nekroskop88
17.12.07, 17:39
Doświadczenie wymiotne
Jak daleko możesz się posunąć, by udowodnić swoją rację? Stubbins
Ffirth, doktor żyjący w Filadelfii na początku XIX wieku, posunął
się bardzo daleko. Za daleko.
Wszystko zaczęło się od tego, że zaobserwował, iż żółta febra wzmaga
się latem, a znika zimą. Wysnuł na tej podstawie wniosek, że choroba
ta nie jest zakaźna. Uznał, że wywołują ją gorąco, jedzenie i hałas.
Postanowił narazić się na zakażenie i wykazać, że nie zachoruje.
Zaczął od nacięcia na ramieniu. Polewał je „świeżymi czarnymi
wymiocinami”, które pobrał od chorego. Nie zachorował. Zrobił
głębsze nacięcie, w które wlał więcej wymiocin. Jeden z pokoi
uczynił „wymiotną sauną” – podgrzewał wymiociny i siedział w ich
oparach dwie godziny. Odczuł bóle głowy i mdłości, ale ogólnie było
OK. Potem zrobił z nich pigułki, które łykał. Świeże wymiocny
mieszał z wodą i wypijał, aż wreszcie przyjął je prosto z ust
chorego. Nic. Powtarzał eksperyment z zainfekowaną śliną, krwią,
moczem, potem. Zdrowy jak nigdy uznał swą tezę za udowodnioną.
Mylił się. Żółta febra jest zakaźna, ale wirus ją wywołujący musi
się dostać prosto do krwi ofiary. Następuje to najczęściej w chwili
ugryzienia przez przenoszącego zarazek moskita.
Biorąc pod uwagę wysiłki naukowca, to cud, że uszedł z życiem.
Koledzy z University of Pennsylvania przyznali mu tytuł doktora
medycyny. O losie pacjentów historia milczy.
z Przekroju