braineater
15.08.05, 17:08
znaczy rozsiadłem się wygodnie, wrzuciłem trzy płyty Biosphere, by nastrój
skandynawski tym bardziej podkreslić i zaatakowałem Czarnego Kraba.
I się podoba.
Nie jest arcydziełem, nie jest ksiązką o rzeczach wielkichważnychiistotnych,
jest sobie po prostu sympatyczna opowiastka na leniwe popołudnie, jak za
oknem leje. Tekścik się dość szybko skojarza z innymi popularnymi lekturami,
takimi, jak Na zachodzie bez zmian, W księżycową jasną noc i Wielkim Marszem
Kinga, i bynajmniej nie jest to żaden zarzut:)Ot, kolejna przyjemnie
depresyjna opowiastka o żołnierzach i cierpieniu, która może i byłaby dośc
standardowa gdyby nie to, że autor doplątał do niej paarę wątków niejasnych,
dając czytelnikowi dośc wyraźnie odczuć, że nie jest to opowieśc
jednowymiarowa i że można ją dośc dobrze rozgrzebać, by po jakimś czasie
odczuć, że jest to tekst metaforycznie religijny - a przynajmniej mówiący o
bogu i wierze. Kilka scen zapda w pamięć, jak obrazek z kwatermistrzem, czy
cała środkowa partia ksiązki, o przeprawie przez lód (tak swoją drogą to
grzebania w słownikach za tymi wszystkimi okresleniami fachowymi, to Beatka
miała pewno cąłkiem sporo:)a całośc pozostawia miłe wrażenie dobrze
spędzonego czasu, poświęconego lekturze.
Uwaga w P.S. pytanko do Beaty, jednoczesnie niestety spojler, więc jak kto ma
zamiar czytać, to nie scrollowac ekranu proszę:)
P.S. Beatko - oni wszyscy od początku nie żyją? Da się to tak odczytać?
Pozdrowienia:)