czy coś robić, a jeśli to co

13.06.12, 08:55
Sytuacja: szkoła podstawowa mojego dziecka i liceum, w którym uczę, sąsiadują. Moje dziecko po skończonych lekcjach idzie do mnie, dzięki czemu nie muszę kończyć kółka/ godziny wyrównawczej 5 minut wcześniej, tylko dociągam do dzwonka, czekam 5 minut na dziecko i idziemy do domu.
Koleżanka córki mieszka po drugiej stronie naszej szkoły (dom naprzeciwko szkoły) i przechodziła najpierw z mamą, teraz sama, przez naszą szkołę. Od jakiegoś czasu prosi moją córkę, żeby ją przeprowadzała, bo jacyś uczniowie ją zaczepiali i chcieli komórkę/ pieniądze. Pokazała mojej córce tych uczniów, córka mnie.

Oficjalnej w pełni sprawy robić nie mogę, bo dyrektorka powie tyle, że koleżanka nie powinna chodzić przez szkołę (i będzie miała rację). Jednak tak zupełnie zostawiać tego nie chcę, bo około 15-latkowie (tak na oko - ostatnia klasa gimnazjum albo pierwsza liceum, ja ich niestety nie uczę) zaczepiający we dwójkę pojedynczą siedmiolatkę to jednak gruby numer. Plus, jeśli robią to w szkole, to raczej należy się spodziewać, że robią to także poza szkołą. Z drugiej strony nie chcę strzelać od razu z armat, bo mogli mieć idiotyczny pomysł, żeby "postraszyć smarkatą" (karygodny, przyznaję, ale nie ściśle przestępczy) i nie chcę im od razu przypinać łatki przestępców.

Wykoncypowałam, żeby pogadać z koleżanką córki i matką koleżanki i jeśli sprawa będzie brzmiała poważnie, pogadać z tymi uczniami sama. Powiedzieć na wstępie, że zdaję sobie sprawę, że ich intencje mogły być inne, ale siedmiolatka odebrała sytuację jako napaść. Że jeśli to były żarty, to kiepskie żarty, bo dziecko się wystraszyło, a rodzice dziecka mogą poskarżyć się szkole albo wręcz wezwać policję.

Nie chciałabym od razu mieszać w to wychowawcy ani pedagog, bo boję się zrobienia z głupiego wybryku, którym to mogło być, czegoś poważniejszego. Chodzi mi o to, że ci nastolatkowie to ten typ - chłopak obcięty na "Salę samobójców" i pofarbowany na czarno, dziewczyna pofarbowana na ostro rudo, nie mówią dzień dobry - i nie chcę wprost moich kolegów z pracy oskarżać o stronniczość, ale łatwo byłoby im chyba tych nastolatków zaszufladkować. Nie chcę im przypinać etykiety. Ale istnieje jakiś procent ryzyka, że to było jednak na poważnie - no i ani jako matka dziecka z pobliskiej podstawówki, ani jako nauczyciel w szkole ewentualnych podejrzanych, nie chciałabym zaniedbać tego, gdyby było to coś poważnego.

Co myślicie o tym planie działania, który przedstawiłam powyżej?
    • ib_k Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 09:32
      porozmawiać z dziewczynką i jej mamą, jeżeli potwierdzą to koniecznie porozmawiać z podejrzaną młodzieżą w obecności wychowawcy (on od tego jest), uważam że żaden normalny nastolatek, nawet w ramach głupiego żartu, nie zaczepi 7 latki z wymuszeniem, skoro to zrobili na terenie własnej szkoły w stosunku do dziecka którego nie znają, to znaczy że mają doświadczenie w tej kwestii
    • mama-ola Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 10:22
      A dlaczego nie wiadomo, co robić? To nie zarzut do Ciebie, tylko tak w ogóle się zastanawiam.

      Najlepiej, jakby na wszystko były procedury, a personel szkoły miał szkolenia z tych procedur. No i żeby był tam punkt 5 łamane przez 7 i okoliczności od a) do c) plus wytyczne, jaką procedurę uruchomić. Na przykład jak zajdzie sytuacja dajmy na to: "podejrzenia wymuszenia przez ucznia danej szkoły na uczniu innej szkoły będącego w znacznie niższym wieku, to wdrażamy procedurę nr 786 polegającą na: zawiadomić X, Y i Z, zawiesić w prawach ucznia, zadać pytania o treści".
      Uczniowie też mieliby jasność, pod co się kwalifikują. Na przykład w bibliotece leżałoby do wglądu.

      A tak, to się zastanawiasz, czy łatki im nie przypniesz. No i dochodzi u Ciebie zapewne mocno ugruntowane przekonanie, że donosić jest brzydko. I ogólne poczucie, że nie ma się pojęcia, co robić.
      Brak procedur to w tym kraju jakaś zmora (vide Smoleńsk).
      • asia_i_p Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 12:15
        Procedury nie ma, bo siedmiolatki w ogóle nie powinno tam być. Nie powinna wchodzić do naszej szkoły, skracać sobie tędy drogi. I szkoła prawdopodobnie na tej części ustaleń się zatnie.

        Ja nawet nie mam oporów przeciw donoszeniu. Mam tylko świadomość realiów, które są takie, że ci nastolatkowie są z tego gatunku nastolatków, który u pewnego gatunku pedagogów ma z definicji przechlapane. I boję się, że mała wyolbrzymiła, a szkoła mając coś innego do tych nastolatków, nie zbada sprawy solidnie, tylko przyjmie postawę, a X, to wiadomo, czego innego można by się było spodziewać. Z drugiej strony, nie chcę zlekceważyć sprawy, jeśli zawinili.

        W sytuacji idealnej byłoby tak, że idę do pedagoga, zgłaszam, sprawa jest badana i jeśli się okażą niewinni, nic im się nie dzieje. A ja nie jestem pewna, czy zachodzi sytuacja idealna.
        • ib_k Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 12:27
          asia_i_p napisała:

          > Procedury nie ma, bo siedmiolatki w ogóle nie powinno tam być. Nie powinna wcho
          > dzić do naszej szkoły, skracać sobie tędy drogi.

          bez przesady, to jakiś absurd, ta twoja szkoła to więzienie że nie można do niej przyjść? a gdyby to był drobny licealista a nie 7latka to już wiedziałabyś jak się zachować?
          skoro obawiasz się reakcji swoich kolegów po fachu to porozmawiaj z podejrzanymi sama, ale potem nie zdziw się że cię oleją, powtórzę, uważam że to nie jest jednorazowy wybryk tych nastolatków i prawdopodobnie mają już takie sprawy na sumieniu (ha, ha)
          • verdana Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 12:46
            To, czy dziewczynka powinna tam być, czy nie - jest kompletnie niewazne - była. Jesli szkoła do tego sie przyczepi, to nalezy argumentować, ze jest to zachowanie analogiczne z niewszczynaniem sprawy o gwałt, bo dziewczyna po ciemku nie powinna znajdować się w parku i jest sama sobie winna.
            Najpierw trzeba pogadać z dziewczynką i matką - czy straszenie miało charakter idiotycznego zartu (naganne, ale nie żaden koszmar) czy próby wymuszenia. W tym pierwszym przypadku pogadać z nastolatkami w obecności wychowawcy. W tym drugim - dyrekcja, policja i cała machina w ruch.
    • pacynka27 Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 13:30

      Pracuję w szkole i uważam, że bez wiedzy dyrektora nie powinnaś rozmawiać z chłopcami. Dyrekcja powinna wiedzieć co się w szkole dzieje.
      Może ta sprawa się szybko zakończyć ale może się i ciągnąć. Jeśli za kilka miesięcy okaże się, że pokrzywdzonych jest więcej i dyrektor dowie się, że Ty coś wiedziałaś i milczałaś to stawia cię w złym świetle i podważa Twoje kompetencje.
    • asia_i_p Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 13:48
      Z matką dziecka będę się widziała jutro, ewentualnie może mi się uda porozumieć telefonicznie dzisiaj (jeśli córka ma numer). Podejrzanych musiałabym znaleźć na korytarzu, ewentualnie pogadać z pedagog, bo ja ich nie znam (na szczęście są bardzo charakterystyczni).
      Wszystko zależy od wyniku tej rozmowy z matką dziewczynki i tego, czy rzeczywiście czegoś żądali, czy się wygłupiali (bo równie dobrze to mogło być coś na zasadzie "łaaa ... dawaj komórkę ...." bez intencji jej wzięcia - wiem, że w tym wieku powinni mieć więcej rozumu, no ale nie mają).
    • asia_i_p Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 13:53
      Klasę mam już ustaloną - nie ma to jak mieć znajomości w bibliotece wink. Pierwsza licealna. Czyli czekam do tej rozmowy z matką koleżanki, a potem zaczynam akcję, na szczęście wychowawczyni sensowna, więc jest szansa, że sprawa zostanie załatwiona dokładnie na tym poziomie ostrości, na jakim się to okaże potrzebne.
    • kocianna Re: czy coś robić, a jeśli to co 13.06.12, 17:27
      Jeśli sensowna wychowawczyni i /lub sensowna pedagog, to ja bym od tych dwóch zaczęła. U mnie w szkołach pedagog to była ta, co broniła słabszych - niezależnie od tego, czy to był uczeń, na którego się uwziął nauczyciel, młody nauczyciel, na którego się uwzięła klasa, czy kotowany pierwszoklasista. Ona też znała mniej-więcej możliwości każdego ze swoich podopiecznych i procedury miała w małym paluszku. Łącznie ze znajomym dzielnicowym, który umiał i pogadać po ojcowsku, i nastraszyć służbowo.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja