estelka1
28.02.12, 09:41
Od jakiegoś czasu moja córka licealistka narzeka na swoją nauczycielkę religii. Opowieści, jakimi mnie raczy powodują, że włos mi się na głowie jeży. Znam sporo ludzi wierzących, nawet takich lekko nawiedzonych, czy nieco fanatycznych, sama mam za sobą etap bardzo wielkiej religijności (oaza, odnowa w duchu świętym), ale wszystko to pikuś w stosunku do tego, czym raczy nastolatków katechetka mojej córki. W każdym razie opowieści ze szczegółami, jak to się kocha "po bożemu" ze swoim mężem to są jej najdelikatniejsze odpały. Nie wiem, czy kobieta przeszła gdzieś pranie mózgu (jest wierną fanką o. Rydzyka), czy niestety zaczyna się u niej choroba psychiczna, czy jeszcze inny czort. Z całą pewnością nie była taka. Znam ją dobrych parę lat, bo uczyła moją córkę na początku podstawówki, mamy ze sobą trochę kontaktu prywatnie i zawsze odbierałam ją bardzo pozytywnie. Przez lata uważałam, że z grona znajomych mi katechetek, to właśnie ona jest normalna i jakoś tak mądrze wierząca. W każdym razie mam dylemat, czy zasygnalizować dyrektorowi szkoły, bądź proboszczowi, że coś z nią się dzieje niefajnego, czy po prostu wypisać córkę z religii i sobie odpuścić jakiekolwiek interwencje. To znaczy córkę dziś wypisałam, choć mówiąc szczerze wolałabym, chodziła na religię do końca liceum. Ale jak ma uciekać z lekcji i potem zaśmiecać sobie świadectwo jedynką z religii i kupą nieusprawiedliwionych godzin, to się mija z celem. No i tak siedzę i główkuję, co dalej.