kag1
15.01.09, 10:11
We wrześniu córka poszła do szkoły, po przedszkolu również
państwowym myśleliśmy że będzie podobnie, życzliwie, kontakt z
wychowacą, miła atmosfera. Bardzo sie pomyliliśmy. Szkoła okazała
się komunistycznym molochem, wychowawczyni narcystycznie zakochana w
sobie, opowiadająca na zebraniach przez "Ja" o sobie i swoich
dzieciach. Kontakt mocno ograniczony, ponieważ przed lekcjami Pani
nie ma czasu na rozmowę, a po południu jest maxymalnie do 13. O
podejściu indywidualnym do dzieci nie ma nawet mowy, lekcji zadanych
do domu jest tyle że czuję się jakbym znów chodziła do I klasy. Czy
wszystkie szkoły takie są, czy tylko ja trafiłam do reliktu
przeszłości.Co bardzo irytujące widzę że częśc rodziców akceptuje tę
sytuację, adorując wychowawczynię ku jej zadowoleniu, utwierdzając
ją w przekonaniu o jej niezwykłej wyjątkowości. Staram się ukryć
swoją irytację, żeby nie zaszkodzić dziecku, ale co to daje?