daria13
31.08.05, 20:15
Ostrzegam na wstępie lojalnie, że będzie trochę o dziecięciu.
Otóż moja czternastoletnia z górą latorośl oznajmiła kilka dni temu, że chce
uczyć się gry na wiolonczeli. Ot, takie nowe marzenie. Wczoraj zadzwoniła do
koleżanki i dowiedzieła się, że w tym roku to już za późno, bo egzaminy do
szkoły muzycznej były w maju, a poza tym Julka jest za stara na wiolonczelę.
Próbowałam jej wytłumaczyć, że prawdopodobnie jest to jej kolejny kaprys, że
nie wiadomo, czy w ogóle, na dobrą sprawę, ma zdolnośći (wcześniej nie
ujawniała, ale też i nie sprawdzała) i ogólnie wylałam na nią kubełek zimnej
wody i równiutko podcięłam jej młodociane skrzydełka. Julka w szloch, że mama
to w nią nie wierzy, że ona bardzo pragnie, że chce się uwznioślić i tego
typu żale do rodzicielki. Zbiło mnie to z tropu i mocno zawstydziło. Julka ma
zdolności, nawet już zweryfikowane, ale w innym kierunku. A może to jest
kierunek, który ja jej wybrałam? Może nie mam prawa wtrącać się w jej
marzenia?
Czy Wy mieliście kiedyś marzenia, z których życie Was skutecznie wyleczyło, a
których teraz bardzo żałujecie?
Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam za kolejne wynurzenia natury
rodzicielsko-wychowawczej:)