daria13
01.03.08, 12:48
Nadszedł weekend, na który wyznaczyliśmy sobie termin omówienia
Piątego dziecka, więc pozwolę sobie rozpocząć.
Może zrobię to na początek w punktach, bo pamiętam, że kiedyś tak
zrobiliśmy z jakąś książką i było to dobrym punktem wyjścia.
Oto tematy, które mnie zafrapowały podczas lektury:
1. Prawo do szczęścia.
Harriet przy cały swoim poczuciu bycia skrzywdzoną przez bliskich
obarczeniem jej winą za całą sytuację, zrobieniem z niej kozła
ofiarnego, miała też poczucie winy wynikające z refleksji, że oboje
z Davidem postanowili być szczęśliwi, uznali, że im się to należy,
chcieli być lepsi. David uważał, że wzięli odpowiedzialność za to, w
co wierzyli i mieli po prostu pecha, ale Harriet uważała inaczej i
uświadamiała sobie coś, co stanowi drugi punkt moich refleksji;
2. Osiąganie swoich celów poprzez wykorzystywanie innych, opieranie
się na innych, na ich pieniądzach, na pomocy, poświęceniu, oddaniu.
Niby taka powinna być kolei rzeczy; jeśli najbliźsi są w stanie nam
pomóc, to czemu z tej pomocy nie korzystać. Gdzie jednak są tego
granice?
3. Rodziny wielodzietne. To zjawisko, które od dawna mnie
interesuje. Zawsze byłam pełna podziwu i szacunku wobec takich
rodzin, ludzie, którzy z nich pochodzą są z reguły odpowiedzialni i
dzieli, ale obserwuję też matki wiecznie poddenerwowane,
zniecierpliwione, zmęczone, którym brak siły, czasu a przy tym
wszystkim entuzjazmu do ciągłego okazywania uczucia i
zainteresowania wszystkim dziecim, co jest wszak zrozumiałe, ale co
w jakimś sensie może się odbijać na tychże dzieciach. Budowanie
odpowiedzialności u starszych dzieci przez opiekę nad młodszyn
rodzeństwiem, ale czasami kosztem ich własnego dzieciństwa. Naprawdę
często się nad tym zastanawiam. Moja sąsiadka, która ma dwóch synów,
przy czym jeden jest znacznie starszy od drugiego, nie angażowała
tego starszego w odbieranie młodszego ze szkoły (starszy uczył się w
Warszawie, młodszy 25 kilomentów od stolicy), mimo że bardzo taka
pomoc z jego strony byłaby potrzebna, bo uważała, że skoro ona
zdecydowała się na drugie dziecko, to nie powinna obarczać
pierwszego obowiązkami związanymi z opieką nad tym drugim. Trochę
mnie to dziwiło, ale jednocześnie nie mogłam całkowicie
jednoznacznie ocenić jej podejścia.
4. Odpowiedzialnośc za dziecko. Nie mogłam zrozumieć postawy rodziny
i Davida, którzy postanowili oddać Bena do zakładu, a tym bardziej
ich niezrozumienia wobec decyzji Harriet, która odebrała i uratowała
Bena z tego piekła. Wszak nieporównywalnie bardziej chore dzieci
rodzice zatrzymują w domu, walczą do końca o najbardziej upośledzone
dziecko, choć w sytuacji z książki chore dzicko rzeczywiście
wyjątkowo narażało na niebezpieczeństwo inne dzieci i jak się
okazało okaleczyło je wszystkie i całą rodzinę na resztę życia.
Decyzja Harriet skrzywdziła wszystkich, ale ja ją w 100% rozumiem i
zrobiłabym dokładnie tak samo.
5. Jak jest dobrze, to jest dobrze, czyli kochana rodzinka wobec
nieszczęścia krewnych. Trudno tu kogokolwiek potępić i jest to
bardzo powszechne zjawisko, że w czasie prosperity wszyscy nas
kochają i garną się do nas, ale wystarczy jakieś nieszczęście i
nagle zaczyna im dramatycznie brakowac dla nas czasu. Ale to tak na
marginesie i ten temat jest akurat bardzo poboczny.
Forma książki jest bardzo zwięzła, niemal kronikarska, ale dzięki
temu nie rozprasza. Nie jestem nią zachwycona, ale też przy tej
tematyce nie oczekiwałabym od niej (znaczy od tej formy) więcej. To
dowód na to, że naprawdę ciekawa fabuła nie wymaga czasami
fajerwerków nowatorstwa i oryginalności formy. Ale to moja
subiektywna opinia.
W nadziei na rozwinięcie moich refleksji i przeczytanie Waszych
opinii na nie i na książkę, pozdrawiam:)