bemari
02.07.06, 23:24
Trafia mi się z mężem możliwość wyjazdu na dziesięć dni w miejsce, które jest
dla mnie normalnie nieosiągalne.Moje dzieciaki(12 - 18 lat)twierdzą, że mamy
jechać. Mąż też.Problem w tym, że do opieki mam tylko młodziutką studentkę -
żadne babcie i ciocie nie wchodzą w grę.Studentka(córka przyjaciół) to mądra
dziewczyna(sprawdzona i znana od pieluch), dzieci też rozsądne.Nie mam cienia
wątpliwości - niecnie nie wyzyskają naszego wyjazdu(czytaj imprezki itp.),
obiadki też załatwione w znajomym barku.Organizacyjnie mąż wszystko
dograł.Chciał mi z dzieciakami zafundować podróż życia ,no i problem.Boję
się, że coś się stanie, a mnie nie będzie.No - rzeczy nieprzewidywalne -
choroba, jakiś wypadek na rowerze.I mamy patową sytuację.Rodzina (mąż i troje
dzieci)są na mnie źli, że chcą mi taką frajdę zapewnić, a ja kwoczę.Ja
uważam, że dzieci są za młode, by je zostawiać na tak długo.One są obrażone,
że przecież nigdy mnie nie zawiodły.Mąż(zasadniczo bardzo troskliwy i mądry
życiowo - do tej pory zgadzałam się z jego propozycjami)) obrażony, że
wszystko zorganizował, a ja wynajduję problemy.Stoję pod murem. Uważam, że
taki wyjazd z mojej strony byłby nieodpowiedzialny(niedostateczna opieka), a
jak nie pojadę, oni mi nie darują.Braku zaufania.Jak wytłumaczyć, że to
troska?Potrzeba mi rady obiektywnej.Proszę!!!