a.g.r.e.s.t
20.05.10, 14:47
Mój syn jest bałaganiarzem, jak chyba większość dzieci w jego wieku.
W pewnych rewirach zachowuje nienaganny porządek (półeczka nad
łóżkiem, szufladki przy biurku - tam trzyma rzeczy, z którymi jest
związany) i ruszenie tam czegokolwiek wywołałoby chyba wojnę domową.
Natomiast jesli chodzi o teren wspólny, wykazuje doskonałą
obojetność wobec drobiazgów. Buty zostawia na środku przedpokoju,
plecak tam gdzie go zdejmie po powrocie. Nie sprząta talerza czy
kubka po jedzeniu. Książkę zostawia tam, gdzie postanowił przestać
czytać. Dlaczego ja mam sprzątac po nim albo żyć w bałaganie?
Zazwyczaj mniej lub bardziej miło proszę go o posprzątanie po sobie,
ale wtedy patrzy na mnie jak dręczony męczennik, któremu znowu
przynudzają.
Często bierze mnie chęć radykalnego wzięcia go w karby - np. za
każde niesprzątnięcie po sobie obiąć 50 groszy z tygodniówki. Ale
boję się, że dom zamieni się w koszary, że to koszmar tak ciągle
czuć się kontrolowanym. Z drugiej strony nie chciałabym wychować
flejtucha, przyzwyczajonego, że "samo się sprzątnie".
On nawet się stara, raz czy drugi mu się uda, ale jak gdyby nie jest
w stanie regularnie pamiętać o tych butach czy odłożeniu piżamy na
miejsce.
Co radzicie? Wyluzować czy wziąć za łeb? I w jaki sposób, jeśli to
drugie?