warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34888,8419083,Hotel_Londynski_nie_tylko__na_godzine_.html
Kto oprócz Zingera tak barwnie i plastycznie potrafi oddać nastrój nieistniejącej już dziś dzielnicy nalewkowskiej? Posłuchajmy więc kilku fragmentów:
„... Nie wiem ile sklepów było na Nalewkach. W każdym razie w ciągu pierwszych lat naszego stulecia [XX wieku] liczba ich wzrosła dziesięciokrotnie. Duży lokal dzielono na części, w każdej z nich inny kupiec urządzał swój sklep, czasem było ich pięciu, sześciu. Budkę z wodą sodową w bramie zamieniano na sklep. Piwnice przerabiano na składy. Długie wielopodwórzowe domy miały roje sprzedawców bez sklepów. Płacili stróżowi lub policjantowi za prawo handlu. Większość sklepów w podwórkach często zmieniała właścicieli. Najmniejszy kryzys zmiatał drobnych kupców (...). Przed rewolucją pracowano do późnej nocy. Tylko sklepy od ulicy trzymały się jakiejś reguły. Były to solidne, zadomowione firmy. O siódmej wieczorem właściciel wychodził wolno ze sklepu, za nim postępowali buchalter i subiekci. Najmłodszy z nich odnosił klucze do domu. Ceremonia nie bardzo licowała z ruchem na ulicy.

Żydzi na Nalewkach w dzień szabasowy (ze zbiorów NAC)
W sobotę, a raczej już w piątek wieczorem dzielnica zamierała. Nawet policjant ziewał; był to czas stracony, bez widoków zarobków. Ulicą przechadzali się wolnym krokiem Żydzi w atłasach wracający z bóżnic...”