Dodaj do ulubionych

"Niesforna dziecko dwojga gorali"

05.03.07, 21:53
Czy znajdziemy na Warmii i Mazurach taką sytuację lub podobną , jaką opisał
Adam Powietrzyński w książce "Niesforna dziecko dwojga gorali". Przytoczę
fragnent pod tytułem "Droga do raju ". Nazwisko fikcyjne.
Zapraszam

Zapraszam Warmiaków i Mazurów do opisywania swoich wspomnień.
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Był rok 1949 05.03.07, 21:54
      Był rok 1949.

      Z głębokiego snu wyrwał mnie głos matki.
      - Adaś wstawaj - czas jechać do ojca.
      Obudzony przez nią młodszy brat grymasił.
      Matka z trudem ubrała go.
      Dziadek denerwował się - Marysia pośpiesz się, bo nie zdążycie na pociąg -
      ponaglał ją i nas - pykając przy tym swoją nierozłączną z nim fajkę.
      Po godzinie wybierania się wyruszyliśmy wreszcie do taty - do krainy..... w
      której pieniądze rosną na drzewach.
      Tego wyjazdu zazdrościła nam cała wieś.
      My, rodzina czarnego Władka jechaliśmy do raju w którym od trzech lat pracował
      nasz ojciec - była to osada Murcki.
      Ileż on tam w kopalni o tej samej nazwie nie zarabiał pieniędzy???
      - We wsi wszyscy o tym mówili.
      W kasie na stacji matka ostemplowała bilety.
      Pieczątki stawiała nam sama pani Jadzia - córka zawiadowcy.

      Ta bardzo ważna tu osoba - po przybiciu na naszych biletach pięćdziesięciu
      bardzo ważnych stempli odprowadziła nas na peron przymilając się mojej matce.

      - Marysia, nie zapomnij o nas - prosiła. Pisz, napisz - mówiła w koło jedno i to
      samo - taszcząc przy okazji nasz tobół i worek z kurami.

      Mnie jednak nie interesowało to czcze gadanie kobiet, bo dla mnie -
      sześcioletniego szkraba - było tu tyle nowych ciekawych rzeczy, których nigdy
      jeszcze nie widziałem.

      A to olbrzymie plakaty na ścianach, a to jakieś takie ogromne tajemnicze drzwi,
      a to znowu wielki wiszący zegar. Nigdy jednak nie zapomnę tego, co ujrzałem potem.
      • rita100 Re: Był rok 1949 05.03.07, 21:54
        Najpierw w dali zobaczyłem dwa małe światełka, które z czasem zaczęły rosnąć,
        później - zaczęło coś zgrzytać, świstać i sapać - aż, wpadła na peron wieka,
        czarna, błyszcząca, ziejąca ogniem i parą - największa rzecz jaką dotychczas
        widziałem - potężna stalowa lokomotywa.
        Gdy mijała nas, wszystko drżało.
        Przerażony sapaniem kolosa wtuliłem się w fałdy matczynej spódnicy.
        Jednak z ciekawości szybko otworzyłem jedno oko, potem drugie i zafascynowany
        tym olbrzymem, z podziwem i przestrachem patrzyłem na migocące mi przed nosem
        żółte okienka mijających nas wagonów do chwili, aż któryś z nich zatrzymał się
        naprzeciw nas.

        Świtało. Deszcz przestał siąpić.

        Moja podróż upłynęłaby by mi bez większych przygód i gdyby nie moja walka z
        bratem o miejsce przy oknie i nie ten przypadek z gęsią i brodaczem nie byłoby,
        w ogóle czego dzisiaj wspominać.

        Jednak te trzy zdarzenia sprawiły, że utkwiła mi ona w mojej pamięci na zawsze.
        • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 21:55
          A było to tak!

          W pociągu, którym jechaliśmy panował straszny tłok. Jednak my dzięki
          doświadczeniu pani Jadzi, która za dwie kury i flaszkę bimbru załatwiła dla nas
          przedział służbowy mieliśmy całkiem znośne warunki podróży.
          Pamiętam, zaraz po wejściu do wagonu, konduktor pomógł naszej matce przenieść
          toboły i usadowił nas w swoim przedziale służbowym, w którym siedziało już
          starsze małżeństwo i dwóch panów.
          Jeden z nich był brudny i zarośnięty i... śmierdział jakąś oborą czy stajnią.
          Drugi młody, przystojny - pachniał wodą kolońską, a jego czysty, jasnobłękitny
          garnitur, wyróżniał go w tym tłumie cudacznie ubranych podróżnych.
          Pan elegancik siedział przy oknie i czytał jakąś wielką gazetę.
          Matka pousadzała nas , a potem przy pomocy brodacza, poutykała na półkach nasze
          toboły.
          Starsi Państwo drzemali.
          Mama zajęła się najmłodszym braciszkiem - zmieniła mu pieluchę i nakarmiła go
          piersią.
          Ja, dzięki uprzejmości Brudasa, który odstąpił mi swoje miejsce przy oknie -
          wlepiłem nos w szybę.
          Za oknem świtało.
          Na mijaną przez pociąg ziemię przebijało się wielkie, czerwone słońce.

          Mój młodszy brat, niezadowolony z gorszego miejsca, szczypał mnie w tyłek, robił
          głupie miny i okropnie wiercił się, usiłując na matce wymusić zamianę swojego
          miejsca na moje - mama udawała, że niczego nie widzi.
          • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 21:55
            Tak, dojechaliśmy do jakiejś tam kolejnej stacji, na której to konduktor
            uszczęśliwił nas jeszcze jednym współpasażerem - grubą, szczerbatą babą z gęsią
            w siatce.
            Pani ta nie celebrując się wiele, szybko swoim obfitym zadem wywalczyła sobie
            miejsce między elegancikiem, a starszym państwem.
            Przedtem jednak, na górną półkę między tobołami, tuż nad głową elegancika
            położyła gęś.
            Nie spodobało się to elegancikowi, który zaczął protestować.
            - Niech pani zdejmie ją - przestraszona może mnie pobrudzić - prosił.
            Baba zareagowała błyskawicznie.
            - Co?! - rozdarła się, nie wstając z miejsca
            - Patrzajta, gawiedź bosko mu przeszkodzo - garnitur mo z Unry to chojraka struga.
            - Co za czasy - zaczęła biadolić - to ja całe pół litra bimbru dała, żeby to
            stworzenie na wesele Jóśka dowieźć, a on chce mi je rozdeptać.
            - Nie chcę rozdeptać – tylko…
            - Tylko co, tylko co- stawiała się ?
            - To już nie te czasy - pogroziła palcem - kiedy to tacy jak Ty dyktowali nom co
            chcieli.
            - Teraz panocku jest Polska, teraz jest demokracja - podkreśliła.
            - A w niii - stwierdziła wyraźnie kpiąc z elegancika - każdy może robić, co zechce.

            Elegancik zbity z tropu - zamilkł.

            Baba triumfowała.
            • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 21:56
              W chwilę potem, kiedy zdenerwowany właściciel błękitnego garnituru znużony
              kłótnią zamknął oczy i pochylił się nieco do przodu, gęś sfrunęła mu na głowę,
              za koszulę i na plecy jego eleganckiej marynarki.
              Baba widząc to w tuliła głowę w brudny kołnierz samodziałowej kurtki - na pewno
              myśląc teraz o tym jak ma zareagować.
              Elegancik poderwał się na nogi i syknął.
              - I co? A nie mówiłem!?
              - I co? I co? - baba szybko usiłowała znaleźć stosowną linię obrony szukając
              przy tym swoimi chytrymi oczkami pomocy wśród nas, nie znajdując jednak takowej
              - wrzasnęła.
              - I co? - I pstro!
              - Stworzenie Boskie, prowda? - zapytała się sama siebie - a jako takie musi
              sobie ulżyć - stwierdziła filozoficznie.
              - Ale nie na moją marynarkę - wściekał się elegancik
              - Marynarkę można uprać, a bez gynsi wesela nie bydzie - broniła się.

              Elegancik zamilkł.

              Brodacz i starsze państwo skoczyli mu na pomoc.
              Przy pomocy jakiejś tam herbaty, powycierali go na tyle, na ile to w tych
              warunkach było możliwe.
              Elegancik podziękował im, usiadł i zapatrzył się w okno.
              Baba umilkła - jednak gęsi z półki nie zdjęła.
              Pociąg zatrzymał się na jakiejś następnej stacji, po czym ruszył ponownie i
              nabrał szybkości.
              W dali, za czerwonych chmur przebijało się słońce.

              Elegancik podszedł do okna.
              Plecy jego marynarki szpeciła wielka, brudna plama.
              Wtedy zdarzyło się coś, co zapamiętałem na zawsze.
              • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 21:57
                Elegancik jedną ręką otworzył okno, a drugą ręką złapał siatkę z gęsią i cisnął
                ją daleko hen na mijane przez pociąg łąki.

                Baba oniemiała, w chwilę potem - otwartym z przerażenia otworem gębowym wydała
                bliżej nie sprecyzowany dźwięk.
                Coś w rodzaju - aaeuuooo!
                Jednak już po ułamku sekundy odzyskała ona świadomość tego, co się stało i
                wrzasnęła.
                - Bandyta!
                - Ludzie - bandyta!!!
                Po tym okrzyku, rzuciła się z pięściami na elegancika i okładając go nimi gdzie
                popadnie - wrzeszczała.
                - Ty gnido!
                - Wszo zapchlona!
                - Ty złodzieju!
                - Ty - padło tu, wiele niezrozumiałych dla mnie wtedy słów.
                Nie wiadomo więc, jakby zakończyło się to spotkanie dla przerażonego Elegancika,
                gdyby nie odsiecz Brodacza ze starszym państwem, którzy wykręcili babie ręce -
                ostrzegając ją.
                - Jeśli pani natychmiast nie uspokoi się - to wezwiemy konduktora i będziemy
                świadczyć przeciwko pani.
                Ta zdecydowana podstawa współpasażerów przystopowała rozsierdzoną.
                Elegancik ponownie zaczął doprowadzać się do ludzkiego wyglądu. Baba usiadła i
                zaczęła łkać jednak już po chwili poderwała się na nogi i wrzasnęła - gnida!
                - Po czym szybko wybiegła z przedziału.
                A przeciskając się przez tłum stojących na korytarzu ludzi - łkała, płakała i
                krzyczała od rzeczy:
                - Moja gynś, wesele Jóśka. Boże, Boże - co za ludzie - lamentowała.
                W przedziale zapanowała cisza, którą po chwili przerwał Brodacz, żartując -
                teraz mamy demokrację, to każdy może robić co zechce.
                Prawda ? - zapytał się nas.
                Przedział parsknął śmiechem.
                • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 21:58
                  Na najbliższej stacji, właścicielka białej gęsi wysiadła i biegiem podążyła w
                  kierunku wyrzuconego ptaka.
                  W przedziale rozległ się śmiech i posypały się oklaski.
                  - Głupia kobieta - ciężko z takimi ludźmi będzie odbudować Polskę - stwierdził
                  milczący dotychczas starszy pan.
                  Przedział ożył - od tej chwili zaczęto sobie opowiadać typowe dla tego okresu
                  historie.
                  Mówiono o obozach, o łagrach, o utraconych krewnych, o spalonych wsiach i miastach.

                  Mówiono, mówiono i zastanawiano się nad tym, co - komu przyniesie przyszłość.

                  Słuchając tych opowieści - ukradkiem zerkałem na Brodacza. Gdyby się ogolił i
                  umył to byłby znacznie ładniejszy od Elegancika - pomyślałem akurat, gdy pociąg
                  raptownie zaczął hamować.
                  Na korytarzu ktoś krzyknął - wojsko i milicja szuka groźnego bandyty!
                  Brodacz poderwał się na nogi i sięgnął po tobołek leżący na półce.
                  - Żywego mnie nie wezmą - syknął - wyjmując z zawiniątka duży czarny pistolet i
                  trzy magazynki.
                  W przedziale zapanowała cisza.
                  - Nie bójcie się państwo - z mojej strony nic wam grozi.
                  -Porucznik „Wrzos” - oficer AK - trzasnął obcasami trepów, w które miał obute
                  nogi, potem dodał;
                  - Pięć dni temu uciekłem tym gnidom z transportu - ciekawe, kto mnie wsypał.
                  - W leśniczówce byli sami swoi - zastanawiał się głośno, tak jakby chciałby nas
                  o tym poinformować, potem w pośpiechu wyskoczył przez okno przystającego pociągu
                  i umknął do rosnącego tuż przy torach lasu.

                  Po kilkudziesięciu sekundach rozległy się tam jakieś nawoływania i padły
                  pierwsze strzały.
                  Wkrótce, rozpoczął się terkot ręcznych karabinów maszynowych przeplatany
                  pojedynczymi strzałami.

                  Potem nastała cisza.
                  • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 21:58
                    Niedługo nasz pociąg ruszył dalej.

                    Na korytarzu zaczęto plotkować - ilu ten brodacz, największy w Polsce bandyta
                    zabił ludzi.
                    W naszym przedziale, aż do samych Katowic nikt nie odezwał się słowem.
                    Elegancik przez całą dalszą drogę miętosił gazetę. Moja matka wtuliła nos w
                    becik braciszka. A starszemu państwu dziwnie zmokły oczy.
                    Mnie też zrobiło się nie wiem czemu jakoś nieswojo.
                    W Katowicach na peronie czekał na nas odświętnie ubrany ojciec.
                    Radosny, uśmiechnięty z wielkim bukietem róż.
                    Zauważyliśmy go, gdy stał na palcach oparty o filar zadaszenia i z daleka
                    wypatrywał nas w mijających go oknach, hamującego pociągu.
                    Kiedy wreszcie nas wypatrzył, ruszył przez tłum z kwiatami wysoko uniesionymi do
                    góry - wołając!
                    - Marysia! Marysia!
                    - Władziu! Władziu! - wtórowała mu matka, która też go spostrzegła.
                    • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 21:59
                      Ojciec, zręcznie przecisnął się po zatłoczonym peronie a kiedy dotarł do nas
                      krzyknął radośnie w moim kierunku.
                      - Adaś, aleś ty urósł!
                      W chwilę potem poderwał mnie do góry i pohuśtał serdecznie.
                      Nieco później tak samo postąpił z moim młodszym bratem.
                      Na końcu zaczął witać się z naszą matką, która trzymała najmłodszego brata na
                      ręce, a na plecach miała wielki tobół.
                      Z matką ojciec witał się najdłużej.
                      Tulił ją i tulił, aż zdenerwowało mnie to, więc kopnąłem średniego brata w kostkę.
                      Jego okrzyk bólu sprowadził ojca na ziemię.
                      - Chłopcy! - spokojnie, nie wolno Wam się bić - skarcił nas obu nie wiedząc
                      który zaczął - a chcąc rozładować atmosferę, zaproponował nam pójście do bufetu
                      na lemoniadę.
                      Brat słysząc słowo „lemoniada” szybko się uciszył i kulejąc, ruszył z nami w
                      kierunku poczekalni.

                      Katowicki dworzec tętnił swoim codziennym życiem.
                      • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 22:00
                        Na peronach setki podróżnych przeciskało się we wszystkie strony.
                        Liczni tu żołnierze oczekujący na jakiś tam swój pociąg okupywali peronowe ławki.
                        Tu i ówdzie jakieś poobdzierańce popijali wódkę prosto z litrowych butelek.
                        Przez megafony ostrzegano nas przed grasującymi tu złodziejami.
                        Poczekalnia wypełniona po brzegi tętniła codziennym życiem.
                        Krzyki nawołujących się, płacz dzieci i przekleństwa z czegoś niezadowolonych
                        mieszały się tu w jeden wielki nie do opisania zgiełk - w jeden jazgot, w
                        którym trudno było rozróżnić własny głos. Jakieś panie zaczepiały samotnych panów.

                        Tu i ówdzie ktoś skulony w kłębek chrapał na gołej posadzce zawadzając innym.

                        Nad całością tego bałaganu w rogach poczekalni, po obu stronach głównego
                        wejścia, czuwały na cokołach dwa olbrzymie popiersia wodzów rewolucji - Lenina i
                        Stalina.

                        Oba, niedawno wykute z białego marmuru, wyraźnie odcinały się swoją śnieżną
                        bielą od białych, teraz zakopconych ścian niegdyś czystej poczekalni Śląskiego
                        Serca, w której akurat kilku inwalidów żebrało.

                        Jeden z nich wywarł na mnie szczególne wrażenie.

                        Był to młody chłopiec z ładną buzią bez nóg, z jedną tylko ręką przy której
                        ocalały mu trzy palce. Chłopiec ten nie miał więcej niż osiemnaście lat.
                        Przywiązany był on do pionowo umocowanej deski, przytwierdzonej do swojego
                        wymyślnego pojazdu - deska plus cztery łożyska - do którego z przodu przybity
                        miał niemiecki hełm.
                        Trzeba było widzieć, jak sprawnie lawirował on między nogami podróżnych,
                        odpychając się od posadzki kikutem ocalałej mu ręki.
                        A chcąc zwrócić na siebie uwagę śpiewał płaczliwym głosem... „Chryzantemy złociste”.

                        Ludzie odruchowo wrzucali mu do przybitego hełmu, różne datki.
                        W bufecie mieszczącym się z boku poczekalni wrzało!
                        Obsługiwana przez trzy kelnerki kolejka, powoli przesuwała się do przodu - choć
                        podawane z rąk do rąk kufle z piwem niemalże fruwały w powietrzu.
                        Przy pobliskich stolikach pijani mężczyźni kłócili się z sobą, lub śpiewali
                        popularne wtedy piosenki.
                        Jakiś cwaniak z papierosem w ustach chodził wzdłuż ogonka - szepcząc.
                        - Bimberek.
                        - Bimberek.
                        - Tani, dobry - zachęcał.

                        Kiedy ojciec dotarł do bufetu - w megafonie rozległ się komunikat.
                        Uwaga, uwaga, pociąg osobowy z Katowic do Bielska, przez Murcki, Tychy odjedzie
                        z toru przy peronie czwartym.
                        - Piwo, trzy lemoniady i dwie kulki marcepanowe - poprosił ojciec bufetową.
                        - Władziu nasz pociąg.
                        - Zdążymy Marysia, mamy jeszcze piętnaście minut czasu - uspakajał matkę
                        wręczając nam lemoniady i marcepanowe kulki.
                        • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 22:00
                          W przedziale wagonu, w pociągu do Murcek, w którym nie było tłoku - gdyż jechał
                          on pomiędzy godzinami szczytu - oblazły nas wszy, których pełno było w
                          zakamarkach siedzeń.
                          Kiedy zacząłem się drapać, nasza mama dostała histerii.
                          - Wszędzie to samo - wszy, pchły, pluskwy - zaczęła krzyczeć i płakać złoszcząc
                          się na ojca tak, jakby była to jego wina.

                          - Siedem lat tułaczki, siedem lat poniewierki - mam już tego dosyć - histeryzowała.

                          - Mogliśmy pojechać do Ameryki, do Anglii, ale nie - bo tobie zachciało się
                          wracać do tego zasranego Krakowa, który wypiął na ciebie tyłek.
                          - Marysia uspokój się.
                          - Uspokój się, uspokój przedrzeźniała go matka - krzycząc.
                          - Patrz, popatrz, jaka wielka - pokazała mu dorodną wesz, którą złapała na mojej
                          szyi.
                          • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 22:01
                            W takiej zawszonej atmosferze dotarliśmy do stacji Murcki. Przywitał nas tu o
                            dziwo czysty i cichy dworzec kolejowy. W poczekalni, w której mieścił się
                            bufet, paru mężczyzn raczyło się piwem. Z podróżnych oprócz nas, nie było nikogo
                            - ci, którzy przyjechali z nami porozchodzili się już w różnych kierunkach.
                            Bar obsługiwała młoda, schludnie ubrana bufetowa, która przyjemnie odbijała się
                            w czystych lustrach bufetu.

                            Tu tak jak i w Katowicach na głównej ścianie wisiały dwa duże piękne portrety
                            wodzów rewolucji - Lenina i Stalina oraz nieco mniejszy Bieruta, nad głową
                            którego wisiał orzeł.
                            - Dzień dobry pani Cilko - powitał ojciec bufetową i poprosił ją o klucz do
                            toalety, która stała obok dworca.
                            - Wszy? - zapytała go Cilka.
                            Ojciec, bez żadnej żenady przytaknął jej głową.

                            W toalecie mama porozbierała nas do naga i przejrzała nam ubrania - łapiąc
                            kilkanaście dorodnych okazów, tej okropnej plagi ciężkich czasów. Po kwadransie
                            wróciliśmy do bufetu. Pani Cilka, bez zamawiania podała ojcu piwo, mamie herbatę
                            a nam dała, po dużym czerwonym lizaku.

                            Kilkanaście minut później szliśmy już wąską ścieżką na skróty, w kierunku domu,
                            w którym kopalnia przydzieliła nam - tak zwaną - „ańclę”.
                            Sąsiadem naszym, miał być kopalniany sekretarz partii, który czekał na przydział
                            mieszkania w centrum Murcek.
                            Nasz dwurodzinny dom, ze spadzistym dachem, miał dwa osobne wejścia.
                            • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 22:01
                              Stał on samotnie, w przepięknej leśnej okolicy na końcu niewielkiej polany, z
                              której wchodziło się do prawej lub lewej furtki.
                              Z lewej strony, którą kopalnia przydzieliła nam, okalały go stawy, które
                              zaczynały się za naszym płotem, a ciągnęły się aż do torów kolejowych, za
                              którymi była niewielka kolonia zwana „Cegielnią”.
                              Z tyłu i z prawej strony domu szumiały brzozy i dęby starego lasu.
                              Od frontu domu środkiem polany biegła wąska droga, która łączyła nas poprzez
                              sosnowy zagajnik z dworcem kolejowym i odległą o trzy kilometry, bardzo starą
                              górniczą osadą – „Murcki”.
                              Na środku polany naprzeciw naszego domu - stała przepompownia wody. Nasze
                              mieszkanie nie było zbyt duże.
                              W sieni, z lewej strony była komórka, a na środku sieni schody, którymi
                              wchodziło się do jedynego pokoju, w którym z prawej strony tuż przy drzwiach
                              wejściowych stał duży piec kaflowy z piekarnikiem i z płytą do gotowania.
                              Obok niego z boku w rogu lśnił biały głęboki zlew, nad którym straż pełnił
                              mosiężny kurek.
                              Mama z tatą i tak cieszyli się z tego co dostali, gdyż było to ich pierwsze w
                              ich życiu własne mieszkanie.
                              Tej nocy przespaliśmy się na sianie, które przyniósł z polany nasz ojciec, a
                              mama nakryła je naszym skarbem - jedynym prześcieradłem, jakie miała ze sobą. Na
                              tym królewskim posłaniu spaliśmy my.
                              Mama z tatą spali w kącie naprzeciw nas na samym sianie.

                              Sąsiadów nie było w domu.
                              • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 22:02
                                Wcześnie rano, gdy ojciec poszedł do pracy, mama zaczęła rozpakowywać swój
                                tobołek, nad którym nie wiadomo dlaczego rozpłakała się. Potem z czerwonymi
                                oczami wyszła do naszego już przydomowego ogródka, przy którego płocie kręciły
                                się jakieś dwie kobiety.
                                Matka spostrzegła je dopiero, gdy usłyszała:

                                - Dobry dziń sąsiadko, mogymy sie z womi pogodać - zagaiły.

                                Kiedy ojciec wrócił z pracy nasz pokój, wczoraj jeszcze pusty, był całkowicie
                                umeblowany, a na ścianie nad łóżkami, wisiały dwa duże święte obrazy w pięknych
                                brązowych ramach.
                                Na jednym z nich był pan Jezus z gorejącym sercem, a na drugim matka Boska z
                                takim samym.
                                Zaś na polanie, przed naszą furtką pasła się ciyga.
                                Wszystko to, zawdzięczaliśmy kobietom zza płotu - Ślązaczkom w średnim wieku.
                                Kobiety te, kiedy dowiedziały się od Cilki, że rzadki wtedy jeszcze tu okaz,
                                gorol - czarny Władek, z którym pracowali ich mężowie, sprowadził sobie rodzinę
                                wiedząc, że nic on nie ma, zrobiły wśród mieszkańców „Cegielni”, zbiórkę
                                niepotrzebnych im rzeczy, w które bezinteresownie wyposażyły naszą „ańclę”.
                                (zmokły mi oczy troszeczkę poczekajcie, zaraz dokończę)
                                • rita100 Re: A było to tak! 05.03.07, 22:02
                                  Łaciatą kozę podarowała nam Milerka, której wtedy wcale się nie przelewało. A
                                  dała nam ją po to, abyśmy my - gorolskie dzieci, miały swoje własne mleko.
                                  Ojciec po powrocie z pracy nie poznał pokoju, kiedy matka chciała coś mu
                                  wytłumaczyć nie dał jej dokończyć, tylko łamiącym się głosem skomentował:

                                  - Takie już są te pioruńskie hanysy - jak dostanę wypłatę, musimy kilku z nich
                                  do nas zaprosić.

                                  Matka nic się na to nie odezwała.
                                  Od tej chwili zacząłem asymilować się z tą ziemią - z moją ziemią, z tą - na
                                  której przyjdzie mi żyć jeszcze parę ładnych lat.
                                  • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:03
                                    ASYMILACJA

                                    W tych czasach krążyły po Polsce, umiejętnie przez kogoś fabrykowane legendy o
                                    bajońskich zarobkach na Śląsku.
                                    Jednak tak naprawdę Śląsk wtedy był biedny.
                                    Tutejsi ludzie żyli skromnie i oszczędnie.
                                    Mężczyźni po pracy hodowali na swój użytek gołębie, kury, kozy, a czasami i
                                    wieprzka.
                                    Kobiety w małych przydomowych ogródkach osiągały godne do pozazdroszczenia im
                                    plony - wszystko to jednak było kroplą wody w morzu potrzeb rodziny.

                                    Ślązak uzależniony od pracy na państwowym źle zarabiał i oczekiwał lepszych
                                    czasów, a tych tu nie było widać.
                                    Za to wszędzie widoczny był cichy strach, w jakim żyli Ślązacy obawiając się
                                    Niemców, Polaków i Ruskich.

                                    Przecież w każdej śląskiej rodzinie poszczególni jej członkowie służyli niegdyś
                                    w tej armii, która akurat w danym momencie, w różny sposób zniewoliła któregoś z
                                    członków ich rodziny - w swoje jedyne i zawsze najszlachetniejsze szeregi.

                                    A ta armia - mogła tu powrócić.

                                    • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:03
                                      Kubiś z „Cegielni” czterdziestoletni mężczyzna z gnijącą nogą, którą
                                      kolejno
                                      przestrzelili mu Niemcy, Polacy i Ruscy miał na ścianie powieszony ciekawy portret.
                                      Z jednej strony była podobizna Stalina, a z drugiej ślady po Hitlerze.
                                      W czasie, kiedy go poznałem - aktualny był Stalin.
                                      Ten inwalida wojenny bez żadnej renty - jako podejrzane, ale nie groźne
                                      indywiduum - lutował na „Cegielni” dziurawe garnki i nie wiadomo dlaczego
                                      sam do
                                      siebie mawiał.

                                      - Jo jest Ślązok!
                                      • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:04
                                        Kiedy go poznałem śmierdział już strasznie, bo gniła mu ta jego poprze strzelana
                                        noga, której nie pozwolił sobie amputować. Jednak nawet wtedy, kiedy wył już z
                                        bólu z uporem maniaka powtarzał nie wiadomo dlaczego ;
                                        - Jo je Ślązok.
                                        A będąc już nad grobem głośno zastanawiał się nad tym;
                                        - Czego te siczkie pierony ode mnie sciały!
                                        - Czego zawdy robiły ze mnie wojoka - wykrzykiwał i głośno rozważał - dlaczego
                                        zawdy te wszyćkie pieruny kozały mu strzylać.
                                        - Polocy do Nimców. Nimcy do Poloków. Francuzy zaś do Nimców. A Ruscy do Nimców,
                                        Poloków i Kapitalistów.
                                        - Dlocego? - zastanawiał się.
                                        - Dyć my tuki z sąsiodami zawdy żyli jak kamraci - i nom wojna nie beła
                                        potrzebno - filozofował i tłumaczył się.
                                        - Jo ścioł ino fedrować, jo ścioł ino żyć - mówił - a tera musza umirać i za co?
                                        - nie mógł tego zrozumieć.
                                        - Pamiętam kiedyś głośno zastanawiał się - za co polegli moi kamraci - medytował.
                                        - Lojzika - zastrzeliły Nimcy.
                                        - Ernesta - Polocy.
                                        - Traudle - zgwołciły jakieś Mongoły.
                                        - A Gustle żune śląskiego powstańca wywieźli kasik rusy - bo ktosik bojąc się o
                                        swoja żyć, i ło to by łuna nie pedziała im wto wysłoł iyj chopa do kumina -
                                        pedzioł ruskim - że beła łona kochankom essamanów i sama wydawała swojygo chopa
                                        i ukrywających się po ludziskach żydów.
                                        Nie wiele z tego wtedy rozumiałem, ale cóż mogło mnie to wszystko wówczas
                                        obchodzić.

                                        • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:04
                                          Dla mnie Kubiś w tym czasie był kulawym wariatem, któremu dokuczałem z moimi
                                          dwoma kolegami na wszystkie możliwe sposoby, gdyż zainteresowania moje były
                                          stosowne do mojego wieku - lubiłem jeść i psocić, a problemy dorosłych niewiele
                                          mnie interesowały.

                                          Gdy byłem głodny, wołałem - mama!
                                          Gdy się bałem, wołałem - mama.!
                                          Gdy było mi źle, wołałem - mama!

                                          Swoją drogą, teraz po latach wiem już na pewno, że MAMA - to najwspanialsza
                                          maszyna, jaką kiedykolwiek, ktokolwiek wynalazł.

                                          Kubisiowi wycinałem różne numery - największą frajdę sprawiało mi straszenie go
                                          włochatymi gąsienicami, którymi on się brzydził.

                                          Zbierałem je z przyjaciółmi z rosnącej w pobliżu kapusty lub z pokrzyw na
                                          których żerowały najpiękniejsze okazy - bardzo duże, włochate i czarne.
                                          Kiedy wrzuciłem mu pół puszki tych piękności przez uchylone u niego okno, ale
                                          tak żeby on nie zauważył mnie - Kubiś dostawał szału.
                                          Darł się wtedy wniebogłosy grożąc, że jak złapie tego co to zrobił, to nogi mu
                                          połamie i galaretę z niego zrobi.
                                          Ale mógł mi on nadmuchać - ja w tym momencie dawno już siedziałem w okolicznych
                                          krzakach i chichrając się z niego z dumą nasłuchiwałem jego pomstowania.
                                          Ponieważ jednak od urodzenia byłem niesfornym dzieckiem, w tym czasie, kiedy
                                          inni mieli niezrozumiałe mi problemy, mnie oprócz psocenia interesowały szpasy
                                          górników.
                                          • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:05
                                            Ech to były ględy.

                                            Siedząc po robocie na ławeczkach przed murckowskimi familokami ci ludzie zawsze
                                            tryskali humorem i opowiadali przepiękne wice drwiąc z wszystkich - i z
                                            wszystkiego.
                                            Te ślepry nauczyli mnie, jak lawirować w zawieszeniu, aby przetrwać wszystkich
                                            przypadkowych wielkich tego świata - po to by - kiedyś tam, w miarę godnie
                                            umrzeć.
                                            Zapamiętałem jeden z tych wiców - opowiedział go bardzo bogobojny i religijny
                                            ojciec Traudli - znany kpiarz - były ministrant.
                                            Niech świadczy on o tym że górnicy zawsze mieli swoje zdanie i nie oszczędzali
                                            nikogo nawet kleru, który bardzo szanowali.

                                            Na lekcji religii farorz zapytoł bajtli.
                                            Wto z wos widzioł janiołka.
                                            Rynka do góry dzwignył Hajnel - najgorszy szkolorz w klasie.
                                            Farorz zapytoł - kaj go widziołeś chopcze?
                                            - Jak to kaj - dziwił się Hajnel i odpedzioł Jymu.
                                            - U Wos, na farze ksinżoszku - jak bez łokno wyłaził, a Wyście go po życi
                                            klepali i prosząc:
                                            - Przydź saw jeszcze janiołeczku - przydź.
                                            • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:05
                                              Goście zaproszeni przez mojego ojca, przyszli do nas z żonami w następną sobotę
                                              po południu.
                                              W sumie przyszło dwanaście osób.
                                              Ojciec - na wódkę i kiełbasę wydał pół wypłaty.

                                              Śląskie chłopy piły z nim do późna w nocy.

                                              W tym czasie ich żony z moją matką omawiały trudności czasów, w których przyszło
                                              im żyć i uważały na swoich starych, aby tym gorzołka do cna nie rozmyła ich
                                              „głupich mózgów”.

                                              Ja z tego wieczoru zapamiętałem fragment ciekawej rozmowy, która odbyła się
                                              pomiędzy moim ojcem, a naszym naprawdę wspaniałym sąsiadem, który przed wojną
                                              był bezrobotnym, a po wojnie czerwoni powierzyli mu funkcje sekretarza
                                              bolszewickiej partii na kopalni.

                                              Ten Pan, kazał tytułować się towarzyszem i mieszkał na razie obok nas, jednak
                                              już wkrótce miał dostać mieszkanie w centrum Murcek.
                                              • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:06
                                                Człowiek ten - choć był czerwony był rodowitym ślązakiem i wiele pomógł naszej
                                                rodzinie i innym ludziom też.
                                                Jednak tej nocy pijany w sztok, pokłócił się z moim- też pijanym ojcem - poszło
                                                im o jakieś religijne sprawy.
                                                Mój bogobojny ojciec z powszechnym wykształceniem, syn krakowskiego kościelnego
                                                - nie mógł zrozumieć, jak można nie wierzyć w Boga.

                                                Tymczasem sekretarz, były katolik ochrzczony w murckowskim kościele- z równym
                                                mu wykształceniem, na szybko wychowany przez komunistów w laickiej doktrynie,
                                                nie mógł zrozumieć uporu ojca.

                                                - Władziu nasroł byś na tyn pobabrany kościół, kiery w przeszłości tyla zła
                                                narobił - mędrkował - i przystoł byś do nos.
                                                - Potrafisz pisać, czytać - wychwalał ojcowskie zalety stwierdzając.
                                                - Mógbyś łostać nawet dyrektorem - jak my by cie poparli.
                                                I tak od słowa do słowa, obydwaj pijani w sztok - zaczęli się kłócić.
                                                Ojciec gloryfikował Boga - a sąsiad Stalina.
                                                • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:06
                                                  W pewnym momencie, po zagalopowaniu się ich obu, w jakąś ślepą uliczkę ich
                                                  rozumowania, mój bogobojny ojciec, wskazując palcem na leżące na talerzu jajko
                                                  zapytał naszego sąsiada - który twierdził, że Stalin wszystko może i jest
                                                  ważniejszy od wszystkich bogów świata.

                                                  - Francek - pioronie - nie powiesz mi chyba, że Stalin może kozać tymu jajku,
                                                  aby zalęgło się w nim kurczę?

                                                  Nasz pijany sąsiad na chwilę zamyślił się, ale zaraz potem odparował
                                                  tryumfalnie.

                                                  - Władek, - jak Stalin bydzie ścioł, to z tego jajka wylęgną się trzy kury, a
                                                  nie jedno gupie posrane piskle.
                                                  - Władziu Sztalin wszyćko może.
                                                  - Wto ci doł mieszkanie - Stalin.
                                                  - Dzinki kumu łoba momy robote - dzinki Sztalinowi.
                                                  - Dzinki Stalinowi powtórzył i z wielką powagą dodał.
                                                  - Bo łun - szanuje robotnika.
                                                  - Terozki jak przydziesz do mnie na grubie i powisz mi, że skrzywdził cię jakiś
                                                  pisarzyna to my go zarozki - pstryknął palcami.
                                                  - A przed wojną miołeś takie prawa? - zapytał ojca, który na to nic mu nie
                                                  odpowiedział.
                                                  - Władziu - przed wojną robotnik był nikim.
                                                  - Rządziły nim jakieś żydy, kierzy godali nom - wasze ulice, a nasze kamienice!
                                                  - My przed wojną miszkali w siedmiu w jednej izbie.....jakby Hitler nie...

                                                  - Spokój chłopy! Dosyć już tyj waszyj polityki!
                                                  - Chlapnijcie sie po jednym i powidzcie nom jakiś wic.
                                                  - A nie jeno Sztalin, Hitler, Rokossowski i Żydy - łoroz ta waszo zasrano gruba.
                                                  - Bydziecie tak dugo bablać aż zawrą wos jak Jancika - przerwały ich kłótnie
                                                  kobiety.

                                                  Zaśpiwojmy - zaproponowała zawsze wesoła żona tworzącego nową epokę sekretarza.

                                                  Mama cyk, tata cyk kupili się motocykl - zaczęli popisywać się swoim pianiem
                                                  murckowskie koguty.
                                                  • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:07
                                                    Po tamtej nocy, z poznanymi wtedy przeze mnie ludźmi, rodzice moi utrzymywali
                                                    kontakty do końca swojego życia.
                                                    Ja do końca życia tych ludzi......
                                                    Poznany przez nas sekretarz nie zagrzał na tym stanowisku długo, był to poczciwy
                                                    robociarz, który nie pasował do tego nowo powstającego wtedy towarzystwa.
                                                    On wierzył, że ludzie są szlachetni, że komunizm może uzdrowić świat, ale - to
                                                    były tylko mrzonki prostego człowieka, który nie znał się na polityce.
                                                    Usunięto go po detronizacji Stalina w momencie, gdy spełnił on tam jakąś swoją
                                                    małą rolę w tym bezwzględnym aparacie dyktowania ludziom - ludzkiego szczęścia.
                                                  • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:08
                                                    Po tym przyjęciu, w następnym tygodniu moja matka, chcąc podziękować Bogu za
                                                    dobrych sąsiadów, zabrała nas na poranną mszę do kościoła na Giszowcu.

                                                    Bo, przez las było do niego bliżej - niż do Murcek.

                                                    Gdy wchodziliśmy do tej barakowatej świątyni zwróciłem uwagę na trzech mężczyzn
                                                    w czarnych kapeluszach, którzy stali pod murem kościoła.
                                                    Jednak matka nie pozwoliła mi bliżej im się przyjrzeć - tylko pociągnęła mnie za
                                                    rękę - karcąc.
                                                    - Dlaczego tak się wleczesz?

                                                    W tym dniu nie było mszy.

                                                    Księdza zabrano z zakrystii gdy ubierał się - poinformował nas o tym kościelny.
                                                    Farorz coś narozrabioł i zabrali go - zakomunikował nam i skrył się zaraz z
                                                    powrotem w zakrystii.

                                                    Kościół pozostał bez pasterza.

                                                    Zapanowała w nim cisza.

                                                    Wtedy, przed ołtarz wyszła ubrana w saty Śląskie jedna z wielu kobiet. Uklękła
                                                    ona przed prezbiterium, przeżegnała się i odwróciła do zgromadzonych.

                                                    - Módlmy się - rzekła mocnym, zdecydowanym Śląskim głosem.
                                                    I zaczęła odmawiać różaniec.
                                                    Do obiadu kościół wypełnił się po brzegi.
                                                    - Zdrowaś Mario...
                                                    - Zdrowaś Mario... powtarzali za nią wszyscy.

                                                    Do dzisiejszego dnia pamiętam, jak trzęsły się w południe mury, gdy kobieta
                                                    prosiła. Pomódlmy się do Matki Boskiej Piekarskiej - aby prawda zwyciężyła.

                                                    - Zdrowaś Mario...
                                                  • rita100 Re: ASYMILACJA 05.03.07, 22:08
                                                    Do dzisiaj nie wiem, co się stało z tym księdzem.
                                                    Nie wiem nawet jak on wyglądał - wiem tylko z opowiadań, że był on jakimś tam
                                                    małym oponentem komunizmu.
                                                    Wiem jednak też i to, że wtedy powtarzałem za wszystkimi... Zdrowaś Mario łaski
                                                    pełna... i łzy same - jak wszystkim wkoło cisnęły mi się do oczu - chodź w ogóle
                                                    nie rozumiałem o co tu chodziło.

                                                    Dzisiaj - po latach wiem już jedno.

                                                    I to dzisiaj wiem już na pewno, że wtedy, w tym kościele -odczułem - potęgę
                                                    wspólnej modlitwy.

                                                    Na „Berelf” przemieszkaliśmy dwa lata.
                                                    Dla mnie były to wspaniałe czasy.
                                                    Las, woda, ptaki, ryby i zwierzęta.

                                                    I cisza przerywana gwizdem przejeżdżających tu nie opodal pociągów.

                                                    To był mój raj.

                                                    Moja ziemia obiecana.

                                                    Nasza matka jednak miała na ten temat inne zdanie.... cdn.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka