Dziewczyny, intryguje mnie pewna sprawa, i postanowiłam się z Wami podzielić
Dwa tygodnie temu byłam na pilnie zwołanym zebraniu w klubiku mojego syna (20 miesięcy ma ta moja pociecha). Ku mojemu zdumieniu omawiana była kwestia, "co zrobić żeby te nasze dzieci
tak nie chorowały". W końcu środek sezonu zachorowań na grypę, zmieniająca się pogoda itd. Jak głośno powiedziałam, że nie daję antybiotyków, to spojrzano na mnie jak na nienormalną (na szczęście później przyszła jeszcze jedna mama, która nie daje...). Szefowa klubiku opisywała sytuację, że dziecko jest chore 3 tygodnie po czym chodzi dwa dni i znowu chore. Mój syn generalnie, cały czas chodzi i nie choruje tyle co inne

Jakoś nie poddaje się ogólnie przyjętym trendom

))
Ogólnie niektóre mamy, były za tym żeby dzieci nawet z lekkim katarem nie przyprowadzać, co mnie akurat już w ogóle zdumiało, bo przecież katar to żadna choroba, infekcja owszem, no ale nie choroba jakaś szalona. Do dzisiaj nie zapomnę, jak moja lekarka, gdy przyszłam, jako młoda przewrażliwiona matka, z katarem mojego syna, powiedziała że mam z nim nadal wychodzić na dwór jeśli nie ma temperatury i że nic mu nie będzie. Co stosuję do dzisiaj nieustannie
No i po godzinnej dyskusji, gdzie ja plus jakiś trzech rodziców dzielnie stawialiśmy opór chorym pomysłom, usłyszałam że w klubiku były dwie plagi: jelitówka i zapalenie oka, objawiające się ropieniem. I wtedy jedna mama, która cały czas się ze mną nie zgadzała, powiedziała zdanie, które dla mnie było porażające. "Jak tylko zobaczyłam trochę wydzieliny zakropiłam dziecku antybiotykiem i przeszło". Przy takim podejściu, to chyba dziecko nie ma szans mieć własnych przeciwciał, prawda? Czy ja już źle rozumuję?