braineater
25.03.06, 21:17
z cyklu poznajmy się:)
Tym raszem szansa wypowiedzenia się w temacie 'najgłupsza rzecz, jaką
zdarzyło mi się w życiu robić za pieniądze'.
Zaczynam:
Rok bodaj 1994, szukam sobie zajęć które przynoszą profity i nie wymagają
posiadania dowodu osobistego (lat mam wtedy 17). Co poniedziałek nabywam
gazetę i szperam po ogłoszeniach ukierunkowując sie specjalnie na ramki z
wpisem 'leniwych i niewykształconych przyjmę'. Nietety w tej specjalizacji
konkurencja jest tak olvbrzymia, że ogłoszenia tej treści pojawiają się
jeszce rzadziej niż 'przyjmę do pracy w kantorze. Koniecznie Świadek Jehowy'.
Dzwonie po róznych ogłoszeniach, szczególnie takie gdzie do pracy za barem,
albo wysoko płatan praca dla niewykwalifikowanych. Za bar, niestety dowód
trza, więc poza etap rozmów nie wychodzę, natomiast wysokopłatna praca dla
niewykwalifikowanych zaczyna brzmiec coraz bardziej kusząco. Pytam sie
miłego żeńskiego głosa, czy to aby nie akwizycja jest, bo człek swój honor ma
i do pewnych prac (ściślej do 99% prac) odczuwa wyraźny wstręt, pani odrzeka
iż oczywiście, że nie. Się umawiam, że na dzien następny na 9 rano zjawię się
w Siemianowicach i dowiem co i jak.
Zjawiam się. Odkurzyłem sztruksową marynarkę, dżimsom, cokolwiek przetartym w
miejscach strategicznych nadąłem elegancki kant (gdzie niegdzie nawet trzy
równoległe kanty) i stoje pod efekciarskim barakiem, którego wypieszczony
biały siding rozsiewa blask w promieniach słońca. Prócz mnie stoi jeszce paru
kolesi.
Czekamy. Palimy. Czekamy. Palimy. Czekamy. Palimy. Palimy. Palimy.
Z uliczki z cichym pomrukiem wynurza się czerwony samochód marki "kompleks
małego penisa" a po chwili wyskakuje z niego dziewczę marki kompleks Danuty
Lato, za nią ciagnie się smutny pan w garniturze marki kompleks Franza Kafki.
Zostajemy zaproszeni do środka baraku, który o dziwo wcale nie jest
opustosząły, tylko po prostu nikt nas wczesniej nie chciał tam wpuścić.
Muzyka nap.. jak w remizie, po korytarzach kręci sie cała armia ataku klonów
w garnitutrach, co i rusz ktoś taszczy wielkie turystyczne torby. Aha, mysli
sobie Braineater, nie akwizycja, taaaa. No ale cóż, skoro juz się z łózka
zwlekłem skoro i tak juz tu dojechałem, to zobaczmy co i jak, bo it ak nic
więcej się dziś nie wydarzy.
Poszliśmy na zebranie. Tam pan zasunął przemową, że naszym zadaniem jest
zdobycie diamentu, wdrapanie się na czołowe miejsce w przyszłościowej i
rokującej firmie, oraz w przeciągu najdalej półroku, nabycie za własne
pieniadze samochodu marki kompleks itd. Oczywiście radośc zagościła na
naszych twarzach, a oczki zmaiskrzyły się chęciom zysku. Mordki co prawda
wnet straciły wyraz, gdy okazło się iz owe upragnione cele, osiągnąc mamy za
pomocą ulicznej sprzedazy kaset z muzyka disco-polo.
Tuz po zebraniu zostalismy zorganizowani w 5 osobowe oddziały, obdarzeni
dwoma torbami na oddział i pod przewodnictwem jednego z Diamentów (któren
okazał się byc funkcją, a nie szlachetnym węglowym odpadem) rzuceni w miasto.
Pan Diament juz na głównym placu zaczął demonstrować swe osząłamiające
techniki sprzedaży. A to zastawiał nogą przejście waskie między dwoma ławkami
i niewolił jakąs niewiastę, która z obłędem w oczach próbowała umknąc (kupiła
dla siebie i dla córuni), a to tyrpał jakiegos pogodnie drzemiącego pijaczka.
wmawiając mu, że muzyka go uszlachetni (kupił jedną), a to matce z dzieckiem
wmawiał, że muzyka niezbędną jest dla prawidłowego rozwoju latorośli
(wzbogaciłem swój słownik o kilka nieznanych wczesniej kombinacji bluzgów). I
tak przez osiem godzin, z czego przez dwie ostatnie zostalismy obdarzeni
zaszczytem własnoręcznej sprzedaży. Swoja kasetę opchnąłem w pobliskim
zakladzie fryzjerskim, mówiąc panu, iż zakład z muzyka przyciąga lepszych
klientów. Wróciliśmy, pogratulowano nam, podpisalismy jakies smieszne
papierki i juz mieliśmy pracę
Nie wiem jednak, co pokusiło mnie bym pojechał tam na drugi dzień. Może spac
nie umiałem, może sie nudziłem, fakt faktem drugi dzień rano zastał mnie
stojącego przed barakiem. Wpuszczano juz bez oczekiwania i na dzieńdobry
usłyszałem, iz dzis dzień specjalny, bo przyjeżdża guru. Hmmmmm.
Przyjechał.
Pan był dziwny, nosił biała szate model Arab z kreskówki, sandały i białe
spodnie, a wszyscy Diamentowie oraz długonogie dziewcze wyglądali na
niemiłosiernie w nim zakochanych. Ogłoszono miting, na którym wszyscy
mieliśmy wysłuchac tej krynicy madrości. Duża sala po brzegi wypełnieona
klonami, zamrła na chwilę, aż guru wyszedł na podium i zaintonowął pieśń. I
wtedy autentycznie zdzicząłem, bo oni wszyscy jak jeden mąz zaczęłi śpewac
wraz znim, od czau do czasu zachowując sie jak ekstatycy na mszy gospel. Jak
dla mnie wystarczyło. Cichutko, opierając się o ściane plecami przesuwałem
się w stronę drzwi, az udało mi się wymknąć z tego pandemonium marketingu.
Kilka kroków pustym korytarzem, mysl płocha, czy nie wziąśc sobie na pamiatkę
jedenej z toreb (zwalczona) i wreszcie mogłem nadal być szczęśliwym
bezrobotnym.
P:)