goooooooooooooooooooooooooogle
29.06.04, 05:15
Gubernator odleciał, wojska zostają
Stany Zjednoczone poinformowały wczoraj o przekazaniu suwerennej władzy
tymczasowemu rządowi irackiemu. Amerykanie wyjaśnili, że uczyniono to dwa dni
wcześniej, niż zapowiadano, aby pokrzyżować plany partyzantów, którzy - jak
przypuszczano - przygotowywali na jutro wzmożone ataki i zamachy. W praktyce
jednak oprócz nowej terminologii w Iraku nic się nie zmieniło. Dla wielu
Irakijczyków wczorajszy spektakl jest próbą legalizacji okupacji Iraku przez
Amerykanów.
Na spotkaniu w Bagdadzie, o którym poinformowano dopiero po jego zakończeniu,
dotychczasowy okupacyjny administrator Iraku Paul Bremer przekazał - jak
zakomunikowano - przywódcom irackim dokument przypieczętowujący przekazanie
władzy. Amerykanie przekonują, że z tą chwilą Irak stał się na powrót państwem
suwerennym i dotychczasowa administracja okupacyjna przestała istnieć. Dwie
godziny później Bremer opuścił Irak. Kilka godzin po wyjeździe Bremera do
Bagdadu przyleciał nowo mianowany ambasador USA John Negroponte, który będzie
nieoficjalnym namiestnikiem Białego Domu w de facto nadal okupowanym Iraku.
Kilka godzin po spektaklu przekazania władzy członkowie marionetkowego rządu
irackiego zostali zaprzysiężeni. Prezydent Ghazi Jawer, wiceprezydenci Ibrahim
Dżafari i Rousz Szawejs, premier Ijad Alawi (agent CIA) i ministrowie jego
gabinetu kolejno kładli prawą rękę na Koranie i przyrzekali pełnić swe
obowiązki uczciwie i bezstronnie.
Jednak mimo formalnego zakończenia okupacji obce wojska w sile 138 tys.
żołnierzy amerykańskich i 23 tys. żołnierzy z kilkudziesięciu innych krajów
pozostaną w Iraku. Amerykańscy i brytyjscy przedstawiciele w Bagdadzie
przekonują, że "przekazanie władzy" jest kluczowym posunięciem na drodze do
demokratyzacji Iraku, ale - jak się oczekuje - jedną z pierwszych decyzji
kolaboracyjnego rządu Alawiego będzie wprowadzenie ustawodawstwa wyjątkowego,
w tym godziny policyjnej. Ma to ułatwić walkę z irackim ruchem oporu, który
nie godzi się na wasalizację kraju przez Izrael rękami Amerykanów.
Zdaniem analityków, wcześniejsze poinformowanie o "przekazaniu władzy" miało
umocnić pozycję państw okupujących Irak na szczycie NATO. - Prośba o żołnierzy
NATO pochodząca od suwerennego rządu irackiego ma znacznie większą wagę
moralną niż taka prośba Stanów Zjednoczonych - powiedział Tom Ripley, znawca
spraw obronnych z brytyjskiego Lancaster University. Ripley sądzi, że
prezydent Bush będzie miał teraz "doskonałą okazję", by ze Stambułu przybyć do
Bagdadu z błyskawiczną wizytą i jako pierwszy zagraniczny szef państwa
odwiedzić już "suwerenny" Irak.
Zgodnie z rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ z 8 czerwca władze irackie są
teraz "całkowicie suwerenne i niezależne" i przejęły od USA i Wielkiej
Brytanii, dotychczasowych państw okupacyjnych, "pełną odpowiedzialność i
uprawnienia do rządzenia Irakiem". W praktyce są one jednak całkowicie
uzależnione od Amerykanów. Nie tylko nie kontrolują przeszło 160-tysięcznego
korpusu sił okupacyjnych, pozostającego w Iraku, lecz również nie mogą robić
niczego, co przesądzałoby o przyszłym kształcie ustrojowym państwa. Choć
teoretycznie mogą w każdej chwili zażądać, by obce wojska opuściły kraj, to
jednak rząd Alawiego dał wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza skorzystać z
tego prawa "do czasu, gdy poprawi się stan bezpieczeństwa w kraju".
Wielu Irakijczyków postrzega rząd Alawiego jako amerykańsko-izraelską
agenturę. Z tego powodu cieszy się on w społeczeństwie znikomym poparciem. Bez
względu na propagandowe eufemizmy 90 proc. Irakijczyków postrzega obce wojska
jako okupantów. Dlatego większość irackiego społeczeństwa domaga się
natychmiastowego wycofania obcych wojsk, najprawdopodobniej słusznie uważając,
że przyniesie to poprawę bezpieczeństwa w kraju.
PS, KWM, PAP