Dodaj do ulubionych

Saga Slaska

03.10.13, 20:28
Znodl rzech to we Szwalbce, autor: Marian Kulik

W dzień wyjazdu do wojska, Szymon długo żegnał się ze swoimi rodzicami, najpierw na placu przed domem, a potem już na drodze. Ostatnie pożegnanie. Najdłużej żegnała Szymona matka. A to mu coś dołożyła do węzełka, a to mu jeszcze coś ze łzami w oczach przykazywała. Tak, że ojciec cały czas nerwowo kopcąc fajkę, zniecierpliwiony i psychicznie wyczerpany, powiedział: „Dej żysz mu już pokōj, bo jeszcze na cug nie zdąży”. I tak Szymon ucałował mamulkę, uścisnął rękę ojcu, i ruszył przed siebie pylistą drogą oblaną porannym słońcem.

Sąsiadka, która obserwowała całe zdarzenie powiedziała do drugiej sąsiadki: „Ale sie im tyn synek udōł”. Mówiąc to, wodziła rozmarzonym wzrokiem za znikającym Szymonem tak, że druga sąsiadka musiała ją opamiętać. Szturchając łokciem w bok, wyzywająco pytała: „Co ty niy mōsz doma chopa? Kej tak paczysz cielyncymi ôczami za tym samotnym karlusym”.



Szymon mógł się podobać. Był wysoki, mocno zbudowany, o silnych zahartowanych pracą ramionach, a co go szczególnie wyróżniało, to burza jasnych naturalnie lōkatych (kręconych) włosów, których mu wszyscy zazdrościli - tak mężczyźni, jak i kobiety.

Rocznik Szymona był tym pechowym. Przyszło mu odbywać służbę wojskową w latach 1869-72, którą przerwał wybuch wojny francusko – pruskiej 1870roku.

Tym sposobem Szymon z pruskim wojskiem wyrusza na wojnę, by bić się z Francuzami, wrogami króla Prus - Wilhelma I. Wraz ze swoim regimentem dociera do Francji pod miasto Sedan, gdzie wojska francuskie zostają otoczone i gdzie dochodzi do krwawej bitwy, w trakcie której regiment naszego bohatera atakuje francuska kawaleria, w wyniku czego Szymon zostaje ranny i ląduje w lazarecie polowym z raną ciętą głowy. Wojskowy lazaret to nie cywilny szpital, tam pobyt bywa ograniczony do koniecznego minimum i tak też było z naszym wojakiem. Gdy zdjęto mu opatrunek, chirurg wojskowy tylko zerknął i zakomenderował: „Wypisać!” A patrząc na Szymona ciepło powiedział: „Ciebie już nie lazaret, ale dom je potrzebny”. Zanim Szymon został zwolniony do domu, sam generał podziękował za postawę żołnierską całemu regimentowi i wręczył odznaczenia tym, którzy się wyróżnili, między innymi i Szymon został odznaczony za swoją ranę.

Akurat był środek nocy, kiedy wysiadł z pociągu, który go przywiózł na Śląsk. Chwilę postał delektując się rześkim powietrzem, czekając aż go na dobre otrzeźwi z wagonowego letargu. Potem sprawnie rozprostował kości trzeszczące po długim zastoju jak grzechotka, popatrzył na miesiączek, będący tej nocy jego jedyną latarnią i rozpoczął marszrutę w kierunku domu, która miała trwać jeszcze parę godzin. Dla kogoś tak zaprawionego w wielokilometrowych forsownych marszach był to standard. W końcówce przeszedł w marszobieg. Jak potem powie: „Nawet nie czułech tej drogi. Tak mie cisło ku chałpie”.

Jak dotarł na znajome wzniesienie zwane „Gōrką”, z którego widać było całą wieś i słychać swojskie pianie kogutów, powoli usiadł i…zapłakał. Tak się wzruszył widokiem rodzinnych miejsc, tonących w porannej mgle. Pierwszym, kto powitał go przed chałupą, był pies Rino, który z radosnym ujadaniem rzucił się Szymonowi pod nogi. Zaraz potem wyszedł ojciec, a za nim wybiegła matka i od razu się rozpłakała.

Dzień powrotu Szymona do domu był dla jego domowników dniem świątecznym. Ojciec słuchał jego opowieści, wesoło pykając fajkę, a matka gotując obiad na tę okazję składający się z dwóch tłustych dań, co jakiś czas podchodziła ku nim, słuchała, a potem z niedowierzaniem kręciła głową. Po świątecznie sytym obiedzie Szymon nie mówiąc nic, wstał i podszedł do swojego wojskowego rugzaka, który z paroma innymi rzeczami przyniósł z wojska. Wyciągnął z niego dwa zawiniątka i uroczyście trzymając je w rękach powiedział: „Jo niy przichodza z wojska jak syn marnotrawny ze prōżnymi rynkami, ale prziwiōz żech wom gyszynk”. To mówiąc, wręczył ojcu blaszane pudełko z zewnątrz tłoczone i malowane w pstre kolory, a w środku wywalcowane wais metalem i wypełnione kubańskimi cygarami. Matce zaś jedwabną chustkę na głowę w pastelowych kolorach. Wykorzystując nieuwagę rodziców, żywo komentujących podarunki, niepostrzeżenie wyszedł na dwór i dał pieskowi wiązkę wusztu jeszcze z wojskowego prowiantu, a następnie patrząc, jak pies pałaszuje kiełbasę z zadowoleniem pomyślał: „Ô nikim żech niy zapomniōł”. Dobrze, że rodzice nie wiedzieli, ile żołdu musiał poświęcić, żeby kupić wcale nie tak tanie prezenty, bo by się na pewno tak nie radowali.

Na drugi dzień już od rana zaczęli przychodzić znajomi i sąsiedzi, żeby zobaczyć i posłuchać wojoka, który jak wieść niosła „aże we Francyi wojowoł” i na pewno różne dziwy widział.

Szymon nie dał na siebie długo czekać, wyszedł przed chałupę wygolony, rozsiewając zapach wody kolońskiej, w bielusieńkiej koszuli, granatowych spodniach i wysokich lakierowanych butach do kolan. Jak go znajomi ujrzeli, zamilkli z wrażenia i z zakłopotaniem czekali na jego ruch. On siadając na ryczce pod lipą, z uśmiechem zaprosił wszystkich ku sobie. Mężczyźni od razu posiadali w krąg częstując się wzajemnie tytoniem. Szymon fraternizując grzecznie tytoń wziął, ale nie zapalił. Dzieci posiadały u nóg mężczyzn. Kobiety, których parę przygnała nieskrywana ciekawość, odurzone jeszcze nieznaną im wodą kolońską, stały z boku zbite jak stadko kuropatw, ale nie zapomniały dokładnie zlustrować każdego szczegółu w wyglądzie niedawnego wojoka.

Było już południe i słońce grzało niemiłosiernie, i choć rozłożysta lipa dawała kojący cień, to i pod nią panowała spiekota, która najwidoczniej słuchającym nie przeszkadzała, bo wszyscy siedzieli nieporuszeni, tylko od czasu do czasu wydając różne głosy, to zdziwienia, to znów niedowierzania. Tak jakby siedzieli nie przed Szymonem, ale przed ekranem kinowym.

Zbliżając się powoli, do momentu kulminacyjnego swej opowieści, Szymon wyciągnął z sakwy swój wojskowy skórzany pikielhaub, położył go na trawie przed sobą i nie odrywając od niego wzroku ciągnął dalej: „ To bōło piōtkowe popołudnie, jak my prziszli do małej wsi, co sie u nich nazywo farma. Ōficyry zarōz prziszli i pedzieli: „Szykujcie kwatery, do jutra dychocie.” Nom się już niy chciało ani godać, tak my byli utyrani tom wojaczkom, yno kożdy lygoł kaj mōg. Na drugi dziyń, w sobota, dali nom dużyj polegać, potym rozdali kawa i suche racje. Ale w połednie, trombki zaczyny grać stowanego, a oficyrki tyrali i poganiali. Jak my się uformowali, to przijechoł hauptman na koniu i pedzioł, że przed nami jest obcinglowany bez nasze wojska festung Sedan, a w nim skryty cysorz francuski i teroz pudymy odegnać Francuzōw, co idom mu na retonk. Tyż zaroz my ruszyli całym regimyntym w trzi raje. Prziszli my pod tako kympka i pomału spinomy się na wiyrch, aż tu nogle za nij wyjeżdżajom na koniach francuske kirasjery ze wyciągniętymi szablami prosto na nos. Jo pacza, a jedyn jedzie gynau na mie, na piersi i plecach blachy, na gowie hełm z grzebyniem, boty aż za kolana, skórzane rynkawice, gymba ôtwarto, bo chyba coś ryczŏł i czorne złe ôczy. Jo tyż nic, yno giwer nastawiom choby pika, a ôn koniym ôkrycił, i szablom cyluje prosto w moja gowa. Tela dobrze, że mie cion bez koński łeb i już ni mioł takij siły, bo inaczyj to by mi gowa z karku sleciała. Najprzōd mie ôguszył , a potym jak żech się ôpamiytoł, to mi przed ôczami tyrały czyrwone płachty, a to yno bōła krew, co mi leciała z gowy. A potym, to mi dochtor wyszczig wosy i szył skōra. Na koniec pedzioł: „Keby niy hełm, to bōś bōł już u Pon Bōczka”. To mówiąc z czułością, jakby w rękę brał nie pikielhaub, a pisklę. Pokazuje wszystkim przecięty jak jabłko hełm, a potem spokojnym, jakby od niechcenia, ruchem odgarnia włosy i cicho mówi: „Tu
Obserwuj wątek
    • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:30
      Pokazuje wszystkim przecięty jak jabłko hełm, a potem spokojnym, jakby od niechcenia, ruchem odgarnia włosy i cicho mówi: „Tu mie cylła ta francusko szabla. I żebych niy zapomnioł, to mi ôstawiła tyn sznit” .

      I tak już mu ôstało „Szymon Sznit”.
      • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:30
        Jeszcze nie minęły dwa miesiące od powrotu Szymona z jego wojskowych wojaży, a on już wrósł na powrót w swoje poprzednie wiejskie życie, jakby się nigdy z nim nie rozstawał. Tak też został odebrany i na powrót zaakceptowany przez całą wiejską społeczność, co w owych czasach było bardzo ważne, gdyż każda wieś była autonomicznym środowiskiem, funkcjonującym według własnych zasad wypracowanych przez poprzednie pokolenia, niejednokrotnie archaicznych, ale praktycznych i gwarantujących stabilizację. Dlatego ówczesny wiejski narodek nie tolerował żadnych odmieńców, usiłujących podważyć czy zakłócić istniejący porządek.

        Najbliżsi Szymona, czyli jego rodzice szybko zorientowali się, że jego niektóre przyzwyczajenia odbiegają od tych, do których przywykli. Dlatego, tłumiąc w sobie te spostrzeżenia pocieszali się, że woniajōnce mydło, którego stosunkowo często używał do mycia rąk, raczej prędzej niż później się skończy. Podobnie myśleli, patrząc z politowaniem, jak codziennie się goli, i co trzeci dzień masuje twarz wodą kolońską, której zapach unosił się po całej chałpie.

        Matka, obserwując jego codzienną ekwilibrystykę z brzytwą w roli głównej, nie wytrzymała kiedyś i wybuchła: „Cóż to za chop bez wosōw na gymbie, choby baba. Jo by takigo chopa niy chciała, bo bych myślała, że lygōm z babōm”. A jak Szymon począł się masować wodą kolońską, szybko wstała i zaczęła otwierać drzwi i okna. Wtedy już nie wytrzymał i zawołał: „Cóż to matka tak luftujecie, jeszcze przeziōmbna skuli tych przeciągōw”. Matka - robiąc swoje – odparła: „Niy chca, żeby skuli twojigo woniała, ludzie nos na jyzyki wziyni.”

        To, co tak bardzo raziło matkę, niekoniecznie musiało przeszkadzać innym, szczególnie młodym dziewczynom, które - jak każda kobieta - chłonęły wszystkie nowinki płynące z wielkiego świata.

        Szymon, czując na sobie ciekawe i po trochu wyzywające spojrzenia kobiet, nabierał próżnej pewności siebie. Jak przychodziła niedziela, to już od wczesnych godzin rannych, glancowōł swoje wysokie szczewiki, a potem szczotkował i trzepał ciemno modre sukienne wojskowe spodnie, które ubierał tylko do kościoła. Było już tradycją, że po mszy mężczyźni zbierali się w szynku, żeby obgadać miniony tydzień, wymieniając się przy okazji lokalnymi nowościami, racząc się piwem albo gorzałką, kontrolując się stale, żeby się nie ôżryć, bo niydzielny ôbiod to prawdziwy rytuał w towarzystwie całej rodziny pod kierownictwem żony, która by nie darowała, że głowa rodziny w ten dzień siada do stołu ôżarty, burząc ustalony od pokoleń porządek. Jak wszystko, co dobre, tak i niedziela szybko mijała i rozpoczynał się nowy tydzień, wypełniony znojną pracą.

        Pomimo że rodzina naszego bohatera zaliczała się do tych, które miały nieco więcej niż inne, to rytuały codziennych zajęć były niezmienne jak u pozostałych mieszkańców wsi. Krótko przed świtem wszyscy wstawali i ruszali do swoich obowiązków - matka zajmowała się przygotowaniem posiłków i karmieniem drobiu, który błąkał się po placu w poszukiwaniu ziarna, a ojciec z Szymonem zajmowali się końmi i bydłem. Gdy zwierzęta były nakarmione, wtedy dopiero zasiadali do krótkiego, ale pożywnego śniōdania.

        Już od niepamiętnych czasów okres żniw był wyjątkową porą roku. Wtedy decydowało się, czy następne miesiące będą miesiącami sytymi czy głodnymi, dlatego cała wieś starała się jak najszybciej skosić, a następnie zwieść skoszone zboża do stodół, gdzie przez następne miesiące trwała żmudna młócka. Jako, że w tamtych czasach o mechanizacji nikt nie słyszał, dlatego kiedy decydował czas, ludzie wzajemnie udzielali sobie pomocy podczas robót polowych. Tak było też w przypadku rodziny naszego bohatera i jego sąsiadki. Oni mieli konie i sprzęt, ona była sama - tylko ze swoim mężem nieudacznikiem.

        Angela, bo tak nazywała się owa sąsiadka, zajrzała do Sznitów podczas deszczu obgadać wzajemne żniwa, bo miała pewność, że kogoś zastanie. Nie myliła się, w chałpie byli wszyscy. Szymon siedział na środku izby i naprawiał końską uprząż. Ojciec pod oknem coś majstrował przy oil lampie, a matka działała na maśniczce mleko i siedząc zaprosiła sąsiadkę ku sobie. Obie kobiety od razu zaczęły się wymieniać wiejskimi ciekawostkami - taka typowa lokalna szeptana gazeta. Ale jeśliby ktoś się przypatrzył szczegółowo Angeli, zorientowałby się, że od czasu do czasu zerkała ukradkiem na Szymona, który również posyłał w jej kierunku spojrzenia spod burzy lukatych blond włosów. Sąsiadka wychodząc, po raz ostatni spojrzała w stronę Szymona w sposób bardzo wymowny, który szybko wstał i powiedział: „To jo wos ôdprowadza do dōm”. Ale matka niespodziewanie stanęła między nimi i rozkazująco oznajmiła: „Rōb swoje. My se jeszcze pogōdōmy na dworze”. Wieczorem, będąc już tylko z mężem powiedziała: „Ta Angela mo się cosik do naszego Szymona, a ôn tyż tak patrzi na nia, jak kokot na kureczka”. Mąż tylko wzruszył ramionami i kryjąc śmiech odparł: „Ôna je baba jak ôgiyń i potrzebuje fojermana, co by jōm dziynnie gasił, a mo yno mamlasa”.

        Angela była niewysoką, przysadzistą brunetką o wyzywająco kobiecych kształtach, które u chopōw wywołują gwałtowny skok ciśnienia. W przeciwieństwie do innych mężatek, bez ogródek świdrowała mężczyzn swoim na poły śmiejącym, a na poły lubieżnym spojrzeniem, pod wpływem którego każdy się topił jak kostka lodu. A jeśli jeszcze do tego dodamy wymowne ruchy, to mamy już wulkan przed wybuchem.

        I ten wulkan miał w domu męża hipochondryka, który albo już był albo dopiero zamierzał być chory, czyli tzw. karwiyńczok, który już zapomniał, jaki kiedyś był.
        • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:31
          Po czerwcowych deszczach nastały lipcowe upały i pola zaroiły się od żniwiarzy, którzy poczerniali od kurzu, spaleni słońcem i otępiali ze zmęczenia, pracowali w pocie czoła od rana do późnego popołudnia. Szymon z ojcem już trzeci dzień siykli zboże. Ręce zaczynały już drętwieć i boleć od ciągłego machania kosą, ale dorodne łany dojrzałego żyta działały jak balsam na zmęczonych żniwiarzy powodując, że ci szybko zapominali o zmęczeniu i kontynuowali swoje dzieło. Kobiety, które dreptały schylone za mężczyznami wiążąc w snopy zesieczone zboże, były jeszcze bardziej wyczerpane od nich. Angeli zmęczenie również doskwierało, jednak prostując co jakiś czas zgięte plecy, patrzyła łapczywie w kierunku jednego z koszących i wtedy jej oczy płonęły dziwnym blaskiem. Szymon musiał poczuć na swoich plecach parzący wzrok Angeli, bo zatrzymał się i zaczął zastanawiająco długo brusić swoją kosę. Ona tymczasem podeszła do niego i patrząc mu w prosto w oczy, powiedziała niskim cichym głosem: „Ida do stodoły napić się zimnyj kiszki”. I poszła. Szymon przez chwilę patrzył za nią, jak oddala się okryta tylko cienką płócienną koszulą. Następnie wolno odłożył kosę i zawołał do ojca: „Leca po woda” i puścił się biegiem ku stodole.;Gdy dzień miał się już ku końcowi, grupy wymęczonych, ale dumnych ze swojego trudu żniwiarzy powoli schodziły z pól. Matka oglądając się na boki pyta ojca: „Kaj jes Szymon, kej jigo kosa już dłuższy czas stoi samotnie wbito w ziymia jak komin z ôrzeskiej huty?” Ojciec wolno akcentując każde słowo wysylabizował: „Poszōł po woda do… stodoły”, z której w tej samej chwili jednym wyjściem wyszła Angela, a drugim Szymon. Na ten widok matka plasnęła w ręce i powiedziała: „A to bestio, jednak mie ubieg”.

          Po epizodzie ze stodołą, Szymon stał się jak gdyby innym człowiekiem. Chodził zamyślony, mało mówił, a jak już coś powiedział, to byle co i ciągle się dokądś spieszył.
          • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:31
            Rodzice, a szczególnie matka, szybko zorientowali się, że schadzka w stodole nie była jedynie epizodem. Postanowiła rozmówić się, najpierw z winowajczynią całego zamieszania. Obie kobiety spotkały się twarzą w twarz, gdy jedna wracała z kościoła, druga do niego zdążała. Konfrontacja była nieunikniona, gdyż droga była wąska, a z boku pola.

            Zbliżając się do Angeli, matka Szymona, już z daleka zaczęła wrzeszczeć: „Ty niewstydnico jedna, niy ma cie gańba tyrać za samotnym karlusym, zamiast chopu łobiod uwarzyć!?” Angela nie zatrzymując się krótko zripostowała: „Byda dalij za nim tyrała, bo mi dowo to, czego w doma niy mom. Jo bez tego lekarstwa niy umia żyć, a wszysko insze mom w żici”. Gdy matka to usłyszała, ucichła i znieruchomiała jak słup soli.

            Nie minęły dwa dni od tej słownej połajanki, jak Szymon intensywnie się przygotowywał do wieczornego wyjścia. Już ubrany, ale jeszcze bosy czegoś gorączkowo szukał. W końcu nie wytrzymał i zapytał: „Kaj som moje szczawiki?” Matka stojąc do niego tyłem i patrząc pod nogi cicho wymruczała: „Jo jich widziała jak se pomału szły do Angeli, ale bez ciebie”. Ta omaszczona szyderstwem ingerencja w jego osobiste sprawy musiała zaboleć, bo zrobił się bladozielony. Milcząc, usiadł i zapalił fajkę cesarkę, która mu sięgała prawie do pasa. Obserwując go, jak drżącymi rękami najpierw nabija tytoń do porcelanowego cybucha, a następnie tonie w sinym dymie, matka pojednawczo powiedziała: „Niy ma to jak się podychać kurzu z fajfki. Zaroz wiym, że w chałpie jes chop”.

            Następnego dnia wcześnie rano ojciec prowadząc konie do wozu powiedział do Szymona: „Idz sie zaroz łoblyc, pojadymy do lasa po drzewo”. Wracając po paru godzinach z furą pełną suchego drzewa, natknęli się na grupę chłopców wracających ze szkoły. Jeden z chłopaków, widząc Szymona siedzącego na furze, zanucił przyśpiewkę: „Pod tom naszom szopkom, lygołech tam z ciotkom, a teroz mie gańba, jak sie z ciotkom spotkom…”. Ojciec, słysząc tę złośliwą aluzję odparł: „Już ludzie poczynajom berać ło ciebie, nojlepij jak byś się napasowoł jako frela”.
            • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:32
              Po tym zajściu przez najbliższe miesiące w rodzinie wszystko powoli wracało do poprzedniego stanu. Szymon, będąc przekonanym, że romans z mężatką jest bez perspektyw, a na dodatek niedopuszczalny w oczach wiejskiej społeczności, powoli, ale systematycznie schładzał swój stosunek do Angeli.

              W drugi dzień Świąt Wielkiej Nocy wraz z grupą kolegów wybrał się do odległej wsi na zabawę. Wrócił krótko przed świtem bez rękawa i guzików w marynarce z okiem w kolorze dojrzałej śliwki, ale pomimo tego bardzo zadowolony.

              Na następny tydzień w sobotę, już od samego rana zachowywał się tak, jakby chodził po gorących węglach - skrupulatnie szczotkował spodnie, wielokrotnie zaglądał do lustra, a jak na zegarze wybiła szósta, wypadł z domu jak z katapulty. Ojciec, który obserwował to jego nietypowe zachowanie, zawołał za nim: „Żeby ci tak pilno tyż do żyniaczki bōło”. W odpowiedzi usłyszał: „A możno mocie recht?” i od razu razem z matką z wrażenia usiedli na trawie pod lipą.

              Nic nie zapowiadało, że akurat te święta Wielkiej Nocy będą wyjątkowe i niepowtarzalne dla naszego bohatera, tak bardzo wyjątkowe, że nawet on sam nie był w stanie nad wszystkim zapanować, ulegając rodzącym się fascynacjom.

              W owych czasach Wielkanoc rozpoczynała okres hucznych zabaw, kiedy to wszystkie szanujące się karczmy czy szynki szeroko otwierały swoje podwoje, witając muzyką wszystkich chętnych do zabawy. A tych nie brakowało, szczególnie wśród młodych, wyjałowionych czterdziestoma dniami postu, którego skrupulatnie przestrzegano.

              Szymon, jako że należał już do tej nieco przerośniętej młodzieży, temat świątecznych tańców omawiał wespół z kamratami w szynku, gdzie pośród gromkich śmiechów wspominano poprzednie zabawy, snując równocześnie plany co do tegorocznych, zbliżających się uciech, wszystko podlewając piwem czy gorzałką.

              Tym razem, po wielogodzinnych negocjacjach ustalono, że w tym roku udają się całą ferajną do pobliskiej wsi, gdzie jak wieść niosła co druga, to szwarno dziołcha na wydaniu. Jak uradzili, tak zrobili. Po świątecznym sytym obiedzie, wesołą gromadą wyruszyli w kierunku „mitycznego kobiecego eldorado”.

              Po ponad godzinnej wędrówce przez las, jako że szli na przimo, nasi bohaterowie wyszli z lasu na drogę gruntową, biegnącą zygzakiem między polami w kierunku ledwo widocznych zabudowań, leżących na skraju szaroburych pól. Dochodził stamtąd stłumiony odgłos skocznej muzyki. Prawdopodobnie wiosenne podniecenie i wypita w lesie gorzołka spowodowały, że któryś zawołał: „Wto piyrszy doleci do szynku, tymu wszyscy szynknom sznapsa!”. I ruszyli polną drogą jak na złamanie karku, wznosząc za sobą tumany kurzu. Po pół godzinie, byli na miejscu stając przed rozległym, a przysadzistym budynkiem z czerwonej cegły, osnutym pajęczyną dzikiego wina i przykrytym spadzistym dachem, dochodzącym aż do samych okien, co sprawiało wrażenie, jakby był niższy niż w rzeczywistości i wrośnięty w ziemię. Całe zaplecze karczmy tworzył zespół budynków gospodarczych, które były tak zgrabnie usytuowane, że nie raziły oczu karczemnych konsumentów brzydotą swoich starych murów pokrytych płatami liszai. Cały ten karczemny kompleks był ogrodzony drewnianym płotem ze sztachet, pomalowanych na zielony kolor.

              Gdy przez otwartą bramę Szymon wraz z kamratami wszedł na plac, pierwsze, co się im rzuciło w oczy, to ręczna pompa do wody, którą widzieli pierwszy raz w życiu, a o której wielokrotnie słyszeli jako o czymś bardzo praktycznym i nowoczesnym. Owo cudo było w całości odlane z metalu i mocno zakotwiczone w ziemi. Na dłuższe oględziny nie było czasu i możliwości, gdyż wokół pompy tłoczyła się rozgorączkowana wataha wyrostków, którzy jak pracowali przy niej w pocie czoła czerpiąc wodę.

              • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:33
                Do karczmy wchodziło się po czterech szerokich, kamiennych schodach szerokimi drzwiami bezpośrednio do ogromnej niskiej sali z drewnianą podłogą, wyczyszczoną na ten dzień do białości tłuczoną cegłą. Cała frontowa ściana była zajęta przez szynkwas, przy którym kłębił się już podpity tłumek, do którego zmierzał również z kamratami Szymon, aby się pokrzepić i popatrzeć na frelki, które albo już wirowały w tańcu, albo jeszcze stały, czekając na tancerzy.

                Szymon zdążył wypalić dwa cygara, wypić dwa sznapsy, kiedy wyłowił z gromadki jedną frelkę, która miała długi warkocz blond włosów i dyskretnie się do niego uśmiechała. Kolejny sznaps zakupiony przez kamratów pozostał nietknięty, bo Szymon już tańcowoł, mając na ramieniu warkocz swej partnerki. Ulka bo takie było jej imię miała jasno-modre wyzgerne oczy i niesamowicie zgrabną sylwetkę, która wyróżniała ją od innych dziewcząt, a oprócz tego była córką właściciela karczmy, o czym Szymon dowiedział się dużo później. Już po pierwszym tańcu, obydwoje byli sobą zauroczeni, wcale się z tym nie kryjąc. To nie mogło się już podobać miejscowym karlusom, którzy nie mieli zamiaru pozwolić, żeby ktoś z zewnątrz bezkarnie zrywał najdorodniejsze kwiatki z ich ogródka.

                O dwunastej, pomimo że zabawa trwała w najlepsze, Ulka poprosiła Szymona, żeby ją odprowadził do wyjścia, tłumacząc, że musi iść do domu. Na pożegnanie zaprosiła go na następną niedzielę. Po takim zakończeniu, Szymon, już cały w skowronkach, leciał jak na skrzydłach, żeby pochwalić się kamratom nowo poznaną frelą, a tu jak spod ziemi wyrosło przed nim kilkanaście groźnie wyglądających postaci. Nawet nie zdążył pomyśleć, co się dzieje, a już był w środku wrogiego kręgu. Intuicyjnie wyczuwając, że jest bardzo źle, głowę zakrył rękami. Pierwszy cios otrzymał właśnie tam. Zachwiał się, ale nie upadł, lecz to tylko rozwścieczyło jego prześladowców, którzy rozpoczęli go bić z wielką wprawą.

                Nie wiadomo, jak by się skończyła dla Szymona, ta „młócka”, gdyby nie jego kamraci, którzy krótko po nim również wyszli się „przewietrzyć”. Najpierw któryś zawołał: „Chopy, bijōm Sznita!”, a potem już dało się słyszeć charakterystyczne trach, trach wyrywanych sztachet z zielonego płotu. Ci, którzy dotychczas bezkarnie bili Szymona Sznita, teraz sami stali się bitymi, w dodatku wyrwanymi z płotu sztachetami.

                Pozornie nieistotne zajście „egzekucji” na Szymonie, szybko przerodziło się w grupową bijatykę, podczas której zaczęto się okładać czym popadnie i gdzie popadnie. I tak plac przed szynkiem zamienił się w pole bitwy, gdzie pośród wrzasków i krzyków, bijący przemieszczali się na wzór monstrualnego wiru, który zasysał każdego, kto nieopatrznie znalazł się w jego zasięgu. Tak dynamiczny rozwój bijatyki nikomu zapewne nie wyszedłby na zdrowie, ale na szczęście dla wszystkich uczestników awantury, jeden z wyrostków, który dotąd bezpiecznie siedząc na płocie, kibicował całemu zajściu, widząc, co się dzieje, zeskoczył z płotu i wpadł na salę z rykiem: „Na placu jest haja, kaj cudze pachoły bijō naszych synkōw!”.
                • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:34
                  Sala na moment zamarła, a potem wybuchł wielki ryk i wszyscy, których alkohol nie zamroczył i potrafi li jeszcze chodzić, ruszyli na pomoc swoim jedni wymachując tylko pięściami, inni z tym, co akurat mieli w zasięgu ręki.

                  Szymon, który przed chwilą został dosłownie wypluty z tego żywego, kąsającego się wzajemnie wiru, szybko doszedł do siebie i zauważył, że jeszcze chwila, a wysypujący się na majdan tłum rozniesie jego i jego kamratów na pięściach. Zdążył tylko krzyknąć: „Uciekōmy!” i ruszyli jak stado ogierów na Wielkiej Pardubickiej.

                  Zatrzymali się dopiero w lesie, gdzie już bezpieczni, zaczęli ze zmęczenia padać na trawę jak podcięte sosny. Po dłuższej chwili leżakowania, ociężale wstawali, żeby dowlec się do przydrożnego stawu, gdzie dokonywali wstępnych ablucji ciał, pełnych sińców i zadrapań.

                  Cały następny tydzień przy pomocy różnych domorosłych specyfików nasz bohater usuwał ślady awantury, tak że gdy przyszła niedziela, „czując w brzuchu pełno lotajōncych szmaterloków”, biegł na spotkanie. Mając na uwadze wydarzenia sprzed tygodnia, na wszelki wypadek do jednej kieszeni włożył flaszka gorzałki, a do drugiej dla obrony szlagring.

                  Ulka doskonale orientowała się, co może grozić jej wybrankowi, kiedy spotka jej dawnych wielbicieli, dlatego wyszła mu naprzeciw, żeby zademonstrować jego adwersarzom, kogo wybrała, obejmując tym samym Szymona immunitetem nietykalności. Wszystkie następne wizyty u Ulki odbywały się bezkonfliktowo, a były coraz częstsze, tak że w Zielone Świątki gdy szli wspólnie do kościoła, Szymon niespodziewanie zapytał: „Przajesz ty mi Ulka?”. A ona przystanęła, popatrzyła na niego tymi swoimi modrymi oczami i drżącym z emocji głosem pedziała: „Jużech sie myślała, że sie mie niy spytasz. A toć ci przaja i to fest!” „No to bydziesz moja?” – dalej uparcie pytał. „No toć, że byda yno twoja” – i mu zawisła na szyi. Ustalili między sobą, że pobiorą się na Matki Boskiej Zielnej. Pozostała jeszcze kwestia poinformowania rodziców, ale tu uzgodnili, że każdy indywidualnie przeforsuje tę sprawę ze swoimi.

                  Na wieść o ślubie, rodzice Szymona zamarli z wrażenia. Ojciec tradycyjnie w takich sytuacjach milcząc, wykurzył dwie fajki pod rząd, a matka podparła ręką brodę i zafrasowana stwierdziła: „Jednego my go mieli, a tera bydymy yno sami”. Szymon rozdrażniony i podenerwowany całym zajściem wydukał: „Dyć żeście mie już nagabywali, żebych się jako lipsta napasowoł, a teroz stynkocie. Jak tu się przi wos niy auwrygować?”

                  Ojciec Ulki, jako doświadczony i szprytny szynkorz, kwestię tę postanowił rozwiązać będąc sam na sam z żoną. Udając, że głośno myśli ciągnął: „Mogła się napasować tyż jakigoś szynkorza, tak jak my, choć ôjca ôd Szymona Sznita znom. Chop robotny i akuratny”. Matka szybko dodała: „Szymon je szwarny karlus, to sie naszo dziołcha niy bydzie musiala skuli niego gańbić”. Ojciec podsumował: „Zrobiymy dziołsze wesele szumne i tyż jōm wywianujymi po pańsku, coby wszyscy widzieli, że się dziołcha ôd szynkorza wydowo, a niy ôd jakigoś chaderloka”. Matka klasnęła z aprobatą w ręce, kończąc rozmowę: „A dyć”.

                  I tak jak planowali, na początku września połączyli się w małym drewnianym kościółku, stając się jednym, które nosiło dwa imiona – Szymon i Ulka.

                  A potym była muzyka, kaj królowały czorne ancugi, cylindry, biołe szuszczōnce szaty, kaj złomało sie pora szpacyrsztokōw na plecach abo gorkich gowach karlusōw.
                  • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:34
                    Przez pierwsze siedem dni nowożeńcy Szymon i Ulka cieszyli się sobą w domu rodzinnym panny młodej, w specjalnie na ten cel przygotowanej izbie, mieszczącej się w bocznym skrzydle karczmy.

                    Ale każdy „miodowy tydzień”, żeby być miodowym i żeby potem do niego tęsknić, musi być szczególny i krótki. W niedzielę wieczorem, na dzień przed wyjazdem, Ulka pakując swoje osobiste rzeczy była w bardzo kiepskim nastroju, chociaż już przed swoim weselem wiedziała, że przeprowadzi się do domu przyszłego męża. Dzień wyjazdu jak każda wyprowadzka z domu rodzinnego nie jest przyjemny, szczególnie kiedy rozstania obfitują szczerymi łzami, a tych nie brakowało podczas pożegnania z matką i rodzeństwem.

                    Żegnając się już po raz ostatni, matka cicho powiedziała do Ulki: „Mōsz tu ôdy mie tyn bojtlik ze talarami. Yno nic niy gŏdej tatulkowi”. I dyskretnie wcisnęła go w spocone dłonie córki. Ulka odeszła na bok, otwarła woreczek i zobaczyła w nim kilkanaście monet połyskujących ciepłym blaskiem złota. Na ten widok od razu zrobiło jej się weselej na sercu.

                    Chwilę potem podszedł do niej ojciec i nerwowo oglądając się na boki zamruczał: „Mōsz tu ôdy mie bojtlik ze złociokami. Yno nic niy gŏdej mamulce”. Tym razem już nie otwierała tego miyszka. Wystarczyło jej, że wyczuła w skórzanym pękatym woreczku kilkadziesiąt monet, które, pomimo że nie były lekkie, jakoś dziwnie jej nie ciążyły.

                    Szymon, który stojąc już od dłuższego czasu za bramą, obserwował znudzonym wzrokiem rytuał pożegnalny, niespodziewanie podszedł do swojej młodej żonki, objął ją wpół i przeniósł przez cały plac z taką łatwością, jakby niósł piórko. Na koniec wygodnie posadził na bryczce, potem szybko skoczył na kozioł i odwrócił się twarzą do osłupiałych z wrażenia teściów wołając: „Bōg zapłać wom za wychowanie Ulki, ale tera ôna je moja i biera jom ze sobom!”. Wziął w ręce lejce i zaciął batem konie, które porwały bryczkę, a ta zaczęła się kołysać na wyboistej drodze jakby nie była bryczką, ale łodzią rzucaną przez fale po wzburzonym morzu. Za bryczką wolno i statecznie potoczyły się dwie fury, wypełnione po brzegi ausztojerem Ulki.

                    Ojciec Szymona już od wczesnych godzin rannych nerwowo chodził wokół domu, zerkając z pod szyldka nowiutkiej czapki w kierunku, skąd mieli nadjechać młodożeńcy. Gdy tylko ujrzał tuman kurzu, a potem jeszcze usłyszał turkot kół i tętent końskich kopyt, dostojnie, jak indor, z fajką w zębach podszedł do wrót i zaczął je otwierać na oścież rękami drżącymi od zdenerwowania. Wjeżdżająca na plac bryczka, a zaraz po niej dwie fury, narobiły tyle zamieszania i hałasu, że pies zachrypł od ujadania, a Szymonowa matka stojąc na ganku udawała wielkie zdziwienie i ukradkiem popatrzyła na boki, czy wszyscy sąsiedzi dobrze słyszą. Nagle wykrzyknęła: „Pōnbōczku! Tela ausztojeru prziwiyźli! Kaj my go teroz podziejymy?”. A schodząc już po schodkach, podeszła do zdezorientowanej i oszołomionej całym zajściem synowej, mówiąc nienaturalnie głośno: „ Aleś dziôcha bladziutko po gymbie jak mlyko. A to gizdy, na pewno nic ci niy dali jeszcze pojeść. Pōć zaroz do dom, to cie nafutruja, bo mi się jeszcze kaj ôbalisz i bydzie skuli tego gańba”.
                    • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:34
                      Dom rodziny Szymona Sznita był chałupą solidnie zbudowaną, ale już mocno posuniętą w latach. Mury miał kamienne, grube, jakby obronne, okna małe jak strzelnice, dach wielki, a spadzisty, pokryty zbitą słomą w większości już pozieleniałą mchem. Pomieszczenia mieszkalne były trzy ogromna kuchnia ze skamieniałą gliną zamiast podłogi i dwie nieco mniejsze izby przylegające bezpośrednio do niej również z polepą. Izba wychodząca dwoma małymi okienkami na zachód stała się mieszkaniem nowożeńców.

                      W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia po uroczystym obiedzie, kiedy wszyscy wstali od stołu, ojciec wyciągnął z blaszanej biksy dwa grube jak nudelkula kubańskie cygara, które najpierw powąchał, delektując się szlachetnym aromatem, a potem jedno dał Szymonowi mówiąc: „To som jeszcze te twoje, coś ich z wojny przywiōz”. Po chwili jak się już odurzyli mocnym karaibskim tytoniem, Szymon patrząc ojcu prosto w oczy powiedział: „Fater” (celowo używając tego określenia dla wagi słów) chcymy sie zaroz z wiosny budować. Ojciec kryjąc się w chmurze dymu tytoniowego mruknął hm…. i zamilkł, czekając bezpiecznie na reakcję swojej żony, która nieszczerym cienkim głosem zaterkotała: ”Dzieci, kaj się tam bydziecie brali na gowa taki zaciąg. Źle wom u nos? Przecz mocie kaj mieszkać.” Szymon ze wzrokiem wbitym w polepę przerwał matczyny monolog: „Wasza chałpa ulepili nasz ǒpa, co to jeszcze Napoleona pamiytoł. Podłōg ichnijszego, a dzisiej już przedpotopowego mustru, a jo w Niymcach widział, jak ludzie inakszyj i lepi miyszkajom. Tam wszystke chałpy ze ciepłyj cegły budujom, dachy dachōwkom kryjom, w izbach wszyndzi delōwka, gipsdeka zamiast desek, wielkie ôkna i ściany pomalowane w wyzgerne kolory. I my ze Ulkom tyż tak chcemy mieszkać… tym bardzij, że Ulka urodzi na lato”.

                      Po chwili wyczekującego milczenia, matka wstała i ucierając końcem zopaski płaczki w oczach, z nieskrywaną i szczerą radością przytuliła synową, mówiąc: „Teroz toś już jes cołkiym naszo, kej nosisz we sobie Szymonowego bajtla i ôd dzisiej ty żeś jes piyrszo w tyj chałpie. Ojciec krótko skomentował: „Gynau”. Dziarsko wstał i niespodziewanie postawił na stole litrową flaszkę 50% gorzałki zaprawionej mocnym anyżem. Późnym wieczorem Szymon z ojcem kompletnie pijani zawzięcie malowali palcem po blacie stołu zawalonego gorzałką i wodą kontury przyszłej chałupy, zupełnie nie zwracając uwagi, że cała kuchnia tonie w zawiesinie oparów tytoniowych tak, że młody cielik grzejący się koło pieca zaczął kichać.

                      Nie wiadomo jakby jeszcze długo trwały te „kreślarskie ćwiczenia”, gdyby nie zdecydowana postawa Ulki, która podeszła do stołu i zamknęła pucinka z cygarami, w której zostały ostatnie dwie „Kubany” i nieco za głośno powiedziała do Szymona: „Pōć spać, bo za chwila zaczna swrocać, skuli tego waszego kurzu”. Szymon krótko skomentował” „Mosz recht” i chwiejnym krokiem zaczął się wycofywać w kierunku łóżka.

                      Jeszcze zima się nie skończyła, kiedy Ulka i Szymon dokładnie przeliczyli złocioki z ausztojeru i wyszło im, że za połowę tego, co dostali postawią taką chałupę, jaką sobie wymarzyli.

                      Dwa dni przed Bożym Ciałem, cieśle skończyli więźbę dachową i Ulka stojąc koło męża z cicha pytała: „Jak myślisz? Do chrztu pudymy jeszcze ze staryj abo już z naszyj chałpy?”. I usłyszała: „Choby toporki z nieba leciały, to pudymy z naszyj chałpy”.

                      W tym temacie większe wyczucie miał Szymon. Pod koniec sierpnia, na tydzień przed rozwiązaniem, chałupa była gotowa do zamieszkania i od razu zaczęli przenosić do niej sprzęty.

                      Dokładnie w drugą noc, kiedy spali we własnym domu Ulka krótko przed świtem obudziła męża i rozkazała: „Leć zaroski po chebama, bo na mie prziszoł czas”. Chebama kobieta o wyglądzie oficera zaraz jak przyszła, wydała głosem nie znoszącym sprzeciwu polecenie: „Przigrzyj dużo wody, a potym jom nalyj do warzpeka i mie zawołej. Ale ruszej sie pierońsko kole tyj wody, bo jom już potrzebuja”. Gdy uchylił drzwi, żeby podać wodę, usłyszał: „Postow na ziymi i zawiyrej drabko za sobom dzwiyrze, coby niy było przeciągu”. Po chwili zjawił się i ojciec, żeby dodać otuchy i tak obaj siedzieli w milczeniu i zatroskaniu. Zdążyli wypalić trzy fajki, kiedy niespodziewanie w drzwiach stanęła chebama i rzuciła w kierunku Szymona krótkie zdanie: „Urodził ci się zdrowy synek! A we laubie na bolcu wisi moja mantlowa, kaj mom w kapsie kieliszek. Weź go zaroz i naładuj dobrom anyżowkom, do pełna!”. W południe pozwolono mu wejść do żony , która mu podała synka. Wziął go na ręce i drżącym głosempowiedział: „Domy mu miano Helmut tak, jak się nazywoł tyn generał, co mi przypinoł krziż na piersi. Możno tyż bydzie kedyś jakimś wyższym.” W tamtym szczególnym dniu zapewne nie przypuszczał, że miał rację. Cdn.
                      • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:41
                        Tak Szymon i Ulka stali się rodzicami pierworodnego synka Helmuta, mającego nosić imię wielkiego wodza z czasów, kiedy Szymon był jeszcze żołnierzem i kiedy został odznaczony przez tego właśnie człowieka.

                        Ulka nie była zbyt zadowolona z imienia, które wybrał małżonek, ale szybko o tym zapomniała, kiedy na piąty dzień po urodzeniu jej matka, która przyszła do pomocy, przypadkowo położyła wrzeszczącego w niebogłosy synka na książce noszącej tytuł: „Fryderyk Wielki”, a synek jak na komendę ucichł. Ale jak tylko został podniesiony, znów wpadał w ryk, więc szybko kładziono go na tę opasłą książkę i chłopak milkł.

                        Stojąca z boku teściowa, podpierając ręką podbródek, wyszeptała: „To jes znak, że synek tyż chce być wielki jak Fryc i bydzie pszoł ksionżkom”. Po tych proroczych zapowiedziach wszyscy zamilkli patrząc z podziwem na Helmuta, jakby mieli przed sobą wielkiego wodza i marszałka, który na razie leżąc na grubej jak mszał książce z apetytem ssał mleko z piersi matki.

                        Mały Helmutek chował się bez większych problemów, stając się wielką pociechą swoich rodziców, którzy bardzo chętnie wspominali wydarzenie z książką.

                        Po trzech latach Ulka urodziła drugiego synka, którego już nie pozwoliła nazwać żadnym wodzowskim imieniem i wspólnie z mężem ustalili dla niego imię, jakie nosił jego ōpa – ojciec Ulki – Karlik. W przeciwieństwie do swego brata, Karlik nie miał żadnych epizodów z książkami, ale za to niezmiernie cieszył się, kiedy matka kąpała go w grodku. Teściowa, która czujnie analizowała wszystkie niekonwencjonalne w jej mniemaniu zachowania wnuków zawyrokowała, coby Karlik nie chcioł być czasem marinerem. Ulka patrząc z zaciekawieniem na teściową zapytała: „A pojakiymu tak godocie?”. „Dyć pacz, jak ôn się rod plusko w tym grotku, a kożdy mariner musi z wodom być za pan brat” zakończyła swoje sądy teściowa.

                        Kolejnym i ostatnim dzieckiem, które urodziła Ulka, była dziewczynka. Otrzymała imię Emma, ale nikt jej inaczej nie nazywał jak Emka. Przyszła na świat pięć lat po Karliku. W czasie ciąży Ulka wyczuwała podświadomie, że tym razem urodzi córkę i już dużo wcześniej wybrała dla niej imię. Teściowa niestety już nie wyrokowała żadnej przyszłości dla swojej wnuczki, gdyż krótko przed urodzeniem dziecka zaniemogła i odeszła do Pana, by „odpocząć na zielonych pastwiskach”.

                        Którejś niedzieli, krótko po urodzeniu Emki, Szymon sam wracał z kościoła tak bardzo przytłoczony ogromem własnych myśli, że nawet nie zauważył, jak wyrosła przed nim Angela, która podeszła do niego tak blisko, że poczuł zniewalający zapach jej ciała. Przestępując nerwowo z nogi na nogę i oglądając się na boki zapytał: „Jes połednie, niy warzysz chopu ôbiadu?”. Podeszła tak blisko, że prawie ocierała się o niego i patrząc mu głęboko w oczy ze śmiechem odrzekła: „Niy musza warzyć, bo chop pojechoł na koński torg do Pszczyny i przijedzie dziepiyro we wtorek”. Głowa Szymona od razu zapełniła się wspomnieniami „grzesznej rozkoszy” podczas spotkań z Angelą i do tego stopnia nim zawładnęła, że z trudem zdołał wykrztusić: „Juzaś mie kusisz jak Ewa Adama w raju, a jo jak tyn biblijny Adam niy umia już rynki ôd tyj płonki cofnonć”. A ona niskim podniecającym głosem wyszeptała: „Jo już niy moga paczeć, jak twoja Ulka rodzi trzecie dziecko, a mój mamlas niy umiy ani jednego ustrugać”. Szymon wolno konsumował Angelę swoim palącym wzrokiem i z cicha wycedził przez zęby: „Dzisiej w nocy choćby bez komin, ale do ciebie przida i spróbujymy coś ulepić”. Po tych słowach Angela zrobiła się purpurowa, spazmatycznie się zaśmiała i szybko odeszła, kołysząc zmysłowo biodrami. Szymon przez chwilę patrzył za nią, a potem mruknął sam do siebie: „Ta baba jest jak dobre kubańske cygaro. Jak je roz posmakujesz, to cie już bydzie przez cołkie życie do nij ciągnonć”.

                        Szymon z zadziwiającym apetytem skonsumował niedzielny obiad, że nawet Ulka, znając jego ograniczony pociąg do jedzenia, pytała: „Coś tak łapczywie dziesiej jod, jakbyś bandwura mioł?”. Szymon się nieco zmieszał i nerwowo czesząc włosy zaczął mówić, tak jakby nie słyszał, co powiedziała żona: „Beztōż, że jutro zaroz wczas rano mom robota w lesie i musza być monter, to dziesiej skuli tego puda wczas się legnonć do stodoły. Na dworze w nocy bydzie wōr i bych w doma niy usnoł, a już wczas rano byda stowoł i niy chca cie ôbudzić”. Ulka tylko wzruszyła ramionami i zaproponowała: „Ino niy zapomnij wzionć deka, bo nad ranym spadnie rosa i bydzie chłodno”.

                        Ulka wstała rano jak zawsze i karmiąc dziecko, usłyszała jak Szymon wyjeżdża końmi do lasu, szybko wejrzała przez okno i ze śmiechem zawołała: „Miołżeś już w lesie być, a dziepiyro wyjyżdżosz. Chyba ci keroś w nocy nogi przyległa! Ha, ha, ha!”

                        Minął rok i Ulka ze swoją Emką, a Angela z trzymiesięcznym chłopczykiem na kolanach, plotkowały szkubionc piyrze przed chałpom. Szymon, który wracał z pola z uśmiechem pogłaskał oboje dzieci po główkach. Chwilę potem Ulka weszła do kuchni, gdzie Szymon jadł obiad, i powiedziała: „Tyn synek ôd Angele mo już take fajne lukate blond włoski. Ciekawe na kogo się podoł z tymi włosami?” „Na pewno na taty” – odburknął Szymon. „Co ty fandzolisz, dyć ôd nij chop jes ryszawy”.

                        Epizod z Angelą był jedynym i ostatnim tego typu zdarzeniem w życiu Szymona. Helmut i Karlik, pomimo że dzieliło ich trzy lata, zadziwiająco się ze sobą zgadzali. Helmut od pierwszego dnia pobytu w szkole zaczął przejawiać duże zainteresowanie nauką i uczył się wszystkiego bardzo pilnie, chociaż nikt go specjalnie do tego nie zachęcał. W drugiej klasie szkoły powszechnej zaczął nałogowo czytać wszystko, co mu wpadło w ręce. Na początku Szymon z Ulką nie zwracali uwagi na anormalne zachowanie syna częste zaglądanie do książek i czytanie gazet. Helmut jako jedyny na wsi zaczął prenumerować ilustrowany tygodnik. Ale kiedy pewnej niedzieli kierownik szkoły nazwiskiem Różiczka zagadnął Szymona słowami: „Herr Szymon jak wasz synek dalij się bydzie tak uczōł, to może nawet zostanie studentem. Gratuluja wom takigo mondrego bajta”, oboje z Ulką przypomnieli sobie proroctwo ōmki Helmuta wygłoszone krotko po jego urodzeniu. Będąc pod przemożnym wpływem tych słów, zaczęli dyskretnie, ale skutecznie ułatwiać synowi rozwój intelektualny. Helmut miał niebieskie oczy, jasną cerę z lekkimi piegami, sztywne jasno blond włosy, które przed każdym czesaniem moczył, żeby za mocno nie sterczały. Poza tym wyróżniał się spośród swoich kolegów niezwykłą wręcz dokładnością i rzetelnością we wszystkim, co robił. Na zakończenie szkoły powszechnej, w nagrodę za dobre wyniki, został wytypowany na dwutygodniową wycieczkę po miastach ówczesnego niemieckiego wschodu. Na koszt państwa odwiedził Wrocław, Gdańsk, Frombork, Królewiec i Kłajpedę. Jako, że pierwszy raz w życiu wyjechał poza rodzinne strony, był tak bardzo odmieniony i pod tak wielkim wrażeniem tego, co zobaczył, że nawet ojciec mu zwrócił uwagę: „Tyś jes teroz wiynkszy Niymiec niż nasz cysorz Iluś”.
                        • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:42
                          Jeszcze przed rajzom po Niemczech kierownik szkoły zaproponował Szymonowi wysłanie syna do dalszej nauki, zaznaczając od razu, że to kosztuje i to niemało, dlatego konieczna będzie pomoc jakiegoś zamożnego patrona. Po wysłuchaniu kierownika, Szymon tylko bezradnie rozłożył ręce i wtedy Różiczka obiecał pośredniczyć w tej sprawie u grafa wielkiego posiadacza ziemskiego. Po tygodniu otrzymali wiadomość, że graf jest zainteresowany sprawą i oczekuje ich w południe w najbliższy poniedziałek.

                          Szymon, gdy tylko się o tym dowiedział, już dwa dni naprzōd pucowoł szczewiki, szczotkowoł i czepoł i tak czysty ancug. Na przemian ôblekoł i seminoł hut, że już go nawet Ulka strofowała: „Coś ty do łepy dostoł, żeby zole w szczewikach glancować?” Szymon chwilę popatrzył na swoje lśniące buty i zameldował: „We wojsku przed paradom my tak pucowali, a grof tyż jes oficyrym, beztōż musza mieć muster wojoka”. „Ale ty nie idziesz na parada, ino pogodać, gupieloku jedyn” skwitowała Ulka. Gdy Szymon już miał wychodzić z domu, wtem Ulka przyniosła jego odznaczenia, mówiąc: „Dej, niych ci prziypna, kej grof jes oficyrym, to niych widzi, żeś krew przelewoł za kraj i cysorza”. Szymon, gdy tylko wyszedł z domu, przypiął je na nowo tak, aby je zakrywały klapy szaketa.
                          • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:42
                            Graf, jak przystało na oficera, dotrzymał słowa danego Szymonowi w sprawie jego syna i po paru dniach od rozmowy zjawił się posłaniec z wiadomością, że Helmut jest oczekiwany w majątku w najbliższy poniedziałek rano o godzinie siódmej.

                            Helmut – jeszcze dziecko – podchodził do swego nowego etapu życiowego z niezwykłą powagą i zaangażowaniem, które nawet u jego rodziców – Szymona i Ulki – znających najlepiej jego nadmierną akuratność, budziło pewne zdziwienie. Parę dni przed jego służbą Ulka siedząc z Emką na kolanach zagadnęła do Szymona: „Na kogo się tyn synek podōł, ôn mo dopiyro czternoście lot, a godo i stawio się choby już bōł jakiym auzyjerem”. Szymon uśmiechając się odparł: „A jak bydzie mioł tela lot co my, to nom bydzie kozoł siedzieć na jegłach i jeszcze skuli tego się chichrać”. Do Ulki takie słowa były za ostre i szorstko Szymona replikowała: „Tera to już fanzolisz gupieloku jedyn. Jeszcze wto usłyszy i pomyśli, że Helmut to jakiś chachor”.

                            W rzeczony poniedziałek Helmut już o czwartej rano był na nogach, a w majątku zjawił się co najmniej pół godziny przed czasem i nie wszedł do środka, tylko przechadzał się pod bramą tam i z powrotem, a dopiero w wyznaczonym czasie z dokładnością co do minuty meldował się u urzędnika, z którym się najpierw witał, a następnie brał jego torbę i wspólnie wyruszali do kolejnych majątków na inspekcję, żeby mieć przekonywujący obraz danych przed wpisaniem ich do ksiąg rachunkowych. Helmut nie mógł wiedzieć, że jego codzienne przedwczesne zjawianie się pod bramą było od pierwszego dnia odnotowane przez grafa, który stojąc w oknie obserwował Helmuta za każdym razem zerkając na zegarek i z aprobującym uśmieszkiem mruczał do siebie: „No, no. Z tego to jeszcze wyrośnie nie byle kto, yno musi mieć mondrego rechtora”.

                            Po trzech miesiącach Helmutowego terminowania, graf zapytał urzędnika, co sądzi o swoim uczniu. Księgowy najpierw poprawił swoje binokle, które nosił tylko dlatego, żeby sobie dodać powagi, a następnie głosem drętwym i pozornie bez emocji zakomunikował: „Jak mu się w głowie nic nie poprzestawia, to widzę w nim materiał na modelowego zarządcę, który będzie w stanie z każdego majątku wycisnąć zysk.” Na miesiąc przed końcem swego stażu Helmut otrzymał polecenie stawienia się u grafa, który nie bawiąc się w zbędne konwenanse zapytał: „Dalej chcesz iść do szkół?” Helmut krótko zameldował: „Tak jest!” Graf bez słowa napełnił koniakiem dwa małe jak naparstki kieliszki i jeden podał Helmutowi mówiąc: „Już ci opłaciłem czesne w gimnazjum i stancję u porządnych ludzi.” Gdy wypili graf się znów odezwał: „Co pół roku będziesz mi pokazywał swoje szkolne noty. Za złe wyniki przestana być twoim filantropem, a za dobre otrzymasz dodatkowo po złotej marce.”
                            • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:43
                              Po wyjściu od grafa Helmut poczuł jak wypity koniak zaczyna się rozlewać po całym ciele przyjemnym ciepłem i dopiero wtedy przypomniał sobie, że na odchodnym graf wręczył mu małe papierowe zawiniątko, które teraz rozwinął i zobaczył dwie połyskujące złotem monety. Pakując je z powrotem do kieszeni głośno pomyślał: „Kupia się za nie paradno lyjder tasza na książki i chewty , a reszta ôstawia w szparkasie na cylinder, ancug i westa w piski.”

                              Gdy już znalazł się na drodze, z której widział swoją chałupę, z pobliskiego zagajnika wyjechało dwoje jeźdźców, którymi były dwie młode kobiety. Jedną z nich była grafowa pasierbica, której koń wyraźnie kulał, co nie uszło uwagi Helmuta. Chłopak zakrzyknął do niej: „Twój koń stracił podkowa i kuleje na przednio prawo noga”. Po chwili już obie stały obok kulawego wierzchowca, dokładnie przyglądając się jego nogom, ale poza brakującą podkową nic się nie stało, więc można było spokojnie dociągnąć do majątku. Uwaga Helmuta była niezmiernie ważna, więc chciały mu jakoś podziękować, ale pozostał po nim już tylko tuman kurzu na pylnej drodze. Wtedy jedna z dziewcząt patrząc za Helmutem powiedziała: „Kiejby nie te wosy sterczonce jak sztachety we płocie, to mōgby być z niygo fajny synek.”

                              Lato minęło szybko, a wraz z jesienią przyszedł czas na wyjazd Helmuta na nauki do Bytomia. Szymon z Ulką długo stali i obserwowali, jak Helmut maszerując na pociąg, znika powoli w promieniach wschodzącego słońca. Po jego odjeździe syna oklapli i przez jakiś czas w chałupie panowała pogrzebowa atmosfera, ale nie byli sami. Karlik i Emka, która teraz stała się liplingem Szymona, szybko razem z bratem wypełniła pustkę po pierworodnym.

                              W przeciwieństwie do Helmuta, Karlik był jego zaprzeczeniem – z marzycielskim wzrokiem, o długich, falistych i ciemnych włosach, nieco ospałych ruchach. Punktualność była dla niego abstrakcją i te pogłębiające się zainteresowania morzem i wszystkim, co po nim pływa. W szkole nie przejawiał jakiś większych zainteresowań nauką, poza oczywiście lekcjami, gdzie była mowa o marynistyce, ale za to jego ręce same tworzyły. Cokolwiek by nie wziął do ręki, wszystko potrafił zrobić, że nawet Szymona zaskakiwał. Ten z zadowoleniem obserwował jak z kawałka drewna syn „wyczarował” za pomocą noża zgrabny model okrętu.

                              Gdy Karlikowi minęło czternaście lat, zaczął prenumerować czasopisma marynistyczne, Szymon z żoną tylko z zażenowaniem kiwali głowami na synowskie fanaberie i czujnie wyczekiwali, co to się urodzi z jego zainteresowań wielką wodą, ale tak właściwie to byli przekonani, że z tych młodzieńczych fantazji mało co zostanie, kiedy obarczy się chłopca robotą i obowiązkami dnia codziennego. Karlik w przeciwieństwie do swego starszego brata po skończeniu szkoły pozostał w domu i razem z ojcem pracował w gospodarstwie, co wbrew oczekiwaniom rodziców nie schłodziło jego zainteresowań morzem.

                              Któregoś jesiennego wieczoru, kiedy Karlik przy oil lampie przeglądał jakieś morskie czasopismo, niespodziewanie podszedł do niego Szymon, przez chwilę udając, że coś czyta, znienacka powiedział: „My z matką uradzili, co ty przejmiesz cało gospodarka.” Po tym stwierdzeniu Karlik zastygł na jakąś chwilę, a potem nie odrywając wzroku od gazety powiedział: „Kiej żeście tak uradzili, to niech tak bydzie.”
                              • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:44
                                Minęły dwa lata, gdy pewnej letniej dnia soboty z wielkim szumem pojawił się w domu Helmut. Już od wrót machał dwoma arkuszami papieru, które trzymał nad głową w wysoko uniesionych rękach. Patrząc na nietypowe zachowanie syna, Ulka zawołała: „Jeszcze żech cie niy widziała tak rozradowanego. Cosik sie musiało stać ogromnie ważnego”. „A mōcie recht muter” – wrzasnął – „Stało sie! I to wielko rzecz, przede wszystkim do mie! Wielko sprawa, bo przyjęli mie na Uniwersytet we Wrocławiu! Byda piyrszym sztudyntym na wsi”.

                                Kiedy wszyscy usiedli do uroczystego obiadu, Szymon przyniósł blaszaną skrzynkę i wyciągnął z niej trzy cygara mówiąc: „Jak żech bōł u grafa, coby pogŏdać ô piniodzach na twoje nauki, to na koniec gŏdki graf mi je podarowōł i przikŏzōł, żebych sie je zakurzył, jak skonczysz swoje nauki i tak tyż robia”. To mówiąc, zapalił sobie i Helmutowi, który zaciągnął się parę razy i powiedział: „Tak po prowdzie fater, to jŏ jest dziepiyro na micie moich nauk, ale zakurza waszego kubana z wielkōm chynciōm”. Potem wyciągnął z bocznej kieszonki zegarek błyszczący srebrną kopertą. Widząc wielkie zdziwienie rodziców, najpierw chwilę pomilczał, a potem gładząc z czułością błyszczącą pokrywę zegarka powiedział: „Kiej zaniosłech moje świadectwo i przyjyncie na Uniwersytet pokŏzać grafowi, to najsamprzōd poklepōł mie po ramieniu, a potym wyciongnōł z szuflody tyn zegarek i pedziōł: przido ci sie, cobyś niy zapomniōł, że mondrzi ludzie czasu niy marnujōm”.

                                Karlik, który od wczesnych godzin rannych był poza domem zjawił się krótko przed wieczorem i od razu został wciągnięty w rodzinne święto, żartując życzliwie ze sztywnego zachowania i buńczucznych Helmutowych przechwałek.

                                Wydawało się, że tej radosnej atmosfery nic nie zakłóci, a jednak, gdy wszyscy już powoli zbierali się na spoczynek, Karlik stanął na środku izby, wyciągnął z kieszeni jakiś dokument i powiedział: „Jŏ tyż mōm do wos nowina”. Po tych słowach w izbie nastała napięta cisza. Trzymając w rękach papier wolno wysylabizował jego treść: „Został przyjęty do Cesarskiej Marynarki Wojennej”. A potem już od siebie dodał: „Zgłosiłżech sie ochotniczo na sztyry lata. Wyjazd za tydzień”.
                                • arnold7 Re: Saga Slaska 03.10.13, 20:44
                                  „Czowiek miyni, a Pōn Bōczek czyni” – tak skomentował Szymon hiobową wieść, którą poczęstował Karlik całą rodzinę. Decyzja syna zburzyła bowiem tę całą misterną układankę, którą wspólnie z żoną tworzyli na potrzeby swoich dzieci. Gdy na drugi dzień przy wieczerzy Ulka popatrzyła z góry na mężowską głowę, najpierw jęknęła, a potem obejmując Szymona za szyję wyszeptała: „Ty sie tak niy auwryiguj, bo ci boroczku gowa zbiylała, chobyś jōm kaj w monce trzimōł”. Szymon podparł głowę rękami: „Jak sie tu niy auwryigować, kiej moja podpora do świata ôdjyżdżo”. Te pełne boleści słowa wstrząsnęły Karlikiem, bo wstając odparł: „Co tyż ôjciec gŏdocie? Dyć niy jada na zowdy, yno na sztyry lata” i wyszedł pochlipując.

                                  W dzień poprzedzający wyjazd Karlika, wszystkich opanował raizyfiber i jak tylko zapiał pierwszy kokot, nawet nikt nie próbował spać. Wszyscy byli na nogach.

                                  Całą rodziną odprowadzili go do miejsca, skąd już biegła prosta droga na banhof, a potem jeszcze bardzo długo stali i patrzyli w kierunku, w którym odszedł. Nie wiadomo, jak długo by jeszcze tak stali, gdyby nie Szymon, który zadecydował: „Pōćcie do dom, bo tu już nic niy wystojymy, a gowiydz w doma ryczy głodno bez futru i niywydojono”.

                                  Po chandrze, jaka wszystkich opanowała, nastąpiło odprężenie, a potem powoli wróciła normalność, która była konieczna ze względu na zbliżające się lato, a z nim niecierpiący zwłoki okres robót polowych, od których zależał dobrobyt całej rodziny. Szymon z Ulką byli bardzo pozytywnie zaskoczenie postawą Helmuta, który pomimo że już uczony, pracował tak jakby się nigdy nie ruszał z domu. Tylko wieczorem, po powrocie z pola zamiast w domu to przesiadywał koło studni, mocząc w zimnej wodzie ręce pokryte bąblami plęckyrzy. Ale po tygodniu intensywnego treningu z kosą i widłami skóra na rękach zrobiła mu się tak twarda, że mówił o nich ze śmiechem: „Terŏzki moje rynce wyglądają, jakbych ôblyk żelazne rynkawice”.

                                  Na początku Helmut sporo czasu przebywał z Emką, która będąc już czternastoletnią dziewczyną powoli nabierającą kobiecych kształtów i szybko oddalającą się od dziecinności, nie potrafiła się jeszcze za bardzo obronić przed kpiącymi aforyzmami Helmuta, który ją nimi niemiłosiernie okładał, bez skrupułów wykorzystując do tego swoją przewagę intelektualną. Do tego stopnia, że aż Ulka musiała brać w obronę córkę przeganiając rozbestwionego syna: Wynosisz się ty pachole jedyn? Bydziesz mi tu dziǒcha auwrygowoł tym swoim przemōndrzałym faflaniem”. Emka była jeszcze bardzo młodą, ale już bardzo łebską kobietą, która na razie cała w purpurze odganiała się od zarozumiałego brata jak od dokuczliwego koprucha.

                                  Podczas jednego z najdłuższych letnich dni Szymon zawołał Helmuta: „Pōć sam yno, to ci pokoża, jak sie kosa szykuje do sieczyniŏ trŏwy”. Siedząc wygodnie na ryczce, zaczął klepać kosę, wolniutko przesuwając ją po wbitej do gnotka żelaznej babce. Po skończonym ostrzeniu, nabił ostrze na kosisko oznajmiając triumfalnie: „Jutro ô czwortyj rano idymy siyc. Żebyś mi potym niy zaspōł.” Obawy Szymona były bezpodstawne. Helmut już przed wieczorem poszedł spać i kiedy Szymon rano wyszedł przed dom, syn stał już przed wrotami z dwoma kosami wołając: „Jŏ już tu fater na wos czekom ôd trzecij”. Szymon ubierając luźną lnianą koszulę mruczał do siebie: „A to najduch jedyn. Zowdy pirszy musi być”. Potem śmiejąc się, wziął jedną kosę i razem poszli po błyszczącej od rosy trawie w kierunku zielonych łąk. Krótko przed południem skończyli robotę. Przed pójściem do domu Szymon poszedł się napić i obmyć do źródełka, skąd wybijała lodowata woda kojąca pragnienie jak balsam. Gdy wrócił po kosy, zobaczył rozkrzyżowanego pod drzewem Helmuta pogrążonego w kamiennym śnie. Aby go nie zbudzić, wziął delikatnie sprzęt na plecy i ruszył w kierunku domu. W południe, kiedy słońce stanęło w zenicie i kiedy nawet drzewo przestało dawać cień, Helmut nie otwierając oczu leniwie pozostawał w półśnie. Będąc w tak błogim stanie nagle poczuł, że ziemia zaczyna lekko drżeć i daje się słyszeć coś jakby grzmot, ale żeby nie przerywać sobie przyjemności leniuchowania kłamał sam siebie, że to tylko słuchowe miraże. cdn.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka