folksdojcz1
17.05.03, 11:55
Poczynając od zimy 1946 roku, rozpoczęły się wysiedlenia organizowane przez
władze cywilne. Choć odbywały się w sposób bardziej zorganizowany, wywożeni
Niemcy nadal skazani byli na wyjątkowe cierpienia. Bicie i grabieże
rozpoczynały się jeszcze przed ulokowaniem transportu w pociągu. Następnie
deportowani trafiali do bydlęcych wagonów bez wystarczającej ilości wody i
jedzenia, a także bez ogrzewania. Ponieważ podróż trwała często kilkanaście
dni, śmiertelność w transportach była wysoka. "Polskie władze wysłały
transport Niemców z Wrocławia przy temperaturze poniżej dwudziestu stopni w
nieogrzewanych wagonach przy niedostatecznej ilości żywności. W drodze, z
powodu zimna, zmarło 15 ludzi. Dalszych 31 zmarło w szpitalach" - czytamy w
jednym z wielu podobnych raportów władz brytyjskiej strefy okupacyjnej, do
której kierowano wysiedlonych.
Często w drodze ku granicy na pociągi napadały bandyckie szajki lub po prostu
mieszkający przy trasie Polacy. W przytłaczającej większości przypadków
odbywało się to za przyzwoleniem i w porozumieniu z eskortującymi transport
milicjantami. "Gdzieś na wolnej przestrzeni pęd pociągu zwalnia coraz
bardziej aż do tempa marszu - wspomina swoją podróż w lutym 1946 roku Libussa
Fritz-Krockow. - Lokomotywa wyje, jakby prosiła o wolny przejazd. Potem
pociąg staje. Huknął strzał bardzo blisko i bardzo głośny. Sygnał do ataku.
Ochrypły ryk, drzwi otwierają się gwałtownie, wielogłosowy okrzyk strachu,
ślepe latarki, zgraja szturmuje, uderza do środka, dzikie postaci, o ile w
ogóle można je rozpoznać w plątaninie i zgiełku. Są nie tylko mężczyźni, ale
też wyrostki i kobiety, wściekłe baby, chyba najgorsze ze wszystkich,
piszczą, szarpią, biją, wydzierają. Znowu strzały, pistolety tuż ponad
głowami, jak huk armat w ciasnym wagonie, ogłuszają, noże a nawet siekiery,
wir pięści, tupot i deptanie po ciałach, wciąż ryki i krzyki strachu czy
bólu. Kufry, skrzynie, kartony i tłumoki dostają skrzydeł. Fruną na zewnątrz.
[...] Był to jedynie początek, wstęp do nieszczęść. Nastąpiły nowe napady - i
to o wiele gorsze. Ściągano płaszcze i kurtki, zdzierano z pleców suknie,
chciwie obmacywano ciała w poszukiwaniu biżuterii czy pieniędzy".
Niekiedy lokalni urzędnicy nakazywali niewysiedlonym jeszcze Niemcom nosić
białe opaski - czyste, z literą "N" lub swastyką. Praktyki te, podobnie jak
tworzenie dla dawnych obywateli Rzeszy zamkniętych dzielnic mieszkaniowych,
czyli gett, były jednak nielegalne i władze centralne starały się do nich nie
dopuszczać.
Najbardziej dramatycznie przedstawiały się losy Niemców osadzonych w licznych
obozach i więzieniach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Teoretycznie
trafiać do nich miały wyłącznie osoby związane z reżimem hitlerowskim,
głównie członkowie NSDAP, SS i SA, a także volksdeutsche. W praktyce jednak
stosowano dużą dowolność przy wybieraniu osadzanych: za druty trafiali
najczęściej szeregowi funkcjonariusze partii, członkowie organizacji
młodzieżowych i kobiecych, a nawet kolejarze, których mundury traktowano jako
dowód przynależności do formacji militarnej. Notoryczną praktyką było bicie
osób niewinnych w celu wymuszenia obciążających zeznań.
Warunki, w jakich przetrzymywano uwięzionych, nie różniły się znacznie od
panujących w obozach hitlerowskich (często były to zresztą te same obiekty,
np. dawne filie obozów w Stutthofie i Oświęcimiu). Osadzeni cierpieli głód,
zimno i dziesiątkowały ich choroby zakaźne. Śmiertelność była bardzo wysoka,
niekiedy sięgała 40 procent, toteż zdarzało się, że lokalne władze
rezygnowały ze sporządzania rejestru zgonów, który "mógłby rzucić ujemne
światło na przebieg stosunków, jakie zapanowały w obozach polskich po
wyzwoleniu spod jarzma hitlerowskiego".
Strażnicy traktowali uwięzionych Niemców z reguły brutalnie. Nierzadkie były
przypadki wymyślnego znęcania się i tortur. Szczególnie złą opinię miały
obozy w Potulicach, Łambinowicach, Świętochłowicach i Mysłowicach. Niemiec
osadzony w Łambinowicach tak wspomina sposób znęcania się nad więźniami w tym
obozie: "Johann L. nosił czarną brodę. Kiedy go zobaczyli [strażnicy], mieli
z niego prawdziwą uciechę. Z okrzykami: >>Ty Judaszu, ty SS-mannie, ty
faszysto!<< - opluwali go i kopali oficerkami. Potem musiał skakać przez
maszyny rolnicze. Tam, gdzie mu się to nie udało, był popychany. Następnie
musiał iść do warsztatu, tam zaklinowano mu brodę w imadle. Liczni strażnicy
bili go żelaznymi sztabami. Przy tym podpalono mu brodę. L. wyzionął w
warsztacie ducha". Zanotowano przypadki, gdy pijani strażnicy Potulic wpadali
w nocy do baraków i katowali śpiących więźniów.
ww2.newsweek.redakcja.pl/archiwum/artykul.asp?Artykul=6202&Strona=1