
                        to b'il'i wszistko te frajmaury. Potam jak ten Itler nastał, to wszistk'ich
                        pokasował.

                        Opowiedział J.Palmowski, wieś Wygoda, pow. Olsztyn 1950 (Warmia)
                        • tralala33 Re: O Farimajerach (wolnomularzach) 3 03.04.06, 20:50
                          (3)
                          Moj ojciec sie naz'iwo Mn'ichoł, i un musioł wachować dwanoście umerlich. To co
                          noc, jek on siedzioł, to zawdi burdało (stras'iło go). A on siedzioł, zapaluł
                          fejfkie, a o dwunosti godzinie, to stali wstawać. To 'un w'ipsiuł kilich
                          gorzałki, i stał pokoliju kład jech nazad w jech grob'i. I sie połoz'ił w
                          swoje łózko w zad i leżał. A uni go w'iwołali i z tym łózkiem sodome ś nim
                          robz'ili, a un lezoł. A jek uz redi ni móg sobie dać, to wstoł i przynius taki
                          duz'i, zielgi giarniec z goruncu wodu. Ustał kole tego garca i tedi
                          mówił: "Norek, twoja skóra, a mój worek". To chtóry tedi wstał i chciał mu
                          psote robzić, to un go złapoł i rzuciuł go w tyn ukrop. To tak wszistkich, aż
                          dwunastu. A to b'iło tak'i duz'i dwór, to buł tak'i sklep (loch) , ze tam sie
                          te umarłe staziali. Yakie tam b'ili takie stazianie (...), ze po ziemnie
                          musieli chodzić takie frejnejri (Freiherr), ze on'i sie katoziu (diabłoziu)
                          podpisali. Teras uni nie mogli do swego pokoja (spokoju) prziść. To musioł sie
                          taki cłoziek stazić, co jech z tego śwata w'ibaził. A jek on co robziuł z nimi,
                          to nad każdym musioł tak mózić to słowo. I 'un ziedział rozmajite
                          przieprosik'i, cob'i un'i b'ili przijęte, bo mocno chodzili i stras'ili. Jek
                          uni juz widzieli, co uz jich nie b'iło na tem śwecie, co uz nie stras'ili, to
                          dostoł za to duzo nagrode. To wsio.

                          Opowiedział Klos, Mrągowo 1950 (Mazury)
                          • tralala33 Re: O Farimajerach (wolnomularzach) 4 03.04.06, 20:51
                            (4)
                            W Kwidzynie była taka loża, tam frajmaury byli, to tam móg sie iść zapisać, to
                            tam strasznie było, musi się za żiwka w trume się położyć, a później z
                            zamkniętymi oczami łapać, co tam na talerzach stało: to tutaj złoto, to tutaj
                            srebro i tam potem fenigi i trojaki. To temu , kto się dał tam zapisać, to mu
                            się dobrze wiodło, to mniał dużo pieniędzy, co rok musiał dom wybudować. A jak
                            on by się chciał nawrócić, bo on był temu czernemu podpisany, to znaczi, że oni
                            w tej loży zatrzimali jego fotograwkie. A jak on się chciał nawracać, to ta
                            fotograwka się robieła mokra, się pociła i oni takie jigłe mnieli i kłuli i ten
                            człowiek nagło śmiercio umar.
                            To jak on tak gdzie wyjechał a wracał, to najpierw konie zajechali przed ten
                            dom, konie i bryka, a jak wyszed z domu chto, to nic nie było, aż za drugim
                            razem, to wtedy on wrócił. Ale on to też wiedział ten frajmauer, to uż on mówił
                            zaraz, co pierszy raz nie majo wstawać mu tam otwarzać zaraz, eno za drugim
                            razem.

                            Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum 1951 (Powiśle)
                            • tralala33 Re: O Farimajerach (wolnomularzach) 5 03.04.06, 20:51
                              (5)
                              W Osziekowe to b'iło, za tako mamke tam b'iła, sietimdziesiąt i dwa lata
                              babczia tamuj słożiła u tich panstwa, u dziedziców, u nas muh'ili hierszaft
                              (państwo). O dwunastej godzinie słiszeli, że karetka zajechała kiele rondelu
                              (takie okrungłe tamuj, takie róże b'il'i). Te posługaczki, co tam b'ili te
                              państwo, poszli przyjmować, w'idżieli, że nic nie b'iło, tilko słiszeli, że
                              karetka jechała, od strachu drzwi zamkli i poucziekali, cziekali na panstwa, aż
                              oni przyjechali.
                              Naprawde oni ne mówili nic. I ten pan i'le raz'i w podróz'i w'ijechał, to
                              szie okaz'iwał w tej gospodarce w polu w postaczi.
                              Babczia powjediwała, ale juz nie pamiętam, jak b'iło. Mama mówiła, że to
                              postacz' b'iła. I wjeczrami jek chodżili, to babczia powjedywała, okaz'iwało
                              szie im na drodze, prszeważnie na krziżówkach (krziżowe drogi) ps'i i nieraz
                              takie ludzie, menczizn'i bez głow'i, menszcz'izn'i bez głów.

                              Opowiedziała M.Bogdan, Nidzica 1950 (Mazury)

                              W grupie opowiadań bedacych echem istnienia lóż wolnomularskich na terenie Prus
                              Wschodnich między innymi występuje motyw magicznego zabójstwa znany w folklorze.
            • tralala33 Jaworowy kijek 03.04.06, 20:53
              Jaworowy kijek
              Buł król, co niał śtiri dzieci, trszi s'in'i i jedno córke i sad duz'i niał, i
              zieprsza duzygo. To sie zawdi w'ikopał z chlewa i posed do sadu rić. To tedi
              te s'in'i psilowali. To najpierw ten stars'i psilował, to usnuł i ten zieprsz
              porił. Drugo noc to tyn psilował, a trszeciu noc to tedi syn trszeci, to buł
              głupsi, to go za głupsiego nieli. I tyn nie usnuł i ten zieprszek nie porił.
              Krol ryno wstał, to sie ciesził, co dobrże psilował. To te s'in'i b'ili złe
              na niego, co król sie ciesził, i wzieli go zabzili i w tym sadzie go zakopali,
              i jeworow'i kijek wsadzili na mogiłe.
              I tyn kijek ros, a za tym sadem pastusek pas, no ji chciał uciunć ten kijek,
              ale rodzice na niego, co nie ma urżinać, bo król go straci, kiedi on urżnie. Ji
              un nie utrwał (wytrwał), urżnuł ten kijek i zrobziuł sobzie psiskałke taką, i
              tedi grał.

              "Pomału pasteńku dunz'ij,
              bo tyn jeworowi kijek
              na m'im sircu cinz'i.
              Stars'ić mnie brat zabziuł,
              a młods'i pod kierz (krzak) skrił
              za onego zieprszuleckia,
              co w sadecku rił ".

              Król usłisał, to tygo chłopca wołał do sie. Tyn chłopsiec niał strach do niego
              prsziść, bo mówili, co go straci. To tedi król wziuł to psiscałkie:

              "Pomału pasteńku dunz'ij,
              bo tyn jeworowi kijek
              na m'im sircu cinz'i " itd.

              a potym matkia

              "Pomału pasteńku dunz'ij" itd.

              Teraz ten stars'i brat musiał wziuńć:

              "Pomału bracisku dunz'ij,
              bo tyn jeworowi kijek
              na m'im sircu cinz'i,
              tyściez to mnie zabziuł,
              a młods'i pod kierz skrił
              za unego zieprszuleckia
              co w sadecku rił ".

              Teraz tygo chłopaka król wziuł do sie, a jigo 'odkopali i pochowali. A tygo
              chłopca z tu córku 'ozenił ten krol i nieli go za swygo.

              Zapisano we wsi Odoje, pow. Pisz - 1950 (Mazury)
              Baśń też zapisana na Mazurach przez Toeppena.


              • tralala33 Nawrócony cz. 1 03.04.06, 20:53
                Ale to takie zbojectwo. Jeden rzeźnik szed na jermark, a 'on daleko mniał i
                zabłądziuł tó droge, i napotkał jednego jegera (myśliwy) i szie mu skłoniuł : "
                Guten tag" - mowi - b'i pan jeger mi droge pedzioł. Jo tu dziesięć lat temu
                szed tó drogo i za dziesięć lat to na ten jermark nie trafie. Jeger
                mówił: "Pódźcie, ja was zaprowadze, ja to droge znam na mark (rynek)".
                I kawał odeszli.
                To było w lesie, i ten jeger go wziół, go fycił, 'obalił i zmóg tego rzeźnika.
                Rzeźnik sie wyrasził (wystraszył), mówi: " Tom tu na nieszczęście wloz". I go
                zwiozał prowozoma i mówi tak: "Braciszku, tera wiesz, co za jeden ja. Ja jest
                ten, co to me w cejtungu (gazecie) szukajo, tero - mówi - ja cie nie zabije",
                bo go prosił, co ma dzieci i kobjete. "Zabić cie nie zabije, ino ci pamniątke
                dam ode mnie". Położył oba dłon na pienek i jeger mu chciał oba dłon toporkiem
                uciąć, ale mu kiele uciecia wziół i ręce odwiązał i flinte postawił kiele
                szczepy (drzewa). I tak jeger chciał sie skrzywieć po ten t'oporek, to ten mu
                sadził do gardzieli i go zmóg, i mózi : "Bracisku, tera cie mam, i wiesz, co za
                jeden jo jest - pan rzeźnik. Tysz' mi żicie darował, ja ci tyz żicie daruje,
                ale paminiątke ci dam, jak tyś mi chciał dać". I uwiozał go gębo do szczep'i, i
                mu odziego rozerżnął od szyi aż do dupy, i mu potem rżnął takie sztrymy (ciosy)
                tylko nie za głębokie, żeby nie zdech, i soló i przieprziem mu pchał w te
                sztrymy rżnięte. A ten ryczał wniebogłos ne swoim głosem. I go wylozował,
                prowozy mu przerżnął i ostawił go leżeć. "Tak, tak - mowi - tera masz ode mnie
                pamniątke, tyś mi chciał dać gorszo, bo bym nie móg robzieć, dzieci żywić, a ja
                ci dał tak po rzeźnicku".
                cdn
                • tralala33 Re: Nawrócony cz. 2 03.04.06, 20:54
                  To bylo na polu i kobjeta z dziecioma patrzyła i mówi: "Wej , tam dzieci, nasz
                  ojciec pewno upity", i poszli chwatko do niego. Uwidzieli, co to ne ojciec,
                  jeno ten jeger we krzi stękał. Fatko (szybko) poszła kobjeta pod dom i wóz
                  cholała, i go wzieła na ten wóz do dom, do sie, i go zaro lekowała. I jak
                  troche do sie przyszed, to ji objecał dużo zapłate, bo 'on duży gbur, i jak sie
                  wyzdrowioł, podziekował ji.
                  Potem przyszed ten ji chłop i mu powjedała, co sie stało. Aż 'on mówi: "Toż to
                  hest ten sam zbóca, com ja mu pamiątke dał".
                  I potem 'on sie do Boga nawrócił, i ne zabijał żadnych ludzi, i szie wżeniuł w
                  karczme z jednó wdowo, i sz'wiatował dobrze, jak sie przynależało. I ten
                  rzeżnik prawie wlaz do tyj karczmy i fodrował (żądał) psiwko i jedno cygarę i
                  dwa sznapsiki (wódeczki) dobre, i patrzoł na niego, co mu taki szwadómy
                  (znajomy).
                  "Bracisku - mowi - nie znowa my sie ? no - mowi - pójdź do drugie izby,
                  zewłócoj żakiet !" I ten rzeżnik widzioł, co to ten sam. I jak sie oba
                  obłapsili, to płakali an'i małe dzieci. I ten jeger mówi: "Jo tera żadnego
                  dzieciuka nie uraże, n'i n'ic. Tera ja sie do Boga nawrócił" i poszli całko noc
                  ano na weselu aż do zrena.

                  Zapisano we wsi Smalonek pow. Ostróda 1950 (Mazury)


                  • tralala33 Legenda o świętym Krzysztofie 03.04.06, 20:56
                    Legenda o św. Krzysztofie
                    To jest święto bajka. Buł jeden taki Kristofat, a buł taki mocny, żie w jednym
                    bucie to mniała jego sziostra wesele. A tedy chcioł służyć co namocniejszimu na
                    sz'wecie. I prziszed do niego sziatan i tedy mózi, cziby sie do niego
                    urzundził. A Kristofat móził: " Cziś ty je namocniejszi z całego świata ?" A
                    tedy sz'li tak gościncem i stojała przi drodze kaplicz'ka, i tam buł Pan Jezus
                    wisioł. A ten szaton nie chciał iść tam kiele kapliczki, tlo chciał polem
                    okrącać. A ten Kristofat mózi: "Toś ty nie jest namocnijszi z całego śwata, bo
                    tyn mocniejszi, co wiszi. To ja u ciebzie służić nie moge". T tedy poszed 'od
                    niego ten Krystofat precz. I przyszed do jednygo lasa, i spotkał pustelnika, i
                    pitał go sie, kto tu jest nastarszi i namocniejszi z całego śwata : A 'un
                    móziuł: " Namocniejszy to jest Pan Bóg z całego śwata". To 'on móziuł, czy b'i
                    móg służyć Panu Bogu. A ten pustelnik mózi tak: "Ja cie zaprowadze do jedny
                    rzeki, tam byndziesz przenosił te ludzie, bo tam ni ma mostu". A 'un tedy
                    poszed do ty rzyki i wziuł takie drziewo, sosnie, co putora festmetra mniała.
                    Wzioł za kulos (laska, kij) i przenosiuł te ludzie. Przenosiół lata, aż roz
                    buło na drugie strónie dziecko. Tak możie sztery lata mniało. I to dziecko
                    wołało, co b'i go przeniós. A to jek 'un go niós, to sie topsiuł i
                    móziuł: "Ale, dziecie, coś ty za ciejszki. Jo tylu ludzi niós, a takie ciejskie
                    nie byli, jek ty dziecie."
                    A to dziecie tyle móziło: "Ty nie niesiesz mnie, tlo cały śwat i mnie niesiesz.
                    Tedy idź do kościoła i daj sie 'ochrrzcić." Tedy 'odpokutował i buł śwętym.
                    Krysztofat to je pogan.

                    Opowiedział J.Tyziak, wieś Rasząg, pow.Reszel, 1950r (Warmia)
                    • tralala33 Wędrująca góra w Lidzbarku 03.04.06, 20:56
                      Wędrująca góra w Lidzbarku
                      W Lidzbarku bezbożność panowała, zamiast kościoła to poszli do lasu na spacerek
                      i na muzyki. Tedy Pon Bóg żidzioł, co miorka sia dopełniuła na to bezbożność.
                      To buło, co taka góra srogo zaczeła naprzeciwko mniasta iść. Tedy noród
                      westchnoł do Boga o ratunek, tedy przypomniał sobzie, co to jest licho. I tedy
                      tlo buło mózione: "Chto nieżinny (niewinny) mniał iść tej górze naprzeciwko z
                      przenaświętszem sakramentem". To sia nicht nie nalaz aż jena panna, co swojej
                      nieżinności nie straciła, co buła godzien tego nieść. I wyszli z procesyjo
                      przeciwko tej górze. I tam ksiądz odprażiuł mszo świanto. Naród sia poprażiuł
                      (poprawił), ta góra została stoić. I dotychczas bywało, że w jeden dziań w roku
                      nabożenstwo pod ta góre pod krzyżam sia odprażiało i szła procesyjo ze
                      wszystkiemi fanami (chorągwiami) z kościoła.

                      Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn-1952r (Warmia)
                      • tralala33 Re: Wędrująca góra w Lidzbarku 03.04.06, 20:58
                        O złotej górze. Śpiący rycerze.
                        Za casów Barbarosy to tu takie wielgie góry były. Tu była jedna złoto góra. Tam
                        w tej złotej górze to jes zacarzuny (zaczarowany) jeden cesarż. Tam jes taki
                        szlos (zamek), i jes zapadnięte na tysiąc iat. Tam jes cesarz, ze swojo córko,
                        Katarzyno, tam nieska. Casem ta pryncesa to jes żidna, to jo mozna wzidzieć. W
                        ładnym ubraniu je, złoto korone na głowzie ma i sie przygląda temu światu.
                        Skoro ale cłowieka obacy, do niej blisko dochodzi, zaraz sie skryje do onej
                        góry. Tam wchód majo tajemny, to chcieli ludzie tam kopać i nie mogli.
                        Córka cesarzowa pare lat temu wysła i mówiła, ze coby ludzie byli dobre, to by
                        sie ta góra otworżyła. I tedy sie ludzie zgromadzili na te górze i śpsiewali, i
                        Boga prosili, coby sie otworzyła. Bo ta córka tak im opoziadała, co jek sie ta
                        góra otworzy, to by było zasypane wszystko psiachem, a wyszed by ten złoty
                        pałac. I ona nakazała, jakie psiosnki majo być śpsiewane. Ale ludzie sie
                        bijeli, coby sie nie zasypało, i przestali więcej chodzić śpsiewać.
                        Aż tysiune lat przejdzie, to óna sie otworzy. A uz piećset lat było, jek óna
                        sie zamkła. I jek sie idzie, to z tej dury tak zawdy pachnie aniby świeży chleb.
                        Raz przyjechali z koniami i wzieli ze sobo w'idły, i ta panna w'isła i wzieła
                        je z sobo, i mówi, ze na paniątke bedzie miała. Ja jeździła tam też w niedziele
                        śpsiewać. To musi coś być.
                        Jek casem sie rozmyśli, to sie przypomni.

                        Opowiedziała M.Baranowska, wieś Kot, pow.Nidzica 1951 (Mazury)

                        A Rita dopsisała:
                        hehe - zadnie dziesiejsze to chyba tak powinno wyglądać
                        'Jek casem sie rozmyśli, to sie przypomni.'
                        Jak się czasmi zamyślę to sobie o tym przypominam wink))



                        • tralala33 Krzyż w Brąsberku 03.04.06, 21:00
                          Krzyż w Brąsberku
                          W Bronsberku jek buło sz'wieckie wojsko i bez to wojsko cudze buły Prusy
                          obsadzone. Szli żołnierze, stojał krzyż' przi drodze, i jeden zuchwały strzelił
                          w Pana Jezusa, i z tygo zaczeło cieknoć krew. I tedy był ten żołmierz na to,
                          coby kara boska na wojsko nie padła, to buł surowo śniercio skazany.

                          Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1949r (Warmia)

                          Errata: poprzednia legenda powinna mieć inny tytuł - O Złotej Górze.
                          Jak to powiedzieć po naszamu - jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
                          Odpocznę sobie trochę sad


                          • tralala33 Cudowne zdarzenie w Węgoju 03.04.06, 21:14
                            Cudowne zdarzenie w Węgoju
                            To buło we fronte. Przyszli żołnierze i wzieli z kościoła monstrancyjo i
                            hostyjo i zanieśli do gospodarza Sztoli w Węgoju. Włożyli wszystko na wóz i
                            zaprzęgli dwa konie, i chcieli z tym jechać, ale konie nie ujeli, to tedy do
                            tego zaprzegli cztery konie i też nie redzili. Jeszcze sześć założyli, a konie
                            sie wykręcili, na kolana poklękali i główkami kiwali, aż oni z tego woza
                            pozrucali wszystko i te konie prędzej nie ujeli, aż dycht czysty wóz buł. Potem
                            nazad ludzie zanieśli to monstrancyjo i hostjo do kościoła.
                            Za pare dni to te same żołmierze wzieli obleke (ubranie) kościelno i na woz
                            pokładli, i pojechali. Jek przyjechali do granicy węgolskiej, to konie ustali i
                            bez granice nie redzili tego woza. Aż 'uni to obleke kościelno poskładali, to
                            dopsiero konie szli dalej.
                            I w taki sposób wszystko zostało w kościele w Węgoju, a to poziadało dużo ludzi
                            z ty żioski.

                            Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1949 (Warmia)
                            (podobny motyw legendy występuje w próbie wywiezienia przez Szwedów obrazu
                            Matki Boskiej Częstochowskiej i w 'Potopie' Sienkiewicza)
                            • tralala33 Jak diabeł kaczmarkę z Ejszmediów chciał podkuć 03.04.06, 21:15
                              Jak diabeł kaczmarkę z Ejszmediów chciał podkuć
                              W Ejszmedjach w powjaczie mrągowskim przed wjelu latach b'iła kobjeta, która
                              b'iła kacmarka, po mazursku restoracjo niała, bez lękania , bez stidu (wstydu)
                              kazdego oszukiała i nawet najbiedniejszego, kazde pchiwo i kazdi kielisek wódki
                              dwa raz'i zapchisała. Raz przised stari chłop, bhiedn'i i ona go tez chciała
                              osukać. On prosziuł, zeb'i go nie osukała, on tilko za tile i tile zjazd i
                              w'ip'ił. A ona sie zabożiła (rozgniewała), że ona esce nigdi nikogo nie
                              osziukiała i jeżeli b'i ona kogo oszukała, to b'i jo djabeł móg na niejscu
                              zabrać.
                              Ledwhie w'imóhiła, powstał żietrz(wiatr) i szum i śmnierdżiało sziarko i smoło,
                              i przised carn'i koń. Djabeł przised i jo zamnieniał w czarnego konia i na
                              niej pojechał na tim carn'im koniu. Ale b'iło barzo szlisko i on móg tilko
                              powoli jechać, bo koń nie b'ił kuti i on nie móg dalej jechać i zajechał do
                              hioski Szwarcsztejn, powiat Kętrzin. Posed do kowola i dał go okucz', chciał
                              duzo pchiejędz'i dać, zeb'i cemprędzej okuć, bo lękał sie, że szie dzień
                              zrobhi, niz kur pchiers'i raz zapchieje, żebi kóń okuti b'ił.
                              Kowal przibi'iz'ił szie do konia, i sch'iluł sie i chciał konia za noge ująć,
                              podniesz'cz', i usłisał ludzk'i głos: "Powol'i, powol'i, jestem kacmarka i
                              satan mie koniem zrobhił". Ten przeląk szie i zelaza upadłi, chciał jo retować,
                              zal mu sie zrobhiło. Buł w tim rozpacaniu, co ma robhić, i kur w tim momencie
                              pchiers'i raz zapchiał. Djabeł prawo ni niał do niej, gdiż juz kur zapchiał,
                              juz ona ws'isko objecała, co nie będzie oszukiwać. Pusz'c'ił jo satan, ale pók
                              z'iła, nikogo nie osukiwała. Ona z tego przelęknienia długo juz nie z'iła, a na
                              pamniątke w'iszo te dwa podkow'i w kosz'cziele w Szwarcsztejn.

                              Opowiedział Pożega, wieś Uzranki, pow.Mrągowo 1949 (Mazury)
                              • tralala33 Re: Jak diabeł ... druga wersja 03.04.06, 21:15
                                (2)
                                Jena karcmarkia, kiedi prsziszl'i psić, to zawdi przipsisała esce roz, a tedi
                                raz taki fejn'i przised, a to buł sam djabuł. A on psiuł i psiuł, a on sobzie
                                tyz cechował, una dubelt, a un tlo to. Tedi jek płaczicz' tedi una porachowała
                                tile 'i tile, a on tile 'i tile. A tedi ona móżiła: "Kieb'i mnie djabuł wziuł -
                                to tile 'i tile. A prazie w dwunasto godzine w'ifurnół bez konin 'i
                                porejtował na niej do drugiej wsi do kowola, a to b'ił jej ojciec. A tygo
                                kowala obudził. "Mas chizo wstać, a kónia kowacz". Traz ek kowal widzi, co to
                                nie jest kóń a cłowiek, kiedi nak ón chciał kować, to ona w'irzekała. Jek ón
                                psierszi góźdź bził, to ten kuń cłeco noge w'iciągnoł. A jek drugi góźdź bził,
                                to kapneło kiapke cłecej krsi. Jek trzeci góźdź bził, to wołał ten kuń : " Niłi
                                ojce, uz je dóść !". A ten ojciec sie zhrżas (przeraził sie), a kur zapsiał, to
                                uz ón musział uchodzić, a una szie stała cłekiem. I djabeł niz on odleciał,
                                trszas jo ręko w p'isk, co aż ji psięć palców znacz' b'iło.
                                I tedi óna rozum sterała(straciła) i musiała za pół roku zdechnąć. A te żelazo,
                                co ojcziec na to nogie robziuł, 'i kur, co zapsioł, to jest w kosz'cziele w
                                Szworstine (Schwarzstein)

                                Opowiedział Mazanek, wieś Szestno, pow.Mrągowo 1949 (mazury)
                                • tralala33 Modlitwa o szczęśliwe powieszenie 03.04.06, 21:16
                                  Modlitwa o szczęśliwe powieszenie
                                  Jene ludzie to z początku sie ożenili i dobrze śwatowali (żyli). Poszli do
                                  Biesowa na odpust swiętego Antoniego z osiero (świeczką), tlo sami. Jek szli
                                  bez Wólke, to szli kiele swojego krewnego. To żona móżiła, co pódzie ich
                                  nażiedzić (odwiedzić), a 'un nie poszed. 'Una tedy móżi:
                                  "Poczekaj silke (chwilke), ja przyjde". 'Una jek przyszła potem na to mniejsce,
                                  to onego nie buło. 'Un sie skruł, a 'una woła i płacze, i go nie znalazła i
                                  przyszła do domu, to go tyz nie buło. Chłop za sile przyszed i krziczał na nio.
                                  Od tego czasu sie nie zgodzali, sie bzili i tak przeb'ili swoje życie
                                  niespokojnie. Jeno drugiego nie słuchało. Nareszcie sie przeklinali.
                                  Tak jenego razu móżił ten chłop do kobziety, żie 'una ma konie poganiać w
                                  rozwerku (kieracie), 'una krziczała, że 'una tego nie zrobzi. Od ankoru ( od
                                  gniewu) wzioł nowe lejczyki i chciał sie pożiesić, i założuł na szyje temi
                                  lejczykami i użiązał do bołka w stodole, i woła : Jezus, Maria, Józef swęty,
                                  daj mi sie szczesliżie pożiesić !".
                                  Tak sie te lejczyki zerwali sie. Wzioł po raz drugi zżiązał te lejczyki i po
                                  raz drugi zawołał to samo, i drugi raz lejczyki rozderli sie. Za trzecim razem
                                  użiązał i znów to móziuł. W tem czasie przyszed do niego szurek (mały
                                  chłopiec), a to buł szatan. I móziuł: "Nie mów tak, bracie, mów : "Dioble, weź
                                  mnie". 'Un już sie nie chciał żięcej żieszać. Tedy sie pare mniesięcy dobrze z
                                  kobzieto zgodzali. Za jaki czas sie powadżili i poszli na rozwody, tak żyli
                                  osobno i 'umerli.

                                  Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow.Olsztyn 1950 (Warmia)
                                  • tralala33 Prośba o szczęśliwą śmierć 03.04.06, 21:18
                                    Prośba o szczęśliwą śmierć
                                    Jenego razu przyszlo do księdza i w okno bukało, to żiedzioł, co mo do chorego
                                    jechać. To 'un sie zabroł i parobkiżiu móżiuł, co ma konie zaprząc i pojedo do
                                    sąsiedniej żioski do chorego. Jek zajechali, to ksiądz sie p'itał, czi tu jest
                                    kto chory. A ludzie odpożiedali , że tu żadnego chorego katolika nie ma. 'Un
                                    cofnoł sie do domu i 'un sie zewluk, i 'układ sie, a tu znów buka w okno, że ma
                                    prędko do chorego jechać. 'Un sie nazad zebrał i znów pojechali do tej samej
                                    żioski, sie nikogo nie p'itali, tlo pod las do tego gbura poszed, gdzie
                                    żiedział, że córka sie ożeniła za Mazura, a matka buła katoliczka.
                                    I zap'itał sie, czy ich matka jest chora, a 'uni mózili, że 'una chodzi, bo
                                    chcieli naprzód izbe wybzielić, a tedy księdza wziąć. 'Un móził, co poczeka, a
                                    una niech sie układzie (położy), to jo wysłucha i da komunije, a tedy majo
                                    skończyć czyszczenie. Jek to kobziete odprażiuł, to 'una umerła i to buł cud
                                    boski. Tak sie ludzie dziwowali, chto tego księdza zawołał. A to 'una modliła
                                    sie do świętego Józefa o szczęśliwo godzine śmierci.

                                    Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1949r (Warmia)


                                    mam nadzieję, że zaraz wrócimy do szczęśliwszych opowieści.

                                    • tralala33 Dwaj bracia 03.04.06, 21:18
                                      Dwaj bracia
                                      Było dwóch braciów. Jeden bogaty, a drugi ubogi. Ten bogaty psiuł i bardzo
                                      niepobożny był. I zachorował, i lezał chory kiele drwi, i potem nie miał
                                      nikogo, ino litościwse psy były i lizały rany jego u drwi lezącego, i potem
                                      (bogaty) umer. I ten ubogi ostał zyć.

                                      Opowiedziała M.Grabowska,Nidzica 1951 (Mazury)


              • tralala33 Legenda o Świętej Lipce (1) 03.04.06, 21:20
                Legenda o Świętej Lipce
                (1)
                We Śwento Lipce polski król ten klasztor postaziuł. I tedy te Lutry to nie
                kcieli pozwolić tego klasztoru staziać, a tyn pan Luter wegnał 'owce, cieloki i
                kizioki(źrebaki) w to cegłe, co była tam robziona, tam na polach. Ta cegła
                jenoś uschła i teroz jest na chórze we Święto Lipce, i każdy może to
                przekonać - na chórze to znać jeszcze kop'itka (kopytka). Tak poziadali nasze
                prajdziadki, co król polski prziszed co rok do Święto Lipki w dzień Noświętszi
                Panny - drugiego lipca - ale ten odpust, to sie zaczoł dwa niedziele prędzyj na
                swętego Jona.

                Opowiedziała Jasińska, wieś Zabrodzie, pow.Rasząg 1949r


                • tralala33 Re: Legenda o Świętej Lipce (2) 03.04.06, 21:20
                  (2)
                  Świanto Lipka, jak buła tamuj , to tam sia Matka Boska objawiła. To tam ofiary
                  szli do Świantej Lipki, to potam zakozali to mniejsce świante. To potam jechał
                  taki rycerz, taki duży bogocz na briczce w noc'i, mniał kuczra (furmankę), to z
                  dolo widzioł. A ten pon jakiej wiari buł, to tego nie wiam, ale ślep'i buł,
                  niewidom'i. To jechali dalej, to ten kuczer (wożnica) to widział z dala
                  jasnota, to wzioł i tamu panu powiedał, co tam i tam tako jasnota. To potam ten
                  kuczer 'obacził, co tam to buła Matka Boska objaziona na lipce. To potam tan
                  pan móził, cob'i doprowadz'ił do tego mniejsca. I jego doprowadz'ił do tego
                  mniejsca ten kuczer, i pon przejrżał na oczy. Sia cud mu stoł.

                  Opowiedział J.Palmowski, wieś Wygoda, pow.Olsztyn (Warmia)


                  • tralala33 Cudowny dąb w Wilanowie 03.04.06, 21:22
                    Cudowny dąb w Wilanowie
                    Podczas ostatniej wojny, jek Mniemcy byli w Polsce, opożiadali pojmańcy: Dąb
                    usech, z tego król Sobieski mniół zażiesić tam mniecz. I tak długo ten dąb
                    stojał suchy. Mniemce go chcieli sz'cziąć, to z nocy ostoł zieluny i zamnienił
                    sie w jabłonke. To buło w marcu 1943 r i na drugi dzień zaczoł krzczeć
                    (kwitnąć), a na trzeci dzien mniał już jebka dórzenale. Te jabka buły i
                    słodkie, i do jedzenia fejne. I ci ludzie te jebka sami jedli. I Mniemcy tego
                    dęba nie ścieli. Z tego ludzie móżili, co cud boski sia stał i że Polska wnet
                    powstanie. Bo w tej myśli, żyli, że w 43 roku wojna sie skończy, a że sie nie
                    skończyła, to buła ta ukazka. To ludzie byli bardzo pokrzepsione na duchu. Jeno
                    do drugiego chodziło i opożiadało. To sia mniało dziać pod Warszawą, pewno w
                    Wilanożie.

                    Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow.Olsztyn 1948r (Warmia)
                    • tralala33 Mądry chłop i głupi minister 03.04.06, 21:23
                      Mądry chłop i głupi minister
                      Za casów dawnych, jek stari Feic królował, jednemu gburoziu sie obrodziły duże
                      malony(dynie) i wzioł zawióz we śtery kunie ten malon do tego Frica, i Fric
                      przyjoł, i go za gościa otrzymał, i dał mu pospołu jeść z tyni ministrami, i
                      sam kole siebie posadził tego gospodzarza (gbura). I ten minister był zli na
                      tego gbura, to wziuł taką prszepoziastke poziedział, co u nasiego
                      najaśniejszego Frica po obiedzie jeden drugiego w gębe bjije. Tak usykował, ze
                      ten b'i Fricoziu w gębe wipaluł, ale niał ten rozum, co ścirżpiał (ścierpiał) i
                      nie oddał nikomu. Teroz ze wstydem siedział za stołem, buł cale cicho.
                      Jek podpchili, co juz im w głowie zakręciło, kozdy swoje poziedział zagodiwki
                      (anegdoty). Teroz ządajo, co ten gbur ma im poziedzieć, a tyn gbur zacoł
                      poziedać, co un furmanke z towarem niał ziść (wieść) i pod góre nie móg
                      wjechać, co un wtedy musiał zrobzić ?
                      Mózili, co musiał zawrócić, to wstał i temu, co mu w gębe wlał, to mu oddał.

                      Opowiedział A.Rohn, wieś Jagodne, pow.Pisz. 1950 (Mazury)
                      • tralala33 Diabeł oszukany 03.04.06, 21:24
                        Diabeł oszukany
                        Diabuł sze stawiuł do jednego gbura. Mówił do nego: "Co będziesz sadził ?" Gbur
                        mówi: "Kartofle".
                        "No dobrze - mówiuł - ja wezme z u góry", a gbur mówi: "Ja wezme z na dołu". Nó
                        i jak kopaczka przyszła, gbur mniał kartofle, a diabuł same łodygi.
                        "No - mówi gbur - t'ero - mówi - żyto zasieje, to - mówi - żyto tero wezme z u
                        góry, a ty, diable, z na dołu".
                        No i go zaznów oszukał.

                        Zapisano we wsi Smalonek, pow. Olsztyn (Warmia)


                        • tralala33 Re: Diabeł oszukany 03.04.06, 21:29
                          Z tej krótkiej anegdoty Otylia Groth napisała całą długą bajkę 'jak chłop
                          mazurski diabła oszukał', a w tej bajce jest taka kołysanka

                          Aż przyjdzie nana, nana przyjdzie z pola,
                          przyniesie kacke, kacke i kacora.
                          A z ty kacki bando złote flacki,
                          a tego kacora bando złote koła.
                          A z tych kołów bandzie wóz,
                          bandzie tata Hetke zióz.

                          Oj lu-lu-lu, ba-la-la,
                          porwał zilcek barana.
                          A śuchnicka spsi, spsi, spsi.
                          I helutka spsi, spsi, spsi.
                          • tralala33 Kamień pod Bisztynkiem 04.04.06, 19:20
                            Kamień pod Bisztynkiem
                            W Bisztinku buł tak'i ubog'i szewiec i mniał gwołt dzieci. Jek sie te
                            najmłodsze 'urodziło, to nie buło w kumotry kogo brać. Ten chłop zasmócony
                            poszed do mniasta Bisztinka. Na przedmnesztu, spotkał go pięknie ubran'i młodi
                            kawaler (młodziak) i p'itał go, co 'on tak'i zasmucon'i do mniasta
                            wchodzi. 'On mu sie poskarżił, żie 'urodziło sie dziecko, a nie ma kogo w
                            kumotri brać. "Tlo to mniejsze - odpoziedał mu - w kumotr'i i ja będe i o
                            dżiecko będe sie starał, a jek dziecko w'irośnie 'od szkołów, to przijde po
                            nego i będzie sie mne należało". Ten chłop z radoścziu poszed do domu swego, do
                            żón'i swo'i i pożiedał, żie będzie w kumotri taki piękn'i młodzian i 'on szie
                            zgodzieł, że jek w'irośnie dżiecko od szkół do siebie go wezne.
                            I w prziszło nedzele b'ili chrzc'iny, i pótek (ojciec chrzesny) zajechał w dwa
                            cziarne kone i z dzieckiem do kosz'czoła pojechał do chrsztu. Matka mu imne
                            Mn'ichół w'ibrała i go pod 'opieke świętego Mn'ichała ofiarowała. Jek z
                            kościoła przijechal'i, to potek żujzoł (ujrzał) dużio pieniędzi. Ten psieniądz
                            sziąg (był) do szkołowania dziecka na księdza.
                            To dziecko , ten chłopsiec to na szkołach szie bardzo dobże 'ucził, i jek potek
                            mnoł do nego prziść, to 'un prazie(prawie) 'odprażił piersziu msziu szwięto.
                            A ten potek to buł sam diabeł. I jek szie do mszi obłucził, to diabeł ps'iszed
                            po nego i zgodżili sie: n'iż 'on msziu święto skończi, to 'on z tem kamnenem z
                            Afriki nazod wróci. Ale ten kamnen buł wielki. A jek ten ksiądz " Ite misa est"
                            (zaśpiewał), to sie stał dużi rumot i diabeł ten kamnen cisnął nad przedmneszte
                            i mużiuł, wrzeszczioł, keby ne buł Mn'ichoł pedam'i (nogami) durnot (popchał),
                            to ja by buł zdojżił. Ten kamnien leżi na dzisi dzeń i pazuri 'od diabła su
                            znacz'ne. Opowiedzia prawdziwa.

                            Opowiedziała Żmijewska, wieś Stryjewo, pow. Reszel 1949 (Warmia)
                            • tralala33 Re: Kamień pod Bisztynkiem 04.04.06, 19:20
                              Teraz ten kamień ponoć spełnia marzenia. Trzeba go dwukrotnie obejść dokoła
                              zgodnie ze wskazówkami zegara, poczynając od charakterystycznego pęknięcia,
                              cały czas myśląc o swoim życzeniu.
                              bisztynek.www.webpark.pl/legenda.html
                              • tralala33 Kowal i ksiądz 04.04.06, 19:21
                                Kowal i ksiądz
                                Jeden ksiądz przysed do kowala, zeby kowal mu jedno robote zrobił. 'On wykonał
                                te robote, to zielazo nagrzał i wykuł, jek ksiądz żądał. Jek kowal skońcył te
                                robote, rzucił te gorące zielazo na ziemie. Opłacił kowaloju te cene, co on
                                ządał i złapał goło ręke esce gorące zielazo, zeby do domu sie wrócić. Popalił
                                on sobie ręke, bo te zielazo modre ferbe miało, ale esce było gorunce. Ksiądz
                                bieduje teraz, co sobie ręke popalił. Móji kowal: "Jek ksiądz moze takie słabe
                                pojęcie mieć, taki słaby rozum mieć ?". Kowal te gorunce zielazo kleszczoma
                                trzymał i rzucił na ziem. Kowal woła swojego syna od cterych lat i móji, zeby
                                on jemu te zielaza podał. Ten syn plunoł na te zielazo, bez to on zbadał, cy te
                                zielazo gorunce jest. Ksiądz popatrzył i móji: "To jes dobre zbadane". A kowal
                                móji: "Widzi księdze, kowalski syn jes mądrzejszy jek ksiądz".
                                Ksiądz przysed do domu i jego gospodyni jemu objad staja na stół. Ksiądz
                                zagląda i mu przyszło do myśli od tego kowalskiego syna. To samo on plunie w te
                                zupe, zeby zbadać, cy óna tyz bedzie gorąca. Ale jek ten znak jak na zielazo
                                sie pokazał, wzioł ksiądz sporo łizko to gorące, tłusc z góri, z te zupy i
                                sparzył sobie język. Ksiądz sie rzucił do kuchni do swojej gospodyni, zeby jo
                                w'iwołać, co ona tako gorące zup na stół postaiła.

                                Ta gospodyni b'iła z to roboto zajęta, ciepłej wody do nisy do m'icia
                                przysykować. Zeby zbadać, co ta woda nie za gorąca jes, wsadziła ona palec w to
                                wode i móji do tego księdza: "O panie księdze, ja naprzód zbadam, potem sie
                                m'ije". Od tej pory ksiądz do każdej zupy naprzód palec wsadził, zeby zbadać,
                                co nie gorunce jes. Temu księdzoju ale nagorzej ten kowal na nerw'i jemu pad,
                                co 'on sobie palce popalił u niego. Ji on jemu chce jedno grande zrobzić. Kowal
                                ma ładno zonke. Zaprosił ksiądz jego zonke, zeby ona przyszła do niego na
                                rozmajane (rozmowę). Ta kobjeta dała sie namójić, kowal zauwazał to, gdzie jego
                                zonka jeczorem była. Na drugi dzień jecorem, jak jego zonka do spac'ir sie
                                sykuje, poszed kowal przód na te same niesce, gdzie jego zonka przed tem ten
                                jeczór z księdzem rozmajała. Na tem niejscu jena duza lipa stojała. Ten kowal
                                wlaz na ten sam jerzch tej lipy. Za krótko poro przyszed ksiądz, usiad tam na
                                krzesło. Za pare ninut przysła i kowala zónka. Rozmajali na różnych formach.
                                Nareszte przysło od bociana na grzesne zajęcie. Jek óny przy tej grzesnej pracy
                                byli, móji kowala zonka: "A kiedy co małego bydzie, kto da temu zywność ?"
                                Ksiądz móji: "Ten tam w'isoko". A kowal w samej górze: "Ti cholera, ja mam seść
                                moich i teraz mam jesce twoje wykarnić ?" I briknoł z samej góry na ob'idwa.

                                Opowiedziała Klimaszewska, wieś Kowale, pow.Olecko. (Mazury)
                                • tralala33 O chłopie co szukał głupszego od swojej żony 04.04.06, 19:22
                                  O chłopie co szukał głupszego człowieka od swojej żony
                                  A jeden chłop to sie ożienił i miał tako mądro kobziete. Potem sie miała krowa
                                  ocielić, mówzi chłop do ty kobziety: "Daj baczność na tego cielaka, coby tam te
                                  drugie bydło go nie zadusiło".
                                  I ta krowa sie ocieliła i czarnego cielaka miała. I móziła, że to diabeł, i
                                  kazała go zabzić tego cielaka. I ten parobek go zabził.
                                  Jek ten gospodarz przyjeżdża i óna wyleciała i mówi, co krowa sie ocieliła i
                                  diabła miała, i ona go kazała zabzić. Chłop sie rozeźlił i mowi: " Toś ty ale
                                  niemądra kobzieta. Póde sobie, jak znajde głupsiejszo od ciebie, to ci daruje,
                                  a jak nie znajde - to cie zabzije". I sobie poszed na te wędrówke tamój.
                                  Przychodzi do jednej wioski, wszed do jednego domu, zachciało mu sie pić. I
                                  jedna kobieta tam uszyła koszule dla chłopa i nie zrobiła tej dziury w góry. To
                                  jak worek, oblekła na tego chłopa i wzieła kijanki, i to kijanko go po głowie
                                  waliła, i chciała mu zrobić dziure w tej koszuli. A ten wtedy, co tam przysed,
                                  przyglunda sie, co óna tam robzi i mówi: " Daj pokój, bo chłopa zabijesz".
                                  Wzioł noża, wyrżnął dziure i chlop oblek koszule. I mówi: "Użem jedno
                                  głupiejszo znoloz, jeszcze głupiejszo jak moja." I poszed dalej tedy.
                                  cdn
                                  Przychodzi do drugiej wioski, tam chłop prowadzi wołu po drabce na dach, coby
                                  te trawe tam zjad. I mowi do niego: " Chłopie, co ty robisz ? Wół spadnie i
                                  głowe sobie rozbije, abo go udazisz. Daj kosy, to ci trawe zetne i wół te trawe
                                  zje". I już drugiego głupsiejszego ma nad te swoje żone. To sobie tak zawsze
                                  liczył.
                                  Jeszcze szed dalej, jeszcze do jednej wioski przyszed. I kobieta słonko sitkiem
                                  łapała i nosiła do mieszkania, bo nie było okien w mieszkaniu. Takie
                                  pobudowali. To potem mówi: " Kobieto, co ty robisz ?". "Dom pobudowalim, i
                                  ciemno mam. To słonko łapam i nosze do izby, coby widno było". I mówi: "Daj
                                  świdra, zagi (piłę)!". I wyrżnoł w tym dómu dwa dziury, i już wtedy był widok,
                                  słonko świeciło, widno było. Mówi wtedy: "No, użem trzecio głupsiejszo ot mojej
                                  żony znalaz".
                                  Wtedy wrócił do domu i oboje światowali dalej dobrzie.

                                  Opowiedział Jaworowski, wieś Opalenice, pow. Szczytno 1950 (Mazury)
                                  • tralala33 Dlaczego pioruny w kuźnie nie biją 04.04.06, 19:23
                                    Dlaczego pioruny w kuźnie nie biją
                                    Diabeł przysed do kowala i za niem grzmota (burza) sła. Jek on zased do kuźni
                                    sie pyta kowala: "A gdzie dyndatysta (dentysta) jest ?" Kowal sie pyta: "W
                                    jakiej spraje (sprawie) ? Diabeł móji jemu: "Zumb boli". A kowal
                                    móji: "Dyndatysta jest chory". Diabuł do tego móji, zeby kowal mu ten zumb
                                    wycioł. Kowal zaglądnoł na ten zumb, ten był strasnie długi i gruby. Kazał jemu
                                    głowe z tyn ząbem do szrubsztaka (imadła) położyć. Zakręcił jemu ten ząb w
                                    szrubszrubsztak i nagrzał grube żelazo w ogniu. Przi cziasie tem plunoł kowal
                                    na kowadło, wzioł te napalone żelazo, położył na te niejsce, gdzie ón plunoł, i
                                    śtuknoł młotem na to. To dało taki wybuch, jakby torpedowa bomba pękła. W tem
                                    samem momencie trącił 'ón tem gorącem żielazem diabłoju do nosa. Ten szie zląk,
                                    briknoł do tyłu i wyrwał ten ząb. Uciek sporo z te kuźni i od tej pory zadny
                                    diabeł sie nie pokazał w kuźni, i esce nie słychać, zeby pchiorun w kuźnie
                                    uderzył.

                                    Opowiedział Filipkowski, wieś Kowale, pow. Olecko. (Mazury)
                                    • tralala33 O szewcu, co mu kozę zamienili 04.04.06, 19:23
                                      O szewcu, co mu kozę zamienili
                                      To była jenna rodzina, był szewc. Oni nieli ni krowy, ni kozy. Pare grosy
                                      uśperowali na ono koze i posed szewc na targ koze kupać. Ledwo na targ przised,
                                      to zara napotkał dicht (zupełnie) bzieluchno koze i to bziało koze kupsił. Ji
                                      jek z powrotem z nio szed, to wstąpił do sklepu na psiwo. Ji tam sie troche
                                      pobawził, a ten skleparz mniał to samo koze, ino buł kozioł. A był taki
                                      figlarz, to mu prędko odmienił to koze, wzioł jo do chlewa, a postawił kozła
                                      swojego.
                                      A ten szewc potem posed do dom z ono kozo, a to uz był kozioł, nie ? Wstąpił na
                                      swoje podwórze, woła swojej matki : "Pódź prędko dój, bo koza az becy z
                                      mlekiem". Matka przyleciała z duzym garkiem i chce doić. " Toć to kozioł,
                                      patrzta dzieci" - mówi. Dopsiero sie szewc zasmucił, co to sie zrobziło. "To
                                      nie, ino mnie ten skleparz ten figiel stworzył". Koza na prowóz i z powrotem do
                                      skleparza, i ten go odmienił, i dał mu swojo koze.

                                      Opowiedział Widowski, wieś Wierzbowe, pow. Nidzica. (Mazury)
                                      • tralala33 Ja to sam zrobiłem 04.04.06, 19:24
                                        Ja to sam zrobiłem
                                        Jeden kowal posed do jenego gospodarza na gościne. Jak un zased do gospodarza,
                                        gospodarz pokazuje cały jego zywy i niezywy inwenar. Zaprowadził jego do
                                        chlewa, ładnie usykowane dlia b'idła i dobre b'idło stojało w chlewie. Ten
                                        gospodarz chciał sie pochwalić do tego kowala i mówi tym słowem: "To ja wsio
                                        sam zrobił". Gospodarza zonka troche scerwieniała, ale przi kowalu nic nie
                                        mówiła.
                                        Gospodarz prowadzi kowala do chaty, zeby tam swojo ładne robote pokazać. Jak
                                        one we trzi przez podwórko idom, woła zonka gospodarza trocha na bok i móji tem
                                        słowem: "Ty warjatu, to ty w chlewie wsio sam zrobił ?" Gospodarz se zląk i
                                        szie p'ita żonke, jek un ma mówić. A zonka móji: "To dałeś zrobić".
                                        Zaprowadził gospodarz kowala do pokojku, tam b'iło wsio ładne uszikowane. Ładne
                                        meble b'ili, w drugim ładne łózka b'ili. Od tego drugiego pokejku zaprowadził
                                        do kuchni. Tam b'iło także ładne uszikowano. W tej kuchni b'iło osiem dzieciów,
                                        małych dzieciów. Gospodarz pokazuje rękom koło sziebie i móji tym słowem: "To
                                        ja wsio dał zrobić".

                                        Opowiedzieli A.Klimaszewski i Filipkowski, wieś Kowale, pow. Olecko - 1949
                                        (Mazury)
                                        A Rita dopsisała:
                                        ps - Doskonały ten dospodarz sam wszystko zrobił w chlewiku, a w domu kto inny
                                        zrobił, czyli po naszemu dał pracę innym, czyli zlecił robote wink))))
                                        Gospodarz zrobił dobre bydło w chlewie , a w swoim domu zrobili mu inni wink)))
                • tralala33 Jak chłop kupca oszukał (1) 04.04.06, 19:25
                  Jak chłop kupca oszukał
                  Jek desc pado, to gospodarze mają zięcej czasu. Pojechał do miasta gospodarz, w
                  mieście fest padało to wlaz do sklepu i sie p'itał potem ten kupiec, co onemu
                  potrzeba. A gospodarz pozieda: "To, co mnie potrzeba, to pan ni ma". A ten
                  kupsiec mówi: "Ja mam wszistko, co panu ino potrzeba. O co zakład ?" "O
                  dwdzieścia marek". Jek sie załozyli o dwadzieścia marek, to pan sie p'ita tego
                  gospodarza, co panu potrzeba. A gospodarz mówi: "Okulary dla mojego wołu". I
                  kupsiec przegrał, bo móził, że takich rzeczy n'i ma, i musiał mu dwadzieścia
                  marek dać.
                  I kupcu było za to złosno, i telefonował do swojego kolegi na drugo strone
                  miasta, ze: "Tu taki gospodarz przised i mi dwadzieścia marek wymanił". I
                  poziedywał swojemu kolegowi przez telefon te sprawe. Mówi do swojego
                  kolegi: "Zrób to dla tego woła okulary". Bo ten kupsiec to myśliwoł, ze
                  naprawde ten gospodarz te okulary dla woła potrzebuje. "To ja tego gospodarza
                  do ciebie przyśle i załóż ty sie z nim o piędziesiąt marek, to mi te
                  dwadzieścia marek oddasz, a trzydzieści zarobjisz".
                  cdn
                  Jak myślisz Tralala - napewno te kupce to byli Żydzi, bo nikt by tego czegoś
                  nie wymyślił, ale bądź spokojna, gospodarz okazał się lepszy i sprytniejsi , a
                  jak to zrobił w następnej części sie dowiesz wink)
                  cdn
                  • tralala33 Re: Jak chłop kupca oszukał (2) 04.04.06, 19:25
                    dc
                    Jek ten kupsiec z tym kolego odgadali, tak przysed nazad do składu i
                    gospodarzoziu móził: "Jo tych specjalnych rzecy ni mom, ale tamten ten drugi
                    kupsiec na tej drugiej stronie niasta ma szpecjalne rzecy, to będzie miał i
                    okulary dla woła".
                    I ten gospodarz poszed do tego składu, gdzie go ten kupsiec posłał. Jek ten
                    gospodarz wlaz, wstąpsił do tego składu, to sie ten drugi kupsiec p'itał: "Co
                    panu potrzeba ?". A ten gospodarz mózi: "Co mnie potrzeba, to pan tego ni ma".
                    A kupsiec mózi: "Ja wszistko mam, co panu ino potrzeba". Bo pewny był, ze
                    gospodarz będzie okulary dla woła żądał. Ale gospodarz mózi: "Tego, co mnie
                    potrzeba, pan ni ma". Kupiec mówzi: "O co zakład ? O piędziesiąt marek, ja
                    wszistko mam, co panu potrzeba."
                    I gospodarz sie założył z kupcem i kupiec sie dalej pyta: "Co panu potrzeba ?"
                    A gospodarz mówził: "Kamaszki dla mojego kanarka". I przegrał kupsiec, bo
                    mówi: "Takich rzecy nie mam" i musiał dać gospodarzowi psiędziesią marek.
                    Ale to, pani, nie je zadna bajka, to je cysta prawda. I kupce - kolegi sie oba
                    powadzili o swoje psieniądze, a gospodzarz sie śmiał, bo siedemdziesią marek
                    wygrał.

                    Opowiedział Zalk, wieś Gardyny, pow. Nidzica. (Mazury)
                    • tralala33 Romzowa głuchych 04.04.06, 19:27
                      To u nas kiedyjści rogac (grządziel od pługa) buł. Oracoju (temu oraczowi) szie
                      ten rogac złamał i on poszed - tam niedaleko las był - w'isukać tego rogaca 'i
                      w'ikopać, w'isukać takie jeglaskie (świerkowe). To jak on tam w leszie kopchie,
                      przised lesz'nik do niego i powieda: " Scynść Boze, chłopie". A on mówi: "Ja tu
                      rogac kopchie". A lesznik teraz mówji: "A chto ci tu kazał ?", juz szimpuje
                      (wymyśla) na niego. A ten gospodarz pojedział: "Chocz koszlawy, obcziesawszy
                      bedzie dobry rogacz". A teraz ten leśnik: "Cyś ti głuch, cy on nie słyszy?...,
                      bo on mu źle odpozieduwał. A tyn mówi: " Co to, to nas było dwóch: owten posed
                      drugiego rogaca sukać". No i jek ten posed drugiego chłopa sukać, to tyn
                      wykopał tygo rogaca i posed, zginoł.

                      Opowiedział J.Pukrop, Olecko. (Mazury)

                      A Rita dopsisała:
                      Nic , kompletnie nic z tej anegdoty nie rozumię , jest za trudne i za
                      skomplikowane smile
                      No jo!
                      • tralala33 Re: Rozmowa głuchych 04.04.06, 19:30
                        Tak, tak - powinna być 'Rozmowa głuchych'.
                        Może ten las był prywatny, i lesznik pilnował, żeby nikt z niego nic nie brał,
                        a tu ten orac sobie rogac kopchie? I jeszcze mówi lesznikowi, zeby drugiego
                        oraca szukał w lesie, a sam w tym czasie posed i zginoł.
                        • tralala33 Kłamstwo nad kłamstwami 04.04.06, 19:30
                          Kłamstwo nad kłamstwami
                          1. Jak się dwóch machlarzy (oszustów) założyło.
                          Jeden machlorz buł nawiększim machlorziem i prosił większiego machlorza do sie
                          jek 'on. Tak znalaz sie jeden machlorz' i zrobili umowe, żeb'i ten, kto móg
                          lepsi machlować, 'otrzima dwadzieścia psięć talarów, a gdi nie będzie
                          móg, 'otrzima dwadzieścia psięć karbacziów (batów). "Ale ty musisz mózić zawdi:
                          prawda" - powiedzioł do tego piersziego - a jek nieprawda to prziegra.
                          "W godim buł w kościele, to buło świętego Sztefana, co święcó owies. Ksiądz
                          święcił owies i 'on jeno ziarno wzioł do kieszeni. Prziszietem do dom, zasiałem
                          go do 'ogroda. Na trzeci dzień poszietem patrzieć, jek ten 'ozies 'uros.
                          Ten 'ozies juz' 'uros az' do niebios. Ab'i zobaczić, czi 'on jest już
                          dorzeniali wszietem po słome az' do góri i siegnołem ręko do nieba. Wstąpił do
                          nieba i po'oglundał wszistkie niebieskie dobra. Tedi wrócił nazad do do ti
                          duri. A, coż takiego ! Owies buł ścięti, w'imłócon'i i pod tu juro leżiała kupa
                          plew. Tak brałem te plew'i i kręcił prowóz i spusz'czioł sie po tam prowozie i
                          przikruncoł do dołu. Gdi sie plew'i skończili, spadłem do ziemi i 'utchnuł w
                          błoto, aż' do brzucha, i nie mókem sie w'idobić. Poszietem po łopate, im
                          sie 'odkopał, im szied do domu, pode drogo spotkoł me wielki desz'cz. Uchronić
                          sie 'od desz'cziu poszetem po kapelusz' jenego pastucha, któri pas św'inie. I w
                          tem za'uważułem, żie ten pastorz', któri św'inie pas, buł pana "ojciec".
                          Tu 'uderził go ten machlorz' w twarz' i powiedzioł, żie to nie prawda. Tak
                          zebroł ten machlorz' dwadzieścia pjęć talarów nadgrodi i schował do kieszeni.

                          Opowiedział Trepman, wieś Bredynek, pow. Reszel (Warmia)
                          • tralala33 Ksiądz i machlarz(oszust) 04.04.06, 19:31

                            Ksiądz i machlarz(oszust)
                            Ksiundz był w jenej wsi i tamuj b'ił machlarz.
                            Co stumpsił, to zelgał(skłamał).
                            Mózi ten ksiundz: "Moze byście mi co zelgali". Móżi: "Ja nie mam casu, bo na
                            owtem (tamtym) brzegu to przyjechał jeden z węgorzani, daje na ziertelek
                            (ćwiartkę) gryki ziertelek węgorzu." I chizo (szybko) do domu posed i swojej
                            gospodyni dał ziertelek gryki i mniała tych węgorzów przynieść. Ta gospodyni
                            posła, z to griku na owten brzyg i suka tych wyngozów, nie moze naleść ich.
                            Posła sie ludzi pytać, cy tu buł taki z wyngorzani. Te ludzie poziedzieli, ze
                            tego tu handlarza nie było, i tu pospodyni i tego księdza wyśnieli do
                            zmachlowania.

                            Opowiedział Rohn, wieś Jagodne, pow. Pisz 1949r (Mazury)
                            • tralala33 Podróż z nieba na ziemię 04.04.06, 19:31
                              Podróż z nieba na ziemię
                              Zułem tu na tym szwieczie aż do ty pory i nie udało mi szie dali na tym
                              szwieczie tu. Rozmajiczie-m probował, poszetem do wojska i znowu dalej do
                              fabryków, i tak inne niejsce, ale wszyndzie jedno i to samo. Takiem prziesziad
                              w drugo klase i pojechał do Ps'iotra. Pszioter me zaraz przyjuł, bo on lubziuł
                              starych oficerów i wojaków, i oprowadzał mnie w niebzie, i pokaziwał swoje
                              bogactwa, budinki i zaale (sale). Mnie to szie wszisko mocno udało i jakis cas
                              tis-em witrzimał. Ale, jak to taki stary żołnirz lubzi co jakiś czas zmniane,
                              tak i ze mnu.
                              Poset-em nazad do Psziotra i-m go prosił, cob'i mnie nazad na zienie spuszciuł,
                              bo ni szie tu w niebzie prszikrzi. Mózi un do mnie: "Cłozieku, jak cziebzie tu
                              tera zwale, połaniesz człunki, zabzijesz sie i nazad do mnie przidzies". Ale ja
                              nie prszestał, ino-m go serdecnie peosził, cob'i on jakoś skombinował mnie na
                              zienie spiszczić. Jedno raz uwazuł un mnie za pająka zrobzić i mózi: "Rób
                              sobzie pajęc'ine i spuscaj szie coraz nizy, az na żienie. Jeżieli na dobro
                              żienie traszisz, to będziesz znowu cłożiekiem". Tak ja zaro moje złazenie
                              rozpocuł i radosznie coraz bliżej na zienie. Jedno raz może jakieś
                              psziędzieziąt metrów do żini, bo ja mam zięcy pajęc'iny w brzuchu i nie moge do
                              żieni szięgnuńć. Takiem jesce ostatniu mocu dłabżiuł, co b'i to reszte z
                              brzucha wydłabzić, coby szięgnąć do zieni. I w tym razie odecknuł (odetchłem),
                              bo mnie szie ino szniło toto.

                              Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka, pow.Nidzica 1950 (Mazury)
                              • tralala33 Wilk na pokucie 04.04.06, 19:32
                                Wilk na pokucie
                                Dziane cepy zidłami, a groch młocili w gaju, zjad zając kobyła siedzący na
                                dunaju. To trzista Turków 'utunuło, jak bez ta krew jechali, wylęgło sie słunie
                                pod ławą. W kundzieli kotka masło szenkuje, a ćwyrć muchi 'ogana. U
                                jednego 'ojca pod 'oknam 'okociła sia sikora, mnała tys'inc sietymdziesiunt i
                                sietym młodych; z tych jedan był ksiandzem i słuchał spoziedzi pod lipowem
                                mostam.
                                Prziszło zilczysko, sia spoziedało, że w poście sto piandziesiąt sw'ini
                                pozierlo, a ksiundz móził: "Tak wiele ?" "A i ciele !" Za pokuta wsadz'ił mu
                                ksiundz 'obręc na dupa. Z'ilcysko skauczi i jęczi, ma dupa w obręczy.

                                Zapisano we wsi Brąswałd, pow.Olsztyn 1948r (Warmia)
                                • tralala33 O Panu Bogu i diable 04.04.06, 19:33
                                  O Panu Bogu i diable
                                  Sie spotkał Pan Bóg z diabłem, z ciartem - jak to sie mowi przyjemnie.
                                  "Dzień dobry, Panie Boże", mowhi. "Dzień dobry, diable ciarcie". Ciart
                                  mowzi: "Prosie Pana Boga, jak to przydzie, to tobzie mowie - Panie - a ty mnie
                                  ino prosto, tylko - ty ciarcie". Pan Bóg mu odpowhiedział: "Przecież jo Pan,
                                  ludziom dał nauke dobro, a ty, ciorcie, zawszie zle broisz, to nawet na ciebhie
                                  nie mogo ludzie patrzyć". Tak szli dalej i sobje rozmowjali.
                                  Kele porowy (tak kele szluchty)(wąwozu) chodziła krowa i jadła. I ciort
                                  mowhi: "Obaczym, jak te stworzenia sie na nas stawhi, nie ?" Pan Bóg
                                  mowhi, "Ciorcie, idź do ty krowy - obac'imy, co ona z tobo zrobji".
                                  Jak ciort sie krowie przybliżuł, krowa rogi nastawhiła, go chciała bóść.
                                  No Pan Bóg mowhi: "Widzisz, cziorcie - razu krowa cie nie lubhi".
                                  Ciort na to odpowiedział: "Panie Boże - idź no ty do krowy, jo ciekawy, co ona
                                  z tobo zrobhi".
                                  Jak sie Pan Bóg przybliżuł, krowie sie rozjaśniło, zlękła sie i skoczyła w
                                  porowe (wąwóz) w dół. W dole wpadła we wode, nawet w torfniok i ni mogła wyleźć.
                                  Ciort mowi na to : "Widzisz, Panie Bożie, coś ty porobjuł".
                                  Pastuch od ty krowy widział, poleciał do domu powjedać. Gospodarz przyszed,
                                  patrzuł, patrzuł i mowhi: "Jaki czort jo tutaj wnios ?"
                                  Cziort mowhi: "Wiedzisz, Panie Boże - tyś to zbrojuł, a na mnie krzico".
                                  Gospodarz od krowy polecioł po pomoc, bo sam nie doł rady, żeby ono krowe
                                  wyzwoleć. Siusiedy przyśli pomagając mu krowe wyciógać, nie mogli ale równak
                                  redzić..(jednak radzą)
                                  Tak mowi ciort: "Toć to sie mowi - ciort mocny", poszed i'em pomok i siusiedzi
                                  na to dziękowali, mówili: "Dzięka Bogu, co nam pomóg".
                                  Tak on ciort mówhiuł: "Panie Bożie, ja pomogoł, tobie dziękujo, ale odpuść tu
                                  tym ludziam, bo one nie wiedzo, co czynio".

                                  Opowiedział Wajnert, wieś Ornowo, pow. Ostróda 1950 (Mazury)
                                  • tralala33 Pustelnik i niewiasta 04.04.06, 19:34
                                    Pustelnik i niewiasta
                                    Jedyn pustelnik chcioł iść do miasta. Prosziuł Boga całą noc, coby niewiasty
                                    nie spotkał. Ale jek szie w'iszed z lasa, uż widzi, mu kobieta idzie mu
                                    naprzeczko. "Ali" mózi, jek doszli do siebie i 'sie zeszli. Ten pustelniczysko
                                    mniał długie włosy i brode tako długo. I ta niewiasta, jak sie spotkali, to
                                    patrzyła na niego, a 'un mózouł: "Co tak patrzysz na mnie ?" A 'una
                                    odpoziadała: "Ja moge na ciebie patrzyć, bo ja pochodze z ciebzie, a ti
                                    pochodzisz z ziemn'i, to patrz w ziemnie".

                                    Opowiedział Tyziak, wieś Rasząg, pow. Reszel, 1950 (Warmia)
                                    • tralala33 Kobieca prózność 04.04.06, 19:34
                                      Kobieca próżność
                                      Jena kobieta.. to sobie dała żark (trumne) uszykować i już obleczenie mniała do
                                      tego. I ony tak prziszło do miśli, żeby ten żark zdjąć, i postawiła go prosto
                                      szpigla (lustra). Ubrała szia w tan ubiór i położuła szia w tan żark i w
                                      szpigel patrzy, jek ji to wszystko pasuje, i szia sznieje. Jeno raz dźwierze
                                      szie roztwarzajo, idzie wędrowni. Miał reizetarze (torbę podróżną) w ręku,
                                      postawił ich na izba i dźwierze zamykać chce. Jeno raz mu sie spojrzyć, co
                                      umarła siedzi w żarku, zatrza dźwirze i ucieka do drugiego gospodarza.
                                      Powiada: "Pódźcie, pódźcie, bo umarła wstała !" On'i mówio: "Toć nikt nie umer
                                      tu". "Ja mój towar wszystk-em tam ostawił". Przyjdu tam do ni, szedzi i sza
                                      szmnieje: "Ja tlo chcziałam przimnierzyć, jek ja banda w'iglądać po śnierci". I
                                      szie stało.

                                      Opowiedział Jędrzejewski, wieś Nowe Butryny, pow.Olsztyn 1949 (Warmia)
                                      • tralala33 Re: Kobieca prózność 04.04.06, 19:35
                                        Kobieca próżność to w sam raz opowieść na zakończenie pierwszej seteczki smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka