21.07.05, 17:39
Dzisiejsze popołudnie obfitowało w ciekawe wydarzenia. Sześciu chłopców w
wieku od 7 do 10 lat zdąrzyło w ciągu dwóch godzin wykonać następujące
czynności:
- rozebrać się i ubrać z dziesięć razy (włączając w to buty i skarpetki)
- prawie dać się rozjechać samochodowi dwa razy
- zjeść obiad, stanowczo odmawiając tknięcia mizerii, której nieopatrznie
spróbowałam swoim widelcem (jeden z chłopców jest bardziej "obrzydliwy" i
walnięty na punkcie higieny niż detektyw Monk, jesli wiecie, o czym mówię)
- skonstruować budowlę składającą się z poduszek na krzesła, małego namiotu
plażowego, kocy i własnych ubrań
- zabić się nawzajem mieczami świetlnymi około dwóch tysięcy razy
- nasikać na dom
- rozpłakać się dramatycznie na wieść, że mają już iść do siebie
A wasze dzieci co robią ciekawego?
Obserwuj wątek
    • dr.krisk Straszne... 21.07.05, 19:15
      Dzieci nie posiadam, ale ze zgroza obserwuje co te male potwory sa w stanie
      uczynic. Jest to efektem posiadania przez nie nadmiaru energii, zawlaszczonej
      osobom doroslym zmuszonym do utrzymywania potmostwa (nabywania im pozywienia,
      odziezy, gier komputerowych, lalek Barbie, samochodow, domow, itp.).
      Dlatego uwazam ze XIX-wieczny pomysl z przymusowym zatrudnianiem dzieci w
      fabrykach byl znakomity!!!!
      KrisK
      • daria13 Re: Straszne... 21.07.05, 19:36
        No właśnie - straszne! Własnym oczom nie wierzę czytając te słowa z ust (spod
        palców)mojego idola! Jakże to tak? Dzieci do fabryk? Toż one właśnie po to są,
        żebyśmy musieli się o nie troszczyć, żebyśmy musieli się z nimi użerać, a potem
        nawzajem się przepraszać, całować i tulić! Ot co, po to są dzieci!Kto tego nie
        rozumie, nie potrzebuje, zwyczajnie dzieci sobie nie funduje.
        Przez dzieci wypłakałam morze łez, głównie z powodu troski o ich zdrowie,
        czasami z niemocy wychowaczej, ale też nikt nigdy nie dał mi tylu powodów do
        radośći i dumy co moje latorośle.
        Dzieci robią typowe rzeczy, takie jak wkładanie sobie różnych przedmiotów do
        różnych otworów w swoich ciałakch. Kuba na szczęście włożył sobie do nosa tylko
        plastikowe kółeczko, poinformował o tym po kilku dniach (jak tatuś wyjechał na
        kilka dni;) a mądra mamusia próbując je wyjąć popchnęła je głębiej. Kółeczko
        nie znalazło się nigdy, żadne wzierniki ich nie wykryły. Wot zagadka. Może on
        umrze z tym kółeczkiem, bo ono zasymilowało się z jakąś częścią kubusiowego
        ciałka? Kto to może wiedzieć? Kółeczko to pryszcz, gorzej bywa z połkniętymi
        bateriami zegarkowymi, dużo gorzej, bo mogą nie tylko się nie zasymilować, ale
        poczynić pewne szkody w organiźmie, pewne poważne szkody dodam. Ale to za długa
        historia. Dzieci mogą też pisać świetne wiersze od 6 roku życia (to znaczy
        świetne zaczynają się robić gdzieś tak od 12 roku). Ale o tym już mówiłam,
        piszę o tym teraz, bo nie jest to takie znów typowe (to że piszą, to jeszcze
        nic, ale ze piszą świetne to już coś;).
        Dziękuję Ci bardzo Noido za ten temat, bo jak się rozwinie, to calkiem śmieszne
        i fascynujące rzeczy bedzie można tu jeszcze powypisywać:)
        A dottore powinien się wstydzić i to bardzo! Gdybym nie znała trochę dottore,
        to może bym uwierzyła:))
        Pozdrawiam w nadziei na liczne posty:)
        • dr.krisk Mali terrorysci... 21.07.05, 19:48
          daria13 napisała:

          > A dottore powinien się wstydzić i to bardzo! Gdybym nie znała trochę dottore,
          > to może bym uwierzyła:))
          Za nic sie nie wstydze, albowiem uwazam ze te male bestie sprytnie wykorzystuja
          slabosc nas, doroslych, i bezczelnie zeruja na pierwotnych uczuciach ("o, jaki
          slicny chlopcyk!!! A ile mas latek, chlopcyku????"). Ze zgroza obserwuje moich
          znajomych & przyjaciol, jak wypruwaja sobie zyly, traca zdrowie i humor -
          wszystko to dla rozrywki owych "milusinskich".
          Dzieci sa w zasadzie do niczego nieprzydatne, albowiem:
          - nie pija whisky & piwa;
          - nie pala cygar;
          - jedza jakies dziwne rzeczy w rodzaju lodow o smaku gumy balonowej :(((;
          - dziwnie szybko sie mecza przy np. wycieczce rowerowej, ale za to w domu
          zamieniaja sie wulkany energii;
          - zadaja glupie pytania ("dlaczego dr KrisK tak lakomie patrzy na ciocie?");
          - bezczelnie wcinaja sie do rozmowy ("ta partycja na dysku jest zle zalozona!");
          - i w ogole!!!
          Co gorsza, mimo iz bachorow nie lubie (i daje im to odczuc), te wstretne bestie
          jakos palaja do mnie nieuzasadniona sympatia!!!
          KrisK
          • noida Re: Mali terrorysci... 21.07.05, 22:51
            Doktorze, z dziećmi to tak zawsze. Co świadczy o tym, że dzieci:
            a.) posiadają bardzo niewielką ilość instynktu samozachowawczego i same się
            pchają w szpony osobników im nieżyczliwych
            lub
            b.) są niezwykle wyrafinowanymi potworami, które robią to tylko po to, żeby
            człowieka wyprowadzić z równowagi
            Osobiście obstawiałabym jednak to pierwsze rozwiązanie.
            • dr.krisk Wlazenie w szpony dra Kriska... 22.07.05, 16:45
              noida napisała:

              > Doktorze, z dziećmi to tak zawsze. Co świadczy o tym, że dzieci:
              > a.) posiadają bardzo niewielką ilość instynktu samozachowawczego i same się
              > pchają w szpony osobników im nieżyczliwych
              Sam juz nie wiem...
              Typowa sytuacja: naprawiam motocykl - zdjete dekle z silnika, czesci rozlozone
              dokola mnie. Za chwile slychac tupot malych nozek i podejrzane lomoty
              dobiegajace zza moich plecow.... a to wlasnie moja pradnica poddawana jest
              szczegolowym ogledzinom przez jakies male gnomy. Rycze i wyganiam z garazu.
              Skutkuje to na piec minut, bo za chwile juz slysze pytanie:
              "plosze pana, a co pan robi?"
              "Gram w tenisa, jak widzisz"
              Chwila spokoju....
              "A co takiego????"
              "NATYCHMIAST ODLOZ TO NA MIEJSCE!!!!!"
              I tak przez caly czas......

              • noida Re: Wlazenie w szpony dra Kriska... 23.07.05, 23:00
                Tak, uwielbiam pytania z serii "A co robisz?". Ty sobie spokojnie czytasz
                gazetę/gotujesz obiad/sadzisz roślinkę, a tu przychodzi dziecko lat 6 i pyta "A
                co robisz?". I jak odpowiesz "Lecę w kosmos" albo "Śpię" to nigdy nie chce
                uwierzyć... ciekawe czemu. Dziwne te dzieci.
                • dr.krisk A ja ponosze tego konsekwencje! 24.07.05, 00:46
                  Ciekawosc dzieci jest zrozumiala - musza jakos ten swiat poznac, a wiec wlaza,
                  dotykaja, rozbieraja na czescie i zadaja miliony pytan. A ja ponosze tego
                  konsekwencje, bo tylko w moim garazu sa Niezwykle Ciekawe Rzeczy....
                  A rodzice owych maluchow tylko potrafia grilla w ogrodzie rozpalic i siedziec
                  na plastykowych krzeselkach - nic dziwnego ze te male paskudy ryzykuja obicie
                  tylka wlazac na moje wlosci.....
      • braineater Re: Straszne... 21.07.05, 19:39
        Braineater lat 18, postanowił był zostac pedagogiem, tym samym udał się do
        liceuma, które takiż profil kształenia zapewniało. Nudzac się przokrutnie
        dowiedział sie o istanieniu takich dziedzin wiedzy, jak metodyka, czy
        pedagogika, jak również podstawy dziecięcej psychoilogii, i w tę wiedzę
        uzbrojony, skierowan został na poligon - czytaj przedszkole. Po brawurowym
        wejściu, gdzie omalże Braineater nie rozbił sobie łba o cokolwiek niskie sufity
        w/w lokalu, został przywitany ogólnym ochachem, zawierającym sie w
        stwierdzeniu ' ja cieeee...to facet jest!!!'. co było o tyle niespodzianką, iż
        wspomniany bohatir niniejszej opowieści, włosy wtedy miał długie do połowy
        pleców.
        Po powitaniu itp, został zaprowadzony na miejsce kaźni aka - sala rekreacyjna.
        Tam pod jego czuła opiekę oddano garstkę potworzątg płci wszeakiej, które po
        szybkim zapoznaniu się z panem, doszły do wniosku 'aaaa luz...nie ksycy' zajęły
        się zabawami własciwymi dla swego wieku i płci, jak to: gonienie się z nóg
        podcinaniem, szcypanie wzajemne, obrzucanie klockami a najciekawszą częscią
        tych igrców było, stosowanie przemyslnej konstrukcji z klocków, nieznanego
        wcvześniej Braineaterowi typu, takich wydrązonych w środku, o owalnym
        przekroju, gdzie pusta przestrzeń wewnątrzklockową, rozkoszne dzieciaczki
        wypełniały kredka ołówkową, po czym mocno dując z jednego końca klocka,
        zamieniały się cne dzieciaczki w łowców głow Yanomani, polujących na złych za
        pomoca dmuchaw. Tedy tez, zwazywszy na pewne niebezpieczeństwo tkwiące w takiej
        zabawie, Braineater postanowił użyć Głosu Autorytetu i pozabierac dziecinom
        klocuszki. Wrzask był na tyle okrutny, że cąła akcja ograniczona została do
        odebrania dzieciom kredek, co przyjęly bez wiekszych oporów, gdyż okaząło się,
        iż milusińscy łacno odkryli, że kredka świecowa leci równie pieknie i równie
        bolesny efekt na adwersarzach wywiera. Czas już był najwyższy by Głos
        Autorytetu zagrzmiał ponownie. Tedy tez Braineater podszedł do prowodyra tej
        bandy i w słowach prostych a efekt wywierających, poprosił, by dzieciaczek
        rozkoszny dokonał natychmiastowego rozbrojenia. Cóz - jedyną reakcją było
        szybkie wzruszenie ramionami oraz nadećie polików i wycelowanie śmiercionośnego
        urządzenia w stronę niczego nie spodziewajcego się Braineatera. I stało sie,
        stało sie to co miało się stac - że zacytujemy klasyka - kredka pchnieta cała
        moca oddechu młodzieńca pofrunęła w stronę opiekuna i po krótkiej chwili dumnie
        i barwnie zaczęła wystawac z prawego Braineaterowego nozdrza. Autorytet runął z
        miejsca w gruzy i nie udało sie go odzyskac do końca semestru, bowiem
        dzieciaczki widząc nadchodzacego Braineatera momentalnie zaczynąly pokładac się
        ze śmiechu.
        Tak oto kolejny niedoszły Pedagog został pokonany przez siły zła i ciemną
        stronę mocy.

        Nie znosze dzieci....

        Pozdrowienia:)
        • dr.krisk Potworne! 21.07.05, 19:55
          Ja nawet kiedys w towarzystwie podzielilem sie moja wizja Idealnego
          Przedszkola, wzorowana na zwiedzanym kiedys wiezieniu Alcatraz.... gdyby wzrok
          kobiecy mogl zabijac, obecnie bylby wakata na TWA.
          Jak najbardziej solidaryzuje sie z braineaterem - najwyzszy czas zdemaskowac
          tych mlodocianych terrorystow!
          • monikate Re: Potworne! 21.07.05, 20:26
            Trzeba metodą "Gliniarza w przedszkolu" z Arniem S., n'est-ce-pas? :-)
            • braineater Re: Potworne! 21.07.05, 20:33
              Ja to bardziej miałem jazdę na "Wioske przekletych" lub na "Władcę Much':)
              Pzdr:)
            • dr.krisk Wlasnie tak! 21.07.05, 20:40
              Dobrym slowem z tymi malymi bestiami nic sie nie osiagnie. Co innego
              straszliwym rykiem kapralskim & pogrozkami! Najgorzej, ze przez te wszystkie
              filmy dzieciaki oswojone sa z przemoca, i nawet takie wyrafinowane opisy
              meczarni jak: "wyrwe wam nogi z tylkow i tymi nogami was pozabijam!" - nie
              dzialaja!!
    • broch eee tam, pany "demonizuja" 21.07.05, 21:21
      Uwazam ze takie dzieci jacy rodzice. W sumie dzieci nie sa grozne, moze czasem
      sa natretne, ale nie sa grozne. Grozniejsze sa nastolatki. Obaj panowie
      popelnili wazki blad: zawsze wchodzac miedzy dzieci wyobrazam sobie ze jestem na
      wojnie: samotny partyzant otoczony przez przewazajace sily wroga :)))

      Na stwierdzenie o partycjonowaniu mozna odpowiedziec na dwa sposoby:
      a) "spec" computerowy: BSD nie uzywa partycji, partycjonowanie DOS/Windows jest
      bledne (i tu dlugi, niekoniecznie poprawny technicznie monolog o partycjonowaniu)
      b) laik komputerowy: a wiesz jaki jest wzor fruktozy?

      Grunt to skonfundowac, wykazac sie wyzszoscia yntelektualno i dac do myslenia.

      A z ciekawosci przy narzekaniu na dzieci :))) czy ktores z Was bylo tzw "problem
      child"?
      • braineater Re: eee tam, pany "demonizuja" 21.07.05, 21:24
        broch napisał:


        > A z ciekawosci przy narzekaniu na dzieci :))) czy ktores z Was bylo
        tzw "proble
        > m
        > child"?

        A jak myslisz?:) Tak do 10 roku zycia to byłem rozmemłanym grubaskiem, ale
        potem mi przeszło i zaczął się hardkor wychowawczy trwający do dziś:)

        Pzdr:)
        • broch Re: eee tam, pany "demonizuja" 21.07.05, 21:36
          nie mam pojecia, Na podstawie postow trudno wyczuc jakie bylo czyjes
          dziecinstwo, pytanie bylo tak sobie, bez wymogu odpowiedzi.

          aha, hard core'owych punkuf bardzo grzecznych poza tym tez widzialem (tacy
          poprzebierani, wlosy na sztywno bialkiem, duzo krzyku, grunge i w ogole, ale nic
          poza tym. "Problem child" to to nie jest (i moze dzieki Bogu)).
        • staua Re: eee tam, pany "demonizuja" 21.07.05, 23:49
          U mnie bylo odwrotnie - do czasow wczesnolicealnych bylam okropnym, aspolecznym, przemadrzalym,
          aroganckim, przekonanym o swojej wyzszosci bachorem. Potem zaczelo mi bardzo stopniowo
          przechodzic (z niektorymi z tych cech jeszcze sie nie pozegnalam). Nie wiem, jak moi rodzice to
          wytrzymywali (mialam dwie specjalnosci: obrazanie sie i siedzenie w kacie, polaczona z niejedzeniem,
          albo placzem np. przez tydzien bez przerwy, oraz - w dobrym humorze - dolaczanie do imprez
          rodzicow, gdzie goscie siedzacy za stolem musieli wysluchowac moich wtretow do swoich rozmow albo
          prowokacji sugerujacych, ze cale ich zycie jest beznadziejne i bez sensu).
          Na studiach natomiast mialam epizody wychowawcze (nie w szkole, bo olalam dzieki ITS
          obowiazkowa specjalizacje nauczycielska na biologii, dzieki czemu nie musialam zaliczac psychologii,
          pedagogiki i metodyki, ale na wakacjach, prowadzilam tzw "Lato w Miescie" o profilu sportowym oraz
          dla dzieci niedoslyszacych w roznym stopniu). Musze powiedziec, ze w przeciwienstwie do Braineatera,
          bardzo milo to wszystko wspominam, jakos udalo mi sie uzyskac u dzieci autorytet, choc niektore
          rzeczy musialam tlumaczyc MOCNO podniesionym glosem i bardzo stanowczo (ze np. nie nalezy turlac
          sie po skarpie z Nowego Miasta az do Wislostrady, zwlaszcza, jesli do tego zdejmuje sie aparat
          sluchowy i nie mozna uslyszec ostrzegawczego wolania, albo ze majac cztery lata lepiej nie wbiegac na
          ulice goniac sie nawzajem).
      • dr.krisk Niegrozne dzieci?????? 21.07.05, 23:29
        Tu bym polemikowal! Owszem, wygladaja niegroznie, ale skutki dlugotwalego
        oddzialywania dziecka na rodzicow bywaja przerazajace! Calkiem sensowni ludzie
        pod ich wplywem zmieniaja sie w rozdygotana galarete, przeswiadczona ze
        natychmiastowy brak reakcji na rozmaite dzieciece zadania skonczy sie dla
        malego kaprysnika tragicznie. Wedlug nich, nienapojenie dziecka w ciagu pieciu
        minut grozi mu smiercia z odwodnienia.. itp.
        Nowa bronia dzieci skierowana przeciwko doroslym sa wszelkiego rodzaju alergie -
        jeszcze 40 lat temu o nich nikt prawie nie slyszal, obecnie jakikolwiek
        kontakt dziecka z normalnym swiatem (tzn. niewirtualnym) konczy sie
        dlugotrwalym leczeniem.... Dzieci wymyslily sobie takze szereg przypadlosci w
        rodzaju dysleksji, dysgrafii, oraz dysharomonii ogolnej, zeby wymigiwac sie od
        kasliwych uwag nauczycieli.

        Sam nigdy dzieckiem nie bylem, przynajmniej sobie tego faktu nie przypominam...
        Od razu urodzilem sie chyba dorosly?
        KrisK
    • braineater Cieciaczki - wrrrrrrr 21.07.05, 21:35
      wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2831798.html
      i pomysleć, że mogłem być w tym banku:P
    • noida Re: Dzieci. 21.07.05, 23:04
      Myślę chłopaki, że trochę przesadzacie. Owszem, przyznaję, dzieci w masie to
      jest jakiś nieokiełznany żywioł (chylę głowę przed wychowawczyniami w klasach 1-
      3), ale dzieci w mniejszych ilościach (tak do 10) to zazwyczaj kupa śmiechu, o
      ile nie wrzeszczą zbyt głośno. Zajmują się same sobą, nikogo nie terroryzują
      poza młodszymi kolegami, którzy wszak muszą się uczyć życia, a przy tym
      wygłaszają tak przezabawne mądrości życiowe, że mozna umrzeć ze śmiechu.
      Jeden z moich ulubionych dialogów, występuje dwóch chłopców w wieku lat 7:
      A: A ja ci przywalę!
      B: A ja cię tak kopnę, że polecisz na księżyc!
      A: A ja cię tak kopnę, że polecisz na księżyc i na słońce i się rozpadniesz na
      sto kawałków!
      B: A ja ci tak przywalę, że się rozpadniesz na sto kawałków i zawołam zielonego
      potwora i on cię zje!
      A: A ja zawołam czerwonego potwora, które cię rozszarpie na kawałki i zje i
      zabije cię mieczem świetlnym!
      B: Tak? A ja cię narysuję gołego!
      Zgadnijcie, kto wygrał :D
      • dr.krisk A skad! 21.07.05, 23:17
        noida napisała:

        > Myślę chłopaki, że trochę przesadzacie.
        Podstawowy problem dzieci polega na niewielkiej odleglosci pomiedzy otworem
        gebowym a narzadami wydalnicznym. W zwiazku z tym trudno znalezc chwile, gdy
        jeden z Koncow Dziecka nie bylby zajety, albo nie wymagalby uwagi osoby
        doroslej ("chce jesc!", "chce siku!").
        Jak zauwazylem rowniez, do kazdego dziecka przypisana jest niezwykle dluga
        lista potraw, ktorych dziecko nie lubi! W zasadadzie moza byc pewnym, ze
        cokolwiek sie poda, zawsze dziecko odkryje jakis aktualnie dla niego absolutnie
        niejadalny skladnik! Nie dotyczy to oczywiscie rozmaitych swinstw
        junkfoodowych, w miare moznosci w niejadalnych kolorach i smakach...... Te
        pozerane sa w niebywalych ilosciach i bez krecenia nosem!
        KrisK
    • agni_me Re: Dzieci. 22.07.05, 00:56
      Dzieci trzeba wychować i oczywiście trzeba poświęcać im czas. Można przy tym
      się nawet świetnie bawić, przy tym poświęcaniu i wychowaniu znaczy. Ale, proszę
      mi wybaczyć, opowiadanie o tychże dzieciach jest jeszcze nudniejsze niż same
      dzieci. Mówię to świadomie, jako matka dziecku. Jestem przekonana, że
      zabawniejsze dla wszystkich jest opowiadanie o zwierzętach domowych, albo o
      nowych narzeczonych. Dzieci interesują tylko i wyłącznie rodziców, rodziców
      tychże dzieci, a nie rodziców w ogóle. Świadomość tego skutecznie zniechęca
      mnie do mówienia o Igorze, wolę nudzić na inne tematy. Zbyt lubie swoje dziecko
      chyba.
      • daria13 Re: Dzieci. 22.07.05, 09:10
        A co zrobić kiedy dzieci stanowią czyjś sens życia, kiedy wszystkie aktywności
        życiowe i przyjemności mają nierozerwalny związek z dziećmi? Wtedy niesposób
        nie wplatać informacji o dzieciach do niektórych wypowiedzi, musiałabym albo
        robić to na siłę, albo nie mogłabym poruszać w ogóle pewnych tematów, bo bez
        nawiązania do dzieci zwyczajnie byłoby to niewykonalne. Ja i tak stram sie jak
        mogę nie pisać o potomstwie, ale czasami się nie da, wybaczcie. Zrobię
        wszystko, co w mojej mocy, żeby się ograniczyć, obiecuję. Wiem, że Agni ma
        rację, ale to jest naprawdę trudne:)
        Pozdrawiam:)
    • quarantina Re: Dzieci. 22.07.05, 08:43
      Nie lubię dzieci. Autentycznie i szczerze. Toleruję tylko rodzinne, czyli moje
      oraz spokrewnione. Reszta mnie irytuje w stopniu najwyższym. Nawet już nie
      próbuję udawać, że jest inaczej. O dziwo, podobnież jak doktora, mnie też
      dzieci lubią. Może dlatego, że traktuję je jak resztę świata, a nie w sposób
      wyjątkowy. Doceniam natomiast komizm sytuacyjny jaki dzieci potrafią wywoływać.
      To jest to, co lubię najbardziej: właściwą dzieciom logikę, irracjonalne gry
      słowne, nieokiełznaną niczym wyobraźnię.
      Oczywiście posiadam w stopniu dostatecznie rozwiniętym instynkt macierzyński,
      który pozwala mi na efektywne (mam nadzieję) wychowywanie własnych dzieci.
      pozdr.:)
      • daria13 Re: Dzieci. 22.07.05, 10:53
        Jestem totalnie zdziwiona (nie mylić zawiedziona, bo to nie o to chodzi) Waszą
        postawą. I o ile rozumiem facetów, zwłaszcza tych bezdzietnych, to niechęć do
        dzieci u kobitek dzieciatych jest zaskakujący (a może nie?).
        Ja dzieci lubię bardzo, od tych całkiem maleńkich do nastolatków, z którymi
        mozna już nieraz calkiem sensownie podyskutować. Wielokrotnie już słyszałam, że
        gdybym chciała jeszcze zmienić zawód, to powinnam zostać przedszkolanką, mam do
        maluchów cierpliwość, mam podejście i nieźle się nimi dogaduję, ale myślę że
        przyczyną tego stanu rzeczy jest moja własna dziecinność. Zawsze, w każdej
        sytuacji, staram sie pamiętać, co w dzieciństwie było dla mnie ważne, co
        bolało, co budziło lęki i na czym mi wtedy najbardziej zależało i dzięki temu
        pamiętaniu umiem tak dobrze się dogadywać w dziećmi swoimi i obcymi też. To
        bardzo ciekawy i bogaty świat i ja wcale nie chcę z niego całkiem wychodzić.
        Mój mąż ciągle nie może się nadziwić, dlaczego ja tak kocham różne potwory z
        filmów i dlaczego moim ulubionym bohaterem filmowym jest Obcy, serio! Może jak
        będę bardzo stara i pomarszczona to bedzie głupio wyglądało, ta moja egzaltacja
        i różne dziwaczne zachwyty, ale mam to w nosie.
        Największą przyjemność sprawiło mi zdanie Brocha (!), o tym że jacy rodzice,
        takie dzieci. Bardzo podniosło to moją samoocenę!
        Nie mogę się doczekać powrotu Beaty, a i mam nadzieję, że Aneta zmieni nico ten
        wątek i proporcje lubiących do nielubiących dzieci!
        :)
        • quarantina Re: Dzieci. 22.07.05, 12:03
          W zasadzie przestał (a bywało, że denerwował) denerwować mnie obowiązek
          kochania dzieci. Jak nie lubię feminizmu (cokolwiek on znaczy), to uważam, że
          jednym z osiągnięć tego ruchu jest właśnie odwaga kobiet w mówieniu co myślą o
          macierzyństwie. Każda z nas jest inna (genialne, co nie?). Każda inaczej
          podchodzi do macierzyństwa i ma do tego prawo. Obecny stosunek do dzieci jest
          zjawiskiem stosunkowo nowym. Kilkadziesiąt lat temu nikt nie przejmował się za
          bardzo systemem nerwowym czy problemami wieku rozwojowego dziecka. Nie
          chciałabym być posądzona o powierzchowność czy cynizm. Świat dzieci nie jest po
          prostu moim światem, co nie przeszkadza mi w porozumiewaniu się z latoroślami.
          • beatanu feminizm 22.07.05, 12:40
            quarantina napisała:
            >Jak nie lubię feminizmu (cokolwiek on znaczy), to uważam, że
            > jednym z osiągnięć tego ruchu jest właśnie odwaga kobiet w mówieniu co myślą
            o
            > macierzyństwie. Każda z nas jest inna (genialne, co nie?). Każda inaczej
            > podchodzi do macierzyństwa i ma do tego prawo.

            A teraz ja się zdziwiałam :) Masz oczywiście nie lubić całości ruchu/ideologii
            zwanego feminizmem - ale jakoś instynktownie traktowałam Cię jako zwolenniczkę
            takowego... No bo przecież jest jeszcze kilka innych bezsprzecznych zasług
            feminizmu, co do których na pewno nie zgłaszasz sprzeciwu, a może po prostu nie
            myślisz o nich, bo są dzisiaj tak oczywiste... Dostęp do wykształcenia, prawo
            wyborcze, prawo decydowania o swojej karierze zawodowej, prawo... muszę lecieć
            do pracy!!!
            B:)))
            • quarantina Re: feminizm 22.07.05, 12:53
              Tak zupełnie szczerze powiem Ci, Moja Droga, że nie chce mi się pisać o
              feminizmie. Ja bardzo przepraszam. Doceniam to, co powinnam docenić i tyle.
        • beatanu Re: Dzieci. 22.07.05, 12:34
          Wygląda na to, że Cię Dario rozczaruję/zdziwię ale też nie należę do ludzi
          uwielbiających dzieci :( I teraz już się z tym pogodziłam, ale był czas, kiedy
          miałam z tego powodu wyrzuty sumienia - bo jakże to nie wielbić przyszłości
          narodu, matka Polka i te inne wyświechtane stereotypy... Niektóre dzieci lubię,
          tak jak lubię niektórych dorosłych, niektóre ani mnie ziębią ani grzeją,
          niektórych nie cierpię, swoje kocham, chociaż to uczucie bardzo złożone, bo nie
          raz chciałam je w przypływie wściekłości i niemocy wyrzucić przez balkon ;)
          Zaletą dzieci jest to, że rosną, zmieniają się, dojrzewają. Niesamowicie cieszy
          mnie fakt, że w pewnym sensie jestem świadkiem stawania się dwóch
          indywidualności, dwóch kobiet... I nie zgadzam się z Brochem, że nastolatki
          są "ciężkie w obsłudze". Tyle się nasłuchałam i naczytałam o okresie buntu i
          naporu (bo sama jako dziecię posłuszne do granic możliwości okres wyzwalania
          się od rodziców i autorytetów w ogóle przerabiałam o wiele później, ale to już
          inna bajka), zwłaszcza u dziewcząt, że aż się dziwię jakie to wszystko
          (odpukawszy!) normalne i ludzkie do przerobienia. Bywają upierdliwe - ale któż
          nie jest? Od początku z dziewczynami rozmawialiśmy o wszystkim, traktowaliśmy
          je bardzo po partnersku i poważnie, oczywiście zawsze wytyczając jakiś granice
          (albo przynajmniej próbowali je wytyczać - bo któż jest w stanie być
          konsekwentny w stu procentach?) i... jak najdalej od modelu wychowania, który
          zapamiętałam ze swojego dzieciństwa ("dzieci i ryby głosu nie mają", kary,
          łącznie z cielesnymi i parę innych kwiatków)
          Zaczynam - jak zwykle:) - nie na temat, a czas płynie i muszę kończyć, ale
          jestem przez kilka dni w mieście, więc jeszcze coś może skrobnę?
          Pozdrawiam serdecznie:))))
          • noida Re: Dzieci. 22.07.05, 12:54
            No właśnie, to mnie dziwi w niektórych powyższych wypowiedziach, że opisujecie
            dzieci, jakby to był jakiś obcy gatunek człowieka. Na przykład podejrzanie
            brzmi deklaracja quarantiny, że nie lubi dzieci, ale czasami dzieci robią coś
            śmiesznego/ciekawego/nieszablonowego. No to w końcu warto się nimi zająć czy
            nie? Czy dzieci są osobym gatunkiem człowieka? Przecież każdy z nas był kiedyś
            dzieckiem (z wyjątkiem, rzecz jasna, doktora kriska) i wyrósł z tego na
            porządnego człowieka.
            Więc moim zdaniem sprawa przedstawia się tak, jak to opisała Beata- dzieci są
            jak ludzie i tak samo jak ludzi trzeba je traktować. Co oznacza, że niektóre
            dzieci się lubi, niektórych się nie lubi. Doktor narzeka, że dzieci się
            wymądrzają i jedzą fast food. A ilu jest dorosłych, którzy opychaja się
            wyrobami jedzeniopodobnymi i są w stanie rozmawiać wyłącznie o najnowszym
            odcinku Idola? Ja tam nie deklaruję powszechnej miłości do dzieci, tak samo jak
            nie deklaruję powszechnej miłości do starców, osób w wieku produkcyjnym oraz
            nastolatków. Po prostu w każdej z tych grup pojawiają się osobniki ciekawe i
            warte uwagi, jak również nieciekawe, nudne lub wredne.
            • quarantina Re: Dzieci. 22.07.05, 12:56
              Mnie nic nie dziwi. Jedni lubią dzieci, inni nie. Nic dodać, nic ująć.
              • noida Re: Dzieci. 22.07.05, 13:18
                Czyli dzieci to nie ludzie?
                • quarantina Re: Dzieci. 22.07.05, 13:23
                  A dlaczego nie? Ludzie, tyle, że tacy jak wszyscy ludzie. Ani trochę bardziej.
        • aaneta Re: Dzieci. 22.07.05, 13:43
          Obawiam się, Dario, że ja również nie spełnię Twoich oczekiwań, przynajmniej w
          tym miejscu. Oczywiście mój pogląd na temat dzieci jest daleki od tego, co
          napisali panowie, ale chyba tylko dzięki temu, że od bardzo dawna nie mam do
          czynienia z małymi dziećmi, bo zakładam, że o takich tu przede wszystkim mowa.
          Moje chłopaki to już stare konie, na piwo mogę z nimi iść, i chodzę czasami,
          znajomi albo nie mają dzieci albo mają prawie tak duże jak moje, a rodzina
          nieliczna, niezbyt chętna do rozmnażania i na szczęście daleko. Ale z
          wcześniejszych obserwacji i doświadczeń wiem, że generalnie bachory są okropne,
          tyle że nie jest to ich wina, tylko ich rodziców. To temat na dłuuuugą
          dyskusję, może innym razem.
          Wracając do moich dzieciątek, to nie rozrabiały specjalnie, chociaż oczywiście
          miewały różne pomysły, mniej lub bardziej głupie czy grożące śmiercią lub
          kalectwem, ale w sumie chyba mało oryginalne. Ja zawsze miałam zdroworozsądkowe
          podejście do nich, tak mi się przynajmniej wydaje, a ponadto w pewnym momencie
          wywaliłam z domu ich tatusia, który psuł na różne sposoby moją robotę
          wychowawczą, dzięki czemu dzieciątka wyrosły na dosyć rozsądnych facetów, z
          którymi i pogadać można, i na piwo pójść, i do kina, ale to się już coraz
          rzadziej zdarza, bo chodzą już własnymi ścieżkami i mam nadzieję, że niedługo
          na dobre pójdą sobie w świat, a ja wreszcie złapię oddech. Bo roboty z nimi
          jest jednak od cholery i chwilami mam już dość. Fajnie jest hodować dzieciątka,
          ale ileż można. A sterta książek nieprzeczytanych, płyt nieprzesłuchanych i
          filmów nieobejrzanych rośnie, najwyższa pora coś z tym zrobić.
    • green.daisy kobieta=matka? 22.07.05, 21:02
      Chciałabym podzielić się swoją opinią na temat dzieci właśnie z punktu widzenia
      kobiety. Uwielbiam je. Natomiast nie planuję ich mieć. Jestem studentką
      pedagogiki i będę w przyszłosći uczyć dzieci w klasach 1-3, uważam że dam radę,
      mam to niejako we krwi, świetnie dogaduję się z nimi.
      Macierzyństwo jednak to inna bajka. Nie można chyba łączyć takich opinii jak
      kocham dzieci=będę je mieć,
      nie cierpię dzieci=nie będę ich mieć.
      Część moich znajomych nie potrafi zrozumieć skąd u mnie takie podejście, skąd
      ta dziwna awersja do posiadania własnych dzieci i tłumaczą to rozmaitymi
      odpowiedziami: boisz się porodu, boisz się, że nie sprawdzisz się jako matka,
      ale przecież dasz radę! itp. A to wcale tak nie jest.

      Może przedstawię tu dość kontrowersyjny punkt widzenia, ale przecież nikogo nie
      namawiam do przyjęcia go, a jedynie wysłuchania. Otóż widząc świat po
      ściągnięciu różowych okularów, które zakładam dla duchowej równowagi,
      stwierdzam, że obecnie dzieci bardzo często cierpią i mają dużo problemów. Nie
      na taki świat chcę sprowadzić ukochane, niewinne maleństwo. Uważam, że
      wystarczająco wiele jest dzieci, którym należy pomóc, stąd pewnie moja chęć
      realizowania się w zawodzie jako dobry wychowawca.
      Nie twierdzę, że dzieci mieć nie będę. Obecnie jednak posiadam taki pogląd na
      tą sprawę i jestem na nie. Co innego adopcja, gdyż to przyjęcie do swego serca
      skrzywdzonego dziecka i niewykluczone, że kiedyś, gdy nadal nie będę pragnęła
      posiadać własnych dzieci po przeanalizowaniu tego z partnerem zdecyduję się na
      adopcję.

      Dzieci to masa radości, jasne. Potrafią nas zadziwiać co dnia. Jestem opiekunką
      jedenastomiesięcznej dziewczynki i gdy nazwałam ją "chodzącym pozytywem" matka
      uznała to za idealne określenie swej pociechy :) Także dzieci kocham, ale
      cudze. Nie chcę przykładać (póki co! podkreślam, jestem kobietą i bywam
      zmienna :)) ręki do wydania na świat istoty jeśliby miała się okazać
      nieszczęśliwa lub cierpieć.

      pozdrawiam serdecznie
      • stella25b kobieta=matka? 22.07.05, 22:23
        Ja takze do 30-stego roku zycia nie chcialam miec dzieci. Realizowalam swoje
        plany w ktorych dzieci nie bylo. Pozniej zapragnelam je miec i mam sztuk 2 i
        jestem szczesliwa mama. Oczywiscie moje zycie zmienilo sie ale nie calkowicie
        podporzadkowalo tej dwojce. Radosci z takiego zycia mam wiele. Pytanie czy
        kocham dzieci? Nie wszystkie. Jedne lubie bardziej, inne mniej dokladnie jak z
        doroslymi. Powiem szczerze, ze nie rozumiem ludzi ktorzy swiadomie nie chca
        miec dzieci. Nie rozumiem dlaczego nie chca poznac tego jeszcze jednego
        wspanialego zyciowego doswiadczenia "zostania rodzicem", to jeszcze jeden
        rodzaj milosci ktorej mozna w zyciu zaznac.
        Podzielam takze zdanie Brocha, "jacy rodzice takie dzieci". W koncu dziecko nie
        rodzi sie tabula rasa, dziedziczy cechy po rodzicach i przejmuje ich metody
        wychowacze, tak wiec jaki dom takie dziecko.
        • staua Re: kobieta=matka? 22.07.05, 22:35
          Ja tez nie chcialam miec... Po skonczeniu 29 lat zaczelam sie w ogole nad tym zastanawiac, no i teraz
          chce (mam prawie 31) ale tez jakos tak... abstrakcyjnie. Powoli u mnie ten instynkt sie wlacza...
          • green.daisy Re: kobieta=matka? 22.07.05, 22:50
            czyli mam jeszcze czas :) poza tym jak słusznie zauważył mój kolega znaczyny
            wpływ na tę decyzję ma fakt, czy i z kim się jest obecnie...
            "jacy rodzice takie dzieci" = w części przypadków - niestety, że tak właśnie
            jest.
          • stella25b Re: kobieta=matka? 22.07.05, 22:55
            Ze mna bylo bardzo podobnie. Ta abstrakcja o ktorej piszesz to ja wtedy
            nazwalam glosem rozsadku:) To pragnienie przyszlo pozniej, juz w czasie ciazy
            ale to normalne hormony zagraly:)
            • foxie777 Re: kobieta=matka? 23.07.05, 18:51

              Pozwole sobie zabrac glos w tej jakze ciekawej sprawie.
              Moje Dziecko to juz stary kon, ale oczywiscie byly chwile i czasy
              kiedy dal mi dobrze w kosc .
              Sama tez za dziecmi nie szaleje, moj obecny maz, mimo iz byl
              bardzo dobrym tzw stepfather, wlasnych dzieci nie chcial, a dla
              mnie nie byl to zaden problem.Zteszta On uwaza ze Dzieci sie widzi,\
              ale nie slyszy. Ze juz nie wspomne o {to chyba zartem] cattle prod.
              Niestety wiele osob pod pregiezem opini ma dzieci, ktorym miec
              nie powinno.Wtedy skutki sa straszne, mialam okazje to obserwowac.
              Moj syn i maz sa swietnymi przyjaciolmi, bez zadnych tzw psychologicznych
              problemow.

              pozdrawiam
              • noida Re: kobieta=matka? 23.07.05, 22:56
                Ja też jestem zdania, że niektórzy ludzie po prostu nie powinni mieć dzieci,
                tak samo jak niektórzy ludzie nie powinni wstępować w związki małżeńskie, bo
                się do nich zwyczajnie nie nadają. Niestety, opinia publiczna działa tak,
                zwłaszcza w Polsce, że jeśli ktoś się nie ożenił/nie ma dzieci to jest
                niekomplentym cżłonkiem społeczeństwa (czytaj: musi z nim być coś nie tak). I
                potem tacy ludzie nie dość, że sami są nieszczęśliwi to jeszcze
                unieszczęśliwiają innych.
                A do dziewczyny, która mówiła, że kocha dzieci ale swoich mieć nie będzie
                (przepraszam, zapomniałam Twojej ksywki)- nie jestes prawdę mówiąc szczególnie
                odosobniona w swoich poglądach. Niestety (lub stety, w zasadzie ciężko
                powiedzieć), zazwyczaj w pewnym momencie nad tego typu poglądami górę bierze
                instynkt macieżyński, który wrzeszczy- chcesz, chcesz, chcesz mieć własne
                dziecko! I z poglądów nici... Ja też nie mam szczególnej ochoty powoływać na
                świat potomków, które będą sobie myśleć, tak jak ja myślałam "ja się na ten
                świat nie prosiłam"! Naprawdę nie chcę im tego robić. Ale co z tego. Już teraz
                czuję, że instynkt macieżyński mi nie przepuści... Ech- biologia...
                • beatanu Re: kobieta=matka? 23.07.05, 23:46
                  noida napisała:

                  > Ja też jestem zdania, że niektórzy ludzie po prostu nie powinni mieć dzieci,
                  > tak samo jak niektórzy ludzie nie powinni wstępować w związki małżeńskie, bo
                  > się do nich zwyczajnie nie nadają.

                  Zaczyna się robić trochę ślisko - bo ja też życzyłabym sobie, żeby nie rodziły
                  się dzieci niechciane, albo dzieci rodziców wyznających zasadę, że małego
                  szkraba można zbić, sponiewierać i upokorzyć itd itp - ale nikomu (na
                  szczęście?) nie możemy zabronić powołania na świat potomka pierwszego, drugiego
                  i entego. O brzydkich a przecież nie tak odległych w czasie praktykach
                  sterylizowania kobiet (i mężczyzn) upośledzonych umysłowo albo o "podejrzanym
                  pochodzeniu" (vide: Romowie) mówi się teraz w Szwecji głośno, aczkolwiek z
                  ogromnym wstydem...

                  Odkąd poznałam kilka osób, które zaadoptowały dzieci (w Szwecji adoptuje się
                  rocznie około tysiąca mniejszych lub większych szkrabów, prawie wszystkie zza
                  granicy, tutaj nie ma w zasadzie problemu dzieci niechcianych, a dzieci
                  rodziców pozbawionych praw rodzicielskich trafiają najczęściej do rodzin
                  zastępczych) - zastanawia mnie dysproporcja między kryteriami jakie muszą
                  spełnić rodzice adopcyjni a kompletnym brakiem takowych u każdych potencjalnych
                  rodziców biologicznych. Wiem, nie odkrywam Ameryki - ale ciągle nie daje mi
                  spokoju myśl, że niektóra pary muszą przed urzędnikami udowadniać, że nie są
                  wielbłądami (=zniszczonymi alkoholem i na głodzie heroinowym bezrobotnymi
                  pedofilami o zapędach sado-masochistycznych)podczas gdy inni płodzą potomstwo w
                  radosnym (w najlepszym wypadku, bo gwałcone kobiety chyba tego nie mogą
                  potwierdzić) akcie twórczym. Pewnie nic się nie da zrobić, pomysł kursów
                  rodzicielstwa na wzór kursów prawa jazdy gdzieś tam już pewnie komuś świtał,
                  ale takowe z góry skazane są na niepowodzienie, ze względów zresztą różnych...

                  >Ale co z tego. Już teraz
                  > czuję, że instynkt macieżyński mi nie przepuści... Ech- biologia...

                  Nie do końca jestem przekonana, że to tylko i wyłącznie o biologię i instynkt
                  macierzyński (a gdzie ojcowski?) chodzi....
                  Mam wrażenie, że i konwencje, i presja społeczna, i wzorce kulturowe (te mniej
                  i bardziej uświadomione) też w decyzji powołania na świat dziecka paluszki
                  maczają ... Tak uważam. I wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą.
                  B, której jednak ze względu na dość późną porę trochę trudno zebrać myśli:)
                  Dobranoc!
                  • aaneta Re: kobieta=matka? 24.07.05, 17:24
                    Ślisko jak ślisko, w każdym razie w miarę poważnie. Ale kto powiedział, że mamy
                    tu rozmawiać tylko o pierdołach albo się wygłupiać. Na serio też czasami trzeba.
                    Odnośnie wypowiedzi Beaty dwie uwagi: niestety, oprócz rodziców wyznających
                    zasadę, że dziecko m o ż n a bić, są jeszcze tacy, którzy uważają, że n a l e
                    ż y, bo przecież inaczej nie zrozumie. Taki pogląd wygłosił kiedyś pewien mój
                    znajomy, którego do tego momentu uważałam za całkiem rozsądnego gościa.
                    Druga sprawa to właściwie potwierdzenie wątpliwości Beaty co do tego, że
                    kandydaci na rodziców zastępczych czy adopcyjnych muszą spełniać wiele warunków
                    i kryteriów, których nikt nie stawia rodzicom biologicznym. Zawsze mnie to
                    zastanawiało i za żadne skarby nie mogę tego pojąć.
                    A teraz najważniejsze: powiedzcie mi (i tu prośba nie tylko do dziewczyn), o co
                    chodzi z tym instynktem macierzyńskim tudzież ojcowskim. Bo po pierwsze: to, co
                    nazywacie instynktem macierzyńskim, to, moim skromnym zdaniem, jest instynkt
                    rozrodczy, nad którym kiedyś mało kto się zastanawiał, bo dopóki nie było
                    antykoncepcji, to zanim się człowiek obejrzał i zaczął zastanawiać, czy chce
                    mieć dzieci, czy nie, to po prostu się rozmnażał i już. Dopytuję się o to
                    dlatego, że ja sama zaliczyłam pierwszą wpadkę w wieku 20 lat i naprawdę nie
                    zdążyłam poczuć potrzeby rozmnożenia się (ale się rozmnożyłam i wcale tego nie
                    żałuję, wręcz przeciwnie). Co innego instynkt macierzyński (ojcowski?), bo on,
                    moim zdaniem, pojawia się później, kiedy już dziecko jest w drodze, albo i
                    dopiero wtedy, kiedy jest już na świecie, i to jest zupełnie inna historia.
                    Instynkt macierzyński (ojcowski) to jest poczucie wspólnoty z dzieckiem i pełnej
                    odpowiedzialności za niego, z czego wynika chęć jak najpełniejszego zaspokojenia
                    jego potrzeb. Dlatego rozmowa o instynkcie macierzyńskim (ojcowskim) w tym
                    miejscu, kiedy niektóre (niektórzy) z Was dopiero zastanawiają się nad tym, czy
                    się rozmnożyć czy nie, jest przedwczesna. Swoją drogą, nie bardzo rozumiem to
                    zastanawianie się, to znaczy rozumiem, że można nie chcieć mieć dzieci, ale
                    jeżeli już się chce, to co stoi na przeszkodzie?
                    • foxie777 Re: kobieta=matka? 24.07.05, 18:00

                      Nawiazujac do adopcji, mam znajomych ktorzy zaadoptowali roczn
                      dziewuszke z Bialorusi.Trwalo to rok, 30 tysiecy dolcow, ze
                      juz nie wspomne o masie tzw dokumentow potwierdzajacych i stan majatkowy
                      i ich charakter iyt, itd.Na pytanie dlaczego nie w Stanach odpowiedz
                      byla krotka, nie chcemy aby zreformowana matka z panem adwokatem
                      zniszczyli spokoj rodzinny.To byla dwa lata temu, Lizawieta jest
                      urocza zna angielski i po prost wygrala szczescie w nieszczesciu.
                      Jesli chodzi o kwestie macierzynstwa, to chyba wiekszosc kobiet to
                      odczuwa, ale np kariera zawodowa staje na przeszkodzie, lub po prostu
                      brak wlasciwego partnera, a sperm banks nie wchodzi w rachube.

                      pozdrawiam
                    • green.daisy Re: kobieta=matka? 24.07.05, 22:21
                      Aneto, ja instynkt macierzyński rozumiem tak; oprę się własnym przykładzie,
                      ponieważ kilka lat temu przeżywałam silnie chęć posiadania dzieci (co
                      minęło :)). A przejawiało się to tak: uważałam, że wszystkie dzieci są kochane,
                      że maleństwa to największe szczęście jakie może spotkać człowieka, przeczucie
                      że jestem już gotowa na bycie matką, poczucie pewności powzięcia
                      odpowiedzialności za drugiego człowieka, chęć kochania... :) w całym szerokim
                      aspekcie tego słowa. To chyba z grubsza tyle na ten temat. To takie niemal
                      fizyczne poczucie braku czegoś do pełni szczęścia.

                      Z tymże mówię, było to bardzo silne, a minęło jak ręką odjął...
                      • daria13 Re: dzieci a terroryzm 29.07.05, 15:09
                        Jak pewnie już wspominałam, nie jesteśmy zbyt dobrze sytuowani i tegoroczne
                        wakacje miały być takie bardziej rodzinne, znaczy mieliśmy odwiedzić rodzinę:)
                        Ale tak się złożyło, że być może udałoby nam sie wyjechać na tydzień okazyjnie,
                        za bardzo małe pieniądze do Turcji. Ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby
                        popływać sobie w cieplutkim morzu i pobyczyć się nad basenem z książeczką w
                        łapce, a tu w domu gorący, ba, rozpaczliwy protest. Kuba nie jedzie, bo boi się
                        terrorystów. Koniec, kropka, nic go nie przekona;( I co teraz zrobić?
                        Pozdrawiam serdecznie:)
                        • dr.krisk No wlasnie!! 29.07.05, 16:04
                          daria13 napisała:

                          > Kuba nie jedzie, bo boi się
                          >
                          > terrorystów. Koniec, kropka, nic go nie przekona;( I co teraz zrobić?
                          > Pozdrawiam serdecznie:)
                          Nie przekonywac - zmusic. Dzieci i ryby glosu nie maja, powinny grzecznie
                          dreptac za rodzicami a nie zatruwac im zycie wrzaskami.
                          Na powaznie - to jest wlasnie to, czego nie lubie u wspolczesnie wychowanych
                          dzieci. Maja fochy i wymagania. Stresy i upodobania. To jedza, tamtego nie beda
                          jadly.
                          Sadze ze moi rodzice byliby mocno zdziwieni, gdybym zaczal wyrazac swoje opinie
                          na temet tego gdzie i kiedy jedziemy na wakacje....
                          Serdecznie pozdrawiam!
                          KrisK
                          • broch Re: No wlasnie!! 29.07.05, 16:28
                            Mysle dario ze Ty nieco za bardzo na dzieci chuchasz, no i teraz masz :)

                            Tydzien temu dwie pijane dziewczyny zabily matke znajomego, niedawno Twoja corka
                            miala straszny wypadek tuz kolo domu. Mysle ze musialas nauczyc dzieci (od
                            poczatku) ze w domu jest bezpiecznie a na zewnatrz jest zle. :)


                            "Dzieci i ryby glosu nie maja, powinny grzecznie dreptac za rodzicami a nie
                            zatruwac im zycie wrzaskami."

                            Troche przestarzale poglady :))
                            Dzisiaj problemem jest totalna ochrona dzieci przez rodzicow, nie samodzielnosc.
                            Dzieci nie ponosza absolutnie zadnych konsekwencji za swoje czyny. "Zamordyzm"
                            nie jest wiele lepszy poniewaz rowniez nie uczy samodzielnosci. Obie metody nie
                            ucza szacunku do rodzicow.
                            • dr.krisk Jasne, ze przestarzale... 29.07.05, 16:53
                              broch napisał:

                              > "Dzieci i ryby glosu nie maja, powinny grzecznie dreptac za rodzicami a nie
                              > zatruwac im zycie wrzaskami."
                              >
                              > Troche przestarzale poglady :))
                              Pewnie - ktos musi miec przestarzale poglady, no to ja je mam :)
                              Troche martwi mnie jednak to zamazanie sie zasad "kto rzadzi". Planujemy oto ze
                              znajomymi wyprawe samochodowa na weekend: aktywnym uczestnikiem dyskusji sa ich
                              dzieci (8 i 10 lat), szczegolowo informujace gdzie, kiedy i ktoredy chca
                              jechac. Jasne, ze nie chodzi mi o wrzucenie dzieciakow do bagaznika, tylko o to
                              zeby nie wtracaly sie do rozmowy starszych, i nie decydowaly!
                              A w omawianym przeze mnie przypadku skonczylo sie tak, ze sie wkurzylem i nie
                              pojechalem z nimi....

                              • broch Re: Jasne, ze przestarzale... 29.07.05, 17:16
                                "Planujemy oto ze znajomymi wyprawe samochodowa na weekend: aktywnym
                                uczestnikiem dyskusji sa ich dzieci (8 i 10 lat), szczegolowo informujace gdzie,
                                kiedy i ktoredy chca jechac."

                                A zwiazek z tym co napisalem? Piszesz o typowym wypadku rodzicow ktorzy
                                pozwalaja dzieciom na wszystko. Co ma to wspolnego z nauka podejmowania decyzji?
                                Dzieci o ktorych piszesz nie ponosza odpowiedzialnosci za nic. Sa rozwydrzone i
                                tyle. Zamordyzm tez jest niewiele warty poniewaz dak wychowani dorosli nie sa w
                                stanie podjac samodzielnej decyzji, zostali wychowani w mniemaniu ze ktos wie
                                lepiej podejmie madrzejsza decyzje.
                              • beatanu Re: Jasne, ze przestarzale... 29.07.05, 18:28
                                dr.krisk napisał:
                                > Troche martwi mnie jednak to zamazanie sie zasad "kto rzadzi". Planujemy oto
                                >ze
                                > znajomymi wyprawe samochodowa na weekend: aktywnym uczestnikiem dyskusji sa
                                > ich
                                > dzieci (8 i 10 lat), szczegolowo informujace gdzie, kiedy i ktoredy chca
                                > jechac. Jasne, ze nie chodzi mi o wrzucenie dzieciakow do bagaznika, tylko o
                                > to
                                > zeby nie wtracaly sie do rozmowy starszych, i nie decydowaly!

                                Protestuję! Oczywiście, że dzieci mają prawo informować gdzie i jak i kiedy
                                chcą jechać, tak jak prawo do wygłoszenia swoich propozycji mają dorośli. I z
                                takiej dyskusji można wypracować kompromis, naprawdę, próbowałam/liśmy wiele
                                razy! I to funkcjonuje, choć czasami trzeba stalowych nerwów. Problem w tym,
                                żeby nie ulec terrorowi dzieci, żeby ucząc ich "wtrącania się",
                                współdecydowania, uczyć jednocześnie - jak słusznie zauważa Broch -
                                podejmowania konsekwencji swoich decyzji :)

                                A powiedzenie "dzieci i ryby..." wyrzuciłabym na śmietnik. No, ewentualnie jako
                                eksponat w jakimś zakurzonym muzeum "średniowiecznych" metod wychowywania
                                potomstwa.
                                pozdr:)
                                • dr.krisk Glos dzieci.... 29.07.05, 18:53
                                  Pomarudze, bo nie mam co robic (czekam na wyniki obliczen..).
                                  Jasne, ze dzieci powinny byc za cos odpowiedzialne, nie mozna ich traktowac jak
                                  bezmyslnego bagazu. Ale nie podoba mi sie traktowanie ich jako pelnoprawnych
                                  uczestnikow eskapady! Ustalenie trasy i szczegolow ze mna zabiera kilkanascie
                                  minut, po czym rozpoczyna sie godzinna dyskusja z jakimis smarkaczami.... o tym
                                  co lubia, a czego nie lubia, jakies placze, cierpliwe tlumaczenie... o rany.
                                  Koszmar.....

                                  • beatanu Re: Glos dzieci.... 29.07.05, 19:14
                                    Zgadzam się, czasami koszmar, ale kto powiedział, że życie rodzica lekkie i
                                    łatwe i przyjemne?
                                    Ale ciągle się upieram, że warto, bo - podobnie jak Broch- uważam, że ani
                                    zamordyzm ani wychowanie bez stawiania granic nie przynosi dobrych wyników...
                                    Chwilowo radosny rodzic B :)
                        • beatanu Re: dzieci a terroryzm 29.07.05, 18:49
                          daria13 napisała:

                          > Kuba nie jedzie, bo boi się
                          > terrorystów. Koniec, kropka, nic go nie przekona;( I co teraz zrobić?
                          > Pozdrawiam serdecznie:)

                          A ja w przeciwieństwie do panów (patrz niżej?) nie uważam, że chuchasz i
                          dmuchasz i nie stosujesz "prawidłowych" metod wychowawczych. Ja bym takiego
                          lęku nie lekceważyła, tylko próbowała go rozgryźć i - w najlepszym razie -
                          rozładować. Nie na siłę, bez pośpiechu, najlepiej sam na sam. Starać się
                          porozmawiać, nie raz, nie dwa, nie przekonywać na siłę, że nic się nie stanie
                          itd. Rozmawiać przy każdej okazji, że żyjemy w takiej a nie innej
                          rzeczywistości, że jest to jednak ciągle problem marginalny, że nie pojedzie
                          nigdzie sam, tylko z rodziną, że może na zagraniczne wakacje wyjechało paru
                          jego kolegów i koleżanek z klasy. O rany, nie chcę się rozpisywać, rozumiem
                          Dario Twoją frustrację i niepokój pewnie też... Po zatonięciu promu Estonia w
                          94, kiedy na Bałtyku zginęło ponad 800 osób, starsza, wówczas 6-letnia
                          córka "wymogła" na mnie obietnicę, że nie popłyniemy do Polski promem. I
                          doskonale jej obawy rozumiałam, i obietnicy dotrzymałam, przynajmniej przez
                          parę następnych lat... Teraz, z perspektywy czasu inaczej na to patrzymy, o
                          terroryźmie rozmawiamy, bo temat nader aktualny i dotyczący nas wszystkich,
                          niezależnie od tego, gdzie żyjemy... Ale ciągle uważam, że istnieje większe
                          prawdopodobieństwo zostania ofiarą zwykłego wypadku samochodowego niż ataku
                          terrorystów :( Sorry za ten czarny ciut humor, ale w takich czasach żyjemy...
                          Poczucie bezpieczeństwa kurczy się i całe szczeęście, że dzieci mogą jeszcze
                          takowe znaleźć w najbliższej rodzinie i w najlepszym wypadku - w gronie
                          przyjaciół.
                          Pozdrawiam nie upalnie, bo u nas lato chwilowo chłodne (ale o tym w innym
                          wątku) ale bardzo serdecznie :)))
                          • broch Re: dzieci a terroryzm 29.07.05, 20:06
                            cyt, cyt, cyt, kto mowi o nieprawidlowych metodach wychowawczych? Ile trzeba tam
                            tych usmieszkow "nawalic" :))))) i jeszce jeden :) aby bylo oczywiste ze jest to
                            odpowiedz nie serio? Hmmm? :)

                            Jak serio mozna oceniac dziecko, sposob wychowania jesli nic na temat dziecka,
                            mamy, Jej podejscia do progenitury nie wiem? Czy nie jestes nieco przewrazliwiona?
                            Bardzo, bardzo prosze o zaniechanie roznego rodzaju nadinterpretacji.
                            • beatanu dorośli a nadinterpretacja 29.07.05, 23:14
                              broch napisał:

                              > cyt, cyt, cyt, kto mowi o nieprawidlowych metodach wychowawczych? Ile trzeba
                              ta
                              > m
                              > tych usmieszkow "nawalic" :))))) i jeszce jeden :) aby bylo oczywiste ze jest
                              t
                              > o
                              > odpowiedz nie serio? Hmmm? :)
                              >
                              > Jak serio mozna oceniac dziecko, sposob wychowania jesli nic na temat dziecka,
                              > mamy, Jej podejscia do progenitury nie wiem? Czy nie jestes nieco przewrazliwi
                              > ona?
                              > Bardzo, bardzo prosze o zaniechanie roznego rodzaju nadinterpretacji.


                              Ok, może jestem przewrażliwiona, a może nie, w każdym razie trudno było mi
                              potraktować nie na serio problem Darii i jej syna i jego bojaźni...

                              A "nadinterpretować" to sobie pewnikiem będę, tylko postaram się mniej o tych
                              moich interpretacjach pisać :)))
                              pozdrawiam ciepło - B
                            • daria13 Re: dzieci a terroryzm 29.07.05, 23:19
                              Szczerze mówiąc rozpoczynając ten temat myślałam,że dyskusja rozwinie się
                              bardziej w stronę terroryzmu,a nie dzieci;) Bardziej chodziło mi o to, jak
                              bardzo ten nawet odległy terroryzm wpływa na nas,nasze myślenie,nasze lęki i
                              nasze dzieci. Był też w ofercie wyjazd do czterogwiazdkowego hotelu do Egiptu
                              za 690 pln od osoby, ale ten wyjazd nawet ja odrzucilam jako zbyt
                              niebezpieczny. Przeraża mnie wpływ tych wszystkich zjawisk na naszą mentalność
                              i bardziej w tę stronę zamierzałam poprowadzić rozmowę, bo wiem,że część z Was
                              nie bardzo lubi pogaduszki o dzieciach, ale sami wybraliście stronę;))) Więc
                              może teraz powiedzcie o Waszych odczuciach związanych z zagrożeniem terroryzmem
                              na świecie, jeśli oczywiście macie ochotę o tym porozmawiać.
                              Ja na dzisiaj pasuję, bo upał wykończył mnie niemiłosiernie i mimo deszczu i
                              burzy nie czuję praktycznie żadniej ulgi. Życzę jednym miłego wieczoru, a innym
                              spokojnej nocy:))))
                              • broch Re: dzieci a terroryzm 30.07.05, 00:27
                                "Szczerze mówiąc rozpoczynając ten temat myślałam,że dyskusja rozwinie się
                                > bardziej w stronę terroryzmu,a nie dzieci;) Bardziej chodziło mi o to, jak
                                > bardzo ten nawet odległy terroryzm wpływa na nas,nasze myślenie,nasze lęki i
                                > nasze dzieci."

                                O.K.
                                Z prostego rachunku prawdopodobieństwa wynika że moje sznse zostania zabitym w
                                wypadku samochodowym, faceta z pistoletem na ulicy, utoniecia, dostania zawalu
                                serca, smierci spowodowanej nowotworem, .........
                                sa wieksze niz smierci na skutek zamachu bombowego.
                                W tej sytuacji z czystym sumieniem stwierdzam, ze zamachy terrorysryczne nie
                                wplywaja na moje plany wakacyjne ani na plany mojego dziecka.

                                Mam nadzieję że przyjdą w Polsce chlodniejsze dni i będziecie mogli swobodnie
                                oddychac. :)
                              • dr.krisk Nasze strachy codzienne..... 31.07.05, 17:28
                                Hm, ja raczej w swoich decyzjach kieruje sie zasada prawdopodobienstwa.
                                Bardziej prawdopodobne jest, ze zgine spadajac ze stolka przy wieszaniu
                                firanek, niz ze wysadzi mnie w powietrze jakis migdalooki fanatyk. Oczywiscie -
                                o niezliczonych ofiarach wieszania firanek prasa nie pisze, bo wypadki te
                                wystepuja w pewnych odstepach czasu, posiadaja galanty rozrzut terytorialny,
                                itp.
                                Prowadze samochod, choc kilka dni temu maz sasiadki zginal na autostradzie w
                                kraksie. Biore paliwo na stacji benzynowej, gdzie jakis czas temu zastrzelono
                                policjanta... itp., itd. Jakos zyc trzeba.
                                Jasne, ze zawahalbym sie przed lazeniem po pewnych dzielnicach miast, raczej
                                nie probowalbym uprawiac turystyki pieszej po Czeczenii - tutaj ryzyko jest
                                stanowczo zbyt duze.
                                Do tego Egiptu tez bym nie pojechal, bo nie lubie wakacji w hotelach oraz
                                starozytnych ruin zwiedzanych w eskorcie wojska. Ale gdybym mial mozliwosc
                                prywatnego wyjazdu do Egiptu, np. na jakas uczelnie? Bardzo chetnie. Po nocych
                                pobytach na warszawskich dworcach podmiejskich nic mnie nie przerazi :)
                                Dario, chyba niedobrze sie stalo, ze zrezygnowaliscie z wyjazdu do tej Turcji -
                                teraz dziecko bedzie naprawde przekonane ze jego strach mial uzasadnienie. No
                                ale trudno.
                                Pozdrawiam, prosze uwazac przy wieszaniu firanek!!!
                                KrisK
                                • daria13 Re: Nasze strachy codzienne..... 31.07.05, 17:44
                                  Dzięki za wszystkie komentarze. Czytam je Kubie i powoli zaczyna do niego
                                  docierać, że ryzyko nie jest takie duże, jak to sobie na początku wyobrażał.
                                  Rozmawiamy, oswajamy strachy, obliczamy prawdopodobieństwo (o firankach
                                  zupełnie zapomniałam;). Z wyjazdu jeszcze nie zrezygnowaliśmy, żadna wiążąca
                                  decyzja jeszcze nie zapadła, ale dziwne jest, że oboje z Julką jakoś tak z
                                  większym entuzjazmem myślą o odwiedzeniu najsympatyczniejszych członków rodziny
                                  i zwiedzeniu Szczecina, Koszalina i Poznania (bo takie ambitne plany mieliśmy
                                  początkowo) niż o całodziennym moczeniu się w przyhotelowym basenie. Zrobiły mi
                                  już trochę wodę z mózgu, ale postanowiłam, że decyzja, jaka by nie była, będzie
                                  moja!
                                  Pozdrawiam w dalszym ciągu upalnie i bardzo serdecznie:))))
                        • agni_me Re: dzieci a terroryzm 30.07.05, 01:39
                          Jedenastego września wiadomego roku dzień cały spędziłam na jachcie, zwiedzając
                          radośnie rafy Morza Czerwonego. Był ze mną wtedy syn. Kiedy wymęczona
                          nurkowaniem wróciłam do hotelu we wszystkich możliwych językach słyszłam
                          wiadomości. Patrzyłam w telewizor i wątpiłam w swoją znajomość angielskiego
                          (CNN), a potem powiedziałam dziecku - to tylko film. W domu tego problemu nie
                          ma, bo nie ma telewizora.
                          Pierwsza rzecz - dzieci do czternastego roku życia niekoniecznie muszą
                          wiedzieć, co się dzieje na świecie. A jeśli dzieje się coś takiego, że muszą,
                          dowiadują się ode mnie.
                          Rzecz druga - każdy strach jest do przegadania i oswojenia.
                          Rzecz trzecia - dziecko nie ma głosu decydującego. I ma świadomość, że jest
                          tylko dzieckiem, a w związku z tym ma głos jedynie doradczy.
                          Rzecz czwarta - terroryzm wciąż jest tylko wycinkiem rzeczywistości, warto to
                          uświadomić dziecku.
                          Rzecz piąta - udanego wypoczynku, riviera turecka jest straszna, ale jest wciąż
                          kilka przyzwoitych miejsc (no i moje ukochane pinie, a tuż za nimi gaje
                          bananowe) :)
                          • beatanu Re: dzieci a terroryzm 30.07.05, 02:04
                            agni_me napisała:

                            > Pierwsza rzecz - dzieci do czternastego roku życia niekoniecznie muszą
                            > wiedzieć, co się dzieje na świecie. A jeśli dzieje się coś takiego, że muszą,
                            > dowiadują się ode mnie.

                            Akurat na ten temat mam inne zdanie, uważam ,że już o wiele młodsze dzieci mogą
                            śledzić rozwój wypadków w kraju i na świecie, tyle że ZAWSZE w towarzystwie
                            dorosłego, który odpowie na pytania, rozwieje wątpliwości, wytłumaczy, pomoże
                            ogarnąć i zrozumieć. A od wydarzeń 11 września, 7 lipca czy wspomnianej
                            wcześniej przeze mnie katastrofy promu Estonia, nie dało się odseparować nawet
                            małolatów w przedszkolu, bo nawet jeżeli nie oglądały wiadomości, to usłyszały
                            w radiu czy od koleżanki na podwórku.
                            Tak trochę nie na temat - podoba mi się to, że o tego typu wydarzeniach
                            dyskutuje się tutaj w szkole, inicjatywa wychodzi od nauczycieli i nie ma
                            znaczenia, że akurat zaplanowana była lekcja fizyki czy WF-u.

                            Co do punktów 2-5 - zgadzam się z Tobą całkowicie!
                            Pozdrawiam serdecznie i życzę miłej nocy
                            B :)
                            • agni_me Re: dzieci a terroryzm 30.07.05, 13:56
                              Wiesz co? Masz rację, bo przecie i u mnie w domu jakoś to funkcjonuje. Bardziej
                              miałam na myśli ograniczenie dostępu do drastycznych szczegółów. Nie totalną
                              nieświadomość, a raczej świadomość "niezobrazkowaną". Wydaje mi się, i jakoś
                              się to sprawdza, że dziecko potrafi dotknąć dramatu śmierci, nie oglądając
                              trupa, jest w stanie przejąć się losem bezdomnych i osieroconych dzieci w Azji,
                              bez oglądania fali, która zmiata wszystko. Jeśli przed czymś chronię, to nie
                              przed prawdą o świecie, ale raczej przed znieczuleniem.
                              • braineater dzieci - reflexyja po postach 60 31.07.05, 19:12
                                1) 'Sa ludzie którzy nie powinni mieć dzieci' - i sorry, ale moim zdaniem jest
                                to wiekszośc świata. Spora grupa ludzkosci nie jest w stanie zaakceptować
                                odpowiedzialności wobec samych siebie i jeszcze dawac im okazję do wywierania
                                wpływu na inne jednostki - no way. Dokładnie takie same procedury - a być może
                                jeszce ostrzejsze - etyczne, zdrowotne, ekonomiczne, społeczne - o jakich pisze
                                Beata w zwiazku z procesem adopcyjnym, wprowadziłbym w stosunku do ludzi
                                starających się o dziecko własne, biologiczne. Niech jest zapewniony choć
                                margines pewności, że nie zostanie wychowane na kolejnego zamęczonego zyciem 6
                                latka, który w tym wieku zna juz wszystkie brutalne strony rzeczywistości ale
                                nie zna zadnej pozytywnej.

                                2) Dzieci rozpieszczone - zawsze mi sie podobała wyczytana gdziesi, nie
                                pamnietam gdzie idea chińskiego wychowania, że do 5 roku zycia, każdy dzieciak
                                powinien byc traktowany jak król, a potem jak normalna dorosła osoba wobec
                                której mozna juz miec pewne wymagania i ktora mozna obarczac pewnymi
                                obowiązkami. Dzieciaki - te najmniejsze, jak przynajmniej sobie zaobserwowałem,
                                to najczystsze wulkany energii i nie nalezy tej energii marnowac na jakies
                                orające psychikę dzieciecą procesy socjalizacyjne, tylko trzeba ja ukierunkować
                                na poznawanie świata i na czerpanie radości z zycia - a nie nonstoperskie: nie
                                rób, nie dotykaj, nie wkładaj do buzi, nie brudź się, nie kop pana bo się
                                spocisz. A kiedy to ma robić? jako 40 letni emeryt?

                                3)Szkoła albo dziecko w grupie społecznej - temat nie wystapił, nie wiedzieć
                                czemu a zda mi się istotnym. Jak dla mnie największy syf dzieciństwa,
                                przebijający nawet debilnych rodziców. To tu dziecku robi się najwiekszą
                                krzywde, to tu zamist nauczyć go pozytywnych rzeczy o świecie, wtłacza się
                                dzieciaka w ramki, a to co wystaje, przycina sie równie nieortodoksyjnymi
                                metodami, jak pięty sióstr Kopciuszka. Efekt - tysiące mentalnych kalek
                                ukierunkowanych na najdebilniejsze cele w życiu, typu praca kariera, wyniki,
                                sukcesy, kompletnie poblokowanych w rzeczach najbardziej waznych typu ekspresja
                                uczuć, umiejętnośc radzenia sobie z samym soba, umiejetnośc dogadywania sie z
                                ludźmi na innym poziomie niz rywalizacja i dzikie współzawodnictwo. Mozna
                                westchnąc - co poradzisz, takie czasy, trzeba mieć kły i pazury, a nie kolorowe
                                piórka i imponujacy ogon ale zdaje mi się wciąz, że ta droga wychowania dzieci
                                prowadzi w głębokie Nikąd.
                                (System utopijny pod refleksję - a jakby tak, korzystając z modelu Władcy Much,
                                wszystkie dzieci wychowywać w 100% dziecięcych społecznościach, chocby właśnie
                                na izolowanej wyspie, poddanej całodobowemu monitoringowi dyskretnych i
                                odpowiedzialnych dorosłych, pozwolić im, bez ingerowania, by same, zyjąc w
                                grupie odnalazły sposoby porozumiewania się, rozwiązywania problemów,
                                rozumienia innego człowieka i generalnie wszelakich odmienności? Czy tak nie
                                było by łatwiej pokonac fazę dziecięcego egotyzmu, z którego dzieki instytucją
                                typu szkoła i rodzice nadmiernie gorliwi, wielu nie wyrasta do końca zycia?
                                (vide Ja) Wydaje mi się, ze to po dopracowaniu szcegółów mogłoby stanowic
                                jakąś alternatywę, i ze Golding widział dzieci w barwach jeszce czarniejszych
                                niz KrisK i ja razem wzieci)

                                4) Dzieci i strach - w tym wiąże się chyab wszystko o czym próbowałem napisac
                                powyżej - z jednej strony przegiecie w strone opiekuńczości, kończące się Woody
                                Allenem, z drugiej kompletny brak zainteresowania dzieciakiem, które od
                                najmłodszych lat chłonie obraz świata, kreowany na uzytek mediów i otrzymuje go
                                bez słowa komentarza czy prób wyjasnienia. I nie wiem, czy da się to
                                wypośrodkować, czy da się młodemu umysłowi pokazać, że jest czarne białe szare
                                i z każdej z tych faz trzeba się nauczyć czegoś, z każdej czegoś zaczerpnąc i
                                do żadnej nie przywiązywac wiekszej wagi. Tu chyba wszystko zalezy od tego jaki
                                wyobrażamy sobie świat dla dziecka, a podejrzewam, że trudno załozyć z góry, że
                                będzie tylko idylla albo tylko bagnem.

                                5) podsumowanie - większą część urlopu - znaczy głównie wieczory zajęło nam z
                                żoną przedyskutowywanie tematu 'dziecko'a dokładniej 'nasze ewentualne dziecko
                                Ignacy':) Inicjatywa wyszła ode mnie - może to być zresztą dowód na te tam
                                hormony tudziez jak zwał tak zwał instynkt ojcowski i generalnie doprowadziła
                                do niewiemkąd, bo chyba doszliśmy do wniosku, że to jeszce za wcześnie (ja 28,
                                żona 25) i że sie jeszce nie nażyliśmy i nie do końca sami wiemy w jaki sposób
                                chcemy się nażyć, ale wiemy, że dziecko, każdy z naszych sposobów brutalnie
                                zweryfikuje i ograniczy. Czysty egoizm, no nie? A po za tym, dla mnie, jako
                                faceta sytuacja o tyle trudna, że to nie ja mam przewalone przez te 9 miesięcy,
                                że to nie ja czuje się jak czołg, który utknął we wrażych okopach i ze to nie
                                ja kompletnie musze zweryfikowac swój styl zycia - acz warunkiem jedynym mojej
                                małzonki, było, że w ciązy jesteśmy razem, czyli razem odstawiamy fajki, razem
                                odstawiamy trawke i inne kolorowe uzywki, raszem odstawiamy alkohol, razem
                                rezygnujemy z ekscentrycznych pomysłow, typu - jezu, jak nudno - pojedźmy na 3
                                dni do Pragi, razem ograniczamy wyskoki typu wypad do antykwariatu/sklepu i
                                pozastwienie tamze 300 złotych na ksiązki czy inne rzeczy itditp...Więc -
                                dzieci poczekaja, ale z drugiej strony troche nas straszy perspektywa nas 60
                                letnich z 20 letnim dzieciakiem - bariera wieku może okazac się zabójcza dla
                                jakichkolwiek prób porozumienia.

                                6) Witam green.daisy - nick masz super:)

                                Pozdrowienia:)
                                • beatanu Re: dzieci - reflexyja po postach 60 31.07.05, 19:37
                                  Breineaterze - przeczytłam twoje refleksje i bardzo się ucieszyłam. Wracasz mi
                                  wiarę w świadome i odpowiedzialne rodzicielstwo w kraju Polską zwanym...
                                  Bo o ile w trakcie każdego pobytu w kraju koncentruję się na dostrzeganiu
                                  pozytywnych zmian tak w ogóle (np. proste chodniki, uśmiechnięty pan motorniczy
                                  punktualnie przyjeżdzającego tramwaju, czyste toalety publiczne) to w jakiś
                                  dziwny sposób ciągle jeszcze na ulicach i w tychże czystych tramwajach i mniej
                                  czystych pociągach widzę głównie zestresowanych i sfrustrowanych rodziców
                                  którzy maltretują psychicznie (bo fizycznie, to może nie tak na oczach
                                  wszystkich)swoje latorośle i odzywka skierowana do pięcio-sześciolatka: "chodże
                                  tu, bo dostanieszwdupę" wcale nie należy do najbardziej wulgarnych... Staram
                                  się dostrzec pozytywne zmiany jeżeli chodzi o metody wychowawcze, staram i...
                                  ciężko mi to idzie.
                                  No ale teraz już wiem, że potencjalny Ignacy (a jak będzie dziewuszka?) będzie
                                  miał w życiu dobrze.

                                  B:)
                                  • beatanu A opowiesz nam jak było w Chorwacji? 31.07.05, 19:39
                                    B:)
                                • aaneta Re: dzieci - reflexyja po postach 60 31.07.05, 21:40
                                  Braineaterze,
                                  chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego tacy ludzie, jak Ty i Twoja szanowna
                                  małżonka, zastanawiają się nad tym, czy mieć dzieci, czy nie, chociaż wiedzą, co
                                  z nimi należałoby robić, tzn. jak wychowywać, natomiast prawie cała reszta nie
                                  zastanawia się, tylko ma, a potem krzywdzi. Podpisuję się rękami i nogami pod
                                  Twoją wypowiedzią, niestety, masz rację w każdym zdaniu. Niestety, bo tak to
                                  wygląda w rzeczywistości, a nie powinno. I to, co napisała Beata o maltretowaniu
                                  psychicznym i fizycznym, też, niestety, jest prawdą, i to w jeszcze większym
                                  zakresie, bo to nie jest tylko kwestia takiego ewidentnego poniżania jak w
                                  sytuacji, którą opisała Beata, ani nawet jeszcze bardziej drastycznego, które
                                  pewnie zdarza się w okolicznościach i miejscach niepublicznych. Rodzice
                                  wyrządzają swoim dzieciom krzywdę na nieskończoną ilość sposobów, nawet jeżeli
                                  nie krzyczą, nie wyzywają i nie biją. Wystarczy, że nie traktują poważnie i nie
                                  szanują. Z moich obserwacji wynika, że jest to zjawisko powszechne, i to jest
                                  największy problem, bo jak taki nie traktowany na serio i nieszanowany w domu
                                  człowiek wyrośnie na odpowiedzialnego, szanującego innych i wreszcie
                                  szczęśliwego człowieka? Obawiam się, że jest to niemożliwe, i przeraża mnie
                                  świadomość, że ludzie, którzy głoszą poglądy zbliżone do braineaterowych (i
                                  moich, powiem nieskromnie), są uważani za wariatów albo jeszcze gorzej. Ja, za
                                  swoje niekonwencjonalne metody wychowawcze, zostałam potępiona nawet przez
                                  własną mamę, że nie wspomnę o moim byłym mężu i jego rodzinie. Ale to pryszcz,
                                  bo po pierwsze, mam to w głębokim poważaniu, a po drugie, zdarzają się gorsze
                                  historie, patrz przypadek Andrzeja Samsona. Dlatego, moim zdaniem, marne szanse,
                                  żeby pomysły i poglądy Braineatera (które wcale nie są takie znowu rewolucyjne,
                                  one w niektórych miejscach na świecie są realizowane od dawna) mogły się tu
                                  przyjąć na szerszą skalę.
                                  Pozdrawiam pesymistycznie, co rzadko mi się zdarza, ale i temat, i deszcz za
                                  oknem, i jutro do roboty trzeba iść...
                                  Aneta
                                • broch Re: dzieci - reflexyja po postach 60 01.08.05, 02:45
                                  braineater,
                                  dwa pytanka:
                                  tzn, uważasz że szkoła (dzisiejsza) jest rzeczą złą?

                                  "To tu dziecku robi się najwiekszą krzywde, to tu zamist nauczyć go pozytywnych
                                  rzeczy o świecie, wtłacza się dzieciaka w ramki, a to co wystaje, przycina sie
                                  równie nieortodoksyjnymi metodami, jak pięty sióstr Kopciuszka. Efekt - tysiące
                                  mentalnych kalek ukierunkowanych na najdebilniejsze cele w życiu, typu praca
                                  kariera, wyniki, sukcesy, kompletnie poblokowanych w rzeczach najbardziej
                                  waznych typu ekspresja uczuć, umiejętnośc radzenia sobie z samym soba,
                                  umiejetnośc dogadywania sie z ludźmi na innym poziomie niz rywalizacja i dzikie
                                  współzawodnictwo."

                                  Myślę że to dość nieprzemyślane:))

                                  Punkt pierwszy wygląda na jakieś próby pseudoeugeniczne.


                                  Nawiasem mówiąc Golding we "Władcy much" o dzieciach nie pisał, nie mam pojęcia
                                  czy widział dzieci czarno czy nie, skąd ten wniosek?
                                  Twoje i drKriska poglądy wynikają raczej z braku bezpośredniego doświadczenia i
                                  są dalekie od Goldinga :))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka