14.01.09, 21:00
Witam, zaglądam na to forum czasem rzadziej czasem częściej... a dziś nadszedł
dzień w którym poczułam potrzebę "wypisania" swoich żali choć powinnam się
zając sterta zaległych obowiązków... ale jakoś nie mogę... szukam wsparcia,
rady ludzi którzy być może mieli podobny problem, mają trochę doświadczenia.

Problematyczna sprawa dotyczy związku w którym jestem od ponad 2 lat. Ostatnio
jest mi ciężko... a ten ciężar spowodowany jest finansami...
Otóż nie należę do osób które pieniążków mają bardzo dużo, jednak odkąd
studiuję zarabiam na swoje potrzeby, nie jest tego wiele, mieszkam u rodziców
więc koszty utrzymania pokrywają oni. Teraz mój mężczyna... rówież studuje i
ma dosyc ciężką sytuację w domu (gorszą niż ja)a jedyne pieniązki jakie
dostaje pochodzą z funduszy socjalnych. Studjuje trudny kierunek na jednej z
lepszych państwoych uczelni... niby rozumiem że nie ma czasu ani wielu
możliwości by zarabiać dodatkowo... ale mi jest z tym naprawde cięzko. Wiem
może teraz myslicie ze straszna materialistka ze mnie i powinnam poszukac
faceta z kasa... Sęk w tym, ze o ile do pewnego stopnia jestem materialistką
(powietrzem zyc nie bede) to i poezji tez troszke w sobie mam, i mężczyzna moj
jest mi bratnia dusza. I tu jest tez watek problematyczny bowiem ten moj obecny
zwiazek rozpoczal sie od przyjazni, moj mezczyzna wyciagnal mnie z odchlani
bolu po zwiazku w ktorym kochałam namietnie i po raz chyba pierwszy tak "na
dorosło", do mojego mezczyzny nie czulam nigdy tak dzikich porowywow ale dał mi
stabilizacje uczuciowa, wsparcie i pomoc w trudnych chwilach, pracowalismy
oboje nad tym zwiazkiem by dzis mozna powiedziec ze jest naprawde w wielu
dziedzinach udany... przetrwalismy kryzysy i gorsze dni, mielismy tez dobre
chwile... ale mnie czasem dopadaja watpliwosci... tylko prosze nie piszcie ze
mam watpliowsci= to nie miłość bo to wszystko jest naprawde bardziej
skomplikowane... wracajac jednak do głównego wątku...

Oto sytuacje które mnie doprowadzaja do poczucia beznadziei:
1. Wyjscia- czyt. rozrywki, walczylam o to by były choc od czasu do czasu...
moj M. się opierał bo wiadomo brak kasy, wiec jak tu chodzic po kawiarniach
czy innych imprezach. Finał jest taki ze owszem wychodzimy ale bardzo czesto
to ja biore na siebie zobowiazania finansowe... M. na poczatku nie chciał sie
na to godzic ale ja MUSZE raz na jakis czas (np raz na 2-3 tyg) gdzies wyjsc
bo inaczej czuje ze umieram... choćby na grzane wino moj M.stara sie na ile
moze by wychodziło nas po równo... niestety najczesciej nie wychodzi. Gdybym
byla milonerka byloby mi wszytko jedno chyba ale ja sobie tez wielu rzeczy
odmawiam na ktore byloby mnie stac gdybym chciala dbac tylko o siebie.

2. Apropo dbania o siebie, boli mnie ze moj facet najpierw twierdzi ze
naturalnnie jestem cudna i och i ach kiedy narzekam ze nie stac mnie na jakis
kosmetyk ale jak juz wielkim wysilkiem wyrzeczen kupie cos co mnie upiekszy to
sie zachwyca tez... a we mnie budza sie leki bo mam podobna sytacje w domu.
Łatwiej powiedziec jestes naturalnie piekna niz kochanie chodz na zakupy moze
chcesz sobie kupic ciuszek nowy czy kosemtyk ;/

3. Byl czas kiedy pojawily sie rozmowy o zareczynach... bylam bardzo
wkrecona... no ale niestety brak kasy... odwlekało sie, teraz znow slysze od
niego na ten temat a ja sobe mysle no i po co mi te zareczyny skoro na slub to
za 10 lat nas bedzie stac;/
Najgorsze to to ze oprocz tych problemow wydaje mi sie ze to milosc... ale
coraz czesciej sie nad tym zastanawiam, moze poprostu boje sie zaczac szukac
gdzie indziej... boje sie samotnoci... sama juz nie wiem. Smutno mi kiedy
slysze o osobach z otoczenia: Ci sie zareczyli, tamci sie pobieraja... a my?
Niby chceci są tylko z wykonaniem cos kiepsko... zastanawiam sie czy tak
bedzie wygladalo cale moje zycie u jego boku... poczucie jakichs brakow...
Kiedys bylam z kims gdzie absolutnie nie bylam niczyja utzymanka (sama
zarabialam na swoje potrzeby) czulam w pewnien sposob pełnie... choc ta
historia smutno sie dla mnie skonczyla. Teraz mam dylemat... moze w kochaniu
przeszkadza moj egoizm.... moze ale zycie mnie go nauczylo... jesli sama o
siebie nie zadbam kto to zrobi? Potrzebuje kopa w tyłek w postaci
konstruktywnej rady... I przepraszam za błedy i chaotycznosć ale pisze pod
wplywem burzy mysli w glowie...
Obserwuj wątek
    • kolorowa_skarpetka Re: co dalej? 15.01.09, 13:09
      witaj agrafko:)
      a próbowałaś z nim rozmawiać o swoich rozterkach? Co on na to?
      Chyba najważniejsze w związku to umieć o wszystkim rozmawiać. Wtedy łatwiej
      znaleźć wspólnie jakieś rozwiązanie. Często kobiety błędnie zakładaja, że on wie
      albo powinien się sam domyślić...
      • krokodyl_13 Re: co dalej? 15.01.09, 16:38
        Jak dla mnie to powinnaś określić czy to jest miłość, która
        charakteryzuje się tym że wybacza prawie wszystko (pisze prawie bo
        obecnych ciężkich czasach często mimo starań to nie wystarcza). Nie
        powinnaś oglądać na znajomych którzy się pobierają i mam wrażenie wpadać w lekką panikę. Ważna jest dobrze podjęta decyzja by potem nie
        żałować czasem pośpiech jest niedobry. Kolorowa ma rację należy rozmawiać bo to właśnie pielęgnuje nasze uczucie, nie tylko gesty
        materialne. Wymiana odczuć i informacji jest konieczna i dopiero
        wtedy można kazać się określić .
        • agrafka111 Re: co dalej? 19.01.09, 22:37
          eh... dodam, że rady jeśli chodzi o rozmowy, komunikowanie itd. akurat w moim
          przypadku niewiele pomogą, rozmowy są- o wszystkim, do głębokości odsłonięcia
          duszy, w końcu to najbliższa mi osoba, wie o mnie tyle co nikt... okazywanie
          uczuć niematerialne, z jego strony jest niczym marzeń spełnienie, wpsparcie i
          oddanie- niby więcej już chcieć nie można pod tymi względami mozna by rzec że
          wręcz ideał... cóż z tego skoro to radzenie sobie z codziennością siada... coraz
          dziwniejsze czasem miewam myśli i sie zastanawiam czy nie szukac dalej byc moze
          czegos czego juz nie znajde bo znalzalm tu... ale bywa mi tak cięzko ze juz sama
          nie wiem :(
          • agrafka111 Re: co dalej? 06.07.09, 11:47
            nadal zaglądając na forum (choć z powodu braku czasu naprawdę rzadko)
            postanowiłam dopisać cd do mojego posta sprzed pół roku :)
            właściwie ten ciąg dalszy jest cały
            czas procesem nieukończonym ale może ktoś będzie ciekawy, zajrzy, skomentuje, da
            natchnienie... a więc bilans przedstawia się następująco:


            związek: 2 i 8 miesięcy- trwamy nadal, myślę, że warto się starać, walczę by
            było lepiej
            pisząc to nie mam napadu smutku choć oczywiście poczucia beznadziei nadal się
            zdarzają.

            Poprawiło się troszkę choć może jeszcze nie finansowo. Z jednej strony zjawiają
            się miłe gesty materialne czyt. prezenty z różnych okazji i choćby nie wiem jak
            skromne były są dla mnie oznaką "staram się i zależy mi byś była szczęśliwa".

            Co do wyjść hmm ostatnio oboje ich unikamy, ja potrzebe wyjsc realizuje ze
            znajomymi koleżankami w ten sposób ja place za siebie, on nie czuje się zle ze
            ja place za niego. Niestety mam wyrzuty sumienia bo kiedy zdarza nam się gdzies
            już wyjsc i pozwalam mu placic zaraz martwie sie czy to nie za duzo jak na jego
            mozliwosci i to mi psuje radosc z tego wyjscia :( wiem, ze jego rodzina uznałaby
            to z pewnościa za jakies "przesadne wymagania" i to mnie boli.

            Zrobiłam taką autoanalizę. Ja i on jestesmy z trochę innych światów. Mi rodzice
            większość materialnych rzeczy zapewnili. Może nie było luksusowo ale chciałam
            rolki- miałam, chciałam na słodycze- miałam może na ekstra ciuchy czy kosmetyki
            nie dostałam ale jako dziecko czy nastolatka nie odczuwałam jakichs wielkich
            brakow. Od partnera oczekuję czegos podobnego. Wiążac się z kims oceniam
            "perspektywy na przszylość"- może to przejaw wyrachowania a może poprostu
            realizmu życiowego.

            Wiążąc się z moim M. wiedziałam jaką ma sytuację ale też wiem, że może coś w
            zyciu osiągnąć... o ile- nie zabraknie mu chęci i samozawzięcia a z tym u niego
            jest czasem ciężko. Ja tez mam swoje wady- całkiem podobne do niego dlatego taka
            bardzo się rozumiemy. Nie chcę tylko być babą- heterą co goni nieszczęśnika do
            roboty ale kopa czasem to on potrzebuje... niestety. Ja nastawiona dosć pokojowo
            nie lubię dawać kopów a on mnie zmusza. :(

            Wczoraj w moje imieniny też musiałam nim potrząsnąć. Powiedzieć o swoich
            potrzebach. To nie bylo przyjemne. Jako kobieta wolałabym by to on się
            domyślił.Oczywiście on zaraz probuje mi się uspawiedliwić, wynagrodzić ale
            czasem bywa cięzko... Czasem mówię mu, że zastanawiam się czy to wszytko ma
            sens, czy warto dalej ale patrząc na Niego poprostu nie chcę i nie umiem go
            zostawić.

            Co do zaręczyn ostatnio mi chyba przeszło, on już nawet sugerował, że coś ma na
            koncie, że moze te wakacje. Ja powiedziałam, że dopóki nie ma stałej pracy nie
            sądzę by był to dobry pomysł. (Stałej w sensie z perspektywą że popracuje choć
            parę miesięcy).

            Dziś poszedł szukać pracy na wakacje (po burzliwych rozmowach ze mna, moich
            łzach i prośbach by przestał mieć niewiadomo jakie wymagania płacowe, niech
            weźmie cokolwiek). może dzieki temu pojedziemy gdzies choc na pare dni, i jego
            rodzina nie bedzie sie krzywo patrzyła ze wydaje pieniadze bo w koncu to beda
            jego zarobione.

            To tyle. Taki związek w rzeczywistym świecie. Real life. Ale wierze, że warto.
            On dziekuje, że wytrzymuje, że się poświęcam. W końcu wydaje się, że to miłość.
            Trzymajcie kciuki.
            PS. Pewnie jeszcze nie raz tu napiszę jak to mi źle i nie daję rady. Dobrze, że
            tu mogę. :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka