chaladia
13.01.03, 22:38
Ledwo 17 lat mija od mojego pierwszego zawodowego wyjazdu do Afryki.
A jakie zmiany -
Jadąc do Egiptu zabrałem ze sobą na pustynię kilkadziąt znaczków Poczty
Polskiej w maksymalnych nominałach. Bardzo się przydały do wysyłania
listów "okazjami". "Okazje" to byli koledzy wracający do kraju po kontrakcie
albo na urlop (raz do roku przysługiwał) zabierali po parę kilo
korespondencji. W ten sposób list był w domu w ciągu zaledwie kilku dni.
Korzystając z poczty egipskiej można było liczyć na tydzień do dwóch,
zależnie jak list dotarł na lotnisko w Heliopolis (LOT latał raz czy dwa razy
w tygodniu). Co wiecej, soldateska Jaruzelskiego, nie mogąc cenzurować
wszystkiego, co przychodziło do kraju stosowała stary stalinowski system
przetrzymywania listów co najmniej jeden tydzień. Po takim czasie większość
informacji, jakie mogły się w korespondencji znajdować, była nieaktualna.
Do telefonu jechało się 30 km po pustyni do miasta Asyut i "zamawiało"
rozmowę. Po godzinie było (albo nie było) połączenie. Trzeszczące, ale było.
Mieliśmy też stację nadawczo-odbiorczą, krótkofalową. Ta dawała połączenie
natychmiastowe, ale niewioele można było zrozumieć przez trzaski i szumy, a
poza tym łączność była tylko z osobami mającymi krótkofalówki...
Dziś, w epoce telefonów satelitarnych, e-maili itp to się nie mieści w
głowie, że informacja mogła "iść" gdzieś po świecie dwa tygodnie. Przy
średniej odległości 6000 km dawało to około 400 km na dobę.