Dodaj do ulubionych

Wątek - opowiadanie.

20.05.04, 13:51
Wpadłem ostatnio na pomysł, aby wspólnymi siłami napisać jakieś opowiadanie.
Pomysł polega na tym, że jedna osoba dopisuje tylko jedno zdanie do
poprzedniej wypowiedzi (ale nie można odpisywać sobie). W ten sposób może
powstać coś naprawdę oryginalnego i wesołogo.
Na początek ja zacznę:
Obserwuj wątek
    • danway1 part I 20.05.04, 13:52
      Był piękny majowy wieczór.
      • armitage3 Re: part I 20.05.04, 13:55
        Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac sie
        zapachem jej wnetrza.
        • nait Re: part I 20.05.04, 14:05
          Był piękny majowy wieczór.
          Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac sie
          zapachem jej wnetrza.
          Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.

          PS. dopisujcie sie do calosci (odpowiedz cytuj), wtedy bedzie wygodniej czytac.
          • armitage3 Re: part I 20.05.04, 14:09
            Był piękny majowy wieczór.
            Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
            sie zapachem jej wnetrza.
            Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
            Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
            • dorotaww Re: part I 20.05.04, 14:12
              > Był piękny majowy wieczór.
              > Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
              > sie zapachem jej wnetrza.
              > Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
              > Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
              Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
              • nait Re: part I 20.05.04, 14:18
                Był piękny majowy wieczór.
                Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                sie zapachem jej wnetrza.
                Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                obecnosc.
                • armitage3 Re: part I 20.05.04, 14:20
                  Był piękny majowy wieczór.
                  Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                  sie zapachem jej wnetrza.
                  Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                  Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                  Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                  Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                  szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                  obecnosc.
                  Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                  zewnatrz, spkojnie spalem do rana.

                  • nait Re: part I 20.05.04, 14:24
                    Był piękny majowy wieczór.
                    Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                    sie zapachem jej wnetrza.
                    Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                    Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                    Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                    Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                    szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                    obecnosc.
                    Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                    zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                    Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                    zrezygnowany doberman.
                    • armitage3 Re: part I 20.05.04, 14:27
                      Był piękny majowy wieczór.
                      Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                      sie zapachem jej wnetrza.
                      Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                      Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                      Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                      Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                      szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                      obecnosc.
                      Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                      zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                      Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                      zrezygnowany doberman.
                      To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                      • danway1 Re: part I 20.05.04, 14:29
                        Był piękny majowy wieczór.
                        Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                        sie zapachem jej wnetrza.
                        Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                        Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                        Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                        Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                        szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                        obecnosc.
                        Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                        zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                        Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                        zrezygnowany doberman.
                        To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                        Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                        • nait Re: part I 20.05.04, 14:30
                          Był piękny majowy wieczór.
                          Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                          sie zapachem jej wnetrza.
                          Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                          Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                          Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                          Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                          szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                          obecnosc.
                          Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                          zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                          Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                          zrezygnowany doberman.
                          To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                          Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                          I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                          • armitage3 Re: part I 20.05.04, 14:36
                            Był piękny majowy wieczór.
                            Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                            sie zapachem jej wnetrza.
                            Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                            Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                            Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                            Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                            szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                            obecnosc.
                            Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                            zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                            Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                            zrezygnowany doberman.
                            Który swoim sapaniem mnie obudził.
                            To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                            Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                            I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                            Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra
                            • chlopak_z_czatu22 Re: part I 20.05.04, 14:43
                              armitage3 napisał:

                              Był piękny majowy wieczór.
                              Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                              sie zapachem jej wnetrza.
                              Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                              Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                              Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                              Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                              szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                              obecnosc.
                              Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                              zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                              Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                              zrezygnowany doberman.
                              Który swoim sapaniem mnie obudził.
                              To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                              Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                              I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                              Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra
                              Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                              • armitage3 Re: part I 20.05.04, 14:48
                                Był piękny majowy wieczór.
                                Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                sie zapachem jej wnetrza.
                                Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                obecnosc.
                                Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                zrezygnowany doberman.
                                Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                sie z pamiatka rodzinna.
                                • nait Re: part I 20.05.04, 14:57
                                  Był piękny majowy wieczór.
                                  Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                  sie zapachem jej wnetrza.
                                  Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                  Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                  Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                  Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                  szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                  obecnosc.
                                  Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                  zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                  Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                  zrezygnowany doberman.
                                  Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                  To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                  Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                  I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                  Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                  Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                  Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                  ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                  sie z pamiatka rodzinna.
                                  Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic, nie
                                  czekaj az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                  • danway1 Re: part I 20.05.04, 15:02
                                    Był piękny majowy wieczór.
                                    Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                    sie zapachem jej wnetrza.
                                    Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                    Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                    Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                    Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                    szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                    obecnosc.
                                    Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                    zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                    Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                    zrezygnowany doberman.
                                    Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                    To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                    Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                    I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                    Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                    Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                    Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                    ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                    sie z pamiatka rodzinna.
                                    Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic, nie
                                    czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                    Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                    swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                    • armitage3 Re: part I 20.05.04, 15:06
                                      Był piękny majowy wieczór.
                                      Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                      sie zapachem jej wnetrza.
                                      Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                      Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                      Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                      Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                      szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                      obecnosc.
                                      Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                      zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                      Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                      zrezygnowany doberman.
                                      Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                      To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                      Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                      I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                      Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                      Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                      Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                      ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                      sie z pamiatka rodzinna.
                                      Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic, nie
                                      czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                      Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                      swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                      Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                      nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, lecz wrecz odwrotnie
                                      • nait Opowiadanie I, part I, chapter I 20.05.04, 15:29
                                        Był piękny majowy wieczór.
                                        Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                        sie zapachem jej wnetrza.
                                        Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                        Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                        Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                        Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                        szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                        obecnosc.
                                        Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                        zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                        Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                        zrezygnowany doberman.
                                        Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                        To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                        Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                        I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                        Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                        Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                        Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                        ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                        sie z pamiatka rodzinna.
                                        Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic, nie
                                        czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                        Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                        swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                        Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                        nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                        Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                        przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                        kogo znaja.
                                        • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 20.05.04, 15:36
                                          Był piękny majowy wieczór.
                                          Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                          sie zapachem jej wnetrza.
                                          Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                          Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                          Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                          Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                          szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                          obecnosc.
                                          Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                          zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                          Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                          zrezygnowany doberman.
                                          Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                          To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                          Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                          I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                          Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                          Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                          Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                          ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                          sie z pamiatka rodzinna.
                                          Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic, nie
                                          czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                          Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                          swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                          Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                          nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                          Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                          przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                          kogo znaja.
                                          - Witaj wedrowcze. Odeswal sie szef bandy.
                                          • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 20.05.04, 15:39
                                            Był piękny majowy wieczór.
                                            Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                            sie zapachem jej wnetrza.
                                            Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                            Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                            Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                            Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                            szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                            obecnosc.
                                            Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                            zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                            Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                            zrezygnowany doberman.
                                            Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                            To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                            Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                            I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                            Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                            Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                            Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                            ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                            sie z pamiatka rodzinna.
                                            Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                            nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                            Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                            swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                            Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                            nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                            Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                            przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                            kogo znaja.
                                            - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                            - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                            Maurqos. - odpowiedzialem.
                                            • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 20.05.04, 20:06
                                              Był piękny majowy wieczór.
                                              Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                              sie zapachem jej wnetrza.
                                              Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                              Staralem(-am) sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                              Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                              Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                              szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                              obecnosc.
                                              Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                              zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                              Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                              zrezygnowany doberman.
                                              Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                              To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                              Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                              I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                              Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                              Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                              Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                              ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                              sie z pamiatka rodzinna.
                                              Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                              nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                              Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                              swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                              Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                              nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                              Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                              przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                              kogo znaja.
                                              - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                              - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                              Maurqos. - odpowiedzialem.
                                              Na to szef bandy odpowiedział:
                                              - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej: Mały
                                              Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                              widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś w
                                              jednym kawałku?

                                              • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 09:04
                                                Był piękny majowy wieczór.
                                                Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                sie zapachem jej wnetrza.
                                                Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                obecnosc.
                                                Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                zrezygnowany doberman.
                                                Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime Aleksandra.
                                                Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                sie z pamiatka rodzinna.
                                                Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                kogo znaja.
                                                - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                Na to szef bandy odpowiedział:
                                                - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej: Mały
                                                Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś w
                                                jednym kawałku?
                                                - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                >
                                                • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 09:37
                                                  danway1 napisał:

                                                  > Był piękny majowy wieczór.
                                                  > Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                  > sie zapachem jej wnetrza.
                                                  > Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                  > Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                  > Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                  > Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                  > szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                  > obecnosc.
                                                  > Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                  > zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                  > Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                  > zrezygnowany doberman.
                                                  > Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                  > To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                  > Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                  > I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                  > Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na ime
                                                  Aleksandra.
                                                  > Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                  > Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                  > ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                  > sie z pamiatka rodzinna.
                                                  > Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                  > nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                  > Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                  > swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                  > Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                  > nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                  > Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                  > przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                  > kogo znaja.
                                                  > - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                  > - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                  > Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                  > Na to szef bandy odpowiedział:
                                                  > - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej:
                                                  Mały
                                                  > Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                  > widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś
                                                  w
                                                  > jednym kawałku?
                                                  > - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                  Wiem jedno ze jak sie zaraz nie napije czegos mocnego to mi zaraz od spania w
                                                  psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie bedzie w krzyzach a w tedy z misji nici
                                                  >
                                                  >
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 09:50
                                                    Był piękny majowy wieczór.
                                                    Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                    sie zapachem jej wnetrza.
                                                    Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                    Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                    Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                    Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                    szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                    obecnosc.
                                                    Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                    zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                    Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                    zrezygnowany doberman.
                                                    Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                    To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                    Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                    I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                    Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na imie Aleksandra.
                                                    Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                    Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                    ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                    sie z pamiatka rodzinna.
                                                    Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                    nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                    Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                    swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                    Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                    nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                    Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                    przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                    kogo znaja.
                                                    - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                    - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                    Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                    Na to szef bandy odpowiedział:
                                                    - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej: Mały
                                                    Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                    widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś
                                                    w jednym kawałku?
                                                    - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                    Wiem jedno ze jak sie zaraz nie napije czegos mocnego to mi zaraz od spania w
                                                    psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie bedzie w krzyzach a w tedy z misji nici
                                                    - Nic się nie martw mamy na zapleczu trochę świetnej Nalewki Sądeckiej,
                                                    podzielimy się z Tobą.

                                                    P.S. Prosze usuwać te znaczki po cytowaniu, bo to źle później poprawiać.
                                                  • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 10:08
                                                    Był piękny majowy wieczór.
                                                    Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                    sie zapachem jej wnetrza.
                                                    Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                    Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                    Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                    Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                    szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                    obecnosc.
                                                    Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                    zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                    Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                    zrezygnowany doberman.
                                                    Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                    To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                    Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                    I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                    Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na imie Aleksandra
                                                    Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                    Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                    ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                    sie z pamiatka rodzinna.
                                                    Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                    nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                    Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                    swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                    Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                    nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                    Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                    przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                    kogo znaja.
                                                    - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                    - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                    Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                    Na to szef bandy odpowiedział:
                                                    - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej: Mały
                                                    Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                    widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś
                                                    w jednym kawałku?
                                                    - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                    Wiem jedno ze jak sie zaraz nie napije czegos mocnego to mi zaraz od spania w
                                                    psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie bedzie w krzyzach a w tedy z misji nici
                                                    - Nic się nie martw mamy na zapleczu trochę świetnej Nalewki Sądeckiej,
                                                    podzielimy się z Tobą.
                                                    Zgodziłem sie, opowiedzieć co pamiętam, w zamian za skromny poczęstunek.
                                                  • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 10:19
                                                    Był piękny majowy wieczór.
                                                    Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                    sie zapachem jej wnetrza.
                                                    Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                    Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                    Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                    Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                    szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                    obecnosc.
                                                    Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                    zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                    Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                    zrezygnowany doberman.
                                                    Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                    To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                    Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                    I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                    Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na imie Aleksandra
                                                    Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                    Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                    ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                    sie z pamiatka rodzinna.
                                                    Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                    nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                    Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                    swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                    Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                    nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                    Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                    przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                    kogo znaja.
                                                    - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                    - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                    Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                    Na to szef bandy odpowiedział:
                                                    - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej: Mały
                                                    Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                    widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś
                                                    w jednym kawałku?
                                                    - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                    Wiem jedno ze jak sie zaraz nie napije czegos mocnego to mi zaraz od spania w
                                                    psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie bedzie w krzyzach a w tedy z misji nici
                                                    - Nic się nie martw mamy na zapleczu trochę świetnej Nalewki Sądeckiej,
                                                    podzielimy się z Tobą.
                                                    Zgodziłem sie, opowiedzieć co pamiętam, w zamian za skromny poczęstunek.
                                                    Nie pamietalem zbyt wiele, ale pare szczegolow udalo mi sie przypomniec, wiec
                                                    gospodarze mieli o czym sluchac podaczas tego 'obfitego' posilku.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 10:24
                                                    Był piękny majowy wieczór.
                                                    Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                    sie zapachem jej wnetrza.
                                                    Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                    Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                    Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                    Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                    szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                    obecnosc.
                                                    Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                    zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                    Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                    zrezygnowany doberman.
                                                    Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                    To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                    Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                    I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                    Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na imie Aleksandra
                                                    Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                    Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                    ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                    sie z pamiatka rodzinna.
                                                    Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                    nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                    Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                    swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                    Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                    nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                    Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                    przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                    kogo znaja.
                                                    - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                    - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                    Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                    Na to szef bandy odpowiedział:
                                                    - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej: Mały
                                                    Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                    widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś
                                                    w jednym kawałku?
                                                    - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                    Wiem jedno ze jak sie zaraz nie napije czegos mocnego to mi zaraz od spania w
                                                    psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie bedzie w krzyzach a w tedy z misji nici
                                                    - Nic się nie martw mamy na zapleczu trochę świetnej Nalewki Sądeckiej,
                                                    podzielimy się z Tobą.
                                                    Zgodziłem sie, opowiedzieć co pamiętam, w zamian za skromny poczęstunek.
                                                    Nie pamietalem zbyt wiele, ale pare szczegolow udalo mi sie przypomniec, wiec
                                                    gospodarze mieli o czym sluchac podaczas tego 'obfitego' posilku.
                                                    Gdy już wszystko było zjedzone, poszliśmy w końcu w stronę Onsorku, ale taką
                                                    ilość uzbrojonych wojowników trudno ukryć, mimo wszystko ruszyliśmy naprzód.
                                                  • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 10:33
                                                    dlatego musielismy isc lasem i uwazac na patrole strazu ksiecia i obchodzic
                                                    punkty kontrolne co powodowało ze droga sie bardzo dłuzyła i dłuzyła.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 10:42
                                                    Był piękny majowy wieczór.
                                                    Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                    sie zapachem jej wnetrza.
                                                    Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                    Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                    Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                    Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                    szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                    obecnosc.
                                                    Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                    zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                    Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                    zrezygnowany doberman.
                                                    Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                    To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                    Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                    I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                    Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na imie Aleksandra
                                                    Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                    Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                    ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                    sie z pamiatka rodzinna.
                                                    Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                    nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                    Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                    swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                    Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                    nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                    Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                    przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                    kogo znaja.
                                                    - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                    - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                    Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                    Na to szef bandy odpowiedział:
                                                    - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej: Mały
                                                    Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                    widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś
                                                    w jednym kawałku?
                                                    - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                    Wiem jedno ze jak sie zaraz nie napije czegos mocnego to mi zaraz od spania w
                                                    psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie bedzie w krzyzach a w tedy z misji nici
                                                    - Nic się nie martw mamy na zapleczu trochę świetnej Nalewki Sądeckiej,
                                                    podzielimy się z Tobą.
                                                    Zgodziłem sie, opowiedzieć co pamiętam, w zamian za skromny poczęstunek.
                                                    Nie pamietalem zbyt wiele, ale pare szczegolow udalo mi sie przypomniec, wiec
                                                    gospodarze mieli o czym sluchac podaczas tego 'obfitego' posilku.
                                                    Gdy już wszystko było zjedzone, poszliśmy w końcu w stronę Onsorku, ale taką
                                                    ilość uzbrojonych wojowników trudno ukryć, mimo wszystko ruszyliśmy naprzód.
                                                    Dlatego musielismy isc lasem i uwazac na patrole strazy ksiecia i obchodzic
                                                    punkty kontrolne co powodowało ze droga sie bardzo dłuzyła i dłuzyła.
                                                    Kilka z owych punktów udało nam się pokonać nie zwracając na siebie niczyjej
                                                    uwagi.
                                                  • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 10:49
                                                    danway1 napisał:

                                                    > Był piękny majowy wieczór.
                                                    > Deszcz glosno walil w dach psiej budy w ktorej wygodnie lezalem, rozkoszujac
                                                    > sie zapachem jej wnetrza.
                                                    > Mile wspominajac porcje wspanialej psiej karmy, ktora sie poczestowalem.
                                                    > Staralem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadajac w sen.
                                                    > Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
                                                    > Zdawalo mi sie, to nie krzyk, to wlasciciel lokalu wrocil z nocnej wycieczki i
                                                    > szczerzyl zeby warczac jednoczesnie - widac nie bardzo podobala mu sie moja
                                                    > obecnosc.
                                                    > Zamknalem drzwi wjsciowe i nie zwracalem uwagi na ujadanie dobiegajace z
                                                    > zewnatrz, spkojnie spalem do rana.
                                                    > Gdy sie obudzilem lezalem w niezbyt przyjemnie pachnacej kaluzy, a obok lezal
                                                    > zrezygnowany doberman.
                                                    > Który swoim sapaniem mnie obudził.
                                                    > To byl dziwny sen, pomyslalem wychodzac z budy ktora nie miala drzwi.
                                                    > Stojac pod drzewem, odlewajac sie, spadl z niego antyczny miecz.
                                                    > I w ten oto sposob stracilem rodzinne klejnoty.
                                                    > Klejnoty ktore w mojej rodzinie byly od zawsze, teraz mialem na imie
                                                    Aleksandra
                                                    > Mam teraz nauczke, po co ja unosilem do gory ta noge moglem lac na bacznosc
                                                    > Obrecz z wielkim brylantem ktora mialem na nodze lezala teraz uszkodzona na
                                                    > ziemi, balem sie o swoje genitalia ktore strace, jesli ojciec zobaczy co stalo
                                                    > sie z pamiatka rodzinna.
                                                    > Czas sie zatrzoszczyc o wlasna dupe, bo doberman zaczynal sie powoli budzic,
                                                    > nie czekajac az wlasciciel spadnie z drzewa podnioslem miecz i dalem noge.
                                                    > Na ciezkiej brukowej drodze prowadzacej do miasta, zwanego Onsork, spotkalem
                                                    > swojego przyszlego przyjaciela Requila.
                                                    > Mial na plecach olbrzymi dworeczny topor, tak jak i kazdy czlonek jego bandy,
                                                    > nie wygladali jak by chcieli mnie powitac, wrecz odwrotnie.
                                                    > Ich nastawienie wyraznie sie zmienilo gdy podeszli blizej, nie wiem czy to
                                                    > przypadkiem nie przez moj zapach, a moze wzieli mnie po prostu za kogos innego
                                                    > kogo znaja.
                                                    > - Witaj wedrowcze. Odezwal sie szef bandy.
                                                    > - Witaj wojowniku, jak Cie zowia?? Moje imie to Aleksander, ale mowia na mnie
                                                    > Maurqos. - odpowiedzialem.
                                                    > Na to szef bandy odpowiedział:
                                                    > - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej:
                                                    Mały
                                                    > Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
                                                    > widzę, że nie tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu doszedłeś
                                                    > w jednym kawałku?
                                                    > - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
                                                    > Wiem jedno ze jak sie zaraz nie napije czegos mocnego to mi zaraz od spania w
                                                    > psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie bedzie w krzyzach a w tedy z misji nici
                                                    > - Nic się nie martw mamy na zapleczu trochę świetnej Nalewki Sądeckiej,
                                                    > podzielimy się z Tobą.
                                                    > Zgodziłem sie, opowiedzieć co pamiętam, w zamian za skromny poczęstunek.
                                                    > Nie pamietalem zbyt wiele, ale pare szczegolow udalo mi sie przypomniec, wiec
                                                    > gospodarze mieli o czym sluchac podaczas tego 'obfitego' posilku.
                                                    > Gdy już wszystko było zjedzone, poszliśmy w końcu w stronę Onsorku, ale taką
                                                    > ilość uzbrojonych wojowników trudno ukryć, mimo wszystko ruszyliśmy naprzód.
                                                    > Dlatego musielismy isc lasem i uwazac na patrole strazy ksiecia i obchodzic
                                                    > punkty kontrolne co powodowało ze droga sie bardzo dłuzyła i dłuzyła.
                                                    > Kilka z owych punktów udało nam się pokonać nie zwracając na siebie niczyjej
                                                    > uwagi.Najgorsze było jednak przed nami bo blisko zamku były ustawione przez
                                                    czarnoksieznika magiczne tarcze majace wykrywac nieznanych przybyszów.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 10:58
                                                    Jednak w pobliżu tarcz spotkaliśmy drobnego złodzieja, który za jeden drobny
                                                    klejnot obiecał nas wprowadzić do miasta.
                                                  • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 11:13
                                                    Jednak w pobliżu tarcz spotkaliśmy drobnego złodzieja, który za jeden drobny
                                                    klejnot obiecał nas wprowadzić do miasta.
                                                    Całe szczęście miałem przy sobie uszkodzoną obręcz z klejnotem, z której i tak
                                                    nie miałbym już pożytku, oddałem ją złodziejowi, choś i tak nie wiem po co idę
                                                    do miasta.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 11:26
                                                    Nagle za sobą usłyszałem szczekanie psa, z którym musiałem walczyć, wyciągnąłem
                                                    z pochwy miecz i czekałem na jego ruch.
                                                  • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 11:33
                                                    Nagle za sobą usłyszałem szczekanie psa, z którym musiałem walczyć, wyciągnąłem
                                                    z pochwy miecz i czekałem na jego ruch.besia zblizała sie powoli łypiac na mnie
                                                    czerwonymi oczami, wiedziałem ze jedno z nas dzis umrze.
                                                  • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 11:39
                                                    Nagle za sobą usłyszałem szczekanie psa, z którym musiałem walczyć, wyciągnąłem
                                                    z pochwy miecz i czekałem na jego ruch.besia zblizała sie powoli łypiac na mnie
                                                    czerwonymi oczami, wiedziałem ze jedno z nas dzis umrze.
                                                    Na szczęście myliłem się, jeden z Dżonów wzioł w ręce swój topór i z okrzykiem
                                                    zagrodził drogę atakującemy psu, przerażony piesek uciekł i tyle go
                                                    widzieliśmy.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter I 21.05.04, 11:43
                                                    Nagle za sobą usłyszałem szczekanie psa, z którym musiałem walczyć, wyciągnąłem
                                                    z pochwy miecz i czekałem na jego ruch.besia zblizała sie powoli łypiac na mnie
                                                    czerwonymi oczami, wiedziałem ze jedno z nas dzis umrze.
                                                    Na szczęście myliłem się, jeden z Dżonów wzioł w ręce swój topór i z okrzykiem
                                                    zagrodził drogę atakującemy psu, przerażony piesek uciekł i tyle go
                                                    widzieliśmy.
                                                    Teraz mogliśmy spokojnie udaliśmy się do miasta, które teraz stało dla nas
                                                    otworem.

                                                    End of Chapter I.
    • danway1 Re: Wątek - opowiadanie. 20.05.04, 14:40
      Jako admin bede musial usuwac niektore watki, zeby nie byl balagan. Ale sens
      sztuki zostanie zachowany. Z gory przepraszam, i zeby nikt sie nie obrazal.
      Czasem nalezy tez skontrolowac, czy ktos sie nie dopisal.

      Pozdrawiam Daniel Administrator-Pisarz.
      • nait Re: Wątek - opowiadanie. 20.05.04, 14:45
        No nie no, facet o zdolnosciach picia duzych ilosci % zmienil sie w dziewczynke,
        a potem w suke ;) Nie no trzebaba bedzie mu zjednoczyc jazn ;)
      • danway1 Jeszcze jedno !! 21.05.04, 10:45
        Warto chyba zrezygnować z tego cytowania, bo to się robi coraz bardziej
        uciążliwe, gdyż jest coraz więcej tekstu. Niech każdy piszę pojedyńczo a na
        koniec rozdziału się to połączy w jedną sensowną całość.
        • danway1 Jeszcze drugie!! 28.05.04, 09:57
          Jak sytuacja będzie tego wymagać to wolno stosować dwa zdania. Wówczas będzie
          łatwiej coś stworzyć!!
    • nait Re: Wątek - opowiadanie. 20.05.04, 15:34
      Moze jednak ktos sie dopisze??
      Zawsze to ciekawiej jak bedzie wiecej autorow.
      • wojciasf Re: Wątek - opowiadanie. 21.05.04, 08:43
        Napisze z miła checia tylko juz sie pogubiłem w watkach Czy on dalej jest
        babeczka i to w dodatku psim czy juz nie. Daniel wes no to okresl bo sie watki
        mieszaja dla nie wtajemniczonych.

        Cytrynka
        • danway1 Re: Wątek - opowiadanie. 21.05.04, 09:07
          Wojtek pisz tak jak to ty rozumiesz. Na tym polega cały urok tej zabawy.
          Powinno być trochę z sensem. Więc powtarzam napisz tak jak rozumiesz.

          Pozdrowionka dla Cytrynki.

          P.S. Ale zostałeś zdegradowany z Króla na Cytrynkę.
          • wojciasf Re: Wątek - opowiadanie. 21.05.04, 09:13
            OKi pisze co mi slina na jezyk przyniesie:)
            Daniel ty zdrajco chcesz mnie pozbawic krolestwa??
        • nait Re: Wątek - opowiadanie. 21.05.04, 09:13
          Teoretycznie to jest chlopczyk, Pawel inaczej zrozumial i zrobil suke (psa),
          ale juz jest to naprawione i z powrotem to jest facet. Chociaz nic nie jest
          powiedziane, i jak jakos sensownie zrobisz z niego cos innego to sie nic nie
          stanie (np marsjanina). W koncu prawie eunuchem zostal ;-)
          • wojciasf Re: Wątek - opowiadanie. 21.05.04, 09:18
            Oki eunucha nie mozemy zrobic bo akcja sie zawezi a tak zawsze mozna z niego
            niezłego ogiera zrobic <hahaha> oki juz cos wymyslam bo pozniej wychodze:)
    • nait Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 11:53
      Zlodziej przeprowadzil nas starym zapomnianym tunelem, ktory wykopaly dawno
      temu koboldy, jeszcze w czasach wojny o jakis pierscionek (chyba zareczynowy,
      jakiegos maga czy cos).
      • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 11:59
        Zlodziej przeprowadzil nas starym zapomnianym tunelem, ktory wykopaly dawno
        temu koboldy, jeszcze w czasach wojny o jakis pierscionek (chyba zareczynowy,
        jakiegos maga czy cos).
        Ten pierścionek, który miał na palcu leżący nieopodal szkielet zakuty w
        zardzewiałe szczątki zbroi, szkoda tylko, że w tych ciemnościach nie mogliśmy
        go zauważyć.
        • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 12:07
          Złodziej przeprowadził nas starym zapomnianym tunelem, który wykopały dawno
          temu koboldy, jeszcze w czasach wojny o jakiś pierścionek (chyba zareczynowy,
          jakiegos maga czy coś).
          Ten pierścionek, który miał na palcu leżący nieopodal szkielet zakuty w
          zardzewiałe szczątki zbroi, szkoda tylko, że w tych ciemnościach nie mogliśmy
          go zauważyć.
          Na powierzchnie ziemi wyszliśmy na środku rynku, co spowodowało ogólny popłoch
          i zainteresowały się nami straże księcia Humberta.
          • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 12:23
            Złodziej przeprowadził nas starym zapomnianym tunelem, który wykopały dawno
            temu koboldy, jeszcze w czasach wojny o jakiś pierścionek (chyba zareczynowy,
            jakiegos maga czy coś).
            Ten pierścionek, który miał na palcu leżący nieopodal szkielet zakuty w
            zardzewiałe szczątki zbroi, szkoda tylko, że w tych ciemnościach nie mogliśmy
            go zauważyć.
            Na powierzchnie ziemi wyszliśmy na środku rynku, co spowodowało ogólny popłoch
            i zainteresowały się nami straże księcia Humberta.
            Żeby uniknąć aresztowania podzieliliśmy się na mniejsze grupki i rozeszli w
            różne strony starając się nie wzbudzać niezdrowego zainteresowania u
            przechodniów i strażników.
            • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 12:30
              Złodziej przeprowadził nas starym zapomnianym tunelem, który wykopały dawno
              temu koboldy, jeszcze w czasach wojny o jakiś pierścionek (chyba zareczynowy,
              jakiegos maga czy coś).
              Ten pierścionek, który miał na palcu leżący nieopodal szkielet zakuty w
              zardzewiałe szczątki zbroi, szkoda tylko, że w tych ciemnościach nie mogliśmy
              go zauważyć.
              Na powierzchnie ziemi wyszliśmy na środku rynku, co spowodowało ogólny popłoch
              i zainteresowały się nami straże księcia Humberta.
              Żeby uniknąć aresztowania podzieliliśmy się na mniejsze grupki i rozeszli w
              różne strony starając się nie wzbudzać niezdrowego zainteresowania u
              przechodniów i strażników.
              Ciągle zastanawiałem co ja tu robię, jaki miałem cel przychodźac tu? Szarpała
              mną niepweność więć zapytałem Ryśka:
              - Co my tu robimy?
              • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 12:38
                -Mamy tu zabic ksiezniczke, ktora okazała sie czarownica tylko podszywa sie pod
                ksiezne i zauroczyła ksiecia a sama jest kochanka tego wrednego czarodzieja
                ktory ustawił te tarcze, dołaczy do nas jeszcze jeden taki co ma nas
                przeprowadzic.
                • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 12:49
                  -Mamy tu zabic ksiezniczke, ktora okazała sie czarownica tylko podszywa sie pod
                  ksiezne i zauroczyła ksiecia a sama jest kochanka tego wrednego czarodzieja
                  ktory ustawił te tarcze, dołaczy do nas jeszcze jeden taki co ma nas
                  przeprowadzic.
                  - Ah teraz rozumiem swój cel, czyli zabijamy księżniczkę, a potem możemy
                  pocałować smoka obiboka.
                  • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 12:59
                    -Mamy tu zabic ksiezniczke, ktora okazała sie czarownica tylko podszywa sie pod
                    ksiezne i zauroczyła ksiecia a sama jest kochanka tego wrednego czarodzieja
                    ktory ustawił te tarcze, dołaczy do nas jeszcze jeden taki co ma nas
                    przeprowadzic.
                    - Ah teraz rozumiem swój cel, czyli zabijamy księżniczkę, a potem możemy
                    pocałować smoka obiboka.
                    - Dobra, to ja całuje smoka, a ty jak chcesz to możesz zabić księżniczke, a
                    czarodziejem Sad of Amn mozemy siepodzielic - powiedzial poczatkujacy mag Ister
                    Ragdoll.
                    • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 13:03
                      nait napisał:

                      -Mamy tu zabic ksiezniczke, ktora okazała sie czarownica tylko podszywa sie
                      pod ksiezne i zauroczyła ksiecia a sama jest kochanka tego wrednego czarodzieja
                      ktory ustawił te tarcze, dołaczy do nas jeszcze jeden taki co ma nas
                      przeprowadzic.
                      -Ah teraz rozumiem swój cel, czyli zabijamy księżniczkę, a potem możemy
                      pocałować smoka obiboka.
                      -Dobra, to ja całuje smoka, a ty jak chcesz to możesz zabić księżniczke, a
                      czarodziejem Sad of Amn mozemy siepodzielic - powiedzial poczatkujacy mag Ister
                      Ragdoll.
                      -W takim razie musimy poczekac do wieczora, chocmy do karczmy "Wójtowska" tam w
                      piwnicach bedzie czekał umowiony przewodnik.

                      • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 13:45
                        nait napisał:
                        -Mamy tu zabic ksiezniczke, ktora okazała sie czarownica tylko podszywa sie
                        pod ksiezne i zauroczyła ksiecia a sama jest kochanka tego wrednego czarodzieja
                        ktory ustawił te tarcze, dołaczy do nas jeszcze jeden taki co ma nas
                        przeprowadzic.
                        -Ah teraz rozumiem swój cel, czyli zabijamy księżniczkę, a potem możemy
                        pocałować smoka obiboka.
                        -Dobra, to ja całuje smoka, a ty jak chcesz to możesz zabić księżniczke, a
                        czarodziejem Sad of Amn mozemy siepodzielic - powiedzial poczatkujacy mag Ister
                        Ragdoll.
                        -W takim razie musimy poczekac do wieczora, chocmy do karczmy "Wójtowska" tam w
                        piwnicach bedzie czekał umowiony przewodnik.
                        Poszliśmy, i na miejscu spotkała nas niedpodzianka, czekał tam na nas pewien
                        starzec, który mówił, że zna naszą przyszłość.
                        • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 14:10
                          -Mamy tu zabic ksiezniczke, ktora okazała sie czarownica tylko podszywa sie
                          pod ksiezne i zauroczyła ksiecia a sama jest kochanka tego wrednego czarodzieja
                          ktory ustawił te tarcze, dołaczy do nas jeszcze jeden taki co ma nas
                          przeprowadzic.
                          -Ah teraz rozumiem swój cel, czyli zabijamy księżniczkę, a potem możemy
                          pocałować smoka obiboka.
                          -Dobra, to ja całuje smoka, a ty jak chcesz to możesz zabić księżniczke, a
                          czarodziejem Sad of Amn mozemy siepodzielic - powiedzial poczatkujacy mag Ister
                          Ragdoll.
                          -W takim razie musimy poczekac do wieczora, chocmy do karczmy "Wójtowska" tam w
                          piwnicach bedzie czekał umowiony przewodnik.
                          Poszliśmy, i na miejscu spotkała nas niedpodzianka, czekał tam na nas pewien
                          starzec, który mówił, że zna naszą przyszłość.
                          Oczywiście za darmo nie chciał jej nam przekazać, musieliśmy postawić mu duży
                          kufel piwa, a potem odczekać aż wytrzeźwieje, bo biedaczek słabą głowe ma.
                          • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 21.05.04, 14:23
                            Kiedy juz wytrzezwiał zasepił sie i powiedział ze spotkamy kogos kto nam bardzo
                            pomoze i bedzie dla nas wsparciem, ale zadnego nie ominie przeznaczenie a dla
                            niektorych bedzie to cos złego.
                            • meyka Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 22.05.04, 12:42
                              Popatrzyliśmy po sobie niepewnie, nie wiedząc co o tym sądzić.
                              • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 09:40
                                Popatrzyliśmy po sobie niepewnie, nie wiedząc co o tym sądzić.Musieli zostac w
                                tej karczmnie do rana a przepowiednia starca nie pozwalała im siedziec juz w
                                tak pogodnych nastrojach, jedni postanowili upic sie do konca a inni posneli na
                                ławach w oczekiwaniu na przewodnika.
                                • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 11:43
                                  Popatrzyliśmy po sobie niepewnie, nie wiedząc co o tym sądzić.Musieli zostac w
                                  tej karczmnie do rana a przepowiednia starca nie pozwalała im siedziec juz w
                                  tak pogodnych nastrojach, jedni postanowili upic sie do konca a inni posneli na
                                  ławach w oczekiwaniu na przewodnika.
                                  Nie trzeba było długo czekać, zjawił się wraz ze zbrojnym oddziałem królewskiej
                                  straży.
                                  • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 11:57
                                    Popatrzyliśmy po sobie niepewnie, nie wiedząc co o tym sądzić.Musieli zostac w
                                    tej karczmnie do rana a przepowiednia starca nie pozwalała im siedziec juz w
                                    tak pogodnych nastrojach, jedni postanowili upic sie do konca a inni posneli na
                                    ławach w oczekiwaniu na przewodnika.
                                    Nie trzeba było długo czekać, zjawił się wraz ze zbrojnym oddziałem królewskiej
                                    straży.
                                    I przepowiednia starca częściowo sie spełniła, paru towarzyszy strażnicy
                                    zabrali na do izby wytrzeźwień.
                                    • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 12:06
                                      Reszta bandy została zaproszona na powazna rozmowe do podziemi zamku.
                                      • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 12:12
                                        Reszta bandy została zaproszona na powazna rozmowe do podziemi zamku.
                                        Tam też zostali pozbawieni broni i zakuto ich w dyby, mieli tam pozostać, aż
                                        zdecydują co z nimi zrobić.
                                        • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 12:32
                                          Reszta bandy została zaproszona na powazna rozmowe do podziemi zamku.
                                          Tam też zostali pozbawieni broni i zakuto ich w dyby, mieli tam pozostać, aż
                                          zdecydują co z nimi zrobić.
                                          Na szczęście pojawił się w lochach Średni Dżon, któremu udało się uciec i nas
                                          uwolnił.
                                          • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 12:39
                                            Reszta bandy została zaproszona na powazna rozmowe do podziemi zamku.
                                            Tam też zostali pozbawieni broni i zakuto ich w dyby, mieli tam pozostać, aż
                                            zdecydują co z nimi zrobić.
                                            Na szczęście pojawił się w lochach Średni Dżon, któremu udało się uciec i nas
                                            uwolnił.
                                            Niestety Mały Dżon potknął się o śpiącego strażnika i obudził wszystkich -
                                            teraz tak łatwo nie wyjdziemy.
                                            • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 24.05.04, 13:09

                                              Reszta bandy została zaproszona na powazna rozmowe do podziemi zamku.
                                              Tam też zostali pozbawieni broni i zakuto ich w dyby, mieli tam pozostać, aż
                                              zdecydują co z nimi zrobić.
                                              Na szczęście pojawił się w lochach Średni Dżon, któremu udało się uciec i nas
                                              uwolnił.
                                              Niestety Mały Dżon potknął się o śpiącego strażnika i obudził wszystkich -
                                              teraz tak łatwo nie wyjdziemy.W tej chwili zapomnielismy o czarownicy smoku i
                                              całej misji, jedyne co pozostało to mysl jak pokonac straznikow i jak dopasc
                                              zdrajce przewodnika.
                                              • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 08:08
                                                Reszta bandy została zaproszona na powazna rozmowe do podziemi zamku.
                                                Tam też zostali pozbawieni broni i zakuto ich w dyby, mieli tam pozostać, aż
                                                zdecydują co z nimi zrobić.
                                                Na szczęście pojawił się w lochach Średni Dżon, któremu udało się uciec i nas
                                                uwolnił.
                                                Niestety Mały Dżon potknął się o śpiącego strażnika i obudził wszystkich -
                                                teraz tak łatwo nie wyjdziemy.
                                                W tej chwili zapomnielismy o czarownicy smoku i całej misji, jedyne co
                                                pozostało to mysl jak pokonac straznikow i jak dopasc
                                                zdrajce przewodnika.
                                                Obecnie każdy z nas wyciągnął swoją broń i rozpoczęła się walka na śmierć i
                                                życie, bo nie było już możliwości wycofać się.
                                                • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 10:39
                                                  Reszta bandy została zaproszona na powazna rozmowe do podziemi zamku.
                                                  Tam też zostali pozbawieni broni i zakuto ich w dyby, mieli tam pozostać, aż
                                                  zdecydują co z nimi zrobić.
                                                  Na szczęście pojawił się w lochach Średni Dżon, któremu udało się uciec i nas
                                                  uwolnił.
                                                  Niestety Mały Dżon potknął się o śpiącego strażnika i obudził wszystkich -
                                                  teraz tak łatwo nie wyjdziemy.
                                                  W tej chwili zapomnielismy o czarownicy smoku i całej misji, jedyne co
                                                  pozostało to mysl jak pokonac straznikow i jak dopasc
                                                  zdrajce przewodnika.
                                                  Obecnie każdy z nas wyciągnął swoją broń i rozpoczęła się walka na śmierć i
                                                  życie, bo nie było już możliwości wycofać się.
                                                  Na szczęście strażników było tylko trzech, ten którego mały Dżon nadepnął
                                                  zginął na miejscu, a dwóch następnych popełniło rytualne samobójstwo w
                                                  proteście przeciw nieuczciwej walce.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 10:42
                                                    Za rogu jednak wybiekło kolejnych 50, żeby pomścić śmierć ich trzech kolegów.
                                                  • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 10:50
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                  • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 10:55
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momęcie
                                                    się obudziłem leżac w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                  • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 11:01
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 11:03
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                    Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
                                                  • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 11:08
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                    Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
                                                    Niestety strażnicy zdążyli pozbawić mnie jednego oka i języka, jak ja teraz
                                                    podziękuje Ryśkowi za pomoc?
                                                  • armitage3 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 11:12
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                    Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
                                                    Niestety strażnicy zdążyli pozbawić mnie jednego oka i języka, jak ja teraz
                                                    podziękuje Ryśkowi za pomoc?
                                                    Teraz tylko miałem naadzieję, że umiejętności lecznicze Maga Istra Ragdola
                                                    wystarczą na uleczenie moich ran, jak pomyślałem tak się i stało.
                                                  • wojciasf Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 11:15
                                                    armitage3 napisał:

                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                    Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
                                                    Niestety strażnicy zdążyli pozbawić mnie jednego oka i języka, jak ja teraz
                                                    podziękuje Ryśkowi za pomoc?
                                                    Teraz tylko miałem naadzieję, że umiejętności lecznicze Maga Istra Ragdola
                                                    wystarczą na uleczenie moich ran, jak pomyślałem tak się i stało.Teraz
                                                    spokojnie mogłem poscis mu oczki i wycałowac z jezyczkiem jakto Rysiek lubi
                                                    najbardziej.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 11:19
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                    Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
                                                    Niestety strażnicy zdążyli pozbawić mnie jednego oka i języka, jak ja teraz
                                                    podziękuje Ryśkowi za pomoc?
                                                    Teraz tylko miałem naadzieję, że umiejętności lecznicze Maga Istra Ragdola
                                                    wystarczą na uleczenie moich ran, jak pomyślałem tak się i stało.
                                                    Teraz spokojnie mogłem puścić mu oczki i wycałowac z jezyczkiem jakto Rysiek
                                                    lubi najbardziej.
                                                    W końcu opuśliśmy te przeklęte lochy i ponownie wyszliśmy na powierzchnie, na
                                                    której nie było żywej dzuszy, co ulatwiło nam przedostanie sie do komnat
                                                    mieszkalnych księcia i księżniczki.
                                                  • nait Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 12:11
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                    Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
                                                    Niestety strażnicy zdążyli pozbawić mnie jednego oka i języka, jak ja teraz
                                                    podziękuje Ryśkowi za pomoc?
                                                    Teraz tylko miałem naadzieję, że umiejętności lecznicze Maga Istra Ragdola
                                                    wystarczą na uleczenie moich ran, jak pomyślałem tak się i stało.
                                                    Teraz spokojnie mogłem puścić mu oczki i wycałowac z jezyczkiem jakto Rysiek
                                                    lubi najbardziej.
                                                    W końcu opuśliśmy te przeklęte lochy i ponownie wyszliśmy na powierzchnie, na
                                                    której nie było żywej dzuszy, co ulatwiło nam przedostanie sie do komnat
                                                    mieszkalnych księcia i księżniczki.
                                                    No i zabiliśmy księżniczke i wydupczyli księcia, był wyraźnie zadowolony, teraz
                                                    został nam już tylko smok, a książe obiecał załatwić nam jakąś ciepłą posadke w
                                                    zamku.
                                                  • danway1 Re: Opowiadanie I, part I, chapter II 25.05.04, 12:15
                                                    Wtedy sytuacja wygladała juz naprawde zle.
                                                    Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdzeni, w tym momencie
                                                    się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
                                                    Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyii, powoli, powli... obraz
                                                    powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
                                                    Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
                                                    Niestety strażnicy zdążyli pozbawić mnie jednego oka i języka, jak ja teraz
                                                    podziękuje Ryśkowi za pomoc?
                                                    Teraz tylko miałem naadzieję, że umiejętności lecznicze Maga Istra Ragdola
                                                    wystarczą na uleczenie moich ran, jak pomyślałem tak się i stało.
                                                    Teraz spokojnie mogłem puścić mu oczki i wycałowac z jezyczkiem jakto Rysiek
                                                    lubi najbardziej.
                                                    W końcu opuśliśmy te przeklęte lochy i ponownie wyszliśmy na powierzchnie, na
                                                    której nie było żywej dzuszy, co ulatwiło nam przedostanie sie do komnat
                                                    mieszkalnych księcia i księżniczki.
                                                    No i zabiliśmy księżniczke i wydupczyli księcia, był wyraźnie zadowolony, teraz
                                                    został nam już tylko smok, a książe obiecał załatwić nam jakąś ciepłą posadke w
                                                    zamku.
                                                    Zanim jednak to się mogło stać, musieliśmy znaleźć smoka-obiboka, w dalekich
                                                    górach Yrtat, które leżą na północ od Osnorka, tam mieliśmy się teraz udać.

                                                    End Of Chapter II.
    • danway1 Rozdział pierwszy całość!! 21.05.04, 12:05
      Był piękny majowy wieczór.
      Deszcz głosno walił w dach psiej budy w której wygodnie łezalem,
      rozkoszując sie zapachem jej wnętrza.
      Mile wspominając porcje wspaniałej psiej karmy, którą sie poczęstowałem.
      Starałem sie zablokowac receptory wechowe, powoli zapadając w sen.
      Nagle ze snu obudził mnie głośny krzyk.
      Zdawało mi sie, to nie krzyk, to własciciel lokalu wrocił z nocnej
      wycieczki i szczerzył zęby warcząc jednocześnie - widać nie bardzo podobała mu
      się moja obecność.
      Zamknałem drzwi wejściowe i nie zwracałem uwagi na ujadanie dobiegające z
      zewnątrz, spokojnie spałem do rana.
      Gdy sie obudziłem leżałem w niezbyt przyjemnie pachnącej kałuży, a obok
      leżał zrezygnowany doberman.
      Który swoim sapaniem mnie obudził.
      To był dziwny sen, pomyślałem wychodząc z budy, która nie miała drzwi.
      Stojąc pod drzewem, odlewając się, spadł z niego antyczny miecz.
      I w ten oto sposób straciłem rodzinne klejnoty.
      Klejnoty które w mojej rodzinie były od zawsze, teraz miałem na imię
      Aleksandra.
      Mam teraz nauczkę, po co ja unosiłem do góry tą nogę mogłem lać na baczność
      Obręcz z wielkim brylantem, którą miałem na nodze leżała teraz uszkodzona na
      ziemi, bałem się o swoje genitalia które strace, jeśli ojciec zobaczy co
      stało się z pamiatką rodzinną.
      Czas sie zatrzoszczyć o własną dupę, bo doberman zaczynał sie powoli
      budzić, nie czekając aż właściciel spadnie z drzewa podniosłem miecz i dałem
      nogę.
      Na ciężkiej brukowej drodze prowadzącej do miasta, zwanego Onsork,
      spotkałem swojego przyszłego przyjaciela Requila.
      Miał na plecach olbrzymi dwuręczny topór, tak jak i każdy członek jego
      bandy, nie wyglądali jakby chcieli mnie powitać, wręcz odwrotnie.
      Ich nastawienie wyraźnie się zmieniło gdy podeszli bliżej, nie wiem czy to
      przypadkiem nie przez mój zapach, a może wzieli mnie po prostu za kogoś
      innego kogo znają.
      - Witaj wedrowcze. Odezwał sie szef bandy.
      - Witaj wojowniku, jak Cię zowią?? Moje imię to Aleksander, ale mówia na
      mnie Maurqos. - odpowiedzialem.
      Na to szef bandy odpowiedział:
      - Jestem Requil, ale mówia mi Rysiek, a to moja wesoła kompania od lewej:
      Mały Dżon, Duży Dżon, Dżon, Wiliam Sahara, brat Roman, a reszty znać nie musisz,
      widzę, że nie z tak odległej krainy smoków obiboków, opowiedz jak tu
      doszedłeś w jednym kawałku?
      - Sam się nad tym zastanawiam, nic nie pamiętam z wczorajszego dnia.
      Wiem jedno że jak się zaraz nie napije czegoś mocnego to mi zaraz od spania
      w psiej budzie wilk odezwie i łupać mnie będzie w krzyżach a wtedy z misji
      nici.
      - Nic się nie martw mamy na zapleczu trochę świetnej Nalewki Sądeckiej,
      podzielimy się z Tobą.
      Zgodziłem sie, opowiedzieć co pamiętam, w zamian za skromny poczęstunek.
      Nie pamietałem zbyt wiele, ale parę szczegolów udało mi sie przypomnieć,
      wiec gospodarze mieli o czym słuchac podaczas tego 'obfitego' posiłku.
      Gdy już wszystko było zjedzone, poszliśmy w końcu w stronę Onsorku, ale
      taką ilość uzbrojonych wojowników trudno ukryć, mimo wszystko ruszyliśmy
      naprzód.
      Dlatego musieliśmy iść lasem i uważać na patrole straży księcia i obchodzić
      punkty kontrolne, co powodowało ze droga sie bardzo dłuzyła i dłuzyła.
      Kilka z owych punktów udało nam się pokonać nie zwracając na siebie
      niczyjej uwagi.
      Najgorsze było jednak przed nami bo blisko zamku były ustawione przez
      czarnoksieznika magiczne tarcze mające wykrywać nieznanych przybyszów.
      Jednak w pobliżu tarcz spotkaliśmy drobnego złodzieja, który za jeden drobny
      klejnot obiecał nas wprowadzić do miasta.
      Całe szczęście miałem przy sobie uszkodzoną obręcz z klejnotem, z której i tak
      nie miałbym już pożytku, oddałem ją złodziejowi, choś i tak nie wiem po co idę
      do miasta.
      Nagle za sobą usłyszałem szczekanie psa, z którym musiałem walczyć, wyciągnąłem
      z pochwy miecz i czekałem na jego ruch.
      Bestia zblizała się powoli łypiąc na mnie czerwonymi oczami, wiedziałem że
      jedno z nas dziś umrze.
      Na szczęście myliłem się, jeden z Dżonów wziął w ręce swój topór i z okrzykiem
      zagrodził drogę atakującemy psu, przerażony piesek uciekł i tyle go
      widzieliśmy.
      Teraz mogliśmy spokojnie udaliśmy się do miasta, które teraz stało dla nas
      otworem.

      End of Chapter I.
    • danway1 Drugi rozdział - całość. 25.05.04, 12:26
      Złodziej przeprowadził nas starym zapomnianym tunelem, który wykopały dawno
      temu koboldy, jeszcze w czasach wojny o jakiś pierścionek (chyba zaręczynowy,
      jakiegoś maga czy coś).
      Ten pierścionek, który miał na palcu leżący nieopodal szkielet zakuty w
      zardzewiałe szczątki zbroi, szkoda tylko, że w tych ciemnościach nie mogliśmy
      go zauważyć.
      Na powierzchnie ziemi wyszliśmy na środku rynku, co spowodowało ogólny popłoch
      i zainteresowały się nami straże księcia Humberta.
      Żeby uniknąć aresztowania podzieliliśmy się na mniejsze grupki i rozeszli w
      różne strony starając się nie wzbudzać niezdrowego zainteresowania u
      przechodniów i strażników.
      Ciągle zastanawiałem co ja tu robię, jaki miałem cel przychodząc tu? Szarpała
      mną niepewność więc zapytałem Ryśka:
      - Co my tu robimy?
      - Mamy tu zabić księżniczkę, która okazała się czarownica tylko podszywa się
      pod księżne i zauroczyła księcia a sama jest kochanka tego wrednego czarodzieja
      który ustawił te tarcze, dołączy do nas jeszcze jeden taki co ma nas
      przeprowadzić.
      - A teraz rozumiem swój cel, czyli zabijamy księżniczkę, a potem możemy
      pocałować smoka obiboka.
      -Dobra, to ja całuje smoka, a ty jak chcesz to możesz zabić księżniczkę, a
      czarodziejem Sad of Amn możemy się podzielić - powiedział początkujący mag Ister
      Ragdoll.
      - W takim razie musimy poczekać do wieczora, chodźmy do karczmy "Wójtowska" tam
      w piwnicach będzie czekał umówiony przewodnik.
      Poszliśmy, i na miejscu spotkała nas niespodzianka, czekał tam na nas pewien
      starzec, który mówił, że zna naszą przyszłość.
      Oczywiście za darmo nie chciał jej nam przekazać, musieliśmy postawić mu duży
      kufel piwa, a potem odczekać aż wytrzeźwieje, bo biedaczek słabą głowe ma.
      Kiedy już wytrzeźwiał zasępił się i powiedział ze spotkamy kogoś kto nam bardzo
      pomoże i będzie dla nas wsparciem, ale żadnego nie ominie przeznaczenie a dla
      niektórych będzie to cos złego.
      Popatrzyliśmy po sobie niepewnie, nie wiedząc co o tym sądzić. Musieli zostać w
      tej karczmie do rana a przepowiednia starca nie pozwalała im siedzieć już w
      tak pogodnych nastrojach, jedni postanowili upić się do końca a inni posnęli na
      ławach w oczekiwaniu na przewodnika.
      Nie trzeba było długo czekać, zjawił się wraz ze zbrojnym oddziałem królewskiej
      straży.
      I przepowiednia starca częściowo się spełniła, paru towarzyszy strażnicy
      zabrali na do izby wytrzeźwień.
      Reszta bandy została zaproszona na poważną rozmowę do podziemi zamku.
      Tam też zostali pozbawieni broni i zakuto ich w dyby, mieli tam pozostać, aż
      zdecydują co z nimi zrobić.
      Na szczęście pojawił się w lochach Średni Dżon, któremu udało się uciec i nas
      uwolnił.
      Niestety Mały Dżon potknął się o śpiącego strażnika i obudził wszystkich -
      teraz tak łatwo nie wyjdziemy.
      W tej chwili zapomnieliśmy o czarownicy smoku i całej misji, jedyne co
      pozostało to myśl jak pokonać strażników i jak dopaść
      zdrajcę przewodnika.
      Obecnie każdy z nas wyciągnął swoją broń i rozpoczęła się walka na śmierć i
      życie, bo nie było już możliwości wycofać się.
      Na szczęście strażników było tylko trzech, ten którego mały Dżon nadepnął
      zginął na miejscu, a dwóch następnych popełniło rytualne samobójstwo w
      proteście przeciw nieuczciwej walce.
      Za rogu jednak wybiegło kolejnych 50, żeby pomścić śmierć ich trzech kolegów.
      Wtedy sytuacja wyglądała już naprawdę źle.
      Nie mieliśmy szans w wąskich korytarzach, zostaliśmy zmiażdżeni, w tym momencie
      się obudziłem leżąc w swojej celi zakuty w łańcuch.
      Poczułem jak coś zaciska się powoli wokół mojej szyi, powoli, powoli... obraz
      powoli zaczął się rozmazywać, aż w końcu wszystko zniknęło.
      Ale sznur został obcięty przez Ryśka i dalej żyłem.
      Niestety strażnicy zdążyli pozbawić mnie jednego oka i języka, jak ja teraz
      podziękuje Ryśkowi za pomoc?
      Teraz tylko miałem nadzieję, że umiejętności lecznicze Maga Istra Ragdola
      wystarczą na uleczenie moich ran, jak pomyślałem tak się i stało.
      Teraz spokojnie mogłem puścić mu oczko i wycałować z języczkiem jak to Rysiek
      lubi najbardziej.
      W końcu opuściliśmy te przeklęte lochy i ponownie wyszliśmy na powierzchnie, na
      której nie było żywej duszy, co ułatwiło nam przedostanie się do komnat
      mieszkalnych księcia i księżniczki.
      No i zabiliśmy księżniczkę i wydupczyli księcia, był wyraźnie zadowolony, teraz
      został nam już tylko smok, a książę obiecał załatwić nam jakąś ciepłą posadkę w
      zamku.
      Zanim jednak to się mogło stać, musieliśmy znaleźć smoka-obiboka, w dalekich
      górach Yrtat, które leżą na północ od Onsorka, tam mieliśmy się teraz udać.

      End Of Chapter II
    • danway1 Chapter III 27.05.04, 11:47
      Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
      z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
      Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
      • wojciasf Re: Chapter III 28.05.04, 09:39
        Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
        z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
        Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.Mielismy do pokonania wielki
        szmat drogi, przejscie przez gesty las, przepłynac wielkie jezioro, pokonac
        pustynie martwych drzew i dojsc do Smoczych Gor.

        • danway1 Re: Chapter III 28.05.04, 09:48
          Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
          z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
          Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
          Mieliśmy do pokonania wielki szmat drogi, przejście przez gęsty las, przepłynąć
          wielkie jezioro, pokonać pustynie martwych drzew i dojść do Smoczych Gór.
          Zadanie nie było jednak takie trudne, gdyż mieliśmy lepsze bronie ze zbrojownii
          księcia, ja pozostałem przy swoim Trupim Mieczu, a inni zmienili swoją broń,
          Mały Dżon wybrał Trójząb Światła, Średni Dżon posiadał Topór Śmierci, Duży Dżon
          skupił się na Kosie Wiecznego Mrozu, Rysiek wybrał Sejmitar Wolności a mag
          Ister Ragdoll wybrał Różdzkę Nadziei.
          • wojciasf Re: Chapter III 28.05.04, 09:54
            Aby dotrzec do Ciemnego lasu musielismy przebyc kawałek drogi od zamku, na
            rostaju drog skrecic w prawo i isc droga ktora była juz coraz mniej uzywana
            przez ludzi bojacych sie tego co moze czekac na nich w lesie.
            • danway1 Re: Chapter III 28.05.04, 10:02
              Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy przebyć kawałek drogi od zamku, na
              rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą która była już coraz mniej używana
              przez ludzi bojących się tego co może czekać na nich w lesie.
              W lesie było bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon swoim Trójząbem
              Światła i było nam raźniej i droga nie była taka straszna.
              • wojciasf Re: Chapter III 28.05.04, 10:07
                Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy przebyć kawałek drogi od zamku, na
                rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą która była już coraz mniej używana
                przez ludzi bojących się tego co może czekać na nich w lesie.W lesie było
                bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon swoim Trójząb Światła i było
                nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las ten słyną z zamieszkujących go
                okrótnych elfek które mocno znęcały się nad swoimi ofiarami szczegółnie płici
                męskiej.
                • danway1 Re: Chapter III 28.05.04, 10:13
                  Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy przebyć kawałek drogi od zamku, na
                  rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą która była już coraz mniej używana
                  przez ludzi bojących się tego co może czekać na nich w lesie.W lesie było
                  bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon swoim Trójząb Światła i było
                  nam raźniej i droga nie była taka straszna.
                  Las ten słynął z zamieszkujących go okrutnych elfek które mocno znęcały się nad
                  swoimi ofiarami szczegółnie płci męskiej.
                  My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las, bez
                  żadnych szwanków.
                  • wojciasf Re: Chapter III 28.05.04, 10:19


                    Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy przebyć kawałek drogi od zamku, na
                    rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą która była już coraz mniej używana
                    przez ludzi bojących się tego co może czekać na nich w lesie.W lesie było
                    bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon swoim Trójząb Światła i było
                    nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las ten słynął z zamieszkujących go
                    okrutnych elfek które mocno znęcały się nad swoimi ofiarami szczegółnie płci
                    męskiej. My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                    bez żadnych szwanków. Nie stety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i
                    nastała wielka ciemność, ciemność która nie zapowiadała nic dobrego.
                    • danway1 Re: Chapter III 28.05.04, 10:25
                      Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy przebyć kawałek drogi od zamku, na
                      rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą która była już coraz mniej używana
                      przez ludzi bojących się tego co może czekać na nich w lesie.W lesie było
                      bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon swoim Trójząb Światła i było
                      nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las ten słynął z zamieszkujących go
                      okrutnych elfek które mocno znęcały się nad swoimi ofiarami szczegółnie płci
                      męskiej.
                      My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                      bez żadnych szwanków.
                      Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i nastała wielka ciemność,
                      ciemność która nie zapowiadała nic dobrego.
                      Po chwili okazało sie, że ktoś nas obseruwje. Po chwili z ciemności wyszła pół
                      naga kobieta, imieniem Ariela, która zwróciła się do nas:
                      - Chodźcie ze mną przybysze.
                      • wojciasf Re: Chapter III 28.05.04, 10:31
                        Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy przebyć kawałek drogi od zamku, na
                        rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą która była już coraz mniej używana
                        przez ludzi bojących się tego co może czekać na nich w lesie.W lesie było
                        bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon swoim Trójząb Światła i było
                        nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las ten słynął z zamieszkujących go
                        okrutnych elfek które mocno znęcały się nad swoimi ofiarami szczegółnie płci
                        męskiej. My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                        bez żadnych szwanków. Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i
                        nastała wielka ciemność, ciemność która nie zapowiadała nic dobrego.
                        Po chwili okazało sie, że ktoś nas obseruwje. Po chwili z ciemności wyszła pół
                        naga kobieta, imieniem Ariela, która zwróciła się do nas:
                        - Chodźcie ze mną przybysze. Posiadała w sobie za duzo argumentów zeby można
                        było jej odówic.Zaprowadziła nas do siedziby elfek gdzie takich jak ona było
                        bardzo dużo, co dla zmęczonych drogą i ciągłym obcowaniem w jednym towarzystwie
                        mężczyzn mogło byc rozkoszą albo końcem końców.
                        • danway1 Re: Chapter III 28.05.04, 10:42
                          Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy przebyć kawałek drogi od zamku, na
                          rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą która była już coraz mniej używana
                          przez ludzi bojących się tego co może czekać na nich w lesie.W lesie było
                          bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon swoim Trójząb Światła i było
                          nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las ten słynął z zamieszkujących go
                          okrutnych elfek które mocno znęcały się nad swoimi ofiarami szczegółnie płci
                          męskiej.
                          My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                          bez żadnych szwanków. Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i
                          nastała wielka ciemność, ciemność która nie zapowiadała nic dobrego.
                          Po chwili okazało sie, że ktoś nas obseruwje. Po chwili z ciemności wyszła pół
                          naga kobieta, imieniem Ariela, która zwróciła się do nas:
                          - Chodźcie ze mną przybysze.
                          Posiadała w sobie za dużo argumentów żeby można było jej odmówic. Zaprowadziła
                          nas do siedziby elfek, gdzie takich jak ona było bardzo dużo, co dla zmęczonych
                          drogą i ciągłym obcowaniem w jednym towarzystwie mężczyzn mogło byc rozkoszą
                          albo końcem końców.
                          Już miałem się spotkać twarzą w twarz z Arielą, piękną brunetką, lecz przybiegł
                          Rysiek razem z magiem i odczarowali nas z letargu. Zaczęliśmy uciekać, gdyz
                          ścigały nas elfki pełne furii i żądzy krwi.
                          • nait Re: Chapter III 28.05.04, 10:59
                            Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
                            z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
                            Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
                            Mieliśmy do pokonania wielki szmat drogi, przejście przez gęsty las, przepłynąć
                            wielkie jezioro, pokonać pustynie martwych drzew i dojść do Smoczych Gór.
                            Zadanie nie było jednak takie trudne, gdyż mieliśmy lepsze bronie ze zbrojownii
                            księcia, ja pozostałem przy swoim Trupim Mieczu, a inni zmienili swoją broń,
                            Mały Dżon wybrał Trójząb Światła, Średni Dżon posiadał Topór Śmierci, Duży Dżon
                            skupił się na Kosie Wiecznego Mrozu, Rysiek wybrał Sejmitar Wolności a mag
                            Ister Ragdoll wybrał Różdzkę Nadziei. Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy
                            przebyć kawałek drogi od zamku, na rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą
                            która była już coraz mniej używana przez ludzi bojących się tego co może czekać
                            na nich w lesie.W lesie było bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon
                            swoim Trójząb Światła i było nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las
                            ten słynął z zamieszkujących go okrutnych elfek które mocno znęcały się nad
                            swoimi ofiarami szczegółnie płci męskiej.
                            My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                            bez żadnych szwanków. Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i
                            nastała wielka ciemność, ciemność która nie zapowiadała nic dobrego.
                            Po chwili okazało sie, że ktoś nas obseruwje. Po chwili z ciemności wyszła pół
                            naga kobieta, imieniem Ariela, która zwróciła się do nas:
                            - Chodźcie ze mną przybysze.
                            Posiadała w sobie za dużo argumentów żeby można było jej odmówic. Zaprowadziła
                            nas do siedziby elfek, gdzie takich jak ona było bardzo dużo, co dla zmęczonych
                            drogą i ciągłym obcowaniem w jednym towarzystwie mężczyzn mogło byc rozkoszą
                            albo końcem końców.
                            Już miałem się spotkać twarzą w twarz z Arielą, piękną brunetką, lecz przybiegł
                            Rysiek razem z magiem i odczarowali nas z letargu. Zaczęliśmy uciekać, gdyz
                            ścigały nas elfki pełne furii i żądzy krwi.
                            Wspominałem juz, że byliśmy wykończeni tą długą podróżą? Na efekty tego stanu
                            nie trzeba było długo czekać, wyłapały nas wszystkie jakbyśmy byli ślimakami,
                            tylko Małemy Dżonowi udało się uciec z racji niskiego wzrostu i faktu, że
                            potknął się o Kose Wiecznego Mrozu i wpadł w zajęczą nore.
                            • danway1 Re: Chapter III 28.05.04, 11:14
                              Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
                              z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
                              Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
                              Mieliśmy do pokonania wielki szmat drogi, przejście przez gęsty las, przepłynąć
                              wielkie jezioro, pokonać pustynie martwych drzew i dojść do Smoczych Gór.
                              Zadanie nie było jednak takie trudne, gdyż mieliśmy lepsze bronie ze zbrojownii
                              księcia, ja pozostałem przy swoim Trupim Mieczu, a inni zmienili swoją broń,
                              Mały Dżon wybrał Trójząb Światła, Średni Dżon posiadał Topór Śmierci, Duży Dżon
                              skupił się na Kosie Wiecznego Mrozu, Rysiek wybrał Sejmitar Wolności a mag
                              Ister Ragdoll wybrał Różdzkę Nadziei. Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy
                              przebyć kawałek drogi od zamku, na rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą
                              która była już coraz mniej używana przez ludzi bojących się tego co może czekać
                              na nich w lesie.W lesie było bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon
                              swoim Trójząb Światła i było nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las
                              ten słynął z zamieszkujących go okrutnych elfek które mocno znęcały się nad
                              swoimi ofiarami szczegółnie płci męskiej.
                              My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                              bez żadnych szwanków.
                              Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i nastała wielka ciemność,
                              ciemność która nie zapowiadała nic dobrego. Po chwili okazało sie, że ktoś nas
                              obseruwje. Po chwili z ciemności wyszła pół naga kobieta, imieniem Ariela,
                              która zwróciła się do nas:
                              - Chodźcie ze mną przybysze.
                              Posiadała w sobie za dużo argumentów żeby można było jej odmówic. Zaprowadziła
                              nas do siedziby elfek, gdzie takich jak ona było bardzo dużo, co dla zmęczonych
                              drogą i ciągłym obcowaniem w jednym towarzystwie mężczyzn mogło byc rozkoszą
                              albo końcem końców.
                              Już miałem się spotkać twarzą w twarz z Arielą, piękną brunetką, lecz przybiegł
                              Rysiek razem z magiem i odczarowali nas z letargu. Zaczęliśmy uciekać, gdyz
                              ścigały nas elfki pełne furii i żądzy krwi.
                              Wspominałem juz, że byliśmy wykończeni tą długą podróżą? Na efekty tego stanu
                              nie trzeba było długo czekać, wyłapały nas wszystkie jakbyśmy byli ślimakami,
                              tylko Małemy Dżonowi udało się uciec z racji niskiego wzrostu i faktu, że
                              potknął się o Kose Wiecznego Mrozu i wpadł w zajęczą nore.
                              Gdy znajdował się w norze my zostaliśmy z powrotem zaciągnięci do obozu, a tam
                              czekały na nas wielkie łóźka, do których zostaliśmy przywiązani.
                              • nait Re: Chapter III 28.05.04, 21:19
                                Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
                                z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
                                Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
                                Mieliśmy do pokonania wielki szmat drogi, przejście przez gęsty las, przepłynąć
                                wielkie jezioro, pokonać pustynie martwych drzew i dojść do Smoczych Gór.
                                Zadanie nie było jednak takie trudne, gdyż mieliśmy lepsze bronie ze zbrojownii
                                księcia, ja pozostałem przy swoim Trupim Mieczu, a inni zmienili swoją broń,
                                Mały Dżon wybrał Trójząb Światła, Średni Dżon posiadał Topór Śmierci, Duży Dżon
                                skupił się na Kosie Wiecznego Mrozu, Rysiek wybrał Sejmitar Wolności a mag
                                Ister Ragdoll wybrał Różdzkę Nadziei. Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy
                                przebyć kawałek drogi od zamku, na rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą
                                która była już coraz mniej używana przez ludzi bojących się tego co może czekać
                                na nich w lesie.W lesie było bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon
                                swoim Trójząb Światła i było nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las
                                ten słynął z zamieszkujących go okrutnych elfek które mocno znęcały się nad
                                swoimi ofiarami szczegółnie płci męskiej.
                                My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                                bez żadnych szwanków.
                                Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i nastała wielka ciemność,
                                ciemność która nie zapowiadała nic dobrego. Po chwili okazało sie, że ktoś nas
                                obseruwje. Po chwili z ciemności wyszła pół naga kobieta, imieniem Ariela,
                                która zwróciła się do nas:
                                - Chodźcie ze mną przybysze.
                                Posiadała w sobie za dużo argumentów żeby można było jej odmówic. Zaprowadziła
                                nas do siedziby elfek, gdzie takich jak ona było bardzo dużo, co dla zmęczonych
                                drogą i ciągłym obcowaniem w jednym towarzystwie mężczyzn mogło byc rozkoszą
                                albo końcem końców.
                                Już miałem się spotkać twarzą w twarz z Arielą, piękną brunetką, lecz przybiegł
                                Rysiek razem z magiem i odczarowali nas z letargu. Zaczęliśmy uciekać, gdyz
                                ścigały nas elfki pełne furii i żądzy krwi.
                                Wspominałem juz, że byliśmy wykończeni tą długą podróżą? Na efekty tego stanu
                                nie trzeba było długo czekać, wyłapały nas wszystkie jakbyśmy byli ślimakami,
                                tylko Dużemu Dżonowi udało się uciec z racji niskiego wzrostu i faktu, że
                                potknął się o Kose Wiecznego Mrozu i wpadł w zajęczą nore.
                                Gdy znajdował się w norze my zostaliśmy z powrotem zaciągnięci do obozu, a tam
                                czekały na nas wielkie łóźka, do których zostaliśmy przywiązani.
                                W norze Duży Dżon zauważył jakąś dziewczynke biegającą z nożem za królikiem w
                                cylindrze i fraku, chiał sprawdzić co to za jedni, ale postanowił nie opuszczać
                                kumpli w potrzebie. Drżąc z przerażenia poczekał aż rozwścieczone elfki
                                skrępowały jego towarzyszy, a następnie - niczym dziką zwierzyne - zabrały do
                                swego obozu.
                                • wojciasf Re: Chapter III 31.05.04, 09:05


                                  Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
                                  z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
                                  Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
                                  Mieliśmy do pokonania wielki szmat drogi, przejście przez gęsty las, przepłynąć
                                  wielkie jezioro, pokonać pustynie martwych drzew i dojść do Smoczych Gór.
                                  Zadanie nie było jednak takie trudne, gdyż mieliśmy lepsze bronie ze zbrojownii
                                  księcia, ja pozostałem przy swoim Trupim Mieczu, a inni zmienili swoją broń,
                                  Mały Dżon wybrał Trójząb Światła, Średni Dżon posiadał Topór Śmierci, Duży Dżon
                                  skupił się na Kosie Wiecznego Mrozu, Rysiek wybrał Sejmitar Wolności a mag
                                  Ister Ragdoll wybrał Różdzkę Nadziei. Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy
                                  przebyć kawałek drogi od zamku, na rostaju dróg skręcić w prawo i iść drogą
                                  która była już coraz mniej używana przez ludzi bojących się tego co może czekać
                                  na nich w lesie.W lesie było bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon
                                  swoim Trójząb Światła i było nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las
                                  ten słynął z zamieszkujących go okrutnych elfek które mocno znęcały się nad
                                  swoimi ofiarami szczegółnie płci męskiej.
                                  My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszlismy las,
                                  bez żadnych szwanków.
                                  Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i nastała wielka ciemność,
                                  ciemność która nie zapowiadała nic dobrego. Po chwili okazało sie, że ktoś nas
                                  obseruwje. Po chwili z ciemności wyszła pół naga kobieta, imieniem Ariela,
                                  która zwróciła się do nas:
                                  - Chodźcie ze mną przybysze. Posiadała w sobie za dużo argumentów żeby można
                                  było jej odmówic. Zaprowadziła nas do siedziby elfek, gdzie takich jak ona było
                                  bardzo dużo, co dla zmęczonych drogą i ciągłym obcowaniem w jednym towarzystwie
                                  mężczyzn mogło byc rozkoszą albo końcem końców. Już miałem się spotkać twarzą w
                                  twarz z Arielą, piękną brunetką, lecz przybiegł Rysiek razem z magiem i
                                  odczarowali nas z letargu. Zaczęliśmy uciekać, gdyz ścigały nas elfki pełne
                                  furii i żądzy krwi. Wspominałem juz, że byliśmy wykończeni tą długą podróżą? Na
                                  efekty tego stanu nie trzeba było długo czekać, wyłapały nas wszystkie jakbyśmy
                                  byli ślimakami, tylko Dużemu Dżonowi udało się uciec z racji niskiego wzrostu i
                                  faktu, że potknął się o Kose Wiecznego Mrozu i wpadł w zajęczą nore. Gdy
                                  znajdował się w norze my zostaliśmy z powrotem zaciągnięci do obozu, a tam
                                  czekały na nas wielkie łóźka, do których zostaliśmy przywiązani. W norze Duży
                                  Dżon zauważył jakąś dziewczynke biegającą z nożem za królikiem w cylindrze i
                                  fraku, chiał sprawdzić co to za jedni, ale postanowił nie opuszczać kumpli w
                                  potrzebie. Drżąc z przerażenia poczekał aż rozwścieczone elfki skrępowały jego
                                  towarzyszy, a następnie - niczym dziką zwierzyne - zabrały do swego obozu.
                                  Kiedy Duzy Dzon wyszedł z nory znow zamarł ze strachu kiedy zobaczył przed soba
                                  mezczyzne o ktorego nawet z wyglad w zwykły dzien mogł by ogromnie nastraszyc.
                                  Mezczyzna przemowił spokojnie:- Ksiaze zapłacił mi za to aby was chronic w
                                  trudnej wyprawie, ale widze ze wy nie umiecie nawet po lesie chodzic, moja
                                  misja bedzie ciezka.
                                  • danway1 Re: Chapter III 31.05.04, 10:38
                                    - Jak się nazywasz wysłańcu księcia?? - spytał Duży Dżon.
                                    • nait Re: Chapter III 31.05.04, 11:53
                                      - Szramiasty Dżimmi, kurduplu. Wyłaź spod tego krzaka, trzeba odszukać twoich
                                      towarzyszy. Nie ma czasu do stracenia, nie wiadomo co z nimi zrobią te wiedźmy.
                                      • wojciasf Re: Chapter III 31.05.04, 12:20
                                        - Szramiasty Dżimmi, kurduplu. Wyłaź spod tego krzaka, trzeba odszukać twoich
                                        towarzyszy. Nie ma czasu do stracenia, nie wiadomo co z nimi zrobią te
                                        wiedźmy.Duzy dzon przypatrzył sie Dżimiemu i z wachaniem w głosie zapytał:
                                        -Czy ty jestes tym słynnym renegatem co za pieniadze podejmie sie kazdej pracy??
                                        Słyszałem o was duzo złego.
                                        -Ludzie rozne sprawy mowia, jednym pomagamy a innym szkodzimy. Jedno pewne ze
                                        musimy cos wykombinowac zanim twoja kompania zostanie złożona w ofierze dla
                                        elfek.
                                        • danway1 Re: Chapter III 31.05.04, 12:48
                                          - Szramiasty Dżimmi, kurduplu. Wyłaź spod tego krzaka, trzeba odszukać twoich
                                          towarzyszy. Nie ma czasu do stracenia, nie wiadomo co z nimi zrobią te
                                          wiedźmy.Duzy dzon przypatrzył sie Dżimiemu i z wachaniem w głosie zapytał:
                                          - Czy ty jestes tym słynnym renegatem co za pieniadze podejmie sie kazdej
                                          pracy??
                                          Słyszałem o was duzo złego.
                                          - Ludzie rozne sprawy mowia, jednym pomagamy a innym szkodzimy. Jedno pewne ze
                                          musimy cos wykombinowac zanim twoja kompania zostanie złożona w ofierze przez
                                          elfki.
                                          Gdy Dżon i Dżimmi dotarli w pobliże obozu zobaczyli resztę kompanii
                                          przywiązanych do łóżek, a obok nich nagie elfki. Wówczas Dżon wykonał czar
                                          Lekkiego Mrozu, co wypłoszyło elfki z obozu.
                                          • armitage3 Re: Chapter III 31.05.04, 15:17
                                            Wszystkie elfki wyglądały jakby były pod wpływem jakiegos narkotyku, jak to
                                            przy rytuałach bywa.
                                            • danway1 Re: Chapter III 31.05.04, 15:21
                                              Wszystkie elfki wyglądały jakby były pod wpływem jakiegos narkotyku, jak to
                                              przy rytuałach bywa.
                                              My w tym czasie porwaliśmy konie z pobliskiej stajni i ruszyliśmy co sił, aby
                                              ponownie nie dostać się w szpony tych czarownic.
                                              • armitage3 Re: Chapter III 01.06.04, 12:15
                                                Wszystkie elfki wyglądały jakby były pod wpływem jakiegos narkotyku, jak to
                                                przy rytuałach bywa.
                                                My w tym czasie porwaliśmy konie z pobliskiej stajni i ruszyliśmy co sił, aby
                                                ponownie nie dostać się w szpony tych czarownic.
                                                Po chwili wyjechalismy z lasu i piekne pola wylonily sie przed nami.
                                                • danway1 Re: Chapter III 01.06.04, 12:56
                                                  Wszystkie elfki wyglądały jakby były pod wpływem jakiegos narkotyku, jak to
                                                  przy rytuałach bywa.
                                                  My w tym czasie porwaliśmy konie z pobliskiej stajni i ruszyliśmy co sił, aby
                                                  ponownie nie dostać się w szpony tych czarownic.
                                                  Po chwili wyjechalismy z lasu i piekne pola wylonily sie przed nami.
                                                  Jednak na skraju lasu, były ukryte pułapki i ponownie trafiliśmy do niewoli.
                                                  • wojciasf Re: Chapter III 01.06.04, 15:26
                                                    Wszystkie elfki wyglądały jakby były pod wpływem jakiegos narkotyku, jak to
                                                    przy rytuałach bywa.
                                                    My w tym czasie porwaliśmy konie z pobliskiej stajni i ruszyliśmy co sił, aby
                                                    ponownie nie dostać się w szpony tych czarownic.
                                                    Po chwili wyjechalismy z lasu i piekne pola wylonily sie przed nami.Jednak na
                                                    skraju lasu, były ukryte pułapki i ponownie trafiliśmy do niewoli. Kiedy
                                                    siedzielismy w tych wielkich dołach Dżimi z cała wsciekłoscia wypalił do Dużego
                                                    Dzona
                                                    -Barani łbie!!! Mozesz czasami powstrzymac sie przed działaniem i zanim cos
                                                    zrobisz pomyśleć??Miałem to załatwić sam a ty wyskoczyłeś ze swoimi
                                                    sztuczkami.!!!
                                                  • danway1 Re: Chapter III 01.06.04, 15:39
                                                    Wszystkie elfki wyglądały jakby były pod wpływem jakiegoś narkotyku, jak to
                                                    przy rytuałach bywa.
                                                    My w tym czasie porwaliśmy konie z pobliskiej stajni i ruszyliśmy co sił, aby
                                                    ponownie nie dostać się w szpony tych czarownic.
                                                    Po chwili wyjechalismy z lasu i piekne pola wylonily sie przed nami.Jednak na
                                                    skraju lasu, były ukryte pułapki i ponownie trafiliśmy do niewoli. Kiedy
                                                    siedzielismy w tych wielkich dołach Dżimi z cała wsciekłoscia wypalił do Dużego
                                                    Dżona:
                                                    - Barani łbie!!! Możesz czasami powstrzymać się przed działaniem i zanim coś
                                                    zrobisz pomyśleć?? Miałem to załatwić sam a ty wyskoczyłeś ze swoimi
                                                    sztuczkami.!!!
                                                    Gdy tak kłótnie trwały po raz kolejny dopadły nas elfki i ponownie siłą
                                                    zaprowadzili do obozu. Teraz już były naprawdę wściekłe i mieliśmy niewielkie
                                                    nadzieje na ratunek.
                                                  • wojciasf Re: Chapter III 01.06.04, 16:20
                                                    Dziwnym trafem Dżimi został zaprowadzony do oddzielnego pomiesczenia. Wszyscy
                                                    pomyśleli ze czeka go specjalny, ale wcale nie lepszy los.
                                                  • danway1 Re: Chapter III 02.06.04, 09:01
                                                    Dziwnym trafem Dżimi został zaprowadzony do oddzielnego pomieszczenia. Wszyscy
                                                    pomyśleli ze czeka go specjalny, ale wcale nie lepszy los.
                                                    Wszyscy czekaliśmy na to, co się stanie. Nikt nie mógł być pewny swojego losu i
                                                    tego co mogą zrobić elfki.
                                                  • nait Re: Chapter III 02.06.04, 09:29
                                                    Dziwnym trafem Dżimi został zaprowadzony do oddzielnego pomieszczenia. Wszyscy
                                                    pomyśleli ze czeka go specjalny, ale wcale nie lepszy los.
                                                    Wszyscy czekaliśmy na to, co się stanie. Nikt nie mógł być pewny swojego losu i
                                                    tego co mogą zrobić elfki.
                                                    Pełni obaw czekaliśmy, aż któraś z nich przyjdzie, a tymczasem z pomieszczenia,
                                                    w którym był przetrzymywany Dżimi dochodziły różnego rodzaju wrzaski,
                                                    porykiwania i inne przerażające odgłosy.
                                                  • danway1 Re: Chapter III 02.06.04, 10:31
                                                    Dziwnym trafem Dżimi został zaprowadzony do oddzielnego pomieszczenia. Wszyscy
                                                    pomyśleli ze czeka go specjalny, ale wcale nie lepszy los.
                                                    Wszyscy czekaliśmy na to, co się stanie. Nikt nie mógł być pewny swojego losu i
                                                    tego co mogą zrobić elfki.
                                                    Pełni obaw czekaliśmy, aż któraś z nich przyjdzie, a tymczasem z pomieszczenia,
                                                    w którym był przetrzymywany Dżimi dochodziły różnego rodzaju wrzaski,
                                                    porykiwania i inne przerażające odgłosy.
                                                    Dżimmi był jednak twardy i nie dawał się torturom, więc go puściły wolno.
                                                    Później okazało się, że jest on odwiecznym wrogiem elfek.
                                                  • nait Re: Chapter III 02.06.04, 23:11
                                                    Nie chcial sie przyznac co mu zrobily, stwierdzil jedynie, ze teraz na pewno im
                                                    nie odpusci i wybije je wszystkie, jak tylko wroci z wakacji. W tajemnicy Ister
                                                    zdradzil nam, ze wyczytal z jego umyslu iz te wredne istoty przywiazawszy go do
                                                    pala zdarly z niego ubranie, a potem... okropnosc... nasmarowaly go miodem i...
                                                    przyprowadzily niedzwiedzia... wiecej nie chcial zdradzic. Moze kiedys, po paru
                                                    glebszych...
                                                  • wojciasf Re: Chapter III 03.06.04, 00:09
                                                    Nie chcial sie przyznac co mu zrobily, stwierdzil jedynie, ze teraz na pewno im
                                                    nie odpusci i wybije je wszystkie, jak tylko wroci z wakacji. W tajemnicy Ister
                                                    zdradzil nam, ze wyczytal z jego umyslu iz te wredne istoty przywiazawszy go do
                                                    pala zdarly z niego ubranie, a potem... okropnosc... nasmarowaly go miodem i...
                                                    przyprowadzily niedzwiedzia... wiecej nie chcial zdradzic. Moze kiedys, po paru
                                                    glebszych...Kiedy przyszedł on z namiotu w asyscie elfek powiedział nam
                                                    -teraz garanie łby jesteści wolni i macie sie wyniesc z lasu, złatwiłem to dla
                                                    was. Wiedze jednak ze musze was polnować lepiej i jechać z wami aż do samych
                                                    smoczych gór, jeszcze nie wiadomo jakich kłopotów sobie narobicie. Kto was
                                                    wogóle wybał do tej misji??
                                                  • armitage3 Re: Chapter III 03.06.04, 11:01
                                                    Na dowidzenia i dla pewnosci, ze nie wrocimy do lasu obciely mi obie nogi i
                                                    nakarmily nimi psy.
                                                  • danway1 Re: Chapter III 03.06.04, 11:28
                                                    Na dowidzenia i dla pewnosci, ze nie wrocimy do lasu obciely mi obie nogi i
                                                    nakarmily nimi psy.
                                                    Ragdoll jednak pomogl mi i za pomoca Rozdzki Nadziei uzdrolil mnie po raz
                                                    kolejny. W koncu opuscilismy ten piekielny las i udalismy sie na polnoc w
                                                    kierunku gor Yrtat.

                                                    End Of Chapter III.
    • danway1 Tytuły rozdziałów 31.05.04, 10:40
      Trzeba nazwać jakoś te rozdziały.
      Oto moje propozycje:
      1. Wyprawa do Onsorka.
      2. W lochach.
      3. W lesie Elfek.

      P.S. Może macie jakieś inne pomysły na tytuły.
      • nait Re: Tytuły rozdziałów 31.05.04, 11:57
        3. Zabawy w Mrocznym Lesie
    • nait Propozycja 02.06.04, 09:26
      Proponuje zebrać w całości rozdziały i zamieścić je na stronie. Jakby ci się
      chciało przepisać te dramaty, które masz to też można by je tam wrzucić (tylko
      zabezpieczyło by sie je hasłem, tak na wszelki wypadek ]:-> )
      Ja powoli przepisuje to co mam ;-)
      • danway1 Re: Propozycja 02.06.04, 10:32
        To jest dobra propozycja, ale nie za bardzo mam na to czas. A jak to przepisze
        to dam Ci znać i się to umieści, gdzie trzeba.
        • nait Re: Propozycja 02.06.04, 23:29
          To moze przyniesiesz a ja przepisze jak mi sie bedzie nudzilo ;)
          • danway1 Re: Propozycja 03.06.04, 11:29
            Ja mam ja zawsze przy sobie,, wiec moglbym Ci ja dac.
            • wojciasf Re: Propozycja 03.06.04, 14:23
              no ja wiem kto ma czas a nawet duzo Mam nadzieje ze od 9 czerwca bedzie własnie
              duzo:) Tak ze jak chcecie to walcie do mnie w dym!!!!
              • nait Re: Propozycja 04.06.04, 08:58
                Chcesz zebysmy sie zaczadzili? ;)
                Swoja droga moglibysmy dac niezlego czadu ;)
      • wojciasf Re: Propozycja 04.06.04, 11:42
        Daniel mam propozycje Moze by tak wypisał kto jest kto w opowiadaniu bo sie
        mozna pogubić i nic nie wychodzi czasami z szukania (mam teraz problem kto i
        czym wlaczy)
    • danway1 Chapter IV - Jezioro Muz. 03.06.04, 11:33
      Za nami pozostal las elfek, a przed nami bylo ogromne jezioro, zwane od dawien
      dawna Jeziorem Muz. W jeziorze tym mieszkale piekne kobiety, ktore muzyka i
      piesnia pozwalaly zapomniec o calym swiecie.
      • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 03.06.04, 14:21
        Za nami pozostal las elfek, a przed nami bylo ogromne jezioro, zwane od dawien
        dawna Jeziorem Muz. W jeziorze tym mieszkale piekne kobiety, ktore muzyka i
        piesnia pozwalaly zapomniec o calym swiecie. Jezioro było ogromne nie ktorzy
        tubylc nazywali je morzem. Aby przebyć całość jeziora potrzeba było dobrego
        srodka transportu, w tym celu poszlismy na przsytan wynajac łodz z załoga.
        • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 03.06.04, 15:04
          Za nami pozostał las elfek, a przed nami było ogromne jezioro, zwane od dawien
          dawna Jeziorem Muz. W jeziorze tym mieszkale piękne kobiety, których muzyka i
          pieśni pozwalały zapomnieć o całym świecie.
          Jezioro było ogromne nie którzy tubylcy nazywali je morzem. Aby przebyć całość
          jeziora potrzeba było dobrego środka transportu, w tym celu poszliśmy na
          przsytań wynająć łódź z załogą.
          Mieliśmy jednak pecha, gdyż wszystkie łodzie wypłynęły i musieliśmy czekać aż
          któraś wróci do przystani. W tym czasie poszliśmy do pobliskiej karczmy
          nazywanej w pobliżu "Pod Zaległym Bykiem"
          • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 09:25
            Za nami pozostał las elfek, a przed nami było ogromne jezioro, zwane od dawien
            dawna Jeziorem Muz. W jeziorze tym mieszkaly piękne kobiety, których muzyka i
            pieśni pozwalały zapomnieć o całym świecie.
            Jezioro było ogromne, nie którzy tubylcy nazywali je morzem. Aby przebyć całość
            jeziora potrzeba było dobrego środka transportu, w tym celu poszliśmy na
            przsytań wynająć łódź z załogą.
            Mieliśmy jednak pecha, gdyż wszystkie łodzie wypłynęły i musieliśmy czekać aż
            któraś wróci do przystani. W tym czasie poszliśmy do pobliskiej karczmy
            nazywanej w pobliżu "Pod Jurnym Bykiem"
            Nazwa wziela sie od byczka, ktorego wlasciciel trzymal w zagrodzie, a od czasu
            do czasu wyporzyczal go farmerom. W karczmie spotkalismy tajemnicza kobiete,
            ktora postawila nam piwo i poprosila o pomoc, oczywiscie po ostatnich przygodach
            bylismy niezbyt przychylnie nastawieni do jej propozycji, ale po kolejnej
            kolejce postanowilismy jej przynajmniej wysluchac, tym bradziej, ze zamowila
            wlasnie spory posilek.
            • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 09:32
              Za nami pozostał las elfek, a przed nami było ogromne jezioro, zwane od dawien
              dawna Jeziorem Muz. W jeziorze tym mieszkaly piękne kobiety, których muzyka i
              pieśni pozwalały zapomnieć o całym świecie.
              Jezioro było ogromne, nie którzy tubylcy nazywali je morzem. Aby przebyć całość
              jeziora potrzeba było dobrego środka transportu, w tym celu poszliśmy na
              przsytań wynająć łódź z załogą.
              Mieliśmy jednak pecha, gdyż wszystkie łodzie wypłynęły i musieliśmy czekać aż
              któraś wróci do przystani. W tym czasie poszliśmy do pobliskiej karczmy
              nazywanej w pobliżu "Pod Jurnym Bykiem"
              Nazwa wziela sie od byczka, ktorego wlasciciel trzymal w zagrodzie, a od czasu
              do czasu wyporzyczal go farmerom. W karczmie spotkalismy tajemnicza kobiete,
              ktora postawila nam piwo i poprosila o pomoc, oczywiscie po ostatnich przygodach
              bylismy niezbyt przychylnie nastawieni do jej propozycji, ale po kolejnej
              kolejce postanowilismy jej przynajmniej wysluchac, tym bradziej, ze zamowila
              wlasnie spory posilek.
              Jej problem polegal na tym, ze jeden z okolicznych farmerow wraz ze swoja banda,
              nazywana w okolicy "Jednostka Centralna", ktora zabila jej meza i dzieci, a jej
              udalo sie uciec. Nasza rola w tym wszystkim byla prosta, mielismy pokonac JC i
              wrocic do karczmy po nagrode-niepodzianke.
              • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 09:57
                Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                rzorubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                kobiety to już przesada.
                • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 10:13
                  Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                  rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                  ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                  kobiety to już przesada.
                  My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                  będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                  ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                  został w karczmie.
                  • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 10:26
                    Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                    rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                    ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                    kobiety to już przesada. My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś
                    chołotą, przynajmniej będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-
                    obibokiem. W końcu ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą
                    bandę, a Dżimmi został w karczmie.Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z
                    karczmy pożniej po nas i poszedł za nami.
                    Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                    >
                    • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 10:30
                      Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                      rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                      ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                      kobiety to już przesada.
                      My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                      będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                      ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                      został w karczmie.
                      Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                      nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                      W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                      zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                      trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                      ich jeszcze 16.
                      • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 11:27
                        Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                        rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                        ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                        kobiety to już przesada.
                        My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                        będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                        ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                        został w karczmie.
                        Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                        nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                        W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                        zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                        trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                        ich jeszcze 16. Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem.
                        Rozwscieczone chłopstwo zaczeło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając
                        jego obszar.
                        >
                        • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 11:34
                          Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                          rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                          ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                          kobiety to już przesada.
                          My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                          będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                          ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                          został w karczmie.
                          Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                          nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                          W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                          zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                          trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                          ich jeszcze 16.
                          Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem. Rozwscieczone chłopstwo
                          zaczeło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając jego obszar.
                          Rysiek wykorzystał Sejmitar Wolności zabijając pięciu kolejnych i krąg się
                          rozsypał.
                          • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 11:46
                            Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                            rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                            ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                            kobiety to już przesada.
                            My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                            będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                            ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                            został w karczmie.
                            Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                            nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                            W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                            zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                            trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                            ich jeszcze 16. Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem.
                            Rozwscieczone chłopstwo zaczeło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając
                            jego obszar.Rysiek wykorzystał Sejmitar Wolności zabijając pięciu kolejnych i
                            krąg się rozsypał. W koło rosła sterta trupów i trwa wokoło powoli czerwieniła
                            się od krwi. Zostało jeszcze paru do zabicia.
                            • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 11:53
                              Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                              rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                              ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                              kobiety to już przesada.
                              My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                              będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                              ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                              został w karczmie.
                              Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                              nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                              W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                              zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                              trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                              ich jeszcze 16. Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem.
                              Rozwscieczone chłopstwo zaczeło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając
                              jego obszar.Rysiek wykorzystał Sejmitar Wolności zabijając pięciu kolejnych i
                              krąg się rozsypał. W koło rosła sterta trupów i trawa wokoło powoli czerwieniła
                              się od krwi. Zostało jeszcze paru do zabicia.
                              Pozostałych załatwił Rysiek, przy okazji prawie wytruł nas wszystkich, biedaka
                              wzdeło po grochówce, którą niedawno skonsumował. Tylko jeden słaniając się na
                              nogach próbował dać noge, ale dosięgnął go fireball Istera.
                              • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:02
                                Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                                rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                                ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                                kobiety to już przesada.
                                My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                                będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                                ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                                został w karczmie.
                                Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                                nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                                W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                                zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                                trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                                ich jeszcze 16.
                                Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem. Rozwscieczone chłopstwo
                                zaczeło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając jego obszar.
                                Rysiek wykorzystał Sejmitar Wolności zabijając pięciu kolejnych i
                                krąg się rozsypał.
                                W koło rosła sterta trupów i trawa wokoło powoli czerwieniła
                                się od krwi. Zostało jeszcze paru do zabicia.
                                ozostałych załatwił Rysiek, przy okazji prawie wytruł nas wszystkich, biedaka
                                wzdeło po grochówce, którą niedawno skonsumował. Tylko jeden słaniając się na
                                nogach próbował dać noge, ale dosięgnął go fireball Istera.
                                Efekt jego ataku był pioronujący, gdyż doszło do wybuchu, efektem czego
                                szybciej niż się spodziewaliśmy wróciliśmy do karczmy a Dżimmi został w Itoku.
                                • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:08
                                  Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                                  rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                                  ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                                  kobiety to już przesada.
                                  My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                                  będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                                  ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                                  został w karczmie.
                                  Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                                  nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                                  W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                                  zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                                  trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                                  ich jeszcze 16.
                                  Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem. Rozwscieczone chłopstwo
                                  zaczeło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając jego obszar.
                                  Rysiek wykorzystał Sejmitar Wolności zabijając pięciu kolejnych i
                                  krąg się rozsypał.
                                  W koło rosła sterta trupów i trawa wokoło powoli czerwieniła
                                  się od krwi. Zostało jeszcze paru do zabicia.
                                  ozostałych załatwił Rysiek, przy okazji prawie wytruł nas wszystkich, biedaka
                                  wzdeło po grochówce, którą niedawno skonsumował. Tylko jeden słaniając się na
                                  nogach próbował dać noge, ale dosięgnął go fireball Istera.
                                  Efekt jego ataku był pioronujący, gdyż doszło do wybuchu, efektem czego
                                  szybciej niż się spodziewaliśmy wróciliśmy do karczmy a Dżimmi został w Itoku.
                                  - Nastepnym razem uwazaj! Mogles nas wszystkich pozabijac nie wiesz, ze gaz
                                  palny jest?! - Rysiek said.
                                  - A skad mialem wiedziec, ze bedziesz atakowal metanem i siara? - bronil sie
                                  Ister.
                                  • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:15
                                    Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                                    rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                                    ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                                    kobiety to już przesada.
                                    My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                                    będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                                    ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                                    został w karczmie.
                                    Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                                    nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                                    W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                                    zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                                    trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                                    ich jeszcze 16.
                                    Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem. Rozwscieczone chłopstwo
                                    zaczęło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając jego obszar.
                                    Rysiek wykorzystał Sejmitar Wolności zabijając pięciu kolejnych i
                                    krąg się rozsypał.
                                    Wkoło rosła sterta trupów i trawa wokoło powoli czerwieniła
                                    się od krwi. Zostało jeszcze paru do zabicia.
                                    Pozostałych załatwił Rysiek, przy okazji prawie wytruł nas wszystkich, biedaka
                                    wzdeło po grochówce, którą niedawno skonsumował. Tylko jeden słaniając się na
                                    nogach próbował dać noge, ale dosięgnął go fireball Istera.
                                    Efekt jego ataku był pioronujący, gdyż doszło do wybuchu, efektem czego
                                    szybciej niż się spodziewaliśmy wróciliśmy do karczmy a Dżimmi został w Itoku.
                                    - Nastepnym razem uwazaj! Mogles nas wszystkich pozabijac nie wiesz, ze gaz
                                    palny jest?! - Rysiek said.
                                    - A skad mialem wiedziec, ze bedziesz atakowal metanem i siara? - bronil sie
                                    Ister.
                                    - Nie kłóćcie się, lepiej dowiedzmy się gdzie jest Dżimmi? - uspokiłem
                                    wszystkich.
                                    • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:24
                                      Jedynie Szramiasty Dżimi powiedział, że on nie będzie zajmował się jakimiś
                                      rozrubami na wsi, że to troche nie przystoi bandzie wynajętej przez ksiecia nie
                                      ważne że troche zboczonego. A sam pomysł żeby lecieć na rządanie jakiejś obcej
                                      kobiety to już przesada.
                                      My jednak chcieliśmy się sprawdzić w walce z jakąś chołotą, przynajmniej
                                      będziemy mieć jakiś trening przed walką ze smokiem-obibokiem. W końcu
                                      ruszyliśmy w kierunku wsi Itok, gdzie mieliśmy spotkać tą bandę, a Dżimmi
                                      został w karczmie.
                                      Tak się nam wydawało bo jednak wyszedł z karczmy pożniej po nas i poszedł za
                                      nami. Obwiesie siedziały pod stodołą i pociągały coś z bukłaka.
                                      W ogóle nie spodziewali się naszego ataku, pierwszy zaatakował mag czarem
                                      zatrzymania wroga, którzy teraz stali nieruchomo, później doprawiłem im ja moim
                                      trupim mieczem. Po moim ataku trzech padło martwych, a na polu walki pozostało
                                      ich jeszcze 16.
                                      Czterech następnych padło od szybkiego cięcia mieczem. Rozwscieczone chłopstwo
                                      zaczęło formować krąg i powoli nas otaczać zaciskając jego obszar.
                                      Rysiek wykorzystał Sejmitar Wolności zabijając pięciu kolejnych i
                                      krąg się rozsypał.
                                      Wkoło rosła sterta trupów i trawa wokoło powoli czerwieniła
                                      się od krwi. Zostało jeszcze paru do zabicia.
                                      Pozostałych załatwił Rysiek, przy okazji prawie wytruł nas wszystkich, biedaka
                                      wzdeło po grochówce, którą niedawno skonsumował. Tylko jeden słaniając się na
                                      nogach próbował dać noge, ale dosięgnął go fireball Istera.
                                      Efekt jego ataku był pioronujący, gdyż doszło do wybuchu, efektem czego
                                      szybciej niż się spodziewaliśmy wróciliśmy do karczmy a Dżimmi został w Itoku.
                                      - Nastepnym razem uwazaj! Mogles nas wszystkich pozabijac nie wiesz, ze gaz
                                      palny jest?! - Rysiek said.
                                      - A skad mialem wiedziec, ze bedziesz atakowal metanem i siara? - bronil sie
                                      Ister.
                                      - Nie kłóćcie się, lepiej dowiedzmy się gdzie jest Dżimmi? - uspokiłem
                                      wszystkich.
                                      Tymczasem Dżimmi siedział w resztkach spalonego krzaka i zastanawiał się co się
                                      stało - dookoła wszystko spalone, trupy wszędzie. Gdy doszedł do siebie
                                      sprawdził czy wśród trupów nie ma jego podopiecznych.
                                      • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:31
                                        Gdy się zorientował, że wszystko było w porządku, zaczął nas szukać, dzięki
                                        algorytmowi heurystycznemu co oznacza idź do karczmy.
                                        • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:35
                                          Gdy się zorientował, że wszystko było w porządku, zaczął nas szukać, dzięki
                                          algorytmowi heurystycznemu co oznacza idź do karczmy.
                                          A wystarczylo zastosowac algorytm szukania leniwego i zapytać stojącego
                                          niedaleko staruszka czy nie widział jego towarzysz. Wtedy Szramiasty
                                          dowiedziałby się, że lotem parabolicznym udali się do karczmy.
                                          • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:44
                                            Gdy się zorientował, że wszystko było w porządku, zaczął nas szukać, dzięki
                                            algorytmowi heurystycznemu co oznacza idź do karczmy.
                                            A wystarczylo zastosowac algorytm szukania leniwego i zapytać stojącego
                                            niedaleko staruszka czy nie widział jego towarzysz. Wtedy Szramiasty
                                            dowiedziałby się, że lotem parabolicznym udali się do karczmy.
                                            W karczmie się spotkaliśmy ponownie i tam otrzymaliśmy naszą nagrodę
                                            niespodziankę, którą był bilet na wycieczkę do Placówki Wężów.
                                            • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.06.04, 12:49
                                              Gdy się zorientował, że wszystko było w porządku, zaczął nas szukać, dzięki
                                              algorytmowi heurystycznemu co oznacza idź do karczmy.
                                              A wystarczylo zastosowac algorytm szukania leniwego i zapytać stojącego
                                              niedaleko staruszka czy nie widział jego towarzysz. Wtedy Szramiasty
                                              dowiedziałby się, że lotem parabolicznym udali się do karczmy.
                                              W karczmie się spotkaliśmy ponownie i tam otrzymaliśmy naszą nagrodę
                                              niespodziankę, którą był bilet na wycieczkę do Placówki Wężów. I z tego powodu
                                              mielismy dylemat, pojsc tam tera czy po wykonaniu zadania. Szramiasty zaczoł
                                              jednak:
                                              -Ciekawe jestem czy umiecie walczyc tylko z wiesniaka mi czy tez z normalnymi
                                              bedziecie tez tak tanczyc, bo tutaj brakowało wam tylko weslenej muzyki.
                                              • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 05.06.04, 10:01
                                                Gdy się zorientował, że wszystko było w porządku, zaczął nas szukać, dzięki
                                                algorytmowi heurystycznemu co oznacza idź do karczmy.
                                                A wystarczylo zastosowac algorytm szukania leniwego i zapytać stojącego
                                                niedaleko staruszka czy nie widział jego towarzysz. Wtedy Szramiasty
                                                dowiedziałby się, że lotem parabolicznym udali się do karczmy.
                                                W karczmie się spotkaliśmy ponownie i tam otrzymaliśmy naszą nagrodę
                                                niespodziankę, którą był bilet na wycieczkę do Placówki Wężów. I z tego powodu
                                                mielismy dylemat, pojsc tam tera czy po wykonaniu zadania. Szramiasty zaczoł
                                                jednak:
                                                - Ciekawe jestem czy umiecie walczyc tylko z wiesniaka mi czy tez z normalnymi
                                                bedziecie tez tak tanczyc, bo tutaj brakowało wam tylko weslenej muzyki.
                                                Na tym jednak urwał się temat i poszliśmy spać, a na zajutrz rano poszliśmy do
                                                przystani, gdzie czekała na nas załoga nie jakiego Grisba, który obiecał nas
                                                przewieść przez Jezioro za niewielką cenę.
                                                • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 05.06.04, 10:07
                                                  Gdy się zorientował, że wszystko było w porządku, zaczął nas szukać, dzięki
                                                  algorytmowi heurystycznemu co oznacza idź do karczmy. A wystarczylo zastosowac
                                                  algorytm szukania leniwego i zapytać stojącego niedaleko staruszka czy nie
                                                  widział jego towarzysz. Wtedy Szramiasty dowiedziałby się, że lotem
                                                  parabolicznym udali się do karczmy. W karczmie się spotkaliśmy ponownie i tam
                                                  otrzymaliśmy naszą nagrodę niespodziankę, którą był bilet na wycieczkę do
                                                  Placówki Wężów. I z tego powodu mielismy dylemat, pojsc tam tera czy po
                                                  wykonaniu zadania. Szramiasty zaczoł jednak: - Ciekawe jestem czy umiecie
                                                  walczyc tylko z wiesniaka mi czy tez z normalnymi bedziecie tez tak tanczyc, bo
                                                  tutaj brakowało wam tylko weslenej muzyki.Na tym jednak urwał się temat i
                                                  poszliśmy spać, a na zajutrz rano poszliśmy do przystani, gdzie czekała na nas
                                                  załoga nie jakiego Grisba, który obiecał nas przewieść przez Jezioro za
                                                  niewielką cenę. Wyruszyliśmy bardzo wczesnie, mgła na jeziorze była bardzo
                                                  gęsta i płyneliśmy wolno a jezioro stało bez ruchu. W takich okolicznościach
                                                  przyrody cała banda poszła spać.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 05.06.04, 23:28
                                                    Gdy się zorientował, że wszystko było w porządku, zaczął nas szukać, dzięki
                                                    algorytmowi heurystycznemu co oznacza idź do karczmy. A wystarczylo zastosowac
                                                    algorytm szukania leniwego i zapytać stojącego niedaleko staruszka czy nie
                                                    widział jego towarzysz. Wtedy Szramiasty dowiedziałby się, że lotem
                                                    parabolicznym udali się do karczmy. W karczmie się spotkaliśmy ponownie i tam
                                                    otrzymaliśmy naszą nagrodę niespodziankę, którą był bilet na wycieczkę do
                                                    Placówki Wężów. I z tego powodu mielismy dylemat, pojsc tam tera czy po
                                                    wykonaniu zadania. Szramiasty zaczoł jednak: - Ciekawe jestem czy umiecie
                                                    walczyc tylko z wiesniaka mi czy tez z normalnymi bedziecie tez tak tanczyc, bo
                                                    tutaj brakowało wam tylko weslenej muzyki.Na tym jednak urwał się temat i
                                                    poszliśmy spać, a na zajutrz rano poszliśmy do przystani, gdzie czekała na nas
                                                    załoga nie jakiego Grisba, który obiecał nas przewieść przez Jezioro za
                                                    niewielką cenę. Wyruszyliśmy bardzo wczesnie, mgła na jeziorze była bardzo
                                                    gęsta i płyneliśmy wolno a jezioro stało bez ruchu. W takich okolicznościach
                                                    przyrody cała banda poszła spać.
                                                    Obudzil nas wstrzas, lodka zachwiala sie, a nasz mag poderwal sie tak
                                                    gwaltownie, ze wpadl do wody. Uwaznie rozgladalismy sie dookola poszukujac
                                                    przyczyny naszej pobudki, jedyne co dostrzeglismy do kilka poruszajacych sie
                                                    punktow we mgle - nie wygladalo to na ludzi w lodziach.
                                                  • linea21 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 00:50
                                                    Postacie jakby synęły nad wodą. Cala drużyna zamarła w bezruchu, wstrzymali oddech ponieważ to co ukazalo sie ich oczom było nieziemskim zjawiskiem. Przepiekne istoty o zielonej skórze pokrytej srebnymi łuskami. Długie włosy spłyaly w dół po nagich ciałach a z oczu tych istot biła jakas niezwykla moc.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 01:15
                                                    Postacie jakby sunęły nad wodą. Cala drużyna zamarła w bezruchu, wstrzymali
                                                    oddech ponieważ to co ukazalo sie ich oczom było
                                                    nieziemskim zjawiskiem. Przepiekne istoty o zielonej skórze pokrytej srebnymi
                                                    łuskami. Długie włosy spłyaly w dół po nagich
                                                    ciałach a z oczu tych istot biła jakas niezwykla moc.
                                                    Wszyscy byli tak zauroczeni tymi pięknymi istotami, że nawet nie zwracali uwagi
                                                    na olbrzymiego węża pływającego dookoła łodzi. Słuchali jedynie melodyjnego
                                                    głosu nimf z jeziora.
                                                  • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 01:20
                                                    Całość bandy zbliżyła sie do burty łodzi i obserwowała to co się dzieje na
                                                    tafli jeziora. Muzyka uspakajała i była tak piękna jak postacie unaszące się
                                                    tuż nad wodą, a zapach tych istot sprawiał że powoli traciliśmy świadomość.
                                                  • linea21 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 01:26
                                                    Dzwiki jakie wydawały nie przypominały żadnego ze znanych jezyków, mimo to wszyscy w łodzi wiedzieli o czym śpiewają cudne stwory.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 01:34
                                                    Dzwięki jakie wydawały nie przypominały żadnego ze znanych jezyków, mimo to
                                                    wszyscy w łodzi wiedzieli o czym śpiewają cudne stwory.
                                                    Powoli zbliżały się do łodzi, wąż niesutannie krążył jakby czekając na jakiś
                                                    znak zielonoskórych. Nie było rzeczy, która mogłaby nas zmusić skierowania
                                                    uwagi w inną stronę.
                                                  • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 01:38
                                                    Dzwięki jakie wydawały nie przypominały żadnego ze znanych jezyków, mimo to
                                                    wszyscy w łodzi wiedzieli o czym śpiewają cudne stwory.
                                                    Powoli zbliżały się do łodzi, wąż niesutannie krążył jakby czekając na jakiś
                                                    znak zielonoskórych. Nie było rzeczy, która mogłaby nas zmusić skierowania
                                                    uwagi w inną stronę. W tym monęcie spiew stał sie bardzo mocny. Nagle wąz
                                                    podpłyną bardzo blisko i otworzył paszcze która stała sie jeszcze wieksza niz
                                                    przedtem, wchłoną całą łódz do środka razem z nami, ale my tego nie mogliśmy
                                                    zauważyć stojac zauroczeni spiewem, zapachem i widokiem.
                                                  • linea21 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 01:48
                                                    wojciasf napisał:

                                                    Dzwięki jakie wydawały nie przypominały żadnego ze znanych jezyków, mimo to
                                                    wszyscy w łodzi wiedzieli o czym śpiewają cudne stwory.
                                                    Powoli zbliżały się do łodzi, wąż niesutannie krążył jakby czekając na jakiś
                                                    znak zielonoskórych. Nie było rzeczy, która mogłaby nas zmusić skierowania
                                                    uwagi w inną stronę. W tym monęcie spiew stał sie bardzo mocny. Nagle wąz
                                                    podpłyną bardzo blisko i otworzył paszcze która stała sie jeszcze wieksza niz
                                                    przedtem, wchłoną całą łódz do środka razem z nami, ale my tego nie mogliśmy
                                                    zauważyć stojac zauroczeni spiewem, zapachem i widokiem.
                                                    Teraz odslaniala sie przed nimi zupełnie inna kraina gdzie magia wiruje w powietrzu gdzie znikają smutki i troski a pojawia sie szczescie i cudowne uczucie błogosci.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 01:54
                                                    Dzwięki jakie wydawały nie przypominały żadnego ze znanych jezyków, mimo to
                                                    wszyscy w łodzi wiedzieli o czym śpiewają cudne stwory.
                                                    Powoli zbliżały się do łodzi, wąż niesutannie krążył jakby czekając na jakiś
                                                    znak zielonoskórych. Nie było rzeczy, która mogłaby nas zmusić skierowania
                                                    uwagi w inną stronę. W tym monęcie spiew stał sie bardzo mocny. Nagle wąz
                                                    podpłyną bardzo blisko i otworzył paszcze która stała sie jeszcze wieksza niz
                                                    przedtem, wchłoną całą łódz do środka razem z nami, ale my tego nie mogliśmy
                                                    zauważyć stojac zauroczeni spiewem, zapachem i widokiem.
                                                    Teraz odslaniala sie przed nimi zupełnie inna kraina gdzie magia wiruje w
                                                    powietrzu gdzie znikają smutki i troski a pojawia sie szczescie i cudowne
                                                    uczucie błogosci.
                                                    Oczom naszym ukazało się olbrzymie podwodne miasto, budowle były wspaniałe,
                                                    wykonane z różnokolorowych kamieni, a światło docierające aż tu na dno jeziora
                                                    rozpraszane przez szklane kopuły dachów tańczyło wielobarwnymi odcieniami na
                                                    ścianach.
                                                  • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 06.06.04, 02:00
                                                    Dzwięki jakie wydawały nie przypominały żadnego ze znanych jezyków, mimo to
                                                    wszyscy w łodzi wiedzieli o czym śpiewają cudne stwory.Powoli zbliżały się do
                                                    łodzi, wąż niesutannie krążył jakby czekając na jakiś znak zielonoskórych. Nie
                                                    było rzeczy, która mogłaby nas zmusić skierowania uwagi w inną stronę. W tym
                                                    monęcie spiew stał sie bardzo mocny. Nagle wąz podpłyną bardzo blisko i
                                                    otworzył paszcze która stała sie jeszcze wieksza niz przedtem, wchłoną całą
                                                    łódz do środka razem z nami, ale my tego nie mogliśmy zauważyć stojac
                                                    zauroczeni spiewem, zapachem i widokiem.Teraz odslaniala sie przed nimi
                                                    zupełnie inna kraina gdzie magia wiruje w powietrzu gdzie znikają smutki i
                                                    troski a pojawia sie szczescie i cudowne uczucie błogosci.Oczom naszym ukazało
                                                    się olbrzymie podwodne miasto, budowle były wspaniałe, wykonane z
                                                    różnokolorowych kamieni, a światło docierające aż tu na dno jeziora rozpraszane
                                                    przez szklane kopuły dachów tańczyło wielobarwnymi odcieniami na ścianach.
                                                    Wszyscy z nas poczuli sie sczęsliwi jak nigdy dotąd, uciekły troski i
                                                    zmartwenia. Nawet na twarzy Szramiastego Dżima pojawił się grymas który wszyscy
                                                    odcztali jakoś uśmiech, a o ten gest nikt go nie podejrzewał.
                                                  • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 07.06.04, 10:41
                                                    Dźwięki jakie wydawały nie przypominały żadnego ze znanych jezyków, mimo to
                                                    wszyscy w łodzi wiedzieli o czym śpiewają cudne stwory.Powoli zbliżały się do
                                                    łodzi, wąż niesutannie krążył jakby czekając na jakiś znak zielonoskórych. Nie
                                                    było rzeczy, która mogłaby nas zmusić skierowania uwagi w inną stronę. W tym
                                                    monencie spiew stał sie bardzo mocny.
                                                    Nagle wąz podpłyną bardzo blisko i otworzył paszcze która stała sie jeszcze
                                                    wieksza niz przedtem, wchłoną całą łódz do środka razem z nami, ale my tego nie
                                                    mogliśmy zauważyć stojac zauroczeni spiewem, zapachem i widokiem.
                                                    Teraz odslaniala sie przed nimi zupełnie inna kraina gdzie magia wiruje w
                                                    powietrzu gdzie znikają smutki i troski a pojawia sie szczescie i cudowne
                                                    uczucie błogosci.Oczom naszym ukazało się olbrzymie podwodne miasto, budowle
                                                    były wspaniałe, wykonane z różnokolorowych kamieni, a światło docierające aż tu
                                                    na dno jeziora rozpraszane przez szklane kopuły dachów tańczyło wielobarwnymi
                                                    odcieniami na ścianach.
                                                    Wszyscy z nas poczuli sie szczęśliwi jak nigdy dotąd, uciekły troski i
                                                    zmartwenia. Nawet na twarzy Szramiastego Dżima pojawił się grymas który wszyscy
                                                    odczytali jakoś uśmiech, a o ten gest nikt go nie podejrzewał.
                                                    Byliśmy tak zauroczeni, że nie zauważyliśmy faktu, że mag pozostał poza łodzią,
                                                    poza miastem i osamotniony. To on jednak odzyskał przytomność i ruszył nam na
                                                    pomoc.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 08.06.04, 22:49
                                                    Właściwie to mag obudził się dzięki troskliwej pomocy Zosi, mieszkanki Onsorku.
                                                    Ona zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i obiecała pozostać z nim na
                                                    dobre i na złe.
                                                  • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 13.06.04, 01:25
                                                    Właściwie to mag obudził się dzięki troskliwej pomocy Zosi, mieszkanki Onsorku.
                                                    Ona zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i obiecała pozostać z nim na
                                                    dobre i na złe.
                                                    Mag jednak nie mógł z nią zostać i ruszył za resztą kompanii, a dokładnie w
                                                    poszukiwaniu ich, gdzieś na dnie jeziora.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 19.06.04, 13:00
                                                    Nasz odwazny mag probowal dostac sie do towarzyszy, ale niestety wybral zla
                                                    strone jeziora i trafil na ogromne ramoisy, ktore mimo zacietej walki strasznie
                                                    go poranily. Gdyby Zosia nie poszla za nim i szybko nie odciagnela go od jeziora
                                                    prawdopodobnie potworki zjadlyby go w calosci, a tak uchowal sie biedek prawie w
                                                    jednym kawalku - stracil tylko pare palcow u prawej reki - do tego pare
                                                    powaznych ran i kilkanascie mniej powaznych.
                                                  • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 19.06.04, 13:04
                                                    Nasz odwazny mag probowal dostac sie do towarzyszy, ale niestety wybral zla
                                                    strone jeziora i trafil na ogromne ramoisy, ktore mimo zacietej walki strasznie
                                                    go poranily. Gdyby Zosia nie poszla za nim i szybko nie odciagnela go od jeziora
                                                    prawdopodobnie potworki zjadlyby go w calosci, a tak uchowal sie biedak prawie w
                                                    jednym kawalku - stracil tylko pare palcow u prawej reki - do tego pare
                                                    powaznych ran i kilkanascie mniej powaznych.
                                                    Zosia zaciagla go do swojego domku, gdzie czekala na nia jej bliska przyjaciolka
                                                    druidka imieniem Carvalla. To wlasnie ona pomagla dojsc do zdrowia magowi.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 19.06.04, 13:10
                                                    Nasz odwazny mag probowal dostac sie do towarzyszy, ale niestety wybral zla
                                                    strone jeziora i trafil na ogromne ramoisy, ktore mimo zacietej walki strasznie
                                                    go poranily. Gdyby Zosia nie poszla za nim i szybko nie odciagnela go od jeziora
                                                    prawdopodobnie potworki zjadlyby go w calosci, a tak uchowal sie biedak prawie w
                                                    jednym kawalku - stracil tylko pare palcow u prawej reki - do tego pare
                                                    powaznych ran i kilkanascie mniej powaznych.
                                                    Zosia zaciagla go do swojego domku, gdzie czekala na nia jej bliska przyjaciolka
                                                    druidka imieniem Carvalla. To wlasnie ona pomagla dojsc do zdrowia magowi.
                                                    Dzieki pomocy tej roztrzepanej druidki mag odzyskal pelna sprawnosc, niestety w
                                                    skutek rozdwojenia jazni uzdrowicielki zaklecie mialo pewne skutki uboczne -
                                                    Ister calkowicie stracil magiczne zdolnosci. Zalamal sie chlopczyna strasznie,
                                                    chcial sie rzucic do rzeki z rozpaczy, ale Zosia przekonala go, ze nie wszystko
                                                    stracone, nie jest tak tragicznie. Pocieszala go na tyle skutecznie, ze Ister
                                                    zapomnial o towarzyszach i postanowil z nia zostac.
                                                  • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 19.06.04, 13:14
                                                    Nasz odwazny mag probowal dostac sie do towarzyszy, ale niestety wybral zla
                                                    strone jeziora i trafil na ogromne ramoisy, ktore mimo zacietej walki strasznie
                                                    go poranily. Gdyby Zosia nie poszla za nim i szybko nie odciagnela go od jeziora
                                                    prawdopodobnie potworki zjadlyby go w calosci, a tak uchowal sie biedak prawie w
                                                    jednym kawalku - stracil tylko pare palcow u prawej reki - do tego pare
                                                    powaznych ran i kilkanascie mniej powaznych.
                                                    Zosia zaciagla go do swojego domku, gdzie czekala na nia jej bliska przyjaciolka
                                                    druidka imieniem Carvalla. To wlasnie ona pomagla dojsc do zdrowia magowi.
                                                    Dzieki pomocy tej roztrzepanej druidki mag odzyskal pelna sprawnosc, niestety w
                                                    skutek rozdwojenia jazni uzdrowicielki zaklecie mialo pewne skutki uboczne -
                                                    Ister calkowicie stracil magiczne zdolnosci. Zalamal sie chlopczyna strasznie,
                                                    chcial sie rzucic do rzeki z rozpaczy, ale Zosia przekonala go, ze nie wszystko
                                                    stracone, nie jest tak tragicznie. Pocieszala go na tyle skutecznie, ze Ister
                                                    zapomnial o towarzyszach i postanowil z nia zostac
                                                    Ister zostal z Zosia, ale wtedy nie wiedzial co go czeka, a czekaly go straszne
                                                    tortury z rak Zosii sto razy gorsze od tych ktore przezywali jego towarzysze w
                                                    lesie. W czasie kiedy Zosia zajmowala sie Istrem my sluchalismy spiewu muz,
                                                    ktory okazal sie jeszcze piekniejszy niz wczesniej.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 01.07.04, 12:43
                                                    Nasz odwazny mag probowal dostac sie do towarzyszy, ale niestety wybral zla
                                                    strone jeziora i trafil na ogromne ramoisy, ktore mimo zacietej walki strasznie
                                                    go poranily. Gdyby Zosia nie poszla za nim i szybko nie odciagnela go od jeziora
                                                    prawdopodobnie potworki zjadlyby go w calosci, a tak uchowal sie biedak prawie w
                                                    jednym kawalku - stracil tylko pare palcow u prawej reki - do tego pare
                                                    powaznych ran i kilkanascie mniej powaznych.
                                                    Zosia zaciagla go do swojego domku, gdzie czekala na nia jej bliska przyjaciolka
                                                    druidka imieniem Carvalla. To wlasnie ona pomagla dojsc do zdrowia magowi.
                                                    Dzieki pomocy tej roztrzepanej druidki mag odzyskal pelna sprawnosc, niestety w
                                                    skutek rozdwojenia jazni uzdrowicielki zaklecie mialo pewne skutki uboczne -
                                                    Ister calkowicie stracil magiczne zdolnosci. Zalamal sie chlopczyna strasznie,
                                                    chcial sie rzucic do rzeki z rozpaczy, ale Zosia przekonala go, ze nie wszystko
                                                    stracone, nie jest tak tragicznie. Pocieszala go na tyle skutecznie, ze Ister
                                                    zapomnial o towarzyszach i postanowil z nia zostac
                                                    Ister zostal z Zosia, ale wtedy nie wiedzial co go czeka, a czekaly go straszne
                                                    tortury z rak Zosii sto razy gorsze od tych ktore przezywali jego towarzysze w
                                                    lesie. W czasie kiedy Zosia zajmowala sie Istrem my sluchalismy spiewu muz,
                                                    ktory okazal sie jeszcze piekniejszy niz wczesniej.
                                                    Zosia postanowiła nie wypuścić ze swych objęć eks-maga. Profilaktycznie, jakby
                                                    Ister odzyskal swoją magiczną moc, zaobrączkowała go. W tym celu użyła
                                                    pierścienia z dwimerytu, który odbiera magiczną moc, ale Ister nie zwrócił na
                                                    to uwagi - myślał, że to dowód sympatii, sam też jej sprezentował pierścień z
                                                    ogromnym diamentem, wykonany ze złota i mithrilu przez krasnoludzkich kowali.
                                                    To były ostatnie szczęśliwe i wolne od zajęć chwile Istera.
                                                  • armitage3 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 01.07.04, 13:01
                                                    Zalamal sie chlopczyna strasznie,
                                                    chcial sie rzucic do rzeki z rozpaczy, ale Zosia przekonala go, ze nie wszystko
                                                    stracone, nie jest tak tragicznie. Pocieszala go na tyle skutecznie, ze Ister
                                                    zapomnial o towarzyszach i postanowil z nia zostac
                                                    Ister zostal z Zosia, ale wtedy nie wiedzial co go czeka, a czekaly go straszne
                                                    tortury z rak Zosii sto razy gorsze od tych ktore przezywali jego towarzysze w
                                                    lesie. W czasie kiedy Zosia zajmowala sie Istrem my sluchalismy spiewu muz,
                                                    ktory okazal sie jeszcze piekniejszy niz wczesniej.
                                                    Zosia postanowiła nie wypuścić ze swych objęć eks-maga. Profilaktycznie, jakby
                                                    Ister odzyskal swoją magiczną moc, zaobrączkowała go. W tym celu użyła
                                                    pierścienia z dwimerytu, który odbiera magiczną moc, ale Ister nie zwrócił na
                                                    to uwagi - myślał, że to dowód sympatii, sam też jej sprezentował pierścień z
                                                    ogromnym diamentem, wykonany ze złota i mithrilu przez krasnoludzkich kowali.
                                                    To były ostatnie szczęśliwe i wolne od zajęć chwile Istera.
                                                    My w tym czasie powoli zaczęliśmy się nudzić pięknymi dzwiękami, bo jak wszyscy
                                                    wiedzą nic co piękne nie trwa wiecznie, a grymas na naszych obliczach przyjął
                                                    wyraz zmęczenia i duchowej udręki.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 02.07.04, 01:34
                                                    My w tym czasie powoli zaczęliśmy się nudzić pięknymi dzwiękami, bo jak wszyscy
                                                    wiedzą nic co piękne nie trwa wiecznie, a grymas na naszych obliczach przyjął
                                                    wyraz zmęczenia i duchowej udręki.
                                                    Wladca podwodnego miasta dał nam kilka dni na przyzwyczajenie się do obecnej
                                                    sytuacji. W ciagu tego czasu zwiedziliśmy dokładnie całe miasto, żadne z
                                                    ludzkich miast nie mogło się równać z tym w którym obecnie się znajdowaliśmy,
                                                    wspaniałe budynki, a wśród nich największy i najpiękniejszy pałac, otoczone
                                                    pienymi ogrodami z przepięknymi, nieznanymi nam roslinami, a to wszystko
                                                    otoczone wodą w której pływały róznokolorowe ryby.
                                                  • wojciasf Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 03.07.04, 15:02
                                                    Któregos dnia zostaliśmy zaproszeni do jednego z kapłanów który oświadczył nam
                                                    że pierwszym zadaniem przed opuszczeniem podziemnego świata jest poznanie czym
                                                    jest prawdziwe dobro. Zadanie wydawało się nam tak skomplikowane że nawet nie
                                                    mogliśmy wymyślić sposobu jego realizacji.
                                                  • danway1 Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 04.07.04, 15:36
                                                    Któregos dnia zostaliśmy zaproszeni do jednego z kapłanów który oświadczył nam
                                                    że pierwszym zadaniem przed opuszczeniem podziemnego świata jest poznanie czym
                                                    jest prawdziwe dobro. Zadanie wydawało się nam tak skomplikowane że nawet nie
                                                    mogliśmy wymyślić sposobu jego realizacji.
                                                    Tym razem nawet Dżimmi nie był w stanie nam jakoś pomóc. W tej sytuacji
                                                    poprostu opuściliśmy miasto i wyruszyliśmy na północ w poszukiwaniu prawdziwego
                                                    dobra, ale gdzie takie znaleźć.
                                                  • kubatka Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 09.07.04, 03:43
                                                    Tym razem nawet Dżimmi nie był w stanie nam jakoś pomóc. W tej sytuacji
                                                    poprostu opuściliśmy miasto i wyruszyliśmy na północ w poszukiwaniu prawdziwego
                                                    dobra, ale gdzie takie znaleźć.
                                                    Szlismy przez pustkowie a naszym jedynymi przewodnikami byli wiejacy wicher i
                                                    smutno swiecacy bladym swiatlem ksiezyc.
                                                  • nait Re: Chapter IV - Jezioro Muz. 09.07.04, 04:19
                                                    Któregos dnia zostaliśmy zaproszeni do jednego z kapłanów który oświadczył nam
                                                    że pierwszym zadaniem przed opuszczeniem podwodnego miasta jest poznanie czym
                                                    jest prawdziwe dobro. Zadanie wydawało się nam tak skomplikowane że nawet nie
                                                    mogliśmy wymyślić sposobu jego realizacji.
                                                    Tym razem nawet Dżimmi nie był w stanie nam jakoś pomóc. W tej sytuacji
                                                    poprostu opuściliśmy miasto i wyruszyliśmy na północ w poszukiwaniu prawdziwego
                                                    dobra, ale gdzie takie znaleźć?
                                                    Szlismy przez pustkowie a naszymi jedynymi przewodnikami byli wiejacy wicher i
                                                    smutno swiecacy bladym swiatlem ksiezyc.
                                                    Dopiero godzine wędrujemy przez to pustkowie, a wydaje się, że całe wieki
                                                    minęły odkąd wyruszyliśmy tym szlakiem. To mieszkańcy podwodnego miasta
                                                    wskazali nam ten szlak, który rozpoczynał się na brzegu jeziora, w osłoniętym
                                                    skałami miejscu, gdzie nie czaiły się żadne potwory.
    • danway1 Rozdział III - Całość. 01.07.04, 12:32

      • danway1 Re: Rozdział III - Całość. 01.07.04, 12:35
        Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
        z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
        Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
        Mieliśmy do pokonania wielki szmat drogi, przejście przez gęsty las, przepłynąć
        wielkie jezioro, pokonać pustynie martwych drzew i dojść do Smoczych Gór.
        Zadanie nie było jednak takie trudne, gdyż mieliśmy lepsze bronie ze zbrojownii
        księcia, ja pozostałem przy swoim Trupim Mieczu, a inni zmienili swoją broń,
        Mały Dżon wybrał Trójząb Światła, Średni Dżon posiadał Topór Śmierci, Duży Dżon
        skupił się na Kosie Wiecznego Mrozu, Rysiek wybrał Sejmitar Wolności a mag
        Ister Ragdoll wybrał Różdżkę Nadziei.
        Mając specjalne identyfikatory mogliśmy spokojnie przejść przez tarcze i prosto
        z bramy ruszyliśmy na północ, ale było nas tylko 6, to znaczy ja, Rysiek, Mały
        Dżon, Duży Dżon, Średni Dżon i mag Ister Ragdoll.
        Mieliśmy do pokonania wielki szmat drogi, przejście przez gęsty las, przepłynąć
        wielkie jezioro, pokonać pustynie martwych drzew i dojść do Smoczych Gór.
        Zadanie nie było jednak takie trudne, gdyż mieliśmy lepsze bronie ze zbrojowni
        księcia, ja pozostałem przy swoim Trupim Mieczu, a inni zmienili swoją broń,
        Mały Dżon wybrał Trójząb Światła, Średni Dżon posiadał Topór Śmierci, Duży Dżon
        skupił się na Kosie Wiecznego Mrozu, Rysiek wybrał Sejmitar Wolności a mag
        Ister Ragdoll wybrał Różdżkę Nadziei. Aby dotrzeć do Ciemnego lasu musieliśmy
        przebyć kawałek drogi od zamku, na rozstaju dróg skręcić w prawo i iść drogą
        która była już coraz mniej używana przez ludzi bojących się tego co może czekać
        na nich w lesie. W lesie było bardzo ciemno, ale drogę rozświetlał nam Mały Dżon
        swoim Trójząb Światła i było nam raźniej i droga nie była taka straszna. Las
        ten słynął z zamieszkujących go okrutnych elfek które mocno znęcały się nad
        swoimi ofiarami szczególnie płci męskiej.
        My jednak byliśmy głusi na ich wołania i bezpiecznie przeszliśmy las,
        bez żadnych szwanków.
        Niestety na końcu lasu Trójząb światła wygasł nam i nastała wielka ciemność,
        ciemność która nie zapowiadała nic dobrego. Po chwili okazało się, że ktoś nas
        obserwuje. Po chwili z ciemności wyszła pół naga kobieta, imieniem Ariela,
        która zwróciła się do nas:
        - Chodźcie ze mną przybysze.
        Posiadała w sobie za dużo argumentów żeby można było jej odmówić. Zaprowadziła
        nas do siedziby elfek, gdzie takich jak ona było bardzo dużo, co dla zmęczonych
        drogą i ciągłym obcowaniem w jednym towarzystwie mężczyzn mogło być rozkoszą
        albo końcem końców.
        Już miałem się spotkać twarzą w twarz z Arielą, piękną brunetką, lecz przybiegł
        Rysiek razem z magiem i odczarowali nas z letargu. Zaczęliśmy uciekać, gdyż
        ścigały nas elfki pełne furii i żądzy krwi.
        Wspominałem już, że byliśmy wykończeni tą długą podróżą? Na efekty tego stanu
        nie trzeba było długo czekać, wyłapały nas wszystkie jakbyśmy byli ślimakami,
        tylko Małemy Dżonowi udało się uciec z racji niskiego wzrostu i faktu, że
        potknął się o Kose Wiecznego Mrozu i wpadł w zajęczą norę.
        Gdy znajdował się w norze my zostaliśmy z powrotem zaciągnięci do obozu, a tam
        czekały na nas wielkie łóżka, do których zostaliśmy przywiązani.
        W norze Duży Dżon zauważył jakąś dziewczynkę biegającą z nożem za królikiem w
        cylindrze i
        fraku, chciał sprawdzić co to za jedni, ale postanowił nie opuszczać kumpli w
        potrzebie. Drżąc z przerażenia poczekał aż rozwścieczone elfki skrępowały jego
        towarzyszy, a następnie - niczym dziką zwierzynę - zabrały do swego obozu.
        Kiedy Duży Dżon wyszedł z nory znów zamarł ze strachu kiedy zobaczył przed sobą
        mężczyznę o którego wygląd nawet w zwykły dzień mógł by ogromnie nastraszyć.
        Mężczyzna przemówił spokojnie:- Książe zapłacił mi za to aby was chronić w
        trudnej wyprawie, ale widzę ze wy nie umiecie nawet po lesie chodzić, moja
        misja będzie ciężka
        - Jak się nazywasz wysłańcu księcia?? - spytał Duży Dżon.
        - Szramiasty Dżimmi, kurduplu. Wyłaź spod tego krzaka, trzeba odszukać twoich
        towarzyszy. Nie ma czasu do stracenia, nie wiadomo co z nimi zrobią te
        wiedźmy. Duży Dżon przypatrzył się Dżimiemu i z wahaniem w głosie zapytał:
        - Czy ty jesteś tym słynnym renegatem co za pieniądze podejmie się każdej
        pracy?? Słyszałem o was dużo złego.
        - Ludzie rożne sprawy mówią, jednym pomagamy a innym szkodzimy. Jedno pewne ze
        musimy cos wykombinować zanim twoja kompania zostanie złożona w ofierze przez
        elfki.
        Gdy Dżon i Dżimmi dotarli w pobliże obozu zobaczyli resztę kompanii
        przywiązanych do łóżek, a obok nich nagie elfki. Wówczas Dżon wykonał czar
        Lekkiego Mrozu, co wypłoszyło elfki z obozu.
        Wszystkie elfki wyglądały jakby były pod wpływem jakiegoś narkotyku, jak to
        przy rytuałach bywa.
        My w tym czasie porwaliśmy konie z pobliskiej stajni i ruszyliśmy co sił, aby
        ponownie nie dostać się w szpony tych czarownic.
        Po chwili wyjechaliśmy z lasu i piękne pola wyłoniły się przed nami. Jednak na
        skraju lasu, były ukryte pułapki i ponownie trafiliśmy do niewoli. Kiedy
        siedzieliśmy w tych wielkich dołach Dżimi z cała wściekłością wypalił do Dużego
        Dżona:
        - Barani łbie!!! Możesz czasami powstrzymać się przed działaniem i zanim coś
        zrobisz pomyśleć?? Miałem to załatwić sam a ty wyskoczyłeś ze swoimi
        sztuczkami.!!!
        Gdy tak kłótnie trwały po raz kolejny dopadły nas elfki i ponownie siłą
        zaprowadzili do obozu. Teraz już były naprawdę wściekłe i mieliśmy niewielkie
        nadzieje na ratunek.
        Dziwnym trafem Dżimi został zaprowadzony do oddzielnego pomieszczenia. Wszyscy
        pomyśleli ze czeka go specjalny, ale wcale nie lepszy los.
        Wszyscy czekaliśmy na to, co się stanie. Nikt nie mógł być pewny swojego losu i
        tego co mogą zrobić elfki.
        Pełni obaw czekaliśmy, aż któraś z nich przyjdzie, a tymczasem z pomieszczenia,
        w którym był przetrzymywany Dżimi dochodziły różnego rodzaju wrzaski,
        porykiwania i inne przerażające odgłosy.
        Dżimmi był jednak twardy i nie dawał się torturom, więc go puściły wolno.
        Później okazało się, że jest on odwiecznym wrogiem elfek.
        Nie chciał się przyznać co mu zrobiły, stwierdził jedynie, ze teraz na pewno im
        nie odpuści i wybije je wszystkie, jak tylko wróci z wakacji. W tajemnicy Ister
        zdradził nam, ze wyczytał z jego umysłu iż te wredne istoty przywiązawszy go do
        pala zdarły z niego ubranie, a potem... okropność... nasmarowały go miodem i...
        przyprowadziły niedźwiedzia... więcej nie chciał zdradzić. Może kiedyś, po paru
        głębszych...Kiedy przyszedł on z namiotu w asyście elfek powiedział nam:
        - Teraz baranie łby jesteście wolni i macie się wynieść z lasu, załatwiłem to
        dla
        was. Widzę jednak ze musze was pilnować lepiej i jechać z wami aż do samych
        smoczych gór, jeszcze nie wiadomo jakich kłopotów sobie narobicie. Kto was
        w ogóle wybrał do tej misji??
        Na do widzenia i dla pewności, ze nie wrócimy do lasu obcięły mi obie nogi i
        nakarmiły nimi psy.
        Ragdoll jednak pomógł mi i za pomocą Różdżki Nadziei uzdrowił mnie po raz
        kolejny. W końcu opuściliśmy ten piekielny las i udaliśmy się na północ w
        kierunku gór Yrtat.

        End Of Chapter III
    • nait Chapter V - W poszukiwaniu dobra 09.07.04, 04:33
      Zmęczeni kilkugodzinną wędrówką przez pustkowie zaczęliśmy rozglądać się za
      miejscem nadającym się do rozbicia obozu. Gdy namioty były już rozstawione, a
      my przygotowywaliśmy posiłek, do obozu dotarła zakapturzona postać. Początkowo
      myśleliśmy, że to nasz zaginiony mag, ale gdy postać zbliżyła się do ogniska
      okazało się, że to kobieta.
      • danway1 Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 09.07.04, 12:15
        Zmęczeni kilkugodzinną wędrówką przez pustkowie zaczęliśmy rozglądać się za
        miejscem nadającym się do rozbicia obozu. Gdy namioty były już rozstawione, a
        my przygotowywaliśmy posiłek, do obozu dotarła zakapturzona postać. Początkowo
        myśleliśmy, że to nasz zaginiony mag, ale gdy postać zbliżyła się do ogniska
        okazało się, że to kobieta.
        Wspominając poprzednie przygody mieliśmy dość jakichkolwiek kobiet, lecz
        zważając na cel naszej misji pozwoliliśmy jej zostać. Jak się chwile później
        okazało była to Ariela, która nas śledziła od walki z wieśniakami z Itok.
        • jatotylko Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 07.08.04, 21:07
          Nikt nie śmiał nawet podejrzwać, iż za drzewem stojącym nieopodal, ukrywała się
          piękna istota o lśniących długich włosach. Niewiasta podążała śladem drużyny od
          wielu dni i tej właśnie nocy postanowiła bliżej przyjżeć się jej uczestnikom.
          Na imię jej było Nerdanel.
          Obdarzona była wielką mądrością, dzięki czemu wzbudzała ogromny szacunek wśród
          wszystkich, którzy mieli okazję spotkać ją na swej drodze.
          Tym razem nie zamierzała ona jednak w żaden sposób zdradzać swojej obecności.
          Pragnęła tylko przyjżeć się zachowaniu podróżników.
          Wtem, nieoczekiwanie, zaledwie kilka kroków od niej dał się słyszeć odgłos
          łamiących się gałęzi.
          Uczestnicy wyprawy zrozumieli, że nie byli sami.
          Ktoś ich obserwował, ktoś z czyjej obecności nie zdawali sobie sprawy.
          Również Nerdanel z zaniepokojeniem patrzyła w ich stronę, zastanwiając się kto
          oprócz niej czai się w pobliskich krzakach.
          Odgłos dał się słyszeć raz jeszcze, i ku zdziwieniu wszystkich, zza gałęzi
          wyłoniła się postać, należąca do zwierzęcia, jakiego wcześniej jeszcze nikt nie
          widział.
          Nawet Nerdanel, niewiasta uchodzaca za najmądrzejszą w promienu setki tysięcy
          kilometrów, ze zdumieniem i zafascynowaniem spoglądała na coś, poruszającego
          się bardzo wolnym krokiem w kierunku rozpalonego ogniska.
          Dziwne, że obca istota, nieznana nikomu, nie wywołała u nikogo żadnego lęku i
          obawy.
          Nerdanel oddaliła się od obozu niezauważona, by przy następnej okazji znów
          powrócić.
          • nait Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 20.08.04, 14:54
            Stwór podszedł powoli do drużyny, która bacznie go obserwowała nie okazując
            lęku lecz zainteresowanie. Nagle przemówił:
            - Cześć Ariela, to ja Carvalla. Znowu coś mi się stało, zobacz jak ja teraz
            wyglądam. Dobrze, że ich znalazłaś. Przekazałaś już im wiadomość?
            W ten sposób drużyna poznała druidke, która opowiedziała im co się stało z
            magiem. Obie panie postanowiły przyłączyć się i pomóc naszej dzielnej drużynie
            w wykonianiu zadania.
            • danway1 Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 03.09.04, 16:40
              Stwór podszedł powoli do drużyny, która bacznie go obserwowała nie okazując
              lęku lecz zainteresowanie. Nagle przemówił:
              - Cześć Ariela, to ja Carvalla. Znowu coś mi się stało, zobacz jak ja teraz
              wyglądam. Dobrze, że ich znalazłaś. Przekazałaś już im wiadomość?
              W ten sposób drużyna poznała druidke, która opowiedziała im co się stało z
              magiem. Obie panie postanowiły przyłączyć się i pomóc naszej dzielnej drużynie
              w wykonianiu zadania.
              Jedynie Dżimmi podchodził do tego wszystkiego bardzo sceptycznie, ale i jego
              udało nam się przekonać, do tego że jest nam potrzebna większa grupa. W ten
              sposób zaponowała zgoda pomiędzy Arielą a Dżimmim.
              • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 00:59
                Jedynie Dżimmi podchodził do tego wszystkiego bardzo sceptycznie, ale i jego
                udało nam się przekonać, do tego że jest nam potrzebna większa grupa. W ten
                sposób zaponowała zgoda pomiędzy Arielą a Dżimmim.

                Usiedlismy wszyscy przy ognisku i zabralismy sie za jedzenie wczesniej
                przygotowanej strawy. Wszystko dookola nas bylo takie ciche i spokojne, rzec by
                mozna ze nawet az za spokojne. Czulismy ze w najblizszych godzinach cos sie
                wydarzy, cos co bedzie mialo ogromny wplyw na przebieg naszej wyprawy.
                • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 01:11
                  Kolacja wprawiła nas w spaniały nastruj wiec obawy zostały szybko rozwiane.
                  Zaczelismy grac w kosci i nawet Dzimi zaczoł sie uśmiechac. Podczas tej wyprawy
                  zdarzyło sie mu to juz dwa razy.Tak rozbawieni udaliśmy sie na spoczynek
                  całkowicie nie spodziewajac sie tego co przyniesie nam wraz z chłodem ranek.
                  • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 01:23
                    Kolacja wprawiła nas w spaniały nastruj wiec obawy zostały szybko rozwiane.
                    Zaczelismy grac w kosci i nawet Dzimi zaczoł sie uśmiechac. Podczas tej wyprawy
                    zdarzyło sie mu to juz dwa razy.Tak rozbawieni udaliśmy sie na spoczynek
                    całkowicie nie spodziewajac sie tego co przyniesie nam wraz z chłodem ranek.

                    Switalo juz kiedy uslyszelismy przerazliwe wrzaski. Zerwalismy sie na rowne
                    nogi i zobaczylismy ze jestesmy otoczeni przez tysiace stworkow, ktore swoim
                    wygladem przypominaly male niedzwiadki. W ich czarnych slepiach widac bylo
                    takie dziwne blyski - nigdy przedtem czegos takiego nie widzielismy.
                    • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 01:33
                      Kazdy z nas chwycił swoja bron i staneliśmy w kregu plecami do siebie. Stwory
                      powoli nas otaczały a z kazda chwila bylo ich coraz wiecej.
                      -Macie pomysł jak to cos pokonac-zapytał ktos
                      -Nie ma jakiegos specjalnego sposbu na krepliny bagienne. Trzeba je wszystkie
                      wyciac co do jednego.W lesie jest pewnie jakies bagno i one przyszły od lasu.-
                      zaryrokował Dzimmi. Chyba jak nikt inny znający się na wszystkich dziwadłach
                      tego świata.
                      • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 01:38
                        Rozpoczela sie wiec walka. po raz pierwszy spotkalismy sie z tak wrogo
                        nastawionymi do innych stworzeniami. Walka byla bardzo zacieta, bo ich byly
                        tysiace a moze i nawet setki tysiecy. Za kazdeym razem gdy wydawalo sie ze to
                        juz koniec, pojawialy sie nowe krepliny. Na szczescie udalo sie nam je pokonac
                        ale niestety nie wyszlismy z tej bitwy bez szwanku.
                        • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 01:47
                          Rozpoczela sie wiec walka. po raz pierwszy spotkalismy sie z tak wrogo
                          nastawionymi do innych stworzeniami. Walka byla bardzo zacieta, bo ich byly
                          tysiace a moze i nawet setki tysiecy. Za kazdeym razem gdy wydawalo sie ze to
                          juz koniec, pojawialy sie nowe krepliny. Na szczescie udalo sie nam je pokonac
                          ale niestety nie wyszlismy z tej bitwy bez szwanku. Miejsce ktore tak pieknie
                          wygladało wczoraj wieczorem, teraz pokryte było ciałkami stworkow,
                          poprzecinanych w poł lub w poprzek, z odrabanymi głowami lub konczynami. Z ciał
                          zaczoł wydobywac sie ogromny setor przypominający zapachem bagna. Nagle
                          Szramiasty Dzimmi stracił równowage i upadł na kolana podpierajac się na mieczu.
                          • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 01:53
                            Miejsce ktore tak pieknie wygladało wczoraj wieczorem, teraz pokryte było
                            ciałkami stworkow, poprzecinanych w poł lub w poprzek, z odrabanymi głowami lub
                            konczynami. Z ciał zaczoł wydobywac sie ogromny fetor przypominający zapachem
                            bagna. Nagle Szramiasty Dzimmi stracił równowage i upadł na kolana podpierajac
                            się na mieczu.
                            Na jego twarzy pojawil sie grymas bolu i bladosc okryla jego oblicze.
                            Zrozumielismy ze jest z nim bardzo zle. Natychmiast podbieglismy do niego i
                            zobaczylismy lzy splywajace mu po twarzy. Zrozumielismy ze to byl jego koniec -
                            on przegral te walke.
                            • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 13.09.04, 14:10
                              Połozyliśmy Szramiastego na posłaniu i szybko jedna z naszych towarzyszek
                              wyciągneła mały flakonik i wlała jego zawartośc do jego ust.
                              -Teraz musi chwile pospać a ja pózniej posiedze przy nim. Najprawdopodobniej
                              będzie z nim przez chwile bardzo żle, lepiej ze by go nikt w tym stanie nie
                              oglądał. Jest silny wiec przezyje.
                              • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 15.09.04, 20:35
                                Połozyliśmy Szramiastego na posłaniu i szybko jedna z naszych towarzyszek
                                wyciągneła mały flakonik i wlała jego zawartośc do jego ust.
                                -Teraz musi chwile pospać a ja pózniej posiedze przy nim. Najprawdopodobniej
                                będzie z nim przez chwile bardzo żle, lepiej ze by go nikt w tym stanie nie
                                oglądał. Jest silny wiec przezyje.

                                Okrylismy go skora niedziwiedzia i zostawilismy w spokoju a sami udalismy sie
                                posprzatac pobojowisko i opatrzyc naszych rannych towarzyszy. Ciala kreplinow
                                bagiennych mielismy zamiar spalic, ale wtedy pojawily sie nastepne stworki.
                                Gotowi do odparcia kolejnego ataku, wyjelismy nasze miecze. Jednak te krepliny
                                nie byly do nas wrogo nastawione. Przewodzil im potezny, jak na ich wzrost,
                                stary kreplin.

                                • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 15.09.04, 22:31
                                  Połozyliśmy Szramiastego na posłaniu i szybko jedna z naszych towarzyszek
                                  wyciągneła mały flakonik i wlała jego zawartośc do jego ust.
                                  -Teraz musi chwile pospać a ja pózniej posiedze przy nim. Najprawdopodobniej
                                  będzie z nim przez chwile bardzo żle, lepiej ze by go nikt w tym stanie nie
                                  oglądał. Jest silny wiec przezyje.
                                  Okrylismy go skora niedziwiedzia i zostawilismy w spokoju a sami udalismy sie
                                  posprzatac pobojowisko i opatrzyc naszych rannych towarzyszy. Ciala kreplinow
                                  bagiennych mielismy zamiar spalic, ale wtedy pojawily sie nastepne stworki.
                                  Gotowi do odparcia kolejnego ataku, wyjelismy nasze miecze. Jednak te krepliny
                                  nie byly do nas wrogo nastawione. Przewodzil im potezny, jak na ich wzrost,
                                  stary kreplin.
                                  -Przybyliśmy wam podziekować za pomoc Ocaliliście nas przed tymi zmutowanymi
                                  kreplinami opanowały całe bagna i prawie nas wyparły.Teraz poniosły kare za
                                  swoje czyny.Przykro nam z powodu waszego kompana, mam nadzieje że wydobrzeje
                                  szkoda by go było zabił ich najwięcej widać umie walczyć.
                                  • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 16.09.04, 21:40
                                    -Przybyliśmy wam podziekować za pomoc Ocaliliście nas przed tymi zmutowanymi
                                    kreplinami opanowały całe bagna i prawie nas wyparły.Teraz poniosły kare za
                                    swoje czyny.Przykro nam z powodu waszego kompana, mam nadzieje że wydobrzeje
                                    szkoda by go było zabił ich najwięcej widać umie walczyć.

                                    Spojrzelismy na krepliny z niedowierzaniem. Nie roznily sie wygladem od tych,
                                    ktore nas zaatakowaly, ale za to ich zachowanie bylo zupelnie inne. Bylo widac
                                    ze sa do nas przyjaznie nastawieni. Byl miedzy nimi szaman, ktory podszedl do
                                    naszego rannego towarzysza i zacxal odprawiac nad nim jakies rytualy.
                                    • nait Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 16.09.04, 23:36
                                      Spojrzelismy na krepliny z niedowierzaniem. Nie roznily sie wygladem od tych,
                                      ktore nas zaatakowaly, ale za to ich zachowanie bylo zupelnie inne. Bylo widac
                                      ze sa do nas przyjaznie nastawieni. Byl miedzy nimi szaman, ktory podszedl do
                                      naszego rannego towarzysza i zaczal odprawiac nad nim jakies rytualy.

                                      Szaman wyrózniał się na tle małych stworzonek o posturze niedźwiadka, nie tylko
                                      kolorem oczu (czerwone) - był od nich wyższy, miał krwistoczerwoną czupryne i
                                      sporych rozmiarów kły wystające z pyska. Jego wygląd nie budził zaufania, ale w
                                      połączeniu ze śmiesznym tańcem wokół - conajmniej zdziwionego - Dżimmiego
                                      wywołał uśmiech na twarzach członków drużyny. Baliśmy się jednak roześmiać aby
                                      nie obrazić naszych nowych 'przyjaciół' i nie sprowokować ich do ataku - w
                                      końcu było ich dużo więcej, a my byliśmy wykończeni poprzednią walką.
                                      • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 16.09.04, 23:58
                                        Spojrzelismy na krepliny z niedowierzaniem. Nie roznily sie wygladem od tych,
                                        ktore nas zaatakowaly, ale za to ich zachowanie bylo zupelnie inne. Bylo widac
                                        ze sa do nas przyjaznie nastawieni. Byl miedzy nimi szaman, ktory podszedl do
                                        naszego rannego towarzysza i zaczal odprawiac nad nim jakies rytualy.
                                        Szaman wyrózniał się na tle małych stworzonek o posturze niedźwiadka, nie tylko
                                        kolorem oczu (czerwone) - był od nich wyższy, miał krwistoczerwoną czupryne i
                                        sporych rozmiarów kły wystające z pyska. Jego wygląd nie budził zaufania, ale w
                                        połączeniu ze śmiesznym tańcem wokół - conajmniej zdziwionego - Dżimmiego
                                        wywołał uśmiech na twarzach członków drużyny. Baliśmy się jednak roześmiać aby
                                        nie obrazić naszych nowych 'przyjaciół' i nie sprowokować ich do ataku - w
                                        końcu było ich dużo więcej, a my byliśmy wykończeni poprzednią walką.
                                        Po skonczonych tancach Szramiast nagle poczerwieniał i tak samo szybko zbladł
                                        do koloru papieru.Nagle poderwał sie i rozwjrzał po wszystkich.
                                        -Dajcie sie cos napic bo mi w ustach jakies swinstwo siedzi-krzyknał
                                        Ktos podał mu bukłak.
                                        -Co wy mi dajecie pic to zwykla woda!!!nie macie nic dla ludzi??
                                        -Dajcie mu sete to mu swiezości w ustach doda!!
                                        • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 20.09.04, 22:23
                                          Po skonczonych tancach Szramiast nagle poczerwieniał i tak samo szybko zbladł
                                          do koloru papieru.Nagle poderwał sie i rozwjrzał po wszystkich.
                                          -Dajcie sie cos napic bo mi w ustach jakies swinstwo siedzi-krzyknał
                                          Ktos podał mu bukłak.
                                          -Co wy mi dajecie pic to zwykla woda!!!nie macie nic dla ludzi??
                                          -Dajcie mu sete to mu swiezości w ustach doda!!

                                          Wychyliwszy sete, Szramiasty poczul sie jak nowo narodzony. W ogole nie bylo po
                                          nim widac ze jeszcze chwile wczesniej byl praktycznie w stanie agonii. Bardzo
                                          sie ucieszylismy ze nasz druh odzyskal sily i swoj wigor. Wspolnie
                                          postanowilismy jak najszybciej opuscic pobojowisko i znalezc sobie inne,
                                          bardziej przyjazne miejsce na oboz. Przyjaznie nastawione krepliny postanowily
                                          nam towarzyszyc w naszej wedrowce.
                                          • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 20.09.04, 22:56
                                            Po skonczonych tancach Szramiast nagle poczerwieniał i tak samo szybko zbladł
                                            do koloru papieru.Nagle poderwał sie i rozwjrzał po wszystkich.
                                            -Dajcie sie cos napic bo mi w ustach jakies swinstwo siedzi-krzyknał
                                            Ktos podał mu bukłak.
                                            -Co wy mi dajecie pic to zwykla woda!!!nie macie nic dla ludzi??
                                            -Dajcie mu sete to mu swiezości w ustach doda!!
                                            Wychyliwszy sete, Szramiasty poczul sie jak nowo narodzony. W ogole nie bylo po
                                            nim widac ze jeszcze chwile wczesniej byl praktycznie w stanie agonii. Bardzo
                                            sie ucieszylismy ze nasz druh odzyskal sily i swoj wigor. Wspolnie
                                            postanowilismy jak najszybciej opuscic pobojowisko i znalezc sobie inne,
                                            bardziej przyjazne miejsce na oboz. Przyjaznie nastawione krepliny postanowily
                                            nam towarzyszyc w naszej wedrowce.
                                            Prześliśmy las i po kiedy słonce chyliło sie ku zachodowi doszlismy do
                                            przepieknej polany. z trzech stron otoczona była lesem a z jednej skałami i
                                            małym strumykiem przepływajacym po nich.
                                            -+
                                            wojTek
                                            • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 20.09.04, 23:09
                                              Prześliśmy las i po kiedy słonce chyliło sie ku zachodowi doszlismy do
                                              przepieknej polany. z trzech stron otoczona była lesem a z jednej skałami i
                                              małym strumykiem przepływajacym po nich.

                                              Wesole szemranie strumyka delikatnie piescilo nasz sluch i napawalo nas
                                              optymizmem co do naszych dalszych losow. Spodobalo nam sie bardzo na tej
                                              polance, rozbilismy wiec oboz i postanowilismy odpoczac po ciezkim dniu.
                                              • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 20.09.04, 23:22
                                                Ktoś zebrał drewno a ktos inny postrał sie o cos do jedzenia. Nie spieszac sie
                                                przygotowaliśmy potrawe i siedzac w kregu zaczelismy smuc opowiadanie o swoich
                                                dziejach.
                                                -+
                                                wojTek
                                                • nait Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 21.09.04, 15:10
                                                  O dziwo swą opowieść zaczął Dżimmi - może to skutek tej kreplińskiej setki,
                                                  która (o dziwo) była znacznie większa niż setka ludzka, ale wcale to nie
                                                  przeszkadzało Szramiastemu. Okazało się, że w młodości należał do bandy Baby
                                                  Aliego i razem z nim plądrował osady w okolicach Gór Wężowych. Pewnego dnia
                                                  napadli na świątynie bogini Lilith, w której akurat młode kapłanki odprawiały
                                                  jakiś tajemniczy rytuał. Dżimmi chcąc zaimponować kompanom wtargnął do świątyni
                                                  i zaczął dobierać się do jednej z kapłanek. Ta jednak stawiała opór, a jej
                                                  koleżanki nie zamierzały bezczynnie stać i przyglądać się całemu zajściu -
                                                  wezwały na pomoc swą boginię i zamieniły tych co weszli do świątyni w prosięta.
                                                  • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 21.09.04, 21:15
                                                    O dziwo swą opowieść zaczął Dżimmi - może to skutek tej kreplińskiej setki,
                                                    która (o dziwo) była znacznie większa niż setka ludzka, ale wcale to nie
                                                    przeszkadzało Szramiastemu. Okazało się, że w młodości należał do bandy Baby
                                                    Aliego i razem z nim plądrował osady w okolicach Gór Wężowych. Pewnego dnia
                                                    napadli na świątynie bogini Lilith, w której akurat młode kapłanki odprawiały
                                                    jakiś tajemniczy rytuał. Dżimmi chcąc zaimponować kompanom wtargnął do świątyni
                                                    i zaczął dobierać się do jednej z kapłanek. Ta jednak stawiała opór, a jej
                                                    koleżanki nie zamierzały bezczynnie stać i przyglądać się całemu zajściu -
                                                    wezwały na pomoc swą boginię i zamieniły tych co weszli do świątyni w prosięta
                                                    Mnie chyba za odwage odczarowano ale reszta kompanów została zjedzona przy
                                                    najblizszej okazji. Po tym wszystkim chyba w ramach programu resocjalizacji
                                                    młodych przestepców zotałem skierowany do zamku Zakonu Białej Rózy gdzie
                                                    dorastałem i szkoliłem sie na jednego z tych obronców ładu i bezpieczenstwa
                                                    naszej ojczyzny. Po tym jak zakon rozwiazano wiele znas tuła sie po swiecie i
                                                    szuka zarobku za swoje usługi. Jedni robia to bardziej a niektorzy mniej
                                                    zgodnie z prawem i naszym dawnym kodeksem. Z reszta sami ich dobrze znacie.
                                                    -+
                                                    wojTek
                                                  • jatotylko Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 18.10.04, 11:51
                                                    Tymczasem w odległej krainie, dwoje, z ostatnich z plemienia Kiku, odkryli
                                                    zaginioną księgę umarłych. Byli to Shina i Moki. Shina, otworzywszy księgę
                                                    zagłębiła się w jej lekturę i czytając fragment umieszczony na pierszej
                                                    stronie, nieświadomie odczytała zaklęcie, które przywróciło do życia
                                                    największego i najstraszniejszego z wszystkich, potwora.
                                                  • kubatka Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 18.10.04, 20:45
                                                    Niebo zasnuly czarne chmury i rozlegly sie zlowieszcze grzmoty, a blyskawice
                                                    raz po raz przecinaly niebo i rozswietlaly mrok. Shina przerazona upuscila
                                                    ksiege i chwycila Mokiego za reke. Chcieli uciec jak najdalej, ale nie mogli
                                                    wykonac zadnego ruchu... Nagle ich oczom ukazal sie ON...

                                                  • danway1 Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 23.10.04, 13:24
                                                    Była to potężna postać mężczyzny, który miał ponad dwa metry wysokości. W jego
                                                    czerwonych ślepiach widać było zło, które nie pozwalało Shinie i Mokiemu się
                                                    ruszyć. W końcu do nich przemówił.
                                                  • jatotylko Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 26.11.04, 11:45
                                                    - "Help" - po czym upadł na ziemię.
                                                    Shina i Mokie stanęli nieruchomo, spoglądając to raz na siebie nawzajem, to
                                                    znów na postać mężczyzny. Bali się, ale czuli, że nie grozi im
                                                    niebezpieczeństwo. Widać było że ów mężczyzna potrzebował pomocy. Widoczne
                                                    ślady tortur na jego ciele przywodziły im na myśl najstraszniejsze scenariusze.
                                                    Niczego się jednak nie dowiedzieli, prócz imienia jakie wypowiedział ów
                                                    człowiek: Balto.
                                                    Shina i Mokie nie mieli jednak pewności czy wypowiedziane imię należało do
                                                    nieprzytomnego mężczyzny.
                                                  • danway1 Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 03.12.04, 12:13
                                                    Była to potężna postać mężczyzny, który miał ponad dwa metry wysokości. W jego
                                                    czerwonych ślepiach widać było zło, które nie pozwalało Shinie i Mokiemu się
                                                    ruszyć. W końcu do nich przemówił.
                                                    - "Help" - po czym upadł na ziemię.
                                                    Shina i Mokie stanęli nieruchomo, spoglądając to raz na siebie nawzajem, to
                                                    znów na postać mężczyzny. Bali się, ale czuli, że nie grozi im
                                                    niebezpieczeństwo. Widać było że ów mężczyzna potrzebował pomocy. Widoczne
                                                    ślady tortur na jego ciele przywodziły im na myśl najstraszniejsze scenariusze.
                                                    Niczego się jednak nie dowiedzieli, prócz imienia jakie wypowiedział ów
                                                    człowiek: Balto.
                                                    Shina i Mokie nie mieli jednak pewności czy wypowiedziane imię należało do
                                                    nieprzytomnego mężczyzny.
                                                    W koncu jednak przelamali sie i podeszli do nieprzytomnego mezczyzny. Spojrzeli na jego twarz i zobaczyli, co wystraszylo ich jeszcze bardziej. Oczy postaci wygladaly jak oczy smoka, co nie pasowalo do jego lagodnej twarzy.
                                                  • wojciasf Re: Chapter V - W poszukiwaniu dobra 03.12.04, 17:27
                                                    Była to potężna postać mężczyzny, który miał ponad dwa metry wysokości. W jego
                                                    czerwonych ślepiach widać było zło, które nie pozwalało Shinie i Mokiemu się
                                                    ruszyć. W końcu do nich przemówił.
                                                    - "Help" - po czym upadł na ziemię.
                                                    Shina i Mokie stanęli nieruchomo, spoglądając to raz na siebie nawzajem, to
                                                    znów na postać mężczyzny. Bali się, ale czuli, że nie grozi im
                                                    niebezpieczeństwo. Widać było że ów mężczyzna potrzebował pomocy. Widoczne
                                                    ślady tortur na jego ciele przywodziły im na myśl najstraszniejsze scenariusze.
                                                    Niczego się jednak nie dowiedzieli, prócz imienia jakie wypowiedział ów
                                                    człowiek: Balto.Shina i Mokie nie mieli jednak pewności czy wypowiedziane imię
                                                    należało do nieprzytomnego mężczyzny. W koncu jednak przelamali sie i podeszli
                                                    do nieprzytomnego mezczyzny. Spojrzeli na jego twarz i zobaczyli, co
                                                    wystraszylo ich jeszcze bardziej. Oczy postaci wygladaly jak oczy smoka, co nie
                                                    pasowalo do jego lagodnej twarzy.
                                                    Nie wiadomo co mieli robic. Łagodny wyglad mogl zmulic ich, szczególnie, ze te
                                                    smocze oczy budziły w nich strach. Stanieli przed dylematem pomóc a jak te
                                                    czlowiek po uzdrowieniu ich zaatakuje. W dwojke napewno nie było szans pokonac
                                                    go.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka