diabollo
16.01.09, 17:18
...interesujący tekst z "Krytyki Politycznej".
Miłej lektury i kłaniam się nisko.
**************
Rajkowska: Palestyna. Konflikt, okupacja, apartheid
Joanna Rajkowska
15.01.2009
Tytuł „Palestyna, Palestyna. Konflikt, okupacja, apartheid“ patronujący
Wieczorowi Palestyńskiemu 11 stycznia na Chłodnej 25 wzbudził sprzeciw paru
osób: „… nazywanie Izraela państwem stosującym państwową, rasistowską politykę
segregacji i dyskryminacji jest już tak obrzydliwym i obraźliwym wymysłem, że
nie jestem w stanie przejść nad tym do porządku dziennego… Na Chłodną
przychodzi przecież mnóstwo Izraelczykow. Robienie czegoś takiego jest po
prostu nie fair….” To fragment listu do Grzegorza Lewandowskiego, właściciela
klubu.
Dla Polaka słowo „okupacja“ ma o wiele więcej negatywnych konotacji z racji
oczywistych. Ale nie to słowo wzbudziło tyle emocji, a właśnie termin –
„apartheid“.
Należy się więc parę słów wyjaśnienia. Zarówno odnośnie powyższego terminu,
przypuszczenia, że Izraeczycy powinni bezrefleksyjnie popierać praktyki
swojego państwa, jak i zarysowującego się w Polsce ostrego podziału, na tych,
który są za i przeciw atakowi na Gazę.
___________________
Tytuł dotyczy Palestyny, nie Izraela. Palestyna to nazwa zwyczajowa, nadawana
najczęściej obszarowi odpowiadającemu mniej więcej granicom Mandatu
Brytyjskiego z lat 1922 - 1947, czyli obecnemu Izraelowi, Strefie Gazy i
Zachodniemu Brzegowi. Nie jest to więc jedynie obszar Izraela, ale cały,
niewielki skrawek lądu - na którym żyją i o który zażarcie walczą dwie
społeczności – palestyńska i żydowska.
W jednym z wywiadów Amy Goodman – prowadząca słynne audycje „Democracy Now!“ i
nazywająca samą siebie radiowym głosem pozbawionej praw lewicy – powiedziała:
„O systemie podobnym do apartheidu mówimy wtedy, gdy mamy na myśli dwa narody,
które żyją na tym samym terytorium, pomiędzy Morzem Śródziemnym a rzeką
Jordan, dwie grupy ludności. I istnieją dwa zestawy reguł, które obowiązują
każdy z nich oddzielnie. Są przywileje i prawa dla jednego narodu, dla
Izraelczyków (głównie dla tych spośród nich, którzy są Żydami), i są
restrykcje, dekrety i prawo wojenne, które obowiązują drugi naród –
Palestyńczyków. (Wywiad z Amy Goodman, Democracy Now!“, 12 kwietnia 2005).
Trzeba rozróżnić status Palestyńczyków mieszkających w Izraelu, którzy cieszą
się teoretycznie względną równością (prawo ślubne jest tu niechlubnym
wyjątkiem i stosowanie tego prawa de facto jest praktyką apartheidu), tych
którzy mieszkają we wschodniej Jerozolimie i w końcu – na Zachodnim Brzegu
Jordanu i w Strefie Gazy, czyli ludzi pozbawionych większości praw. Oprócz
tego są jeszcze podziały wewnętrzne, dotyczące np. Zachodniego Brzegu – czyli
strefy A, B i C. To, co je łączy, to stopień podległości jurysdykcji państwa
Izrael, podległość różna w różnych strefach, ale na tyle rozległa, żeby w
całości kontrolować życie mieszkających tam ludzi.
Tak więc pasterze z Susyi pod Hebronem mieszkają w namiotach (nie mogą uzyskać
pozwolenia na budowę domu, wydawanego przez organy izraelskiej administracji),
nie mają dostępu do naturalnych źródeł wody pitnej (są one zniszczone lub
zagarnięte przez izraelskich osadników – sąsiadów i pilnie strzeżone przez
izraelskie wojsko), nie mogą wypasać bydła na polach (na to również nie
pozwala im wojsko), ani uprawiać pól (dostępu broni armia i osadnicy), które
zgodnie z izraelskim prawem po 3 latach nieużytkowania przepadają na rzecz
państwa (izraelskiego oczywiście). To ostatnie jest prawem jeszcze z czasów
ottomańskich, odgrzanym i stosowanym teraz z powodzeniem. Raz na jakiś czas
przyjeżdżają ciężarówki, całe rodziny są przemocą ładowane na pakę i wywożone
z Susyi. Ale ludzie wracają, w nocy, po kryjomu, bo są zwierzęco przywiązani
do skrawka lądu, na który mają nieuznawane przez państwo Izrael papiery. Tuż
obok jest nowiutkie osiedle izraelskie, za drutami kolczastymi i wysokim
ogrodzeniem, z wszelką potrzebną infrastrukturą, z drogą dojazdową, z której,
oczywiście pasterze z Susyi nie mogą korzystać, bo jest ona przenaczona tylko
dla Izraelczyków. Czy to nie jest apartheid? Jest też jeden ciekawy aspekt
wpółpracy między jedną i drugą społecznością – pasterze są zmuszeni kupować od
osadników wodę, płacąc po 300 szekli (około 80 dolarów) za 200 metrow
sześciennych. Wodę osadnicy, dodajmy, mają za darmo.
Termin „apartheid“ jest nie do końca ścisły, jest jednak efektywnym
intelektualnym instrumentem, pozwalającym wiele zrozumieć z sytuacji ludności
palestyńskiej pod jurysdykcją Izraela. Powinien być punktem wyjścia do
myślenia o tej sytuacji, a nie zamykającym je wnioskiem. Inne są ideologia i
cele, inna jest historyczna genealogia. Natomiast metody i strategie stosowane
przez reżim apartheidu w RPA i obecne rządy państwa Izrael są tak uderzająco
podobne, że były arcybiskup Kapsztadu, Desmond Tutu, w wywiadzie dla
brytyjskiego „Guardiana“ powiedział: „to przypomniało mi tak bardzo to, co
zdarzyło się nam, czarnym w Południowej Afryce. (…) Widziałem upokarzanie
Palestyńczyków na punktach kontrolnych i blokadach drogowych, cierpiących jak
my, kiedy młody, biały oficer zabraniał nam się przemieszczać“.
W Republice Południowej Afryki chodziło o ścisłą segregację rasową. Na
Terytoriach Okupowanych przez Izrael chodzi nie tyle o podziały rasowe, co o
terytorium, a konkretnie o terytorium dla izraelskiej mniejszości. Jak pisze
Jimmy Carter: „(…) słowo „apartheid“ definiuję jako narzuconą siłą segregację
dwóch narodów żyjących na tym samym obszarze, gdzie jeden dominuje i
prześladuje drugi. Wyjaśniłem w tekście książki oraz w mojej odpowiedzi
rabinom, że system apartheidu w Palestynie nie opiera się na rasizmie, ale na
chęci zawładnięcia przez izraelską mniejszość palestyńskim terytorium, co
skutkuje tłumieniem protestów, które same przybierają formę przemocy… Sposób,
w jaki używam słowa „apartheid“, nie odnosi się do warunków panujących w
obrębie Izraela“ (International Herald Tribune, 15 grudnia 2006. Autor mówi o
swojej książce Palestine: Peace Not Apartheid).
c.d.n.