Dodaj do ulubionych

Dzeinnikarze w IV RP - T. Wołek

03.02.08, 13:34
Nigdy wcześniej media nie dawały się wykorzystywać politykom tak jawnie i na
taką skalę jak za rządów premiera Kaczyńskiego


W pełni świadom losu sapera wchodzę na pole minowe. Wiem, że podejmuję temat
trudny. Nie sposób jednak udawać, że w dziennikarstwie polskim nic się nie
stało. Przeciwnie, nigdy - od stanu wojennego - środowisko nie podzieliło się
tak głęboko. W latach 2005-07 doświadczyliśmy największego po 1989 r. kryzysu
tej profesji. Instytucjonalnego, personalnego, politycznego. Nade wszystko
przecież - moralnego.

Owszem, i wcześniej bywały konflikty. W czasach PRL-u głównie konflikty
sumień. Jak ocalić przyzwoitość pod okiem cenzury? Jak przemycać między
wierszami choćby okruchy prawdy? Czy pisać do wydawnictw niezależnych? A jeśli
tak, to pod nazwiskiem czy pod pseudonimem?

Przełom roku 1989 zrodził inne problemy. Najpierw "wojna na górze" przeniosła
się na poziom mediów. Potem "noc teczek", która dla pewnych publicystów wciąż
stanowi przeżycie traumatyczne. Później debata Wałęsa - Kwaśniewski z 1995 r.
i obawy, że dominacja lewicy odbije się na mediach. Aż po aferę Rywina.

Nie idealizuję tamtych czasów. Spory owe oddawały naturalne w demokracji
zróżnicowanie opinii. Starano się jednak przestrzegać reguł gry, zachowując
minimum przyzwoitości.

Tytuły jak wyroki

Dopiero w dwu ostatnich latach mieliśmy do czynienia już nie z podziałem, ale
z przepastnym dołem, z ziejącą rozpadliną. Rządy PiS-u przyniosły dewastację
nie tylko polityki, lecz także całej sfery publicznej.

Część mediów przyjęła rolę tuby propagandowej i pasa transmisyjnego władzy.
Funkcję tę pełniły "odzyskane" media publiczne - radio, telewizja,
"Rzeczpospolita". Bronisław Wildstein (a potem Andrzej Urbański), Krzysztof
Czabański czy Paweł Lisicki byli politycznymi nominatami mającymi realizować
"linię partii".

Media prywatne też miały problemy. Jeden z ideologów IV RP prof. Andrzej
Zybertowicz jawnie doradzał rządzącym, jak wziąć za mordę niepokornych
wydawców, by poskromili zuchwałych pismaków. Sam premier nawoływał
"szeregowych" dziennikarzy do buntu przeciw właścicielom i redaktorom rzekomo
tłumiącym "wolność wypowiedzi".

Wystarczyło, by Kaczyński ledwie pogroził palcem Springerowi, napomykając o
"interesach niemieckich w Polsce", a ten już zdążał z wiernopoddańczym
adresem, a jego gazety, "Dziennik" i "Fakt", kornie słały się u stóp władzy.
Presja wywarta na Polsat doprowadziła do odejścia Tomasza Lisa. Tygodnik
"Wprost" stał się niemal organem rządowym. Prasa regionalna też raczej wolała
się nie wychylać.

W żarna polityki dostały się media katolickie. Oczywiście, dyrektor Rydzyk -
bo głównie o jego imperium chodzi - sam szukał układu z władzą,
niebezpodstawnie licząc na wymierne korzyści. Zaangażowanie to przypominało
niechlubne praktyki PAX-u z lat 50., a jego kulminacją był monopol Radia
Maryja i TV Trwam na transmisję z podpisania tzw. paktu stabilizacyjnego.
Trudno o bardziej gorszący przykład "sojuszu ołtarza z tronem".

Wszakże iluś dziennikarzy poparło "rewolucję IV RP" bez przymusu, niektórzy
wręcz z entuzjazmem. Jednych fascynowała charyzma przywódcy PiS-u, emanująca
zeń siła, zdolności profetyczne, swoista asceza. Inni wprzęgali się w rydwan
władzy dla kariery. Nie brakło też dziennikarzy ideowych, szczerze wierzących
w oczyszczenie moralne, ukrócenie korupcji, wyrównanie szans, przywrócenie
godnego miejsca tradycji etc.

Gdzie jednak byli dziennikarze, gdy pełną parą ruszyła kampania
antyinteligencka, największa od 1968 r.? Gdzie się podziali, gdy znieważano
kolejne środowiska, owe "łże-elity", gdy szydzono z "wykształciuchów"? Co
robili, kiedy szargano pamięć Kuronia i Herberta? Kiedy poniewierano ludzi
uczciwych, oplatając ich siecią insynuacji i agenturalnych pomówień?

Stanowczych protestów jakoś nie słyszałem. Dopiero z biegiem czasu pojawił się
lekki krytycyzm, dozowany nader oszczędnie, wedle zasady "tak, ale". Na
przykład: idea szczytna, tylko styl i wykonanie zawodzą. Albo: Kaczyński chce
dobrze, ale ciągną go za poły Lepper z Giertychem.

Pamiętam za to artykuły, których autorzy dołączali do nagonki, a nieraz sami
gorliwie ją inicjowali. Tytuły, które brzmiały jak wyroki. "Koniec Polski
Michnika i Kiszczaka" pióra Macieja Rybińskiego. Albo: "Doktor Śmierć?" w
"Dzienniku" czy "Oto ofiara doktora mordercy" w "Fakcie".

Powiedz, dlaczego milczałeś

Nigdy wcześniej media nie dawały się wykorzystywać politykom tak jawnie i na
taką skalę, nie wchodziły w tak wzajemnie bliskie relacje. Usłużne kamery
zawsze, nawet bladym świtem, były na posterunku, kiedy CBA czy ABW
wyprowadzały w kajdankach kolejnych polityków, lekarzy etc. „Fakt” i
„Dziennik” drukowały autorskie teksty braci Kaczyńskich przybierające formę
manifestów. Niektóre periodyki i programy (np. „Misja specjalna” w TVP) były
de facto słupami ogłoszeniowymi służb specjalnych lub innych agend rządowych.
Trudno uwierzyć, by działo się to bezinteresownie.

Snop światła na te relacje rzucają wyznania Janusza Kaczmarka. Oczywiście,
wymagają one szczegółowej weryfikacji. Gdyby jednak potwierdziły się choćby w
części, byłby to zatrważający obraz odsłaniający nie tylko skalę manipulacji
władzy mediami, ale też - co gorsza - niebywałą podatność na taką manipulację
ze strony samych mediów. Iluś redaktorów i dziennikarzy dało się jednemu tylko
ministrowi Ziobrze sprowadzić do roli chłopców na posyłki.
Obserwuj wątek
    • grzespelc Re: Dziennikarze w IV RP (2) 03.02.08, 13:36
      Zbyt wiele było układności, serwilizmu. Wywiady, w których dokładano starań, by
      Wysoki Rozmówca nie został czymkolwiek zaambarasowany. Pełna iście podniebnego
      zachwytu relacja Michała Karnowskiego ze wspólnego lotu z Jarosławem Kaczyńskim.
      Teksty sławiące geniusz lidera PiS-u bezbłędnie planującego dziesięć kroków
      naprzód. Satyra bywała nie salonowa, ale dworska. Felietony Marcina Wolskiego,
      dowcipy Igora Zalewskiego i Roberta Mazurka we "Wprost" skrzyły się humorem
      godnym niezapomnianej "Karuzeli" z czasów PRL-u.

      W latach 2005-07 nie chodziło już o klasyczne podziały polityczne, ideowe czy
      historyczne - na prawicę i lewicę, "postkomunistów" i "postsolidarność".
      Polityka zeszła na plan drugi. W gruncie rzeczy chodziło o najprostsze odruchy
      moralne. O niezgodę na fałsz i draństwo. Odmowę manipulacji. Sprzeciw wobec
      chamstwa. Kwestię smaku.

      Oto sedno sporu. Nie mam do nikogo pretensji o preferencje polityczne. Żal mam o
      co innego. Że tylu kolegów milczało, kiedy szczuto i poniżano ludzi. Że tak mało
      głosów odezwało się w obronie Andrzeja Grajewskiego, którego za ofiarną pracę
      dla Polski spotkała czarna niewdzięczność, czy w obronie bohatera Sierpnia '80
      Bogdana Borusewicza odsądzonego od czci przez Andrzeja Gwiazdę.

      Dziennikarzowi przystoi nie tylko nie kopać leżących, ale osłaniać słabszych.
      Tymczasem z oschłą obojętnością przyglądano się szarganiu reputacji. Stępiała
      moralna wrażliwość na krzywdę. Potrafiono lekkim tonem komentować nawet tragedię
      Barbary Blidy. Gdzieś zatracił się instynkt etyczny.

      Jakżeż można było nie widzieć, że władza nie wzdraga się przed metodami
      bezwzględnymi albo i niegodziwymi. Że posuwa się do prowokacji. Że dezawuuje
      krytyków, piętrząc stosy insynuacji i epitetów - od "KPP" po "ZOMO"; od
      "degeneratów" po "ścierwojady". Że dąży do zagarnięcia lub osaczenia kolejnych
      mediów. Że zagrożone są kotwice demokracji - trybunały, niezawisłe sądownictwo
      etc. Że życie duchowe kraju obezwładnia nieznośna duchota.

      Było to "widać, słychać i czuć". Chyba że się odwracało wzrok i zatykało nos.
      Lub też gdy z "rewolucją moralną" wiązało się własne nadzieje. Na błyskawiczny
      awans. Na objęcie intratnych funkcji. Na triumfalne wtargnięcie do mitycznego,
      upragnionego "salonu".

      Mapa niezależnych, krytycznych mediów kurczyła się. W dużej skali liczyły się
      tylko "Gazeta Wyborcza", "Polityka", w jakiejś mierze "Newsweek", TVN i niektóre
      radia. Większość mediów mniej lub bardziej otwarcie popierała władzę.

      Zabłąkani demiurgowie pióra

      Po wyborach dziennikarstwo próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji. Wśród krytyków
      IV RP nastroje są umiarkowane - nie widać oznak triumfalizmu ani skłonności do
      rewanżu; przeważa raczej uczucie ulgi.

      Po drugiej stronie obserwujemy zmianę frontu. Na ogół ewolucyjną, krok po kroku.
      Stosowana bywa figura fałszywej symetrii: "Kaczyński był zbyt grubo ciosany, za
      to Tusk teflonowy, lukrowany". Albo: "Kaczyński brutalnie eliminował oponentów,
      ale Tusk przy pozorach łagodności robi to samo". Odejście z PiS-u
      Marcinkiewicza, Ujazdowskiego i Zalewskiego zestawia się mechanicznie z
      marginalizacją Rokity w PO.

      Inni próbują dowieść niezależności, krytykując nowy rząd. "Każdej władzy
      będziemy patrzyć na ręce" - zdają się mówić ci, którzy tej poprzedniej kłaniali
      się w pas. Jeszcze inni nie kryją nadziei na nietrwałość obecnej konfiguracji.

      W "Rzeczpospolitej", w artykułach Lisickiego, Wildsteina, Joanny Lichockiej,
      Rafała Ziemkiewicza, i w "Gazecie Polskiej" pojawia się ton
      martyrologiczno-straceńczy. Oto, podobnie jak rząd Olszewskiego, tak teraz
      zmogły nas przemożne siły "michnikowszczyzny". Zostały niedobitki, ostatni
      sprawiedliwi, bezlitośnie niszczeni przez "salon". Tak wykuwa się męczeńską
      legendę, którą - w planie politycznym - zapewne karmić się będzie również
      Jarosław Kaczyński.

      "Dziennik" już od dawna toczył z "Rzeczpospolitą" ostrą walkę o rząd dusz na
      prawicy, definiując rywali jako ciasnych integrystów katolickich, topornych
      ideologów prawicy dogmatycznej i anachronicznej. Według "Rzeczpospolitej" ludzie
      "Dziennika" to bezideowa grupa pragmatyków, cynicznych japiszonów podejrzanych o
      zdrożne ciągotki liberalne.

      Po wyborach "Dziennik" pokpiwał, iż "Rzeczpospolita" "w obliczu nadchodzącej
      zarazy niezachwianie trwa przy PiS-owskim boku". Tej wiodącej donikąd postawie
      pismo Springera przeciwstawia dwie strategie otwierające jakąś perspektywę.

      Pierwszą szkicuje Piotr Zaremba. Streszczę ją tak: skoro fiasko poniósł
      wymarzony PO-PiS, "Kaczory" zawiodły, a Platforma jest ideowo bezkształtna,
      nadzieja w "trzeciej sile", którą stworzyć by mogli rozproszeni teraz
      konserwatyści: Rokita, Ujazdowski, Marcinkiewicz, Zalewski, a także "potencjalna
      gwiazda" - Rafał Dutkiewicz. Wprawdzie dziś szanse wydają się wątłe, ale
      kiedyś... kto wie?

      Drugą strategię kreśli Cezary Michalski. Dla niego przeciwnikiem nie jest PO,
      lecz „salon »Gazety Wyborczej « i »Polityki «”. Schlebia więc nowemu premierowi,
      iż „nie ma on w sobie zadatków na agresywnego modernizatora Polski a la Tadeusz
      Kroński czy Adam Michnik”. I przypomina Tuskowi rodowód liberalny, który tak
      bardzo stał kością w gardle Geremkowi czy Michnikowi: „Oni zawsze będą was
      traktować jak obcych”. Tym samym składa coś w rodzaju oferty: przecież i wy
      potrzebujecie „swoich” intelektualistów, publicystów, dziennikarzy. Oto jesteśmy
      w zasięgu ręki. To my stworzymy „salon”, w którym będziecie królować.

      Uderza w tym jedno. Nie tylko dla Zaremby i Michalskiego, ale dla wielu
      orędowników IV RP polityka stanowi przemożny punkt odniesienia. Tak jakby obejść
      się nie mogli bez "swojej partii", szukając politycznego patronatu, rozglądając
      się za "przewodnikiem stada", silnym przywódcą, który poprowadzi we właściwym
      kierunku. Może dlatego spokojny Tusk wypada w ich oczach tak blado na tle
      twardego, szorstkiego poprzednika.

      Problem jest szerszy. Iluś publicystów, wchodząc do zawodu po 1989 r.,
      przeniosło tam własne fascynacje polityczne. Można odnieść wrażenie, iż
      dziennikarstwo jest dla nich formą zastępczą innego typu aktywności. Są wśród
      nich niespełnieni działacze, ideolodzy, niezrealizowani stratedzy zauroczeni
      magią władzy i polityki jako ekscytującej gry. Demiurgowie pióra wierzący w moc
      kreatywną snutych przez siebie projekcji. Być może wierzą, że scenę publiczną
      nie tylko opisują, lecz ustawiają, jednych wynosząc na szczyty, innych obalając,
      powołując do istnienia nowe byty polityczne.

      Najwyraźniej pomylili role. Wielu z nich myli je nadal, rozgrywając na papierze
      polityczne batalie.

      Wyrok będzie surowy

      Nie da się dłużej udawać, że nic się nie stało. Te dwa lata to był czas
      "polskiej smuty". Niestety, również "smuty" dziennikarskiej. Różnie zdawano ten
      trudny egzamin z wiarygodności, rzetelności i zwykłej przyzwoitości. Nie można
      wrzucać wszystkich do jednego worka. Inną miarą mierzy się cynizm, inną -
      ideologiczne zaślepienie, jeszcze inną - ludzką naiwność czy też młodzieńczy
      brak doświadczenia.

      Tak czy owak tę lekcję należy solennie przerobić. W publicznej, otwartej
      debacie, z udziałem różnych środowisk. Nie dla rewanżu, ośmieszenia czy mściwej
      satysfakcji, lecz ku nauce i przestrodze. Żeby rozpoznać i rozbroić mechanizmy
      politycznego uzależniania mediów prowadzące do ich nieuchronnej deprawacji. Żeby
      ocknęły się wciąż uśpione sumienia dziennikarskie. Żeby przywrócić - w tylu
      miejscach zachwiane - podstawowe kryteria profesjonalizmu.

      Dziennikarstwo to zawód wysokiego ryzyka, bo podlega nieustannej, surowej
      ocenie. Owszem, bywają sądy omylne. Jednak tego najwyższego trybunału okpić się
      nie da. Jest nieprzekupny i niezawisły. Zawsze wymierzy sprawiedliwość.

      To papier. Papier, który pamięta.

      Tomasz Wołek
      • diabollo Re: Dziennikarze w IV RP (2) 03.02.08, 15:01
        Dzięki, dzisiaj mówili o tym w "Loży Prasowej" na TVN24.
        Pan Wołek ma wiele racji.
        Już nawet nie zaskakiwały media kontrolowane przez Tadeusza R., czy "odzyskane"
        media publiczne, ale to co się stało z "Rzeczpospolitą", "Wprost" czy z
        włażącymi bez wazeliny gazetekami Springera naprawdę naprawdę smutne.

        Kłaniam się nisko.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka