W ramach walki z zasysającą mnie czarną dziurą poszłam w sobotę na urodziny
mojej przyjaciółki. Ta zaś zbuntowała się przeciwko tradycyjnej formule
urodzin polegającej na tym, że przez cały dzień stała przy garach gotując
jedzenie, którego potem nikt nie chciał jeść (hm, nie używa soli...)i
zaprosiła gości na balet, gościnnie występujący w lokalnym domu kultury.
Przyznam, że w trakcie oglądania występów ponownie ogarnęło mnie znajome
uczucie wyobcowania: oto prosta i niewinna dziouszka z Polski ogląda jakieś
kompletnie niezrozumiałe rytuały plemienne...
Występ polegał na tym, że grupa tancerzy naprzemiennie miotała się po scenie w
konwulsjach, czasami stała w drgawkach, oraz lizała się (wzajemnie). W
kulminacyjnym momencie para tancerzy wystawiła języki możliwie daleko i
dotknęła się tymi językami, trwając tak przez dłuższą chwilę. Spora część
widowni stłumiła jęk obrzydzenia...
Nie wiem, czy z tym lizaniem to teraz tak normalnie, i że tak powiem do kanonu
weszło razem z piruetami na czubkach palców, a mi jakoś przez gapiostwo
umknęło, czy też może to jaka awangarda była?
I tak się zastanawiałam po tym występie, co teraz sprawia, że coś staje się
sztuką.
I myślę, że wiem.
To, że ktoś jest na scenie.