Dodaj do ulubionych

a bajka dziś będzie ??

18.01.03, 00:52
czy z "okazji piątku" mamy sami do snu się utulić ?
Obserwuj wątek
    • aankaa nie będzie :(( 18.01.03, 01:26
      dobranoc
    • rzulw a będzie !! 21.02.03, 04:54
      z okazji piątku, tuż rano będzie baja na wieczór:

      Nosek Bałwanka :)

      Pewnego zimowego dnia dzieci ulepiły bałwanka. Nosek zrobiły mu z marchewki, oczy z guziczków a usta z czarnych węgielków. Na głowę założyły mu czerwony kapelusz. Bałwanek wyglądał prześlicznie. Wieczorem do bałwanka przyszedł zajączek. Usiadł na śniegu i długo patrzył na nosek
      bałwanka.
      - Dlaczego mi się tak przyglądasz? - zapytał zdziwiony bałwanek.
      - Twój nosek jest z marchewki, a ja od rana nic nie jadłem- odpowiedział zajączek.
      Przyjrzał się bałwanek uważnie zajączkowi. Był taki zmarznięty. Potem spojrzał na swój nos, zastanawiał się chwilę, głową kręcił.
      - Możesz zjeść tę marchewkę - powiedział
      w końcu.
      - Dziękuję - powiedział zajączek do bałwanka i schrupał marchewkę.
      Jednak bałwanek bez noska nie wyglądał już tak ślicznie.
      Zmartwił się tym zajączek, za uchem się podrapał i pobiegł do lasu. Przyniósł stamtąd piękną szyszkę.
      Umieścił zajączek na miejsce noska szyszkę
      i uśmiechnął się do bałwanka.
      Bałwanek uśmiechnął się też.
      A rano wszystkie dzieci uznały,
      że bałwanek z szyszkowym noskiem
      wygląda najśliczniej.

      doranoc państwu :))
      • ulalka Re: a będzie !! 21.02.03, 15:59
        bardzo mila ta baja :))) nawet czytana w dzien :))
      • ulalka Re: a będzie !! 21.02.03, 16:02
        bardzo mila ta baja :))) nawet czytana w dzien :))
    • rzulw O kogucie 13.06.03, 18:25

      Jedna baba, uboga żebraczka, chodziła po proszonym chlebie od chaty do
      chaty. Odprawiano ją zwykle z niczym mówiąc: "Niech Pan Bóg opatrzy". Ale jedna
      litościwa kobieta, sama niebogata, dała jej ziarnko grochu, gdy nie mogła dać
      nic lepszego.
      Żebraczka, odebrawszy to ziarnko grochu, zasadziła je w ziemię i czekała
      wiosny i lata. A tu z ziarnka wyrosły strączki i wiły się po tyczce w górę,
      wiły się coraz wyżej i wyżej, aż nareszcie dosięgły samego nieba. Baba,
      ciekawa, jak też to tam jest w niebie, schwyciła się wijącej latorośli i
      czepiając się rękami kruchych gałązek, drapała się po nich coraz wyżej a wyżej,
      aż nareszcie doszła do nieba. W niebie zobaczyła świętego Piotra i pokłoniła mu
      się. A święty Piotr dał jej jajko i złoty kubek, przeżegnał ją i kazał na świat
      wrócić, mówiąc, że z kubka będzie miała napoju, ile tylko zechce i jakiego
      zechce.
      Gdy się znów na powrót po tyczce i gałązkach grochu spuściła na dół -
      trzymając jajko pod ciepłą pachą, dostrzegła, że już z niego wylągł się śliczny
      kogut, który zaraz babce powiedział: "Dzień dobry" i w chacie jej krzepko się
      uwijać począł i ludzi do roboty budził. A kubek, ile razy tego zażądała,
      napełniał się do wierzchu mlekiem, winem, wódką, piwem lub innym trunkiem.
      Oczywiście, że bardzo jej z tym było dogodnie, Bogu też za to dziękowała, a
      trunków nie nadużywała.
      Dowiedziała się jednak wkrótce o tym cudownym kubku wieś cała; dowiedział
      się o nim i sam pan dziedzic. Posłał więc swego lokaja, ażeby babę z kubkiem do
      pana zaprosić. Ale ostrożna babula nie dała się w pole wywieść i iść nie
      chciała. Więc pan zalecił lokajowi użyć fortelu i kubek wykraść.
      Jakoż razu jednego, wpadł lokaj do chałupy baby z nagłym okrzykiem:
      - Pali się we wsi, gore, gore! - i zniknął niby, ukrywszy się za drzwi.
      Przestraszona baba wyleciała z chałupy, gdy słońce zachodzące ognistą na
      świat rzucało łunę, a zobaczywszy, że pożaru nie ma, wróciła. Ale już kubka w
      izbie nie zastała. Porwał go bowiem podczas jej niebytności lokaj i do pana
      zaniósł.
      Pan, przekonawszy się wkrótce potem o obfitości cudownego kubka, sprosił
      wszystkich sąsiadów i wielu innych gości na ucztę do siebie i częstował ich z
      owego kubka, czym kto się chciał posilić, a było tam i szampańskie wino, i arak
      Jamajka, i inne rzadkie trunki. Goście cieszyli się wszyscy a pili. Wtem, gdy
      sobie już dużo tego picia pozwolili, odzywa się nagle trzykrotnie za oknem
      kogut, który chcąc babce dopomóc, zapowiedział jej, że pójdzie po ten kubek i
      odzyska go:
      - Kikiryku, kikiryku! Pijecie nie z pańskiego, ale ze skradzionego babce
      kubka!
      Rozgniewany pan kazał koguta natychmiast schwytać i wrzucić w głęboką
      studnię na podwórzu. Tutaj ów kogut w wodzie jak zaczął pić a pić wodę, tak
      calutką wodę wypił, aż w studni zrobiło się sucho i przyleciał znowu pod okno i
      zaczyna krzyczeć:
      - Kikiryku, kikiryku, ze skradzionego babce kubka!
      Zdziwiony tym i rozgniewany pan każe powtórnie łapać koguta i wrzucić go
      w rozpalony piec, gdzie buchały płomienie. Ale kogut wkrótce cały ten ogień
      zalał, wypuściwszy z siebie wszystką ze studni wypitą wodę, połknął wszystek
      dym w siebie, i znowu poleciał pod okno i wrzeszczeć począł o skradzionym
      kubku.
      Zniecierpliwiony pan znowu go kazał schwytać i wrzucić do stajni między
      bystre konie, żeby go roztratowały. Ale tu kogut, jak zaczął z siebie
      wypuszczać połknięty dym, tak wszystkie konie zaczadził, i wszystkie się
      podusiły. Pan, widząc tak wielką szkodę, kazał znów koguta schwytać, oskubać,
      upiec go na rożnie i wreszcie zjadł go.
      Aż tu nagle w brzuchu jego odzywa się znowu ów kogut:
      - Kikiryku! Ze skradzionego kubka! - A głos ten bezustannie się powtarza
      i nie ma sposobu go zagłuszyć, a co pan się z kubka chce napić, to wszystko na
      powrót oddać musi, bo kogut tego do żołądka nie dopuszcza, a wciąż swoje
      wrzeszczy. W końcu poradził panu doktor wziąć lekarstwo na wymioty i koguta na
      powrót przez gardło wyrzucić. Gdy zatem oddał koguta, ten wyskoczył jak
      wprzódy, żywy i zdrów, mówiąc, że nie da panu pokoju, dopóki kubka nie zwróci
      babce. I nie mógł pan z nim sobie poradzić, więc kubek sam babce odniósł i
      przeprosił ją.
      • mrouh Re: O kogucie 13.06.03, 18:38
        Rzulwiu, ty jesteś zawodowa bajarka!
        Skąd masz takie ładne bajki?...:-)
    • rzulw tak dla przypomnienia 28.06.03, 02:09
      Pamiętacie ? Kiedyś nie było tyle bajek w telewizji...
      Czytali je nam rodzice, dziadkowie, czytaliśmy je sami...
      • rzulw BRZYDKIE KACZĄTKO 28.06.03, 02:10

        Jakże pięknie było na wsi! Lato było w pełni! Żółciło się żyto, zielenił
        owies, siano na zielonej łące ułożono w stogi, bocian chodził na długich,
        czerwonych nogach i paplał po egipsku; nauczył się bowiem tego języka od matki.
        Wokoło łąk i pól ciągnęły się wielkie lasy, a w lasach leżały głębokie jeziora -
        tak, na wsi było naprawdę prześlicznie. W blasku słońca, otoczony głębokimi
        rowami, stał tam stary dwór; od muru aż po brzeg wody rosły liście łopianu, a
        były tak wielkie, że pod największymi mogły się zmieścić stojąco dzieci; było
        tam tak dziko jak w najgęstszym lesie. W tym to gąszczu siedziała w swym
        gnieździe kaczka, wysiadywała pisklęta, nudziła się, bo trwało to bardzo długo,
        a rzadko kto ją odwiedzał; inne kaczki wolały pływać po kanałach, niż wchodzić
        pod liść łopianu, aby z nią pogadać.
        Aż wreszcie jedno jajko po drugim zaczęło pękać, słychać było: "Pip,
        pip!", wszystkie żółtka ożyły i wytknęły główki.
        "Kwa, kwa!" mówiła kaczka, a pisklęta hałasowały, jak tylko umiały
        najgłośniej, i rozglądały się pod zielonymi liśćmi na wszystkie strony; matka
        pozwalała im patrzeć, ile tylko chciały, bo zielony kolor jest zdrowy dla oczu.
        - Jaki świat jest wielki! - mówiły pisklęta, gdyż było im o wiele luźniej
        niż przedtem, kiedy leżały w skorupie.
        - Czy myślicie, że to jest cały świat? - powiedziała matka. Świat ciągnie
        się jeszcze daleko po drugiej stronie ogrodu, aż do księżego pola, ale nigdy
        tam jeszcze nie byłam. Czy jesteście już wszystkie? - Potem wstała. - Nie, to
        jeszcze nie wszystkie; nejwiększe jajko jeszcze nie pękło. Jak długo to ma
        trwać? Teraz mam już naprawdę tego dosyć! - i znowu usiadała.
        - No, co słychać? - spytała stara kaczka, która przyszła ją odwiedzić.
        Z jednym najdłużej się ciągnie! - odpowiedziała kaczka siedząc na
        jajkach. - Wcale nie chce się otworzyć. Ale zobacz te inne. Są to
        najpiękniejsze kaczęta, jakie kiedykolwiek widziałam. Wszystkie podobne są do
        ojca; tego nicponia. Zupełnie do mnie nie przychodzi!
        - Pokaż mi jajko, które nie chce pęknąć! - powiedziała stara. - Możesz mi
        wierzyć, że to jest jajko indycze. I mnie już tak nie raz oszukali, i potem
        miałam wiele kłopotów i trudów z malcami, gdyż bały się wody. Nie mogłam sobie
        dać rady, popychałam, krzyczałam, ale to nic nie pomagało. Pokaż mi to jajko!
        Tak, to jest jajko indycze. Porzuć je i ucz inne dzieci pływać!
        - Jednak jeszcze trochę na nim posiedzę! - powiedziała kaczka. - Tak długo
        już siedziałam, że jeszcze mogę parę dni wytrzymać!
        - Jak uważasz! - odrzekła stara kaczka i poszła sobie.
        Wreszcie duże jajko pękło. "Pi, pip!" - zapiszczało pisklątko i wylazło;
        było bardzo duże i brzydkie. Kaczka przyjrzała mu się.
        - Jakież to kaczątko jest duże - powiedziała. - Niepodobne do żadnego
        innego. Ale nie jest to chyba pisklę indycze? No, zaraz się o tym przekonamy.
        Musi wejść do wody, nawet gdybym je miała sama tam wepchnąć!
        Nazajutrz była piękna pogoda. Matka - kaczka wraz z całą rodziną zeszła do
        kanału. Plusk! Wskoczyła do wody, "Kwa, kwa!" i jedno kaczątko po drugim
        plusnęło do kanału. Woda zalewała im głowy, ale podniosły je zaraz w górę i
        pływały wspaniale; nogi same się poruszały, wszystkie były w wodzie, nawet
        brzydkie, szare kaczątko pływało razem z innymi.
        - Nie, to nie jest indyk! - powiedziała kaczka. - Spójrz tylko, jak ładnie
        porusza nogami, jak prosto się trzyma. To moje własne dziecko. W gruncie
        rzeczy, kiedy mu się dobrze przyjrzeć, jest zupełnie ładne. Kwa, kwa! Chodźcie
        teraz ze mną, wprowadzę was w świat, przedstawię was na podwórku, ale
        trzymajcie się zawsze w pobliżu, aby nikt na was nie nastąpił, i strzeżcie się
        kota!
        Przyszły na podwórko. Był tam straszny hałas, gdyż dwie rodziny pokłóciły
        się o głowę węgorza, którą w końcu złapał kot.
        - Widzicie, jak się to dzieje na tym świecie! - powiedziała matka - kaczka
        oblizując sobie dziób, gdyż i ona miała ochotę na głowę węgorza. - Ruszajcie
        nogami - mówiła - kołyszcie się i ukłońcie się tej starej kaczce, jest
        najwykwintniejszą ze wszystkich, jakie są tutaj. Ma w sobie hiszpańską krew i
        dlatego jest taka gruba; widzicie, ma na nodze zawiązany czerwony gałganek. To
        jest najwyższa odznaka, jaką kaczka może otrzymać, oznacza to, że obawiają się,
        aby nie zginęła i że ludzie i zwierzęta będą ją mogli odróżnić od innych
        kaczek. Kołyszcie się! Nogi stawiać do środka! Dobrze wychowane kaczątko
        rozstawia szeroko nogi jak ojciec i matka. Tak, a teraz kiwajcie głowami i
        powiedzcie: Kwa! Tak też robiły. Ale inne kaczki patrzyły na nie i mówiły
        głośno:
        - Ach, Boże, po cóż nam to towarzystwo? jakby nas nie było i tak dosyć.
        Fe, jak wygląda tamto kaczątko! Nie chcemy go tu mieć pomiędzy nami! - I zaraz
        potem jedna z kaczek podfrunęła i dziobnęła kaczątko w kark.
        - Zostaw je w spokoju - powiedziała matka. - Nie robi nikomu nic złego.
        - Tak, ale jest takie duże i tak dziwnie wygląda! - powiedziała kaczka,
        która dziobnęła kaczątko. - I dlatego trzeba je szturchać!
        - Ładne masz dzieci, mateczko! - powiedziała kaczka z czerwonym gałgankiem
        na nodze. - Wszystkie są śliczne prócz tego jednego, które się nie udało.
        Byłoby dobrze, gdybyś je mogła odmienić!
        - To niemożliwe, łaskawa pani! - powiedziała matka - kaczka. - Nie jest
        wprawdzie ładne, ale ma dobre serduszko i umie świetnie pływać, tak samo jak
        inne, nawet może trochę lepiej. Przypuszczam, że wyrośnie z brzydoty albo może
        w wiekim zmaleje. Za długo leżało w jajku i dlatego nie wygląda tak, jak
        powinno wyglądać.
        Skubnęła je w kark i pogładziła po piórkach.
        - To jest zreszta kaczor - dodała - i dlatego uroda nie będzie miała dla
        niego takiego znaczenia. Myślę, że będzie silny i że jakoś da sobie radę.
        - Inne kaczątka są śliczne! - powiedziała stara. Zachowujcie się tak,
        jakbyście były u siebie w domu, a jeżeli znajdziecie głowę węgorza, możecie mi
        ją przynieść.
        I kaczęta zachowywały się tak jak u siebie w domu. Ale zarówno kaczki, jak
        kury dziobały, potrącały, kopały i wyśmiewały biedne kaczątko, które ostatnie
        wykluło się z jajka i było takie brzydkie. - Za duże! - mówili wszyscy, a
        indyk, który urodził się z ostrogami i wyobrażał sobie z tego powodu, że jest
        cesarzem, napuszył się jak okręt o wydętych żaglach i zwrócił się w stronę
        kaczątka gulgocąc tak, że aż mu cała głowa poczerwieniała. Biedne kaczątko nie
        wiedziało, co ma począć ani dokąd pójść; martwiło się, że jest takie brzydkie i
        że jest pośmiewiskiem całego podwórka.
        Tak było pierwszego dnia, a potem działo się coraz gorzej i gorzej.
        Wszyscy prześladowali biedne kaczątko, nawet rodzeństwo było bardzo niedobre
        dla niego.
        - Żeby cię kot porwał, ty wstrętny potworze! - mówiły kaczęta.
        A matka dodawała:
        - Byłoby lepiej, żebyś sobie poszedł gdzieś daleko!
        Kaczki je dziobały, kury szczypały, a dziewczynka, która karmiła drób,
        kopała je nogami. Wreszcie kaczątko uciekło, przefrunęło przez płot, a małe
        ptaszki w krzakach uniosły się przerażone w górę. "To dlatego, że jestem takie
        brzydkie!" - pomyślało kaczątko i zamknęło oczy; ale biegło wciąż dalej, aż
        przyleciało nad wielkie bagno, gdzie mieszkały dzikie kaczki. Siedziało tam
        całą noc, bo było takie zmęczone i smutne. Rankiem podniosły się do lotu dzikie
        kaczki i zaczęły się przyglądać nowemu towarzyszowi.
        - Coś ty za jeden? - spytały, a kaczątko kręciło się na wszystkie strony i
        witało wszystkich, jak tylko mogło najgrzeczniej.
        - Jesteś strasznie brzydki! - mówiły kaczki. - Ale co to nas obchodzi,
        dopóki nie będziesz się chciał ożenić z kimś z naszej rodziny.
        Biedne kaczątko! Naprawdę nie myślało o małżeństwie, gdyby mu tylko
        pozwolono leżeć w sitowiu i napić się trochę wody z moczarów! Leżało tam całe
        dwa dni; potem przyleciały dwie dzikie gęsi, a raczej gąsiory, gdyż były to
        samce;
        • rzulw BRZYDKIE KACZĄTKO cd 28.06.03, 02:12
          Leżało tam całe dwa dni; potem przyleciały dwie dzikie gęsi, a raczej gąsiory,
          gdyż były to samce; niedawno wykluły się z jaj i dlatego były takie rezolutne.
          Słuchaj no, towarzyszu - mówiły - jesteś taki brzydki, że cię nawet
          polubiliśmy. Czy chcesz pociągnąć z nami i zostać wędrownym ptakiem? Tu w
          pobliżu, w innym bagnie, przebywa kilka uroczych, zachwycających gęsi, same
          młode panny, które potrafią mówić "kwa", może u nich będziesz miał szczęście
          mimo swej brzydoty.
          "Pif, paf!" rozległo się nagle nad nimi i obie dzikie gęsi padły martwe w
          sitowie, a woda zaczerwieniła się od krwi. "Pif, paf!", zabrzmiało znowu i całe
          stada dzikich gęsi wyleciały z sitowia, a potem znów słychać yło strzały. Było
          to wielkie polowanie; myśliwi leżeli naokoło bagna, niektórzy siedzieli na
          gałęziach drzew; błękitny dymek unosił się jak obłoki pomiędzy ciemnymi
          drzewami i snuł się nad wodą; psy myśliwskie łaziły po błocie: plusk, plusk!
          Trzcina i sitowie gięły się na wszystkie strony. Jakiż lęk ogarnął biedne
          kaczątko! Kręciło głową, chcąc ją schować pod skrzydło, ale w tej samej chwili
          stanął obok niego strasznie wielki pies, z wywieszonym ozorem i błyszczącymi
          groźnie oczyma, dotknął pyskiem kaczątka, pokazał ostre zęby i - plusk - uciekł
          nie schwytawszy go. - Ach, dzięki ci, Boże! - westchnęło kaczątko. - Jestem
          takie brzydkie, że nawet psy nie raczą mnie ugryźć.
          I potem leżało spokojnie, podczas gdy śrut gwizdał nad sitowiem, a
          wystrzał grzmiał po wystrzale. Dopiero późno w dzień strzały uspokoiły się, ale
          biedne pisklę jeszcze długo nie odważyło się ruszyć, przeczekało jeszcze parę
          godzin i dopiero potem, rozejrzawszy się wokoło, wydostało się z bagna; biegło,
          jak tylko mogło najprędzej, polem i łąkami; dął silny wicher, z trudem więc
          mogło poruszać się naprzód.
          Pod wieczór kaczątko zbliżyło się do ubogiej, małej chatki; była to tak
          żałosna chatka, że sama nie wiedziała, na którą ma upaść stronę. Trzymała się
          więc tak mocno. Wicher gwizdał nad kaczątkiem, tak że musiało aż przysiąść na
          ogonie, aby się utrzymać na nogach; dęło coraz silniej i silniej; wtedy ujrzało
          kaczątko, że drzwi urwały się z jednej zawiasy i wisiały krzywo, tak że łatwo
          było się przemknąć przez szparę do środka. Brzydkie kaczątko tak też uczyniło.
          Mieszkała tam stara kobieta z kotem i kwoką; kot, którego nazywała synkiem,
          umiał wyginać grzbiet i sypać iskry; ale po to trzeba go było głaskać pod włos.
          Kwoka miała krótkie nóżki i dlatego przezwano ją Krótkonóżką; składała dzielnie
          jajka i kobieta kochała ją jak własne dziecko.
          Rano spostrzeżono obce kaczątko, kot zaczął miałczeć, a kwoka gdakać.
          - Co to jest? - powiedziała stara i obejrzała się, ale miała słaby wzrok i
          dlatego zdawało jej się, że kaczątko jest tłustą kaczką, która się tu
          zabłąkała. - To dobry nabytek! - powiedziała. - O ile to nie jest kaczor, będę
          miała kacze jaja. trzeba wypróbować!
          I kaczątko zostało wystawione na trzytygodniową próbę, ale nie zniosło
          jaj. kot był panem domu, a kwoka panią i mówili bez przerwy: "My i świat!" Gdyż
          myśleli, że byli połową, i to lepszą połową świata. Kaczątko uważało, że można
          być innego zdania, ale kwoka tego nie znosiła.
          - Czy umiesz znosić jaja?
          - Nie!
          - A więc przynajmniej stul buzię!
          A kot powiedział
          - Czy umiesz się nastroszyć, miauczeć i sypać iskry?
          - Nie!
          - A więc zachowaj swoje zdanie dla siebie, kiedy rozsądni ludzie mówią!
          Kaczątko siedziało w kącie i smuciło się. Wtedy myślało o świeżym
          powietrzu, o słońcu i poczuło gwałtowną chęć pływania po wodzie. Aż wreszcie
          nie mogło się powstrzymać, aby nie powiedzieć tego kwoce.
          - Co ci przyszło do głowy? Nie masz nic do roboty i dlatego kaprysisz.
          Składaj jaja albo mrucz, to ci przejdzie.
          - Ale pływać jest tak przyjemnie! - powiedziało kaczątko. - Tak rozkosznie
          jest zanurzyć się głową w wodzie i znaleźć się nagle na dnie!
          - To ci dopiero przyjemność! - powiedziała kwoka. - Chyba oszalałeś?
          Spytaj kota, który jest najmądrzejszym stworzeniem, jakie znam, czy chciałby
          pływać w wodzie i dawać nurka. O mnie już wcale nie mówię. Spytaj naszą starą
          panią; mądrzejszej od niej nie ma chyba na całym świecie. Czy myślisz, że
          chciałaby pływać i dawać nurka?
          - Nie rozumiecie mnie! - powiedziało kaczątko.
          - No, jeęli my cię nie rozumiemy, to kto cię rozumie? Nigdy nie będziesz
          mądrzejszy od kota i od tej kobiety, o mnie już wcale nie mówię. Nie upieraj
          się tak, moje dziecko, i dziękuj Bogu za wszystko dobre, co dla ciebie
          uczyniono. Czyż nie dostałeś się do ciepłego pokoju? Czyż nie obracasz się
          wśród istot, od których możesz się czegoś nauczyć? Ale jesteś nieznośny i
          rozmowa z tobą nie jest przyjemnością. Możesz mi wierzyć, że ci dobrze życzę,
          mówiąc ci przykre rzeczy, a po tym właśnie poznaje się prawdziwych przyjaciół.
          staraj się lepiej składać jajka i naucz się miauczeć lub sypać iskry.
          - Myślę, że pójdę sobie w świat! - powiedziało kaczątko.
          - No to idź! - odrzekła kwoka.
          I kaczątko poszło. Pływało po wodzie, nurkowało, ale nikt nie zwracał na
          nie uwagi, bo było takie brzydkie.
          Nadeszła jesień, liście w lesie pożółkły i stały się brązowe, wiatr pędził
          je tak, że tańczyły w powietrzu; a powietrze było zimne; chmury zwisały
          brzemienne gradem i śniegiem, a na płocie siedział kruk i wołał "kra, kra!" z
          zimna. Już na samą myśl o tym można było porządnie zmarznąć. Biedne kaczątko
          bynajmniej nie czuło się dobrze. Pewnego wieczoru słońce pięknie zaszło, a z
          krzaków wyfrunęła cała chmura cudnych, wielkich ptaków; były oślepiająco białe
          i miały długie, giętkie szyje; były to łabędzie. Wydawały dziwne dźwięki,
          rozpostarły wspaniałe, długie skrzydła i odleciały z zimnych okolic do ciepłych
          krajów, do otwartych mórz; wznosiły się tak wysoko, wysoko, że biednemu
          kaczątku zrobiło się jakoś dziwnie, kręciło się w wodzie, wyciągało do nich
          szyję wysoko w powietrzu i w końcu wydało głośny i dziwny dźwięk, którego samo
          się przestraszyło. Ach, nie mogło zapomnieć o pięknych ptakach, o szczęśliwych
          ptakach i kiedy zniknęły mu one z oczu, zanurzyło się w wodzie, aż na dno, a
          gdy wypłynęło, było jak nieprzytomne. Nie wiedziało wcale, jak się te ptaki
          nazywają ani dokąd lecą, a jednak kochało je, jak nikogo nigdy nie kochało; nie
          zazdrościło im wcale, jakżeż mogłoby marzyć, aby być tak piękne jak one; gdyby
          bodaj kaczki chciały je ścierpieć w swoim towarzystwie - biedne, brzydkie
          kaczątko!
          A zima była taka mroźna, mroźna! Kaczątko musiało kręcić się wciąż po
          wodzie, aby uchronić się od zamarznięcia, ale co noc otwór, w którym pływało,
          stawał się węższy, zamarzał, że aż trzeszczała lodowa powłoka; kaczątko musiało
          przebierać nogami, aby woda nie stanęła, aż w końcu zmęczyło się,
          znieruchomiało i przymarzło do lodu.
          Wczesnym rankiem przyszedł jakiś wieśniak; zobaczył kaczątko, porozbijał
          drewniakami lód na kawałki i zabrał je do domu, do swojej żony. Tam je ocucono.
          Dzieci chciały się z nim bawić, ale kaczątko myślało, że chcą mu zrobić coś
          złego, i ze strachu wpadło do miski z mlekiem, tak, że mleko rozlało się po
          izbie, kobieta krzyknęła, załamała ręce, a kaczątko pofrunęło do dzieży z
          masłem, a potem do beczki z mąką, z której zaraz wyleciało; jakżeż strasznie
          wyglądało! kobieta krzyczała i biegała za nim z pogrzebaczem, a dzieci goniły
          je, potrącały się i krzyczały - na szczęście drzwi były otwarte i kaczątko
          wyfrunęło między krzaki i świeżo spadły śnieg - leżało tam ledwo żywe.
          Ale byłoby to zbyt smutne opisywać wszystko, co wycierpiało biedne
          kaczątko w czasie ostrej zimy. Kiedy słońce zaczęło na nowo grzać, leżało w
          bagnie pomiędzy sitowiem; skowronki śpiewały, była cudna wiosna. Nagle
          rozwinęło do lotu skrzydła, które szumiały silniej niż przedtem i niosły je
          mocniej niż dawniej, i zanim się obejrzało, znalazło się w dużym ogr
          • rzulw BRZYDKIE KACZĄTKO cd 28.06.03, 02:14
            Nagle rozwinęło do lotu skrzydła, które szumiały silniej niż przedtem i niosły
            je mocniej niż dawniej, i zanim się obejrzało, znalazło się w dużym ogrodzie,
            gdzie kwitły jabłonie, gdzie kiście bzu pachniały i zwieszały się na długich,
            zielonych gałęziach ku wodnej powierzchni krętych kanałów. Ach, jakże tu było
            pięknie, jak świeżo, wiosennie! W tej samej chwili ujrzało trzy cudne białe
            łabędzie; zerwały się z zarośli i z szumem skrzydeł lekko popłynęły po wodzie.
            Kaczątko znało już te piękne stworzenia i na ich widok poczuło dziwny smutek.
            "Chcę popłynąć do nich, do tych królewskich ptaków! Na pewno mnie
            zadziobią na śmierć, gdy ja, taki brzydal, odważę się do nich zbliżyć; ale nic
            mnie to nie obchodzi. Wolę, żeby mnie zabiły te ptaki, niż żeby mnie szczypały
            kaczki, dziobały kury i kopała dziewczyna karmiąca ptactwo i żebym cierpiał w
            zimie." Sfrunęło na wodę i zaczęło płynąć ku wspaniałym łabędziom; zobaczyły je
            i szumiąc skrzydłami, popłynęły mu naprzeciw. - Zabijcie mnie! - zawołało
            biedne stworzenie i pochyliło głowę czekając na śmierć, ale cóż ujrzało w
            przezroczystej wodzie? Swój własny obraz, lecz jakże zmieniony! Nie był już
            niezgrabnym, czarno szarym, brzydkim, odrażającym ptakiem, ale sam stał się
            łabędziem. Nie zaszkodziło to nic łabędziowi, że urodził się na podwórzu wśród
            kaczek, skoro wykluł się z łabędziego jaja. Jakże czuł się szczęśliwy po tych
            wszystkich cierpieniach i przeciwnościach losu, dopiero teraz potrafił ocenić
            swoje szczęście. A duże łabędzie pływały naokoło niego i gładziły go dziobami.
            Do ogrodu przyszło kilkoro małych dzieci, które rzucały chleb i ziarnka do
            wody, najmniejsze z nich zawołało:
            - Przybył nowy łabędź! - a inne dzieci wołały razem z nim: - Tak, zjawił
            się nowy! - i klaskały w ręce, i kręciły się w kółko, a potem pobiegły do swych
            rodziców i razem rzucały do wody chleb i ciastka, a wszyscy wołali:
            - Ten nowy jest najładniejszy! Taki młody i piękny! - A stare łabędzie
            pochyliły przed nim głowy.
            Wtedy ptak poczuł się zmieszany z radości; schował głowę pod skrzydła i
            sam nie wiedział, co się z nim dzieje; był zbyt szczęśliwy, ale wcale nie
            dumny, gdyż dobre serce nie bywa nigdy pyszne; myślał o tym, jak go
            prześladowano i wyszydzano, i słuchał, jak wszyscy teraz mówili, że jest
            najpiękniejszym ze wszystkich pięknych ptaków. Bzy pochylały swe gałęzie nad
            powierzchnią wody, a słońce grzało mocno i rozkosznie; wtedy zaszumiały
            skrzydła młodego łabędzia, podniosła się smukła jego szyja i zawołał z głębi
            serca:
            - Nawet nie marzyłem o takim szczęściu wówczas, kiedy byłem tylko brzydkim
            kaczątkiem.

            Hans Christian Andersen
    • rzulw Z popielnika na Wojtusia 26.07.03, 01:11
      Z popielnika na Wojtusia
      iskiereczka mruga:
      chodź, opowiem ci bajeczkę,
      bajka będzie długa.

      Była sobie raz królewna,
      pokochała grajka,
      król wyprawił im wesele
      i skończona bajka.

      Była sobie Baba Jaga,
      miała chatkę z masła,
      a w tej chatce same dziwy!...
      Psst! Iskierka zgasła.


      --
      Janina Poraźińska
    • rzulw Biedak i garnek masła 29.07.03, 00:35
      Żył, a może i nie, Biedak. Pewnego dnia znalazł na drodze garnek masła
      topionego. Bardzo się ucieszył. Wsunął laskę do ucha garnka, zarzucił na plecy
      i poszedł dalej.

      Idzie sobie idzie i nawet nie zauważył, jak zaczął marzyć: Ależ miałem dziś
      szczęście! Poszczęściło mi się, że znalazłem ten garnek masła. Jak pójdę na
      bazar, sprzedam go. Za te pieniądze kupię sobie kurczęta. Będę je dobrze
      hodował, więc moje kurczęta wyrosną na dwa koguty. Jesienią sprzedam koguty i
      kupię sobie prosięta, które wkrótce zostaną dużymi świniami. A jak je sprzedam,
      dostanę duże pieniądze. No tak! I wtedy będę mógł w końcu kupić dwa cielaki.
      Tak będę dbać o nie, tak będę czuwać nad nimi, że nawet królewskie stado
      pozazdrości moim bykom. Będą silne, ładne, z pięknymi dużymi rogami... No, ale
      rozpuściłem je! Spójrzcie co one robią, jakie są uparte. Nawet przejść przez
      błoto nie chcą. Ale ja je nauczę!

      I biedak, który wyobraził sobie, że jego byki nie chcą przejść przez błoto,
      bardzo się rozgniewał zamierzył się laską i mocno uderzył w nieistniejący byczy
      zad.

      Byki nie istniały i to jest prawda, ale garnek był prawdziwy i wisiał na tej
      lasce, a nie był żelazny. Więc od tego uderzenia stłukł się w drobny mak, a
      masło rozchlapało się prosto na ziemię.

      Znowu został nasz biedak marzyciel sam na sam z rzeczywistością. I tak los
      zażartował sobie z marzeń ponad miarę.
    • aankaa a kiedy będzie dźwięk ??? 29.07.03, 00:47
      • rzulw narrator - znaczy się ? 29.07.03, 00:57

        • aankaa noooooooo 29.07.03, 01:02
          i najchętniej - ciepły, męski baryton
    • rzulw Przygody Baltazara Gąbki cz I 29.07.03, 01:03
      Proszę bardzo :) jest i lektor

      Wyprawa się zaczyna
      • aankaa Re: Przygody Baltazara Gąbki cz I 29.07.03, 01:08
        miał być ciepły, męski

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka