arnold7
03.10.13, 20:28
Znodl rzech to we Szwalbce, autor: Marian Kulik
W dzień wyjazdu do wojska, Szymon długo żegnał się ze swoimi rodzicami, najpierw na placu przed domem, a potem już na drodze. Ostatnie pożegnanie. Najdłużej żegnała Szymona matka. A to mu coś dołożyła do węzełka, a to mu jeszcze coś ze łzami w oczach przykazywała. Tak, że ojciec cały czas nerwowo kopcąc fajkę, zniecierpliwiony i psychicznie wyczerpany, powiedział: „Dej żysz mu już pokōj, bo jeszcze na cug nie zdąży”. I tak Szymon ucałował mamulkę, uścisnął rękę ojcu, i ruszył przed siebie pylistą drogą oblaną porannym słońcem.
Sąsiadka, która obserwowała całe zdarzenie powiedziała do drugiej sąsiadki: „Ale sie im tyn synek udōł”. Mówiąc to, wodziła rozmarzonym wzrokiem za znikającym Szymonem tak, że druga sąsiadka musiała ją opamiętać. Szturchając łokciem w bok, wyzywająco pytała: „Co ty niy mōsz doma chopa? Kej tak paczysz cielyncymi ôczami za tym samotnym karlusym”.
Szymon mógł się podobać. Był wysoki, mocno zbudowany, o silnych zahartowanych pracą ramionach, a co go szczególnie wyróżniało, to burza jasnych naturalnie lōkatych (kręconych) włosów, których mu wszyscy zazdrościli - tak mężczyźni, jak i kobiety.
Rocznik Szymona był tym pechowym. Przyszło mu odbywać służbę wojskową w latach 1869-72, którą przerwał wybuch wojny francusko – pruskiej 1870roku.
Tym sposobem Szymon z pruskim wojskiem wyrusza na wojnę, by bić się z Francuzami, wrogami króla Prus - Wilhelma I. Wraz ze swoim regimentem dociera do Francji pod miasto Sedan, gdzie wojska francuskie zostają otoczone i gdzie dochodzi do krwawej bitwy, w trakcie której regiment naszego bohatera atakuje francuska kawaleria, w wyniku czego Szymon zostaje ranny i ląduje w lazarecie polowym z raną ciętą głowy. Wojskowy lazaret to nie cywilny szpital, tam pobyt bywa ograniczony do koniecznego minimum i tak też było z naszym wojakiem. Gdy zdjęto mu opatrunek, chirurg wojskowy tylko zerknął i zakomenderował: „Wypisać!” A patrząc na Szymona ciepło powiedział: „Ciebie już nie lazaret, ale dom je potrzebny”. Zanim Szymon został zwolniony do domu, sam generał podziękował za postawę żołnierską całemu regimentowi i wręczył odznaczenia tym, którzy się wyróżnili, między innymi i Szymon został odznaczony za swoją ranę.
Akurat był środek nocy, kiedy wysiadł z pociągu, który go przywiózł na Śląsk. Chwilę postał delektując się rześkim powietrzem, czekając aż go na dobre otrzeźwi z wagonowego letargu. Potem sprawnie rozprostował kości trzeszczące po długim zastoju jak grzechotka, popatrzył na miesiączek, będący tej nocy jego jedyną latarnią i rozpoczął marszrutę w kierunku domu, która miała trwać jeszcze parę godzin. Dla kogoś tak zaprawionego w wielokilometrowych forsownych marszach był to standard. W końcówce przeszedł w marszobieg. Jak potem powie: „Nawet nie czułech tej drogi. Tak mie cisło ku chałpie”.
Jak dotarł na znajome wzniesienie zwane „Gōrką”, z którego widać było całą wieś i słychać swojskie pianie kogutów, powoli usiadł i…zapłakał. Tak się wzruszył widokiem rodzinnych miejsc, tonących w porannej mgle. Pierwszym, kto powitał go przed chałupą, był pies Rino, który z radosnym ujadaniem rzucił się Szymonowi pod nogi. Zaraz potem wyszedł ojciec, a za nim wybiegła matka i od razu się rozpłakała.
Dzień powrotu Szymona do domu był dla jego domowników dniem świątecznym. Ojciec słuchał jego opowieści, wesoło pykając fajkę, a matka gotując obiad na tę okazję składający się z dwóch tłustych dań, co jakiś czas podchodziła ku nim, słuchała, a potem z niedowierzaniem kręciła głową. Po świątecznie sytym obiedzie Szymon nie mówiąc nic, wstał i podszedł do swojego wojskowego rugzaka, który z paroma innymi rzeczami przyniósł z wojska. Wyciągnął z niego dwa zawiniątka i uroczyście trzymając je w rękach powiedział: „Jo niy przichodza z wojska jak syn marnotrawny ze prōżnymi rynkami, ale prziwiōz żech wom gyszynk”. To mówiąc, wręczył ojcu blaszane pudełko z zewnątrz tłoczone i malowane w pstre kolory, a w środku wywalcowane wais metalem i wypełnione kubańskimi cygarami. Matce zaś jedwabną chustkę na głowę w pastelowych kolorach. Wykorzystując nieuwagę rodziców, żywo komentujących podarunki, niepostrzeżenie wyszedł na dwór i dał pieskowi wiązkę wusztu jeszcze z wojskowego prowiantu, a następnie patrząc, jak pies pałaszuje kiełbasę z zadowoleniem pomyślał: „Ô nikim żech niy zapomniōł”. Dobrze, że rodzice nie wiedzieli, ile żołdu musiał poświęcić, żeby kupić wcale nie tak tanie prezenty, bo by się na pewno tak nie radowali.
Na drugi dzień już od rana zaczęli przychodzić znajomi i sąsiedzi, żeby zobaczyć i posłuchać wojoka, który jak wieść niosła „aże we Francyi wojowoł” i na pewno różne dziwy widział.
Szymon nie dał na siebie długo czekać, wyszedł przed chałupę wygolony, rozsiewając zapach wody kolońskiej, w bielusieńkiej koszuli, granatowych spodniach i wysokich lakierowanych butach do kolan. Jak go znajomi ujrzeli, zamilkli z wrażenia i z zakłopotaniem czekali na jego ruch. On siadając na ryczce pod lipą, z uśmiechem zaprosił wszystkich ku sobie. Mężczyźni od razu posiadali w krąg częstując się wzajemnie tytoniem. Szymon fraternizując grzecznie tytoń wziął, ale nie zapalił. Dzieci posiadały u nóg mężczyzn. Kobiety, których parę przygnała nieskrywana ciekawość, odurzone jeszcze nieznaną im wodą kolońską, stały z boku zbite jak stadko kuropatw, ale nie zapomniały dokładnie zlustrować każdego szczegółu w wyglądzie niedawnego wojoka.
Było już południe i słońce grzało niemiłosiernie, i choć rozłożysta lipa dawała kojący cień, to i pod nią panowała spiekota, która najwidoczniej słuchającym nie przeszkadzała, bo wszyscy siedzieli nieporuszeni, tylko od czasu do czasu wydając różne głosy, to zdziwienia, to znów niedowierzania. Tak jakby siedzieli nie przed Szymonem, ale przed ekranem kinowym.
Zbliżając się powoli, do momentu kulminacyjnego swej opowieści, Szymon wyciągnął z sakwy swój wojskowy skórzany pikielhaub, położył go na trawie przed sobą i nie odrywając od niego wzroku ciągnął dalej: „ To bōło piōtkowe popołudnie, jak my prziszli do małej wsi, co sie u nich nazywo farma. Ōficyry zarōz prziszli i pedzieli: „Szykujcie kwatery, do jutra dychocie.” Nom się już niy chciało ani godać, tak my byli utyrani tom wojaczkom, yno kożdy lygoł kaj mōg. Na drugi dziyń, w sobota, dali nom dużyj polegać, potym rozdali kawa i suche racje. Ale w połednie, trombki zaczyny grać stowanego, a oficyrki tyrali i poganiali. Jak my się uformowali, to przijechoł hauptman na koniu i pedzioł, że przed nami jest obcinglowany bez nasze wojska festung Sedan, a w nim skryty cysorz francuski i teroz pudymy odegnać Francuzōw, co idom mu na retonk. Tyż zaroz my ruszyli całym regimyntym w trzi raje. Prziszli my pod tako kympka i pomału spinomy się na wiyrch, aż tu nogle za nij wyjeżdżajom na koniach francuske kirasjery ze wyciągniętymi szablami prosto na nos. Jo pacza, a jedyn jedzie gynau na mie, na piersi i plecach blachy, na gowie hełm z grzebyniem, boty aż za kolana, skórzane rynkawice, gymba ôtwarto, bo chyba coś ryczŏł i czorne złe ôczy. Jo tyż nic, yno giwer nastawiom choby pika, a ôn koniym ôkrycił, i szablom cyluje prosto w moja gowa. Tela dobrze, że mie cion bez koński łeb i już ni mioł takij siły, bo inaczyj to by mi gowa z karku sleciała. Najprzōd mie ôguszył , a potym jak żech się ôpamiytoł, to mi przed ôczami tyrały czyrwone płachty, a to yno bōła krew, co mi leciała z gowy. A potym, to mi dochtor wyszczig wosy i szył skōra. Na koniec pedzioł: „Keby niy hełm, to bōś bōł już u Pon Bōczka”. To mówiąc z czułością, jakby w rękę brał nie pikielhaub, a pisklę. Pokazuje wszystkim przecięty jak jabłko hełm, a potem spokojnym, jakby od niechcenia, ruchem odgarnia włosy i cicho mówi: „Tu