Dodaj do ulubionych

Bajki terapeutyczne

11.08.07, 21:30
Kiedy dziecko nie wierzy w siebie i jest nieśmiałe.

Bajka terapeutyczna - "Przygoda ołówka"
A było to tak: W sklepie papierniczym wśród różnych przedmiotów
leżał sobie kolorowy piórnik, który nie mógł się doczekać, aż ktoś
go kupi. Pewnego dnia do sklepu razem z mamą przyszła mała Zuzia,
która kupiła piórnik i powiedziała, że razem z nim będzie chodzić do
przedszkola.
W piórniku mieszkałem ja, szary ołówek, obok kolorowe kredki,
pisaki, gumka do mazania, nożyczki, linijka, temperówka, długopis i
pędzelek. Nasze mieszkanie było bardzo kolorowe, wprost bajecznie
kolorowe, każdy miał swoje miejsce, równo poukładane kredki pyszniły
się swoimi barwnymi łebkami. Pachnąca gumka roztaczała zapach i
wykrzykiwała, że mają być grzeczne, bo inaczej to ją popamiętają!
Pisaki wystrojone w śliczne czapeczki już szykowały się do
rysowania, nożyczki do cięcia, linijka do podkreślania, temperówka
do strugania, długopis do pisania, a pędzel do malowania.
Naszego domku strzegł suwak, który zamykał i otwierał piórnik. Nocą
często wyobrażaliśmy sobie, jak to będzie i kto z nas pierwszy
zobaczy przedszkole, kto pierwszy będzie rysował, malował, wycinał?
Kolorowe kredki przechwalały się, która z nich jest najpiękniejsza,
pisaki chichotały i zaczęły wyśmiewać się ze mnie. Zrobiło mi się
smutno, że takiego szaraka nikt nie będzie brał do rysowania.
Aż wreszcie nadszedł ten dzień. Suwak często otwierał swe drzwi, co
rusz wychodziły kredki i inne przybory. Przez uchyloną szparę
słychać było gwar, śmiechy, muzykę, tylko ja jeszcze nie widziałem
przedszkolnej Sali.
Zacząłem zastanawiać się, dlaczego Zuzia mnie nie wybiera, było mi
smutno i z boku przyglądałem się wesołym przyborom.
Kolejnego dnia Zuzia wyciągnęła mnie nareszcie z piórnika, zrobiłem
kreseczkę, laseczkę i już chciałem narysować pieska, wtem z piórnika
wypadła pachnąca gumka i zniszczyła wszystko to, co narysowałem.
Było mi bardzo smutno, poczułem się źle, chciało mi się płakać,
przecież wydawało mi się, że umiem rysować. Mijały kolejne dni w
przedszkolu, a ja wciąż siedziałem uwięziony w swojej przegródce.
Nocą wszystkie przybory zmęczone po całodziennej pracy smacznie
spały, a ja kręciłem się z boku na bok i nie mogłem zasnąć. Tylko
poczciwy suwak otwierał swe drzwi i mówił do mnie: „Nie martw się,
będzie dobrze, przyjdzie czas, że będziesz najważniejszy dla Zuzi,
na pewno…”
I tak się stało. Nazajutrz w przedszkolu pani powiedziała do
dzieci: „Dzisiaj potrzebne wam będą tylko ołówki, będziemy rysować
szlaczki.”
Gdy Zuzia wzięła mnie do ręki, byłem tak roztrzęsiony, że aż się
złamałem. Wtedy to suwak szybko się rozsunął i wypchnął temperówkę,
która w mig mnie zaostrzyła. I już roztańczyłem się na kartce –
kółeczka, kreseczki, laseczki to moja specjalność. I nie tylko, bo
odtąd Zuzia nie mogła się obejść bez mojej pomocy. Rysowaliśmy
portrety wszystkich członków rodziny Zuzi, szarugi jesiennego
deszczu, a nawet kopalnię. Było wspaniale. Teraz już wiem, że jestem
ważny, a nawet niezbędny. Jestem po prostu szczęściarzem!

Obserwuj wątek
    • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka Terapeutyczna "Przygoda skrzata Poziomka 11.08.07, 21:33
      Poziomek przezwycięża lęk przed ciemnością

      Daleko, daleko stąd, w zaczarowanym miasteczku zabawek – Wesołej
      Osadzie, nieopodal przyjaźnie szumiącego lasu stała maleńka chatka.
      Była to najpiękniejsza chatka w okolicy. Jej kształt przypominał
      pękatą szyszkę otuloną licznymi nasionkami. Okrągłe okienka z
      barwnymi firankami zwracały uwagę przechodniów. Na parapetach
      ustawiono w równych rzędach, niespotykane u nas, bajkowe rośliny.
      Ich nasiona pomagały potrzebującym w rozwiązywaniu różnych
      problemów. Czerwone nasiona wesołki odganiały wszelkie smutki,
      zielone kuleczki dróżki wskazywały bezpieczną drogę do wybranego
      miejsca, a żółte paciorki latarenki rozjaśniały ogarniające
      ciemności.
      Drewniana, ozdobnie rzeźbiona tabliczka na drzwiach oznajmiała, że
      mieszka tu skrzat Poziomek.

      Poziomek miał wielu przyjaciół – mieszkańców Wesołej Osady.
      Byli nimi: pajacyk Fiku-Miku, lalka ze złotymi loczkami –
      Złotowłoska, kotek Puszek, miś Łasuch, piesek Reks, króliczek
      Łatek...

      Każdego dnia przyjaciele spotykali się na leśnej polance.
      Spędzali czas, bawiąc się radośnie.
      Pewnego dnia bawili się w chowanego. Nikt z przyjaciół nie
      spodziewał się, że za chwilę niebo zakryją ciemne chmury i rozpęta
      się straszliwa burza.
      - Szukam! – zawołał głośno skrzat Poziomek.

      Spoglądał z niecierpliwością za krzaczki, za pnie drzew, za duże
      kamienie, spojrzał nawet do opuszczonej przed laty dziupli
      wiewiórki. Niestety, nie zauważył ani czapeczki pajacyka, ani
      złotego loczka laleczki, ani uszka kotka, ogonka pieska, czy wąsików
      króliczka. Kryjówki jego przyjaciół okazały się doskonałe! Szukający
      Poziomek długo błądził po lesie, nawoływał, szukał... Pech sprawił,
      że dziś nikogo nie mógł odnaleźć.

      Nagle zerwał się wiatr. Z minuty na minutę przybierał na
      sile. Groźnie zaszumiały drzewa, liście zaszeleściły nad głową
      skrzata. Ptaki pośpiesznie wracały do swoich gniazd. Tuż obok
      Poziomka przebiegła mała sarenka zmierzająca do swojej mamy. Nawet
      ślimacza rodzinka schowała się pod borowikiem, niczym pod ogromnym
      parasolem. Tylko skrzat wciąż był zajęty poszukiwaniem ukrytych
      przyjaciół.
      Wtem na czerwony nosek Poziomka spadła jedna srebrna kropla
      deszczu, potem kilka drobnych kropelek, a tuż po nich wielka struga
      ogromnych kropli. Niebo pociemniało. Raz po raz rozdzierały je
      groźne błyskawice. Słychać było straszliwy huk gromu. Poziomek
      dopiero teraz zauważył niebezpieczeństwo. Ogarnął go chłód. Nie
      znalazł przyjaciół. Był samotny w leśnej gęstwinie. Przerażony
      rozglądał się, szukając schronienia.
      Nagle ujrzał norkę.
      - Ciekawe, czy ktoś tu mieszka? – zastanowił się skrzat – Z
      pewnością znajdę tutaj suchy i ciepły kącik dla siebie. Nikomu nie
      będę przeszkadzał.
      Zaciekawiony Poziomek wszedł do środka, chowając się przed burzą. Po
      przejściu kilku kroków zauważył, że wewnątrz panują straszne
      ciemności. Przeniknął go strach. Trząsł się tak bardzo, że z dala
      było słychać dźwięk dzwoneczków zawieszonych na jego kolorowej
      czapeczce.
      Mimo, że bardzo się starał, nie mógł zobaczyć, co jest tuż
      obok niego. Stąpając cichutko drobnymi kroczkami, dotykał korzeni,
      które wydawały się ramionami strasznej ośmiornicy. Dotykając ścian
      norki – wyobrażał sobie, że to skóra ogromnego smoka. Przez chwilę
      myślał, że znajduje się w brzuchu potwora. Walczył z wytworami
      własnej wyobraźni.
      Pomyślał:
      - Gdzie ja jestem? Gdzie teraz są moi przyjaciele? Czy też boją się
      tak jak ja? Czy tam, gdzie są, też jest tak ciemno?
      Chciał krzyczeć, ale strach związał jego małe gardełko.
      W blasku jednej z błyskawic wydawało mu się, że
      widzi wielkie, przeraźliwe ślepia, które zbliżają się do niego.
      Nagle na swoim ramieniu poczuł czyjś dotyk: ciepły,
      miękki, przyjemny. Ktoś odezwał się mrukliwym, ale znajomym głosem:
      - Co ty tu robisz?
      Skrzat nie wierzył własnym sterczącym uszom.
      - To jest ktoś, kogo dobrze znam! – pomyślał Poziomek.
      W blasku kolejnej błyskawicy ukazała się postać misia Łasucha, który
      właśnie przebudził się z krótkiej drzemki.
      - Jak dobrze, że cię tu znalazłem! – zawołali obaj jednocześnie.
      - Tak bardzo się boję ciemności – cichutko powiedział skrzat.
      - A my martwiliśmy się o ciebie – odpowiedział miś – Kiedy rozpętała
      się burza, przerwaliśmy zabawę i zorientowaliśmy się, że nie ma cię
      wśród nas. Szukaliśmy cię w całym lesie. A ja tak się zmęczyłem, że
      postanowiłem uciąć sobie drzemkę w norce mojego przyjaciela liska
      Rudaska, który wybrał się na kilka dni do swojej kuzynki Lisiczki.
      - Ale ja wciąż się boję, misiu! Tu jest tak ciemno! Proszę, pomóż mi!
      - Nie martw się, skrzacie! Pamiętasz, że przed kilkoma dniami
      ofiarowałeś mi nasiona twoich zaczarowanych roślin? Noszę je wciąż
      przy sobie.
      W tej chwili Łasuch wyjął z niewielkiej torebki żółte nasionka
      latarenki, a kiedy ułożył je na otwartej łapce – wokół przyjaciół
      powoli zaczął roztaczać się blask oświetlający wnętrze norki. Oczom
      Poziomka ukazał się przepięknie urządzony pokoik. Zniknęły ramiona
      ośmiornicy, a zamiast niej pojawiły się schodki prowadzące z
      niewielkiego korytarza. Skóra smoka z wyobraźni skrzata okazała się
      galerią portretów leśnych przyjaciół Rudaska. Teraz zarówno Łasuch,
      jak i Poziomek z podziwem oglądali kolejne obrazy.
      - To wiewiórka Ruda Skoczka!
      - To borsuk Siłacz!
      - Poznajesz doktora dzięcioła? – wołali niemal jednocześnie.
      W samym środku pokoju, który jeszcze przed chwilą wydawał się
      wnętrzem brzucha strasznego potwora, stał ślicznie nakryty stół, a
      wokół niego równo ustawione krzesełka.
      - Jak tu pięknie. Jak miło. I czego ja się bałem? – zastanawiał się
      skrzat.
      - Nie martw się już, przyjacielu. Ale pamiętaj, żeby zawsze nosić
      przy sobie zaczarowane nasionka latarenki – poradził miś.
      Łasuch i Poziomek wyszli na zewnątrz, a tam spotkali
      pozostałych przyjaciół: pajacyka, lalkę, kotka i pieska. Wszyscy
      ucieszyli się, że znów są razem. Spojrzeli w niebo i spostrzegli
      wychodzące zza chmur słoneczko i barwną tęczę na niebie.

      Szczęśliwy skrzat podziękował misiowi za okazaną
      pomoc i obiecał, że już zawsze będzie nosił przy sobie po kilka
      nasionek z każdej zaczarowanej roślinki. A wszystkich przyjaciół
      zaprosił do swojej chatki, gdzie poczęstował ich smacznymi
      ciasteczkami poziomkowymi i pyszną poziomkowa herbatką.
      • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna "Przygoda kaczki Kwaczki" 11.08.07, 21:38
        Kiedy dziecko boi się ćwiczyć.

        Dawno, dawno temu w odległej krainie mieszkały sobie zwierzęta z
        wiejskiego podwórka. Kraina była mała i kolorowa, a jej mieszkańcy
        znali się nawzajem. Żyła tam kura Kokoszka, kaczka Milusia,
        niezwykle mądra indyczka Gulgulcia i biała gęś o długiej szyi i
        imieniu Gęgała. Żył tam też stary pies Hauczuś ze swym przyjacielem
        kotem Mruczusiem. Spotykali się oni przy studni na pogawędkach. W
        oborze dom swój miała krowa Beza, która była biała jak ciasteczko.
        Obok obory, w stajni mieszkały konie, a najpiękniejszy z nich był
        Kasztanek.
        Najmłodszymi mieszkańcami krainy opiekowała się Gulgulcia. Każdego
        dnia, uderzając specjalną pałeczką w dużą pokrywę, wzywała maluchy
        do szkoły. Wtedy schodziły się: kurka, kogucik, gąska, dwa
        szczeniaki, kotek, byczek, kucyk i kaczuszka. Malutkie nóżki
        kaczuszki nie chodziły tak szybko jak innych, dlatego zwykle
        przychodziła ostatnia. Indyczka Gulgulcia czekała, aż wszyscy zajmą
        swoje miejsca. Brała potem do ręki czerwone piórko i kolejno
        odczytywała:
        - Gąska Bielusia,

        - Kogucik Czupurek,

        - Kaczuszka Kwaczka,

        - Szczeniaki Łatek i Szaruś,

        - Kurka Pazurka,

        - Byczek Rogatek,

        - Kotek Rudasek,

        - Kucyk Wicherek.

        Wszyscy są – cała dziewiątka! Pani Gulgulcia uśmiechnęła się tak,
        jak gdyby wszystkich chciała tym uśmiechem przytulić. Potem
        opowiadała maluchom, dlaczego warto słuchać mamy, co w trawie można
        spotkać, czemu za płotem stoi strach…
        Zwierzątka lubiły słuchać swojej pani. Zwykle potem rysowały,
        liczyły, czytały no i ćwiczyły. Ćwiczenia to ulubione zajęcie prawie
        wszystkich.
        Był jednak ktoś, kto najbardziej na świecie nie lubił słów
        ćwiczenia, gimnastyka, zawody… Brrr. Była to kaczka Kwaczka. Pewnego
        dnia zwierzątka wyszły na gimnastykę, na podwórko. Kaczka szła
        ostatnia. Och, najchętniej wytarłaby wszystkie tabliczki, podlała
        wszystkie kwiatki… Żałowała, że nie pada deszcz, wtedy zostaliby w
        szkole i mogliby robić coś innego. Pani Gulgulcia powiedziała
        serdecznie:

        - Chodź, Kwaczusiu, będziemy się razem bawić. To nic trudnego.

        Kwaczusia bardzo się bała, miała sucho w gardle, jej krótkie nóżki
        dziwnie się plątały. Złościła się, że kurka Pazurka i gąska Bielusia
        są już tak daleko.

        - Oj, jak ja je dogonię! – Bardzo chciała móc chodzić tak szybko jak
        one.

        Gdy wszyscy znaleźli się na miejscu, pani Indyczka, z bardzo poważną
        miną powiedziała do zebranych wokół zwierząt:

        - Moi kochani, z okazji Dnia Matki przygotujemy zabawę. Pani Gęś
        obiecała upiec pyszny tort. Postanowiłam, że zorganizujemy pokaz
        ulubionych ćwiczeń, aby wasze mamy mogły zobaczyć, co potraficie.
        Chciałabym, abyśmy wspólnie ułożyli listę konkurencji. Co wy na to?

        - Hura, hura!!! Świetny pomysł, ale będzie zabawa! Pokażę mój skok! –
        ucieszył się byczek Rogatek.

        Kwaczusia poczuła, że jej nóżki stały się tak krótkie, aż usiadła na
        trawie i coś ukłuło ją w oczko – tak bardzo chciało jej się
        płakać!!!

        - Dlaczego, dlaczego – myślała…

        Skoki, biegi to pomysły kurki i gąski. Toczenie piłeczki, proponował
        kotek Rudasek. To zwierzątka mówiły, co chciałyby robić.

        - A ty, Kwaczusiu, masz jakiś pomysł? – zapytała pani Gulgulcia.

        Wszyscy nagle umilkli i odwrócili głowy w jej stronę.

        - No, to teraz poczekamy – podskoczył Wicherek, a Pazurka i Bielusia
        się uśmiechnęły.

        - Pomyśl – powiedziała pani do kaczuszki.

        Kwaczusia czuła, że serduszko biło jej tak mocno, aż bolało.

        - Śmiało Kwaczusiu! Co lubisz najbardziej? – zapytali Łatek i
        Szaruś, którzy nagle znaleźli się obok. Nic jednak nie przychodziło
        jej do głowy.

        Aż tu nagle, zobaczyła swoją mamę, która pływała po stawie i
        powiedziała cichutko:

        - Może pływanie?

        - Tak, tak, to dobry pomysł – powiedziała pani Gulgulcia, tej
        konkurencji jeszcze nie było, już notuję.

        - Phi! – odezwała się gąska Bielusia – też mi - pływanie!

        - Oto zaproszenia dla Waszych mam. Oddajcie je i pozdrówcie ode
        mnie. Do widzenia dzieci!

        - Do widzenia – odpowiedziały zwierzątka.

        Kwaczka szła do domu bardzo powoli, było jej niezwykle smutno, a w
        główce kłębiło się wiele dziwnych myśli. Pod skrzydełkiem mocno
        ściskała zaproszenie dla mamy. Przed domem kaczuszka spotkała
        swojego tatę – Kaczora. Tata malował płot ogródka kwiatowego, w
        którym rosły już tulipany, konwalie i mamy ulubione – drobne
        niezapominajki.

        - To dla mamy – pochwalił się z dumą – Jak myślisz, ucieszy się? –
        zapytał tata.

        - Może tak – odpowiedziała bez entuzjazmu Kwaczusia. Weszła do
        swojego pokoju, położyła zaproszenie na stoliczku i wdrapała się na
        łóżeczko. Przytuliła się mocno do podusi i przymknęła oczka.

        - O, już jesteś! Witaj córeczko – do pokoju weszła mama, kaczka
        Milusia – Cieszę się, że jesteś już w domu. Och, widzę coś na
        stoliczku. Czy mogę zajrzeć?

        - Tak mamo, to dla Ciebie.

        Mama uważnie przeczytała zaproszenie, uśmiechnęła się, zbliżyła do
        Kwaczusi i serdecznie ją przytuliła. Kiedy mama spojrzała w oczy
        córeczki, trochę zdziwiona zapytała:

        - Czy coś cię martwi? Masz smutną minkę.

        Wtedy kaczuszka mocno przytuliła się do mamy, nic nie odpowiadając.

        - Bardzo się cieszę, że zapraszasz mnie do swojej szkoły. Na pewno
        będzie bardzo fajnie – zagadnęła mama.

        Kwaczusia nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć:

        - Nie, nie będzie wcale fajnie!!! Głupi pomysł, co to w ogóle za
        pomysł, żeby pokazywać ćwiczenia. Nie chcę! – zaczęła płakać i tupać
        ze złości swoimi krótkimi nóżkami.

        Mama spojrzała na kaczuszkę.

        - Widzę, że jesteś teraz bardzo zdenerwowana. Kiedy się uspokoisz,
        możesz do mnie przyjść – powiedziała mama i wyszła z pokoju.

        Usłyszała, że z ogródka właśnie wrócił tata. Rodzice długo ze sobą
        rozmawiali...
        Kwaczusia zapłakana, zmęczona zasnęła po dniu pełnym wrażeń. Rano
        mama obudziła ją delikatnym głaskaniem po główce. Słońce już
        świeciło jasno. Kaczuszka uśmiechnęła się do mamy. Przypomniała
        sobie miniony dzień i powiedziała cicho:

        - Przepraszam.

        - Już dobrze, chodź na śniadanie. Wiesz – zaczęła mama – kiedy ja
        byłam mała, urządziliśmy dla mam przedstawienie pt. „Brzydkie
        Kaczątko”. Wszyscy staraliśmy się grać jak prawdziwi aktorzy.
        Występowaliśmy na scenie w specjalnie przygotowanych kostiumach.
        Moja mama powiedziała mi wtedy, że jest ze mnie dumna i czuje się
        bardzo szczęśliwa. A ja starałam się tylko najbardziej, jak
        potrafiłam. Rozumiesz Kwaczusiu?
        Kaczka skinęła głową, połknęła ostatni kawałek i powiedziała:

        - Rozumiem.

        Tego dnia szła odważnie do szkoły. Spotkała po drodze Łatka i
        Szarusia. Poszli dalej razem, opowiadając swoje ulubione historyjki.
        A na zawodach było tak: kurka i gąska biegały szybciutko, Wicherek
        pokonał przeszkody, byczek pokazał swój długi skok, kogucik zapiał
        specjalnie na cześć mam, Łatek i Szaruś przedstawili taniec radości,
        a Kwaczusia… Ona pokazała, jak szybko potrafi przepłynąć staw.
        Zawodnicy długo słuchali braw mam i pani Gulgulci. Wszyscy jedli
        pyszny tort pani Gęgały, śmiejąc się wesoło.
        Na koniec pani pożegnała dzieci i mamy:

        - Dziękuję za miłe spotkanie, wszyscy razem sprawiliście, że było to
        udane święto. Kwaczusia poczuła, że pani ją też chwali.

        - To był naprawdę miły dzień, mamo! – powiedziała szczęśliwa i
        zadowolona kaczuszka – Dzisiaj dowiedziałam się czegoś ważnego –
        potrafię świetnie pływać. Chodźmy mamo do domu, chcę o tym
        opowiedzieć tacie.

        - Myślę, że będzie cieszył się razem z tobą – dodała mama Milusia.
        • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna "Tola" 11.08.07, 21:42
          Bajka pomagająca przezwyciężyć lęk przed brakiem akceptacji,innością.

          W sklepie z zabawkami na półkach mieszkały różne zabawki: kolorowe
          lalki, pluszowe misie, samochody, klocki. Na najniższej półce
          siedziała samotnie w kącie lalka inna niż wszystkie. Miała czarną
          buzię, kruczoczarne kręcone włosy i ubrana była tylko w spódniczkę z
          trawy. Była bardzo samotna i smutna. Czuła się nielubiana,
          odrzucona, ponieważ nikt nie chciał się z nią bawić.
          Co noc wszystkie zabawki schodziły z półek i bawiły się wesoło.
          Tola, bo tak miała na imię czarna lalka, siedziała na swojej
          półeczce i zadawała sobie pytania: Dlaczego nikt nie chce się ze mną
          bawić? Czy ja jestem inna? Czy będę kiedyś mieć przyjaciół? Czy
          będę się bawić i śmiać jak inni?
          Na najwyższej półce siedziały dwie piękne i dumne lalki Barbie,
          które były jej koleżankami. Co wieczór śmiały się z Toli, jej
          ubrania, włosów i ciemnego koloru skóry. Namawiały inne zabawki, aby
          nie bawiły się z Tolą, a co było najstraszniejsze, wyzywały
          dziewczynkę, wołając na nią: brzydula, brudas, odmieniec. Toli było
          bardzo przykro i smutno. Łzy same cisnęły jej się do oczu, ściskała
          piąstki aż do bólu, jednak na twarzy nie pojawiła się żadna oznaka
          potwornego bólu.
          Pewnego dnia do sklepu przywieziono nowe zabawki, wśród nich
          był piękny kolorowy pajacyk. Wszystkie lalki były nim zachwycone i
          chciały się z pajacykiem zaprzyjaźnić. Postanowiły w nocy
          zorganizować bal, na którym odbędzie się konkurs na najciekawszy i
          najładniejszy taniec.
          Wszystkie zabawki ochoczo zabrały się do roboty - do przymierzania
          pięknych strojów.
          Każda z nich chciała zatańczyć z pajacykiem i wygrać konkurs. A Tola
          smutno patrzyła na krzątaninę i coraz bardziej robiło się jej smutno
          i przykro, gdyż nie miała pięknego stroju na bal.
          A kiedy bal się zaczął, wszystkie czekały, kogo wybierze pajacyk.
          Pajacyk jednak nie wybrał żadnej z pięknie ubranych lal, bo zauważył
          siedzącą samotnie w kącie smutną lalkę Tolę, z którą nikt nie chciał
          się bawić. Przypomniała mu się sytuacja, kiedy on też tak siedział
          samotny i opuszczony na półce. Postanowił podejść do dziewczynki.
          Tola z przerażenieniem i strachem patrzyła na zbliżającego się
          pięknego pajacyka. Serduszko biło jej coraz mocniej, czuła, że zaraz
          jej wyskoczy. Nerwowo skubała swoją sukienkę i myślała: Co on ode
          mnie chce? Czy będzie się ze mnie śmiał tak jak inni?
          Pajacyk zapytał:
          - Dlaczego jesteś smutna i nie bawisz się z innymi?
          - Nie mam ładnej sukienki i wyglądam inaczej niż wszystkie zabawki w
          tym sklepie – odpowiedziała Tola.
          - Oj, nie przejmuj się, spójrz na mnie, ja też jestem inny: cały
          jestem drewniany, mam spiczasty, długi nos, chude ręce i nogi. Nie
          martw się tym. Bardzo lubię się bawić, więc zapraszam cię do tańca.
          Dziewczynka odczuwała wielki strach i niepokój. Nie poszłaby, gdyby
          pajacyk nie trzymał jej bardzo mocno za rękę i uśmiechał się do niej
          zachęcająco. Mówił: nie bój się, jestem obok ciebie, nic złego się
          nie stanie.
          Tola najpierw nieśmiało i z opuszczoną głową rytmicznie poruszała
          się w rytm muzyki, ale ponieważ nikt nie śmiał się z niej, coraz
          odważniej i coraz piękniej tańczyła, wirując lekko jak motylek
          fruwający z kwiatka na kwiatek. Pojawił się na jej buzi najpierw
          lekki uśmiech, w miarę jak widziała zachwycone oczy zabawek uśmiech
          robił się jej coraz piękniejszy.
          - Czy to możliwe, żeby ta brzydula tak ładnie tańczyła? – pytały
          zabawki.
          - Jak cudownie wygląda - mówiły zabawki.
          - Zobacz, jak ślicznie faluje jej spódniczka - szeptały misie.
          Nagle muzyka ucichła. Tola z niepokojem czekała na to, co się
          stanie. Znów posmutniała.
          Hura! Hura! Brawo! – rozległy się nagle oklaski. Jesteś wspaniała –
          wołali wszyscy. Okazało się, że Tola wygrała konkurs tańca.
          Po tej niezwykłej nocy na twarzy Toli zagościł na stałe uśmiech.
          Poczuła się pewna siebie, nikt już jej nie przezywał i wyśmiewał. A
          zabawki chętnie bawiły się z dziewczynką. Pajacyk stał się jej
          najlepszym przyjacielem. Przyjacielem, który pocieszy, ale który
          również zgani, kiedy zrobi coś niewłaściwego.
          Co roku o tej samej porze, kiedy organizowano bal, wszyscy
          chcieli, aby Tola z nimi zatańczyła. A dziewczynka z uśmiechem na
          twarzy, odważnie i pewnym krokiem wychodziła na środek i tańczyła,
          tańczyła. Tańczyła z różnymi zabawkami, aż do utraty sił.
          • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Jeżyk" 11.08.07, 21:47
            Grupa nie akceptuje i odrzuca.

            Historia ta zdarzyła się już dawno, wtedy gdy na świecie nie było
            jeszcze prądu, wodę czerpano w studniach, a dzieci swobodnie biegały
            po podwórzach. Daleko w głębi lasu toczyło się normalne, bezpieczne
            życie. Niczym niezakłócony spokój w świecie zwierząt.

            Niestety, jak to się często zdarza, tak i tym razem spokój ten
            został zakłócony, a stało się tak za sprawą małego kaprysu matki
            przyrody.

            Już wszystkie liście spadły z drzew, kwiaty zmieniły swe piękne
            suknie na grube, szare piżamy, a cały świat przykryty został białą,
            puszystą pierzyną. Tak jak co roku wszystkie zwierzątka przygotowane
            były na przyjście królowej, białej pani – Zimy. Każda spiżarnia po
            brzegi wypełniona była zapasami. Na półkach nie brakowało miodku,
            powideł, orzeszków, suszonych grzybków i ziaren zbóż. Kiedy tylko
            przybyła rodzina jeżyków, wygodnie okryła się kołderkami w swoich
            ciepłych łóżeczkach, po czym zasnęła w poczuciu beztroski i
            bezpieczeństwa.

            Był środek zimy, zwierzątka smacznie spały w norkach, nieświadome
            tego, co działo się na polanie, a promienie roześmianego słoneczka
            grzały coraz mocniej, topiąc śnieg zalegający na daszkach ich małych
            domków.

            Mały jeżyk przeciągnął się, nieśmiało wysuwając nosek spod kołderki.
            Jedna łapka już wystawała, ale chłodek panujący w norce hamował
            ciekawość jeżyka.

            Tak jak jeżyk nieśmiało wyglądał spod kołderki, tak i cieniutki,
            niepewny promyczek słoneczka zaglądał do norki przez delikatnie
            przysypane okienko. Jeżyk, gdy tylko ujrzał promyczek, wyskoczył z
            łóżeczka, a to, co zobaczył, nieco go zaskoczyło. Wszyscy w norce
            spali, tato chrapał straszliwie, a mała siostrzyczka jeżyka zakryta
            była po uszy kołderką. Zdziwiło to bardzo jeżyka, tak, że z jego
            pyszczka wyrwało się głośne westchnienie, które zdawałoby się
            wyrażało wszystkie troski świata:

            - Oooooo, nie...

            Jeżyk był sam w zimnym, ciemnym domku, co wprawiło go w nieco zły
            nastrój i zakłopotanie. Przez myśl przeszło mu, by obudzić mamę.
            Podbiegł do łóżeczka, na którym spała i krzyknął:

            - Mamusiu, wstawaj, już wiosna, mamusiu, już się obudziłem, nie chcę
            być sam!

            Niestety, jego prośby, lamenty nie przyniosły skutku. Czuł się coraz
            bardziej samotny, było mu zimno, nie miał pojęcia, co się dzieje
            wokół niego. Paluszek powędrował mu do buźki, a do oczu napłynęły
            łzy. I byłby się rozpłakał, gdyby nie to, co ujrzał przez okno. Parę
            kroczków przed jego norką, obok dużego krzaka jałowca bawiła się
            grupa małych zwierzątek. Były tam rude liski z puszystymi kitkami,
            szare zajączki z czujnymi słuchami, sarenki, a także rude wiewiórki
            zajadające się po kryjomu orzeszkami, natomiast na gałązkach z
            zaciekawieniem zabawie przyglądały się różnobarwne sikorki i gile z
            czerwonymi brzuszkami. Nagle samotność i obawa odeszły na bok, a na
            ich miejsce pojawiły się ogromna ciekawość i zainteresowanie zabawą.
            Niestety, drzwi i okienka zasypane były śniegiem, pojawił się więc
            kolejny problem.

            Jak wydostać się z norki – myślał jeżyk. Wtem przyszedł mu do głowy
            pewien pomysł. Wyjdę kominem! Jak pomyślał, tak zrobił. Nie minęło
            nawet pięć minut, a on już był na polanie przed domkiem. Blask
            słońca na chwilę go oślepił, a chłodek panujący na dworze ziębił mu
            stopy i sprawił, że zachciało mu się kichać. Tak bardzo nie chciał
            być zauważony, bał się zwierzątek bawiących się na polanie, nie
            wiedział, jak zareagują na jego pojawienie się. Przecież był taki
            inny niż one. Jednakże to, co wyrwało się z jego pyszczka, nie dało
            mu możliwości pozostania w ukryciu.


            - aaaaa psik!!!


            Jedno kichnięcie, a echo rozniosło je po całej polanie. W tym
            właśnie momencie wszystkie zwierzątka spojrzały na niego. Chciał
            uciekać, ale nie miał już żadnego wyjścia. Zwierzątka przerwały
            zabawę, zapadła cisza, głucha cisza. Małe serduszko jeżyka biło tak
            mocno, jakby chciało się wyrwać i biec, ale jeżyk nie miał siły i
            odwagi zrobić nawet jednego kroku. Z każdą minutą było mu coraz
            trudniej, tym bardziej, że między zwierzątkami dały się słyszeć
            nieprzyjemne szepty.

            - Ale dziwadło – rzekł mały lisek.

            - Jest jakiś taki śmieszny – dodała wiewiórka Rudaska.

            - Chodźmy stąd, będzie lepiej, gdy będziemy trzymać się z dala od
            tego cudaka – dorzucił zajączek Szaraczek.

            - Masz rację, pobawimy się nad rzeczką, wrócimy tu później, może już
            go tu nie będzie – odrzekł inny zajączek.

            Mały jeżyk wciąż stał nieruchomo i robiło mu się coraz bardziej
            smutno. Bał się, był przecież zupełnie sam pośród tych wszystkich
            zwierzątek. Nie znał ich, a co najgorsze znacznie się od nich
            różnił. Czuł jak łzy napływają mu do oczu.

            - Co ja pocznę, jestem jeszcze malutki, a rodzice wcale nie chcą się
            obudzić – myślał jeżyk.

            Zwierzątka w tym czasie zaczęły się już całkiem oddalać w stronę
            rzeki. Na dworze świeciło mocno złociste słońce, dzień był naprawdę
            przepiękny, a mały jeżyk wciąż siedział samotny i smutny przed swoją
            norką. I choć może się wydawać, że ładna pogoda idzie w parze z
            dobrym humorem, w tym przypadku, niestety, to się nie sprawdziło. Do
            oczu jeżyka napłynęły łzy i zaczęły spadać jedna po drugiej, wielkie
            jak grochy, a każda następna sprawiała, że mały jeżyk czuł się
            jeszcze bardziej samotny.

            Nad rzeką zwierzątka świetnie się bawiły, ale pojawienie się jeżyka
            nie dawało im spokoju. Zastanawiały się, kim on jest i skąd tak
            nagle pojawił się na ich polanie. Były ciekawe, chciały go poznać,
            ale zarazem przeszkadzała im w nim jego inność. Postanowiły, że
            wrócą na polanę, nie będą bawić się z małym jeżem, ale będą bacznie
            go obserwować. Przecież może być niebezpieczny, a wtedy, w razie
            czego, zawsze mogą poprosić o pomoc swoich rodziców.

            - Może powinniśmy wrócić na polanę, kto wie, co ten ktoś może
            zrobić – zastanawiał się lisek

            - Ale ja się go boję – odrzekła Rudaska.

            - Ja też – dodał Szaraczek.

            - Bo on jest tak dziwnie ubrany – podsumowała sarenka.

            - Tak czy inaczej wracajmy – nalegał lisek.

            No i wszystkie zwierzątka ponownie skierowały się ku polanie. Jeżyk
            już przestał płakać, gdy tylko zobaczył, że zwierzątka idą w jego
            stronę, za sprawą jakiejś dziwnej siły, która dodawała mu odwagi,
            pobiegł w ich stronę. Nie zastanawiał się, co może się wydarzyć.
            Biegł, ile miał siły w swoich malutkich nóżkach. Zwierzątka
            przerażone, zaczęły jedno po drugim odskakiwać na boki i kryć się,
            na ile to było możliwe w najbliższych krzaczkach. Wtedy dopiero do
            jeżyka dotarło, co miał zamiar zrobić. Niestety zwierzątka nie
            wiedziały, a rozpędzony jeżyk musiał je nieco przestraszyć.

            - Ja chcę się tylko z wami zaprzyjaźnić, chcę bawić się tak jak wy –
            krzyknął jeżyk trochę zły, bardziej jednak zmęczony swoimi daremnymi
            staraniami

            Jeżykowi znów odpowiedziała tylko głucha cisza. Nagle zza krzaczka
            wychylił się rudy lisek, a za nim kolejne zwierzątka.

            - Z tobą nie da się bawić, jesteś inny – odpowiedział lisek.

            - Tak właśnie, a zresztą twoje igły zapewne by nas kłuły – znów
            dorzuciła Rudaska.

            - Masz rację, nie możemy się z nim bawić, za każdym razem kaleczył
            by nas – odrzekła sarenka.

            - Idź sobie, nie chcemy się z tobą bawić, jesteś jakiś dziwny, tylko
            byś nam przeszkadzał – rozwiał wszelkie nadzieje jeżyka Szaraczek.

            I tak mały jeżyk, znów został zupełnie sam. Nie wiedział, co ma
            zrobić. Nie chciał wracać do norki. Tam przecież wszyscy nadal
            spali. Nie chciał też już płakać, to i tak nie zmieniłoby sytuacji.
            Postanowił udać się do sowy – mądrej głowy. Pamiętał, że kiedyś
            złożyła im wizytę, a jego tata też był u niej, gdy miał jakieś
            strapienie, czy nawet całkiem duży kłopot. Było mu nadal bardzo
            smutno. Nie pamiętał też, gdzie dokładnie mieszka sowa, ale i tak
            nie miał żadnego innego wyjścia. Skierował się więc dróżką
            prowadzącą przez skwerek obok po
            • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Jeżyk" cd 11.08.07, 22:15
              Skierował się więc dróżką prowadzącą przez skwerek obok podwórza.
              Szedł powolutku, słońce nadal mocno świeciło. Był to wyjątkowo ładny
              dzień, ale nie dla jeżyka. Szedł wolno, zapamiętując drogę, którą
              już przebył i odciskając mocno ślady w śniegu, aby mógł ponownie
              trafić do swojej norki. Zerwał się lekki wiaterek, wtem jeżyk
              usłyszał jakiś krzyk, a właściwie płacz, głośny lament. Odgłos
              dochodził z bliska. Jeżyk udał się za nim, a on doprowadził go do
              rzeki. Tam właśnie przebywały wszystkie zwierzątka, a płakał nie kto
              inny jak ten cwany lisek, który naśmiewał się z jeżyka i nie
              pozwolił mu się z nimi bawić. Jeżyk już miał się odwrócić i odejść,
              ale pomyślał, że mógłby może w czymś pomóc. Podszedł cichutko do
              zwierzątek. Tym razem nie wystraszyły się. Właściwie chyba nawet go
              nie usłyszały, nie zauważyły, gdyż płacz, który wydobywał się z
              pyszczka liska, zagłuszał wszelkie szmery i odgłosy.


              - Co się stało – zapytał nieśmiało jeżyk.


              Teraz już nikt nie zwracał uwagi na jego inność. Nikomu ona nie
              przeszkadzała. Każdy miał głowę zaprzątniętą tylko jednym – jak
              pomóc liskowi.


              - Co się stało – ponowił pytanie jeżyk, tym razem nieco odważniej,
              głośniej


              - Lisek potargał sobie swoje nowe, zimowe futerko – łkając
              odpowiedziała Rudaska.


              - Dostanie w domu lanie – dodał szaraczek


              - A poza tym teraz już całą zimę i jeszcze trochę wiosny będzie mu
              zimno, nikt nie pozwoli mu się z nami bawić - podsumowała sarenka


              - Co my teraz zrobimy? – znów załkała Rudaska.


              - Mam, mam pomysł – prawie krzycząc, odparł jeżyk.


              Wszyscy spojrzeli zdziwieni na niego. Trochę się zawstydził, ale jak
              mu się wydawało, jego pomysł był naprawdę dobry.


              - Ja chętnie pomogę – dodał.


              - Ty? – nie wytrzymała Rudaska.


              - Chcesz nam pomóc, przecież nie chcieliśmy się z tobą bawić, a z
              resztą niby w jaki sposób chcesz to zrobić? – zaczęła dociekać
              sarenka.


              - Zszyjemy futerko liska, jakby nie było – igiełek mam pod
              dostatkiem, widziałem przecież nieraz jak mój tatuś szył nowe
              futerka i dobrze wiem, jak to zrobić, będzie wyglądało jak nowe.


              Teraz zdziwienie zwierzątek zamieniło się chyba w zmieszanie. A poza
              tym nie mogły się nadziwić pomysłowością jeżyka. Było im głupio, że
              wyśmiewały się z niego i z jego ubranka, które, jak się teraz
              okazało, było bardzo przydatne. Jeżyk od razu zabrał się do pracy.
              Sprytnie zaszywał dziurę w futerku liska, po której nie zostawało
              prawie śladu. A zwierzątka w milczeniu i z otwartymi pyszczkami
              przyglądały się jego pracy. Zapomniał całkiem o obecności
              zwierzątek, o tym że jeszcze przed chwilą nie chciały mieć z nim nic
              wspólnego. Już prawie kończył swoją pracę i był szczęśliwy, że mógł
              nareszcie się przydać. Zwierzątka nadal bacznie go obserwowały.
              Jeszcze tylko pętelka i gotowe, idealnie. Nie pozostał żaden ślad,
              tak jakby dziury nigdy tu nie było. Lisek już się uspokoił, tym
              bardziej, że jeżyk już skończył. Zadowolony, zmęczony i zarazem
              smutny zaczął już odchodzić. Znów dotarło do niego, że nie będzie
              mógł bawić razem z innymi. Jednak do jego uszu dobiegło wołanie.


              - Poczekaj jeżyku! – to mały lisek próbował go zatrzymać.


              - Ja?


              - Tak, nie zdążyłem ci podziękować.


              - Ach nie trzeba – westchnął jeżyk – pójdę już lepiej, nie chce wam
              przeszkadzać, pewnie świetnie się bawicie.


              - Dziękuję – odparł lisek – i chciałem cię przeprosić, byłem
              niesprawiedliwy, proszę, zostań z nami.


              - Tak zostań – zawtórowała mu Rudaska.


              - Zostań prosimy cię – chórem odparły – sarenka z szaraczkiem.


              - Naprawdę? Naprawdę tego chcecie?


              - Tak – krzyknęły wszystkie zwierzątka.


              - Pomyliliśmy się co do ciebie i chcielibyśmy cię przeprosić, dzięki
              tobie zrozumieliśmy, że nie ważne jest to, jak ktoś wygląda, a to
              jaki jest.


              - Cieszę się, cieszę się bardzo!


              I tak oto mały jeżyk nareszcie zdobył przyjaciół. Był bardzo
              szczęśliwy. A co najważniejsze dał wszystkim małym zwierzątkom
              bardzo ważną lekcję. Nie zdawał sobie wprawdzie sprawy ze znaczenia
              swego czynu, ale to nie jest istotne. Dzięki niemu, zwierzątka
              zrozumiały, że dobry wcale nie musi oznaczać ładny i idealny. Wygląd
              nie jest najistotniejszy, nie można przekreślać drugiej osoby tylko
              dlatego, że czymś różni się od nas. Zawsze trzeba dać jej szansę
              zanim okaże się, że bardzo ją skrzywdziliśmy. Tak jak zwierzątka nie
              doceniły jeżyka, bo różnił się od nich, tak często my odrzucamy
              naszych kolegów, krzywdząc ich bardzo tym samym. Co z tego, że jeżyk
              był inny, skoro tylko on wiedział, jak pomóc małemu liskowi. Był
              jeszcze na tyle dobry, że pomimo odrzucenia przez pozostałe
              zwierzątka gotowy był im pomóc. Kto wie, co mogłoby się stać z małym
              liskiem, gdyby nie jego dobre serduszko.


              A wiecie, jaki jest dalszy ciąg historii? Otóż wyobraźcie sobie, że
              rodzina jeżyka wciąż spała, gdyż sen zimowy w który zapadła trwać
              miał aż do pojawienia się wiosny. To, że mały jeżyk się obudził, to
              był czysty przypadek, tak więc i jemu w niedługim czasie zachciało
              się ponownie spać. Tym bardziej, że był już zmęczony przygodą dnia,
              no i wrażenia też zrobiły swoje. Jeszcze troszkę bawił się ze swoimi
              nowymi przyjaciółmi, a potem potuptał cichutko do swojej norki i ...
              zasnął. Obudził się dopiero wraz z pojawieniem się pierwszego
              przebiśniegu, ale tym razem była to już właściwa pora. O swojej
              przygodzie wcale nie zapomniał, opowiedział ją swoim rodzicom i
              małej siostrzyczce. I dzięki temu właśnie przetrwała ona do naszych
              czasów, a w świecie zwierząt stała się legendą opowiadaną z
              pokolenia na pokolenie.


    • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka psychoedukacyjna: "Szary ptaszek" 11.08.07, 21:53
      O tym, że warto uwierzyć w swoje możliwości.

      Daleko stąd, między górami i rzekami, wśród gęstego lasu znajdowała
      się piękna polana, a na niej pałac króla puszczy – lwa. Wspaniałą tę
      posiadłość otaczał piękny ogród z kolorowymi kwiatami i różnymi
      roślinami. Nieopodal płynęła błękitna rzeka i rozlewały się
      wspaniałe jeziora.

      Całą tą posiadłością rządził lew ze swą rodziną i królewską świtą.
      Pilnował porządku nie tylko w swym zamku, ale w całej okolicy. Jego
      służba składała się z wielu pracowników. Krokodyle pilnowały
      porządku w rzece, bobry przycinały zbędne gałęzie wzdłuż rzeki, a
      sępy czyściły las. Nadwornym ogrodnikiem był krecik, który dniem i
      nocą przekopywał grządki, spulchniał ziemię i razem ze swymi
      pomocnikami zajączkami sadził przeróżne rośliny. Słonie w upalne dni
      podlewały grządki, nosząc w trąbach wodę z rzeki. Wszystkie rośliny
      w ogrodzie przepięknie kwitły i rosły.

      Lecz król mimo swego pięknego zamku i obejścia chodził smutny,
      leniwy i niezadowolony. Cała służba starała się dogodzić ze wszech
      miar swemu władcy. Kucharze przyrządzali wspaniałe potrawy i desery.
      Lecz nic nie mogło zadowolić lwa – ciągle narzekał, ziewał i
      wylegiwał się na wzgórzu pośród kwitnących bzów, azalii i
      rododendronów.

      Zauważyła to sowa, która była doradcą króla. Myślała bardzo długo,
      jak rozweselić i zadowolić swego władcę. Postanowiła sprowadzić na
      królewski dwór małpy, które swymi figlami miały rozbawić cały pałac.
      Jednak i na te psoty i figle król nie reagował. Leżąc, z niechęcią
      otwierał raz prawe, raz lewe oko. Sowa zaniepokojona tym zachowaniem
      postanowiła zaczerpnąć rady u lekarza dzięcioła. Jednak nawet on, po
      przebadaniu pacjenta, nie wydał żadnej diagnozy.
      Zebrała się więc cała rada królewska na czele z sową i zaczęła
      dyskutować. Jak wyprowadzić władcę z depresji? Sowa „Mądra głowa”
      wpadła na pomysł, żeby urządzić konkurs. Najwyższą nagrodę miał
      otrzymać ten, kto rozweseli króla. Już następnego ranka przed
      pałacem ustawiła się długa kolejka przeróżnych zwierząt.
      Na przedzie szły dumne pawie i łabędzie, za nimi prezentowały swe
      kolorowe piórka cyraneczki. Wysmukłe nogi pokazywały bociany, a w
      chowanego bawiła się kukułka, latając z drzewa na drzewo.
      Cętkowane futra pokazywała pantera, garby – wielbłąd, długie nosy –
      nosorożce, puszyste ogony – lisy i ostre kły – wilk.
      Na samym końcu, wypychany z kolejki, stał mały, szary ptaszek.
      Wszyscy dziwili się, po co przyszedł na dwór królewski, skoro nie ma
      nic; ani pięknego domu, ani wyglądu, ani mądrości. Wszystkie ptaki
      patrzyły na niego z politowaniem.
      - A ten co tutaj robi? – powiedział napuszony paw – taki mały, szary
      z opuszczonymi skrzydełkami!
      - Zobaczcie, jak się trzęsie – rzekła czapla i wykręciwszy kilka
      zgrabnych piruetów, odwróciła się do swych przyjaciół.
      - Nikt nie rozumie jego dziwnej mowy – swoim czerwonym dziobem
      zaklekotał bocian.
      - A w dodatku jest cały szary, nie to co ja, mam barwne piórka i
      ładne krótkie nóżki. Na pewno uda mi się rozweselić króla – dumnie
      rzekła dzika kaczka.
      - Jak on śmie wychodzić przed oblicze najjaśniejszego pana?
      - Ha, ha, ha ! – długo naśmiewały się zgromadzone zwierzęta.
      A biedny skowronek trząsł się ze strachu, serduszko biło mu bardzo
      mocno, a z oczu płynęły łzy. Usiadł na gałązce, opuścił swe
      skrzydełka, a małą główkę wtulił w piórka. Na jego dziobku pojawiły
      się krople zimnego potu i cały rozdygotany chciał uciec daleko.
      Tymczasem nastał wieczór – do małego ptaszka podeszła stara, mądra
      sowa.
      - Dlaczego jesteś taki zmartwiony? Czy ktoś cię skrzywdził?
      Lecz nie usłyszała odpowiedzi, gdyż mały ptaszek już spał.
      Przytuliła go do siebie, pogłaskała po małym łepku i powiedziała:
      - Nie martw się mój drogi. Choć nie masz pięknych piór ani długich
      nóg, to jednak masz to, czego inni nie mają i bądź pewien, że
      niejeden z tych zuchwalców będzie ci zazdrościł twoich umiejętności.
      Skowronek nie wiedział, czy mu się to śniło, czy zdarzyło naprawdę.
      Wczesnym rankiem rozprostował swe skrzydełka, przeciągnął się i
      rozejrzał dookoła. W ogrodzie było cicho i spokojnie. Wszyscy spali
      mocnym snem, a wysoko nad nim siedziała mrużąca oczy sowa. Uradowany
      ptaszek zerwał się z gałązki i poleciał do niej. Chciał jeszcze raz
      usłyszeć te słowa nadziei. Lecz tymczasem sowa – mądra głowa
      smacznie zasypiała.
      Przeprosił ją grzecznie i wzbił się wysoko w przestworza, by
      rozpocząć swe codzienne śpiewanie.
      Wczesnym rankiem, kiedy poranne zorze zaczęły rozświetlać świat, a
      słonko leniwie przeciągało się i wysyłało na ziemię pierwsze
      promienie, do uszu króla puszczy doleciał wspaniały głos. Leżąc na
      swym posłaniu, z wielką radością i zachwytem słuchał dźwięcznych
      treli dolatujących gdzieś z daleka. Natychmiast zbudził całą rodzinę
      i mieszkańców dworu. Rozkazał przyprowadzić do siebie to stworzonko,
      które go tak mile rozbudziło.
      Posłańcy królewscy przysłuchiwali się najpierw, skąd dochodzą te
      przecudne dźwięki – lecz nikt nie mógł odgadnąć, kto to jest.
      Co to za stworzonko tak pięknie śpiewa?
      Wszyscy przypatrywali się uważnie podniebnym przestworzom. Nagle na
      błękicie nieba mały punkcik zauważył sokół. Natychmiast ruszył w tym
      kierunku. Schwytał w swe szpony ptaszka i postawił przed królem.
      Zadowolony król zapytał:
      - Czy to Ty tak wcześnie śpiewasz?
      Przestraszony ptaszek, trzęsąc się cały, nieśmiało powiedział:
      - Tak, to ja. Ale bardzo przepraszam, że obudziłem dostojnego władcę.
      - Nie kłopocz się, mały, nie zrobiłeś nic złego. Swym śpiewem
      ożywiłeś mnie i rozweseliłeś. Nikt spośród zebranych tu zwierząt nie
      dostarczył mi tyle radości co ty. Od dziś mianuję cię nadwornym
      śpiewakiem i wręczam ten wspaniały order. Proszę równocześnie, abyś
      zamieszkał w mym pałacu i umilał swym śpiewem moje życie.
      Wtedy pojaśniały oczy małego ptaszka, a dziobek rozchylił się w
      uśmiechu.
      Przypomniał sobie słowa mądrej sowy. Zatrzepotał radośnie
      skrzydełkami i pobiegł jej podziękować.
      A zwierzęta, które wcześniej się z niego śmiały, pospuszczały głowy
      i składały mu niski pokłon


      • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "O kotku Puszku" 11.08.07, 21:55
        O tym, jak pokonać lęk przed lekarzem, dentystą, szczepieniem...

        Dawno, dawno temu w małym przytulnym domku pod lasem mieszkał wraz z
        rodzicami kotek o imieniu Puszek. Wokół domku rozpościerał się
        przepiękny widok na ogród, w którym rosło mnóstwo kwiatów. Za
        domkiem znajdowało się niewielkie jeziorko z czystą, lazurową wodą,
        w której wesoło pluskały się kolorowe rybki.


        Puszek bardzo lubił wyprawy nad jeziorko i lubił przyglądać się
        pływającym rybkom. Drugim z ulubionych zajęć kotka były zabawy w
        kolorowym ogrodzie. W tych zabawach brali udział przyjaciele kotka:
        niedźwiadek, żabka i motylek.


        Pewnego pięknego i słonecznego dnia Puszek obudził się, przetarł
        oczy, zjadł szybko śniadanko przygotowane przez mamę, wypił kubek
        mleka i nagle, w otwartym oknie kuchennym ujrzał zbliżających się
        przyjaciół. Postanowił szybko do nich dołączyć. Uradowany wybiegł
        tak szybko, że nie zauważył leżącego na schodach autka… potknął się
        i bęc! Upadł. Kiedy wstał, to poczuł, że bardzo piecze, boli i
        puchnie mu prawa przednia łapka. Wielkie łzy napłynęły mu do oczu;
        zrobiło mu się gorąco i niedobrze.


        Na szczęście w drzwiach domku stanęła mama. Podniosła płaczącego
        synka, zaniosła do pokoju i postanowiła zadzwonić po pana doktora.


        Puszek poczuł, że ze strachu nastroszyło mu się futerko i drżało
        całe jego ciałko. Przypomniało mu się jak niedźwiadek opowiadał, że
        gdy był chory, to pan w białym fartuchu dał mu gorzkie niedobre
        lekarstwo do picia, a pani pielęgniarka kłuła go długą igłą w łapkę.
        Strasznie go bolało i miś bardzo rozpaczał.


        Kotek pomyślał, że teraz to wszystko przydarzy się jemu. Z tego
        strachu kotek schował się głęboko pod kołdrę i cicho płakał. Co
        jakiś czas wyglądał niespokojnie spod kołderki i sprawdzał, czy nie
        nadchodzi doktor. I oto spostrzegł, że blisko niego siada jego
        przyjaciel motylek.


        - Dlaczego tak płaczesz Puszku?


        - Bo mama powiedziała, że zaraz przyjdzie do mnie pan doktor.


        - Dlaczego tak się go boisz?


        Puszek powtórzył motylkowi, jak niedźwiadek opowiadał o swoich
        przeżyciach – o lekarzu, o gorzkim lekarstwie i o zastrzykach.


        Motylek zaczął się uśmiechać i powiedział do kotka:


        - Oj, ty głuptasku, nie masz się czego bać!!!


        Ja też miałem złamane skrzydełko, spadły z niego dwie kropeczki, też
        poszedłem do doktora. Pan doktor dotknął mojego skrzydełka,
        obejrzał, zabrał mnie na prześwietlenie do szpitala. Wcale nie było
        to takie straszne, a za to bardzo potrzebne. Gdybym się bał i nie
        pozwoliłbym się dotknąć lekarzowi, dziś nie mógłbym poruszać
        skrzydełkiem ani fruwać.


        Puszek nie do końca uwierzył motylkowi, ale jego strach całkiem
        zniknął.


        Usłyszał, że pod dom podjechało leśne pogotowie, wysiadł doktor
        Puchacz. Miłym ciepłym głosem zapytał: – Gdzie kotek?


        Puszek z ciekawości wysunął łebek spod kołdry i zobaczył miłego
        pana, który trzymał w ręce kolorową książeczkę. Podał ją Puszkowi, a
        ten z zaciekawieniem zaczął ją oglądać.


        W tym czasie doktor dokładnie obejrzał chorą łapkę i stwierdził, że
        trzeba jechać do szpitala na prześwietlenie. Mama z Puszkiem wsiadła
        do samochodu i pojechała do szpitala. Leśny szpital nie był wcale
        taki straszny, jak się Puszkowi wydawało. Na ścianach były
        wymalowane obrazki, wszędzie było miło i przytulnie.


        Po Puszka przyszła uśmiechnięta miła Lisiczka, która była
        pielęgniarką i zabrała go ze sobą. Powiedziała, że zrobi zdjęcie
        jego chorej łapki. Puszek rozglądał się po gabinecie, w którym na
        ścianach wisiały obrazki w pięknych kolorowych ramkach i nawet nie
        zauważył, kiedy zdjęcie było gotowe. Teraz należało tylko założyć
        gips na złamana łapkę.


        Pani Lisiczka zaprowadziła Puszka do pokoju, który okazał się jak z
        bajkowego snu. Ściany przypominały barwną łąkę, na której bawił się
        z przyjaciółmi. Puszek poczuł się bezpiecznie i nawet nie wiedział,
        kiedy doktor Puchacz założył mu gips na łapę.


        Mógł już spokojnie wrócić z mamą do domu.


        Mama w nagrodę za jego odwagę kupiła synkowi zestaw „małego
        doktora”. Puszek był bardzo zadowolony i od tej pory wraz
        przyjaciółmi często bawił się w „leśne pogotowie”. A strach przed
        lekarzem zniknął na zawsze.




        • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "W krainie zabawek" 11.08.07, 21:57
          Kiedy dziecko boi się ciemności.

          W pewnym domu, na półkach i regałach mieszkały sobie zabawki. Były
          tam pluszowe misie, przytulanki, gipsowe pieski i kotki, różnego
          rodzaju pluszowe zwierzaczki – żabka, myszka, zajączek i wiele
          innych. Wśród nich, na najniższym regale, mieszkała lalka Aneta.
          Ubrana była w białą bluzeczkę w różowe różyczki, różowe spodenki i
          białe buciki. Miała brązowe włosy, splecione w dwa warkoczyki,
          bystre oczka i szeroki uśmiech. Gdy się jej dotknęło,
          wołała: „Kocham cię, kocham cię”.

          Była rozkoszną i wesołą lalką, w której towarzystwie chętnie
          przebywały inne zabawki. Całe dnie, lalka Aneta, spędzała na zabawie
          ze swoimi przyjaciółmi. Gdy słoneczko rozjaśniało promieniami całą
          okolicę, wszystkie zabawki wygrzewały się w jego blasku i wymyślały
          coraz to nowe zabawy. Wydawać by się mogło, że lalka Aneta jest
          najszczęśliwszą lalką w swojej krainie – zawsze uśmiechnięta, chętna
          do zabawy i do pomocy innym.

          Jednak, gdy zapadała noc, a wszystkie pluszaki zasypiały na swoich
          półkach, znikał ten przepiękny uśmiech z twarzy Anety, a w oczach
          pojawiał się strach. Aneta bała się ciemności. W nocy wydawało się
          jej, że wszystko staje się dużo większe niż w rzeczywistości. Meble,
          lampa, stół – rosły i przybierały dziwaczne kształty. Kwiaty rosnące
          w doniczkach na parapecie robiły się ogromne, niczym największe
          drzewa w lesie. Z kątów patrzyły na nią przeróżne postacie. Nawet
          papucie, stojące gdzieś na podłodze, szczerzyły do niej zęby. Po
          Anetce przebiegały ciarki, bała się poruszyć, a nawet głośniej
          oddychać. Nikomu nie mówiła o swoich zmartwieniach, ponieważ
          obawiała się, że inni mogliby się z niej śmiać. Noc wydawała jej się
          wiecznością.

          Nagle, w tej przerażającej ciszy, gdy słychać bicie własnego serca,
          a tykanie zegara wydaje się być głośniejsze niż bicie dzwonów w
          kościele, lalka Aneta usłyszała cichuteńkie „cyt, cyt”. Nie
          poruszyła się, ale za chwilę dobiegł do niej ten sam głos „cyt,
          cyt”. Ostrożnie odwróciła głowę i zauważyła siedzącego obok niej
          maleńkiego Świerszcza.

          - Cyt, cyt. Witaj Aneto! – odezwał się do niej Świerszcz.


          - Skąd znasz moje imię? – zdziwiła się lalka


          - Ja też jestem mieszkańcem tego pokoju – odparł – Co prawda
          od niedawna, bo latem wolę przebywać na łąkach i polach, ale teraz
          nadeszła już jesień i musiałem poszukać sobie cieplejszego
          schronienia. Pytasz skąd znam twoje imię? To proste, codziennie
          widzę cię bawiącą się z innymi zabawkami.


          - To dlaczego ty się z nami nie bawisz?


          - Ja nie przepadam za tym gwarem i hałasem, który robicie
          podczas zabawy. Wolę ciszę i spokój.

          Lalka Aneta przez chwilę zastanawiała się, czy zadać Świerszczowi
          pytanie, które nurtowało ją już od dłuższego czasu. Świerszcz
          również to zauważył.

          - Czy chciałabyś mnie jeszcze o coś zapytać?


          - Właściwie to tak. Czy ty też nie możesz spać w nocy?


          Świerszcz uśmiechnął się do niej.


          - Wiesz, ja po prostu lubię noc.


          - A co w tym można lubić?! Dla mnie noc i ciemność są
          okropne.


          - Wiem, zauważyłem to, ale spróbuję ci to wytłumaczyć.
          Zamknij teraz oczy, a ja ci opowiem to, co mi się podoba w nocy. O
          tej porze dnia panuje niesamowita cisza. Docierają do nas takie
          dźwięki, których w dzień na pewno byśmy nie usłyszeli. Słyszysz, jak
          bije zegar?


          „Tik – tak, tik – tak


          jaki piękny jest ten świat”


          O właśnie w oddali przejechał samochód i radośnie wołał:


          „Pik – pik, pik – pik


          ale ze mnie smyk”


          A teraz słychać było szczekanie psa:

          „Hau – hau, hau – hau

          Na straży będę stał“


          - A teraz otwórz oczy i spójrz przez okno. Widzisz granatowe
          niebo i migocące na nim gwiazdy? Patrz, jak radośnie mrugają do
          ciebie. Może im pomachamy? – zaproponował Świerszcz i zaczął
          radośnie wymachiwać w stronę gwiazd.

          Lalka Aneta niepewnie wyciągnęła rękę i zrobiła równie niepewny gest
          w stronę gwiazd. Ale o dziwo! Poczuła się nieco lepiej i pomachała
          jeszcze raz.


          - A czy widzisz księżyc? – znów odezwał się Świerszcz – to
          ich ojciec. Spogląda dumnie na nas z góry i czuwa, abyśmy mogli
          spokojnie spać. Spójrz teraz na towarzyszy swoich codziennych zabaw.
          Zobacz, jak pięknie wyglądają podczas snu, jakie mają słodkie minki.
          Rano obudzą się wypoczęci i gotowi na spotkanie z nowymi przygodami.
          Ciemność otula nas swoim cieplutkim płaszczem. Czujemy się pod tym
          płaszczykiem miło i bezpiecznie. Nabieramy sił, by móc jutro stanąć
          do nowych zadań. A teraz zmruż już oczka Anetko, a ja na moich
          skrzypeczkach zagram ci kołysankę do snu.

          Aneta zrobiła tak, jak Świerscz kazał. Zamknęła oczy i wsłuchała się
          w muzykę. Świerszcz grał przepiękną melodię, która sprawiała, że
          lalka miała wrażenie, że rozpływa się po jej ciele falą ciepła.
          Serduszko uspokoiło się, ręce i nogi przestały dygotać. Muzyka
          docierała do najgłębszych zakamarków jej ciała. Głaskała włosy i
          policzki. Poczuła się lekka i spokojna. W końcu, w ramionach nocy,
          czuła się bezpiecznie. Gdy Świerszcz zagrał ostatnią nutę,
          delikatnie pogłaskał Anetkę na dobranoc, a ona wyszeptała: „Kocham
          cię, kocham cię”.

          A nad nimi, wysoko na niebie, mrugały zadowolone gwiazdki.

    • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Smutny pajacyk" 11.08.07, 22:00
      Kiedy dziecko jest nieśmiałe.

      W pewnym mieście, wśród wielu ulic znajdowała się ulica Bajkowa –
      najbardziej lubiana przez dzieci, ponieważ mieścił się tam sklep z
      zabawkami. Od samego rana dzieci tłoczyły się przed nim i przez
      ogromną witrynę sklepową zaglądały do środka. W sklepie było mnóstwo
      półek z zabawkami – były tam misie, lalki, samochody, lokomotywy
      oraz pajace. Każda grupa zabawek zajmowała oddzielną półkę.
      Najbardziej przyciągała wzrok dzieci półeczka z pajacami, ponieważ
      były one kolorowe i uśmiechały się do wszystkich. Każdy pajac uszyty
      był z kolorowych, błyszczących materiałów, na głowie miał szpiczastą
      czapeczkę z pomponikiem, a na nóżkach czerwone buciki z śmiesznie
      zadartymi noskami zakończonymi złotymi dzwoneczkami. Były tak
      piękne, że każde dziecko marzyło o takim pajacu. Na samym końcu
      półki siedział smutny i samotny pajacyk. Różnił się on od
      pozostałych swoim wyglądem, uszyto go bowiem z resztek materiałów.
      Jego spodnie były za krótkie i nie tak błyszczące jak pozostałych,
      bucikom brakowało dzwoneczków, a czapeczce pomponika. W główce
      pajacyka kłębiły się ponure myśli:

      - Jestem brzydki, inny niż wszyscy i na pewno nikt mnie nie polubi.

      Pajacyk miał jednak pozytywkę, która wygrywała piękne melodie. Nie
      mówił o niej nikomu, gdyż się wstydził.

      Codziennie po zamknięciu sklepu zabawki schodziły ze swoich
      półek i wesoło opowiadały o dzieciach, które odwiedziły sklep. Każdy
      chwalił się, że to właśnie na niego spoglądały dziś dzieci. Słychać
      było krzyki:

      - Jestem najpiękniejszy!

      - To mnie dziś przytulały dzieci!

      - Nieprawda, to ze mną chciały się bawić!

      - A ja wiem, że to mnie jutro kupią, zobaczycie!

      Głosy kłócących się zabawek roznosiły się echem po całym sklepie.
      Tylko smutny pajacyk siedział samotny na swojej półeczce i
      przysłuchiwał się wszystkim z daleka, myśląc nieustannie:

      - Nikt mnie nie kupi, nikt mnie nie zechce.

      Bał się, że ze względu na swój odmienny wygląd nie zostanie
      zaakceptowany, że zabawki go wyśmieją. Nie mógł przecież opowiadać o
      zachwytach dzieci, ponieważ wydawało mu się, że żadne z nich nie
      zwróci nigdy na niego uwagi.

      Kiedy wszystkie zabawki wracały na swoje miejsca i zasypiały,
      pajacyk schodził na podłogę i tańczył przy melodii swojej pozytywki.
      Tak płynął czas i każdy dzień kończył się dla pajacyka tak samo.
      Jednak pewnego zimowego wieczoru w sklepie pojawiły się nowe
      zabawki, a wśród nich baletnica Amelka w pięknej różowej sukience.
      Na nóżkach miała baletki, a we włosach dużą kokardę. Umiała pięknie
      tańczyć – wszystkie zabawki były nią zachwycone. Każdy chciał się z
      nią zaprzyjaźnić, tylko smutny pajacyk nie miał odwagi podejść do
      niej i się przedstawić. Siedział w kąciku i wzdychał:

      - Ach, jaka ona piękna, a ja... na pewno mnie nie polubi.

      Kiedy zabawki już smacznie spały, pajacyk, jak co noc,
      zaczął tańczyć przy melodii pozytywki. Amelka przebudzona piękną
      muzyką spojrzała w dół i spostrzegła tańczącego pajacyka:

      - Kto to? Jak cudownie tańczy! Ojej, nie mogę go przestraszyć! –
      pomyślała baletnica. Od tej pory obserwowała jego taniec każdej nocy.

      Pewnego razu zabawki postanowiły urządzić bal. Wszystkie
      niecierpliwe wyczekiwały wieczoru. Gdy tylko zamknięto sklep,
      rozpoczęły się wielkie przygotowania – lalki poprawiały kokardy,
      pajace czapeczki, lokomotywy i samochody smarowały swoje koła, a
      misie zawiązywały piękne muszki na szyjach. Tylko pajacyk jak zwykle
      siedział samotny i smutny na półce i rozmyślał:

      - Ja też chciałbym iść na bal... Ale po co? Przecież i tak nikt mnie
      nie polubi i nie będzie chciał ze mną zatańczyć... Lepiej zostanę
      tutaj i popatrzę, jak inni się bawią...

      Wreszcie zabrzmiała muzyka. Baletnica Amelka poprowadziła korowód
      zabawek na środek sklepu i wirując w tańcu, ukłoniła się pięknie
      przed półką, na której został tylko pajacyk:

      - Czy zatańczysz ze mną? – odważnie zapytała Amelka.

      Zdumiony pajacyk nie mógł uwierzyć, że to właśnie on został wybrany
      do tańca.

      - Mówisz do mnie? – odpowiedział cichutko – Nie wiem, czy potrafię?

      - Ja wiem, że potrafisz – odparła Amelka – Widziałam, jak pięknie
      tańczysz, kiedy wszyscy śpią.

      Wszystkie zabawki znieruchomiały ze zdumienia, muzyka ucichła, kiedy
      ośmielony przez baletnicę pajacyk zeskoczył z półki. Ukłonił się
      nisko, a wokół rozległy się dźwięki jego pozytywki. Lekkim krokiem
      poprowadził Amelkę na środek sklepu i wykonali najcudowniejszy
      taniec, jaki kiedykolwiek widziały zabawki. Wszyscy mieszkańcy
      sklepu z podziwem spoglądali na tańczącą parę, a słowom zachwytu nie
      było końca...

      Od tego wieczoru zmieniło się życie pajacyka. Nie siedział
      już samotnie na końcu półki, był otoczony przyjaciółmi, z którymi
      prowadził długie wieczorne rozmowy i teraz również on uśmiechał się
      do dzieci. Nie przeszkadzało mu, że wyglądał nieco inaczej. Nie bał
      się odrzucenia i samotności.


      • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Jak Mrówek stał się 11.08.07, 22:01
        odważny"

        Bajka terapeutyczna, która pomaga nieśmiałemu dziecku uwierzyć w
        siebie

        Dawno, dawno temu, na niewielkim wzniesieniu, z dala od ruchliwych i
        głośnych ulic wielkich miast, rozciągała się soczyście zielona łąka.

        Można było na niej zobaczyć, jak wiatr kołysze trawą, a kolorowe
        kwiaty kłaniają się listkom. Między zielonymi listkami traw malutkie
        białe dzwoneczki konwalii przygrywały motylkom do tańca.

        Każdy mieszkaniec tej uroczej łąki krzątał się zajęty swoją
        pracą. Pszczółki wesoło brzęczały, zbierając z kwiatów pachnący i
        pyszny nektar, koniki polne cierpliwie stroiły swoje skrzypce, a
        trzmiele mozolnie zapylały każdy, nawet najmniejszy kwiat.

        Promyki słońca radośnie zaglądały w każdy zakątek tej
        bajecznie kolorowej krainy i jasno rozświetlały kępkę jaskrawo
        błękitnych niezapominajek, obok której znajdowało się wielkie
        mrowisko.

        W mrowisku był tego dnia wielki gwar i hałas, bo niedługo
        królowa mrówek miała obchodzić swoje urodziny i właśnie trwały
        przygotowania do wielkiego balu.

        Mrówek – najmłodszy mieszkaniec mrowiska – tego samego dnia
        po raz pierwszy wraz ze swoimi przyjaciółmi wybierał się na łąkę w
        poszukiwaniu słomek, płatków kwiatów i innych ozdób do dekoracji
        sali balowej.

        Mrówki radosne, wesołe wyszły z mrowiska, a Mrówek?... wlókł się
        nóżka za nóżką, a jego małe ciałko przepełniał strach. Drżał
        biedaczek jak listki osiki. Rozglądał się niepewnie, wszędzie
        podejrzewał kłopoty i wszystko wydawało się takie straszne. Nie
        wiedział, co ma ze sobą zrobić.

        Gdy tak stał, nagle obok niego poruszyła się trawka, na
        której usiadła mała biedronka. Mrówek bardzo się przestraszył i
        szybciutko schował pod kamykiem. Skulony z mocno bijącym sercem
        czekał, co wydarzy się dalej...

        Wyobrażał sobie, że to wielki smok, który zionie ogniem.
        Mocno zaciskał oczka, żeby nie widzieć, jak płonie cała łąka.
        Serduszko tak mocno mu biło, że słyszał jego kołatanie w całym
        mrówczym ciałku.

        A w głowie wciąż słyszał głos: „Pokonaj strach! Pokonaj strach!”.
        Wiedział, że dłużej tak nie wytrzyma, że dłużej nie może tak stać.
        Pełen obaw i przerażenia powolutku otworzył jedno oko, za chwilkę
        powolutku drugie oko i nic! Żadnego smoka już nie było – zniknął
        gdzieś! Pozostało tylko przerażenie i zadanie do wykonania. Miał
        przecież uzbierać słomek na bal królowej.

        Kiedy uspokoił się trochę i już prawie odważył się wyjść
        spod kamyka, ujrzał ponad trawami ogromny – jak mu się wydawało –
        cień, który prawie przysłonił jego małą, trzęsącą się postać.
        Mrówkowi ugięły się nóżki, a strach nie pozwolił się ruszyć. Nie
        mógł zrobić ani kroku w przód ani – nawet najmniejszego – kroku w
        tył. Miał ochotę krzyczeć na całe mrówcze gardziołko:
        „Pomocy! Ratunku!”. Zebrał wszystkie swoje siły i ostatnim tchem
        wskoczył pod znajomy kamyk. Przesiedział tam nie wiadomo ile,
        skulony biedaczek,
        w bezruchu, ciężko oddychając ze strachu i niemocy. „Wielki cień”,
        który spowił łąkę, to barwny motylek, który wesoło tańczył między
        stokrotkami, które swymi żółtymi oczami spoglądały z uśmiechem na
        Mrówka, dla którego motyl stał się wielka przeszkodą. Tak wielką, że
        mały Mrówek nie mógł jej pokonać.

        Mrówek wyszedł spod kamyka dopiero wtedy, kiedy usłyszał
        rozśpiewane głosy swoich towarzyszy. Mrówki chwaliły się między sobą
        zdobyczami, a Mrówek? ... cóż, spuścił głowę i był smutny, że nie
        umiał pokonać lęku przed nieznanym i nie zdobył żadnych ozdób na bal.

        Następna wyprawa dla Mrówka była tak samo trudna i straszna
        jak pierwsza. Przesiedział pod znajomym kamykiem cały czas. Czuł się
        niepewnie, bał się wszystkiego, co się tylko poruszyło w okolicy.

        Nazajutrz miał odbyć się wielki bal na cześć królowej
        mrowiska. Królowa z tej okazji zaprosiła do mrowiska wielu
        mieszkańców łąki, by razem z nimi uczcić swoje święto.

        A sala wyglądała przepięknie. Na ścianach upięte były kolorowe
        słomki z różnych traw. U sufitu zwisały kolorowe girlandy z płatków
        dzikich róż. Na każdym stoliczku stały lampiony z chabrów, maków i
        niezapominajek. A w każdym rogu sali balowej wisiały warkocze
        delikatnych dzwoneczków kwiatu konwalii, które przy lekkim nawet
        powiewie wiatru przygrywały tancerzom do taktu. Całą zaś salę
        rozświetlały wielkie kwiaty słonecznika, które kołysały się do
        muzyki na przemian raz w prawo, raz w lewo.

        Wszystkie mrówki były bardzo zadowolone ze swojej pracy i nie
        mogły się już doczekać momentu, kiedy orkiestra koników polnych
        zacznie grać. Tylko mały Mrówek nie cieszył się z balu. Siedział pod
        ścianą pełen obaw, niepokoju i tylko czasami spoglądał, jak goście
        się bawią. Można już było słyszeć pierwsze takty muzyki. To
        orkiestra koników polnych rozpoczęła swój koncert. Pary ruszyły do
        tańca, sala wirowała od rozbawionych towarzyszy zabawy. Mrówek
        podglądał wszystkich z niedowierzaniem, powtarzając wciąż
        sobie: „Jacy oni weseli, jak ładnie się bawią!”

        W tym momencie królowa podeszła do Mrówka, wzięła go za rękę
        i zaprosiła do tańca. Nie mógł odmówić. Ale taniec nie wyglądał
        najlepiej. Mrówek tańczył niepewnie, niezdarnie depcząc królowej po
        stopach. Cały drżał z niepokoju – tyle obcych owadów było wokoło.
        Bardzo mocno ściskał królową za ręce, aż jego łapki stały się
        wilgotne. Nareszcie muzyka ustała. Kiedy taniec dobiegł końca,
        szybciutko uciekł do swojego kącika, w którym czuł się najpewniej.

        Wszyscy wokoło świetnie się bawili, głośno przyśpiewywali
        muzykom i nikt nie zauważył, że nagle do sali balowej wleciał
        rozwścieczony bąk, którego królowa nie zaprosiła na bal. Brzęczał
        bardzo głośno i złowieszczo trzepotał skrzydłami. Mrówek ukradkiem
        obserwował nieproszonego gościa, który właśnie szykował się do ataku
        na królową. Już do niej dolatywał... gdy nagle na jego drodze
        pojawił się roztańczony motylek. Bąk zachwiał się przez chwilę i o
        mały włos nie potrąciłby z impetem kolorowego tancerza. W tej
        właśnie chwili Mrówek poczuł, że musi coś zrobić. Zebrał wszystkie
        swoje siły, nabrał powietrza, zerwał dużą słomkę ze ściany i ruszył
        w kierunku nieproszonego gościa. I tak bąk na swojej drodze napotkał
        przeszkodę i przewrócił się nieporadnie. Dopiero wtedy, gdy bąk
        upadł na podłogę, królowa, jej świta i goście zauważyli, jakie
        niebezpieczeństwo im groziło. Wszyscy zebrani na sali podeszli do
        Mrówka i zaczęli mu dziękować, gratulować i ściskać, za to, że
        uratował życie królowej, a przede wszystkim motylka. Na końcu do
        Mrówka podszedł sam motylek. Uścisnął mu dłoń i krzyknął: „Niech
        żyje Mrówek, mój wybawiciel!”, a wszyscy inni wtórowali: „Niech
        żyje, niech żyje!”.

        Do końca balu Mrówek nie siedział już cichutko w kątku sali,
        tylko bawił się i tańczył ze swoim nowo poznanym przyjacielem.

        Następnego dnia Motylek z wdzięczności do Mrówka zaprosił go
        na długi spacer po łące. Chciał Mrówkowi pokazać, jaki świat jest
        piękny i ciekawy i że nie wszystko, czego nie znamy, jest straszne.
        I tak chodzili po porannej rosie, trzymając się za ręce. Teraz
        Mrówkowi nic nie wydawało się straszne. Widział spacerujące po
        trawkach biedronki, fruwające motyle i innych mieszkańców łąki i
        wcale się ich nie bał jak kiedyś. Nikt z nich już nie przypominał
        strasznego, ziejącego ogniem smoka, a wszystko wokół było kolorowe i
        radosne.

        A kiedy przyjaciele przechodzili obok znajomego kamyka, Mrówek
        leciutko ścisnął rączkę przyjaznego motylka i uśmiechnął się
        cichutko do siebie.




        • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Drzewko" 11.08.07, 22:03
          Jak przezwyciężyć lęk dziecka przed śmiercią.

          Gdzieś bardzo daleko, w wielkim lesie, gdzie rosły potężne drzewa
          o zielonych koronach, wśród których śpiewały ptaki, a trawa mokra od
          rosy mieniła się w promieniach słońca, na małej polanie pełnej
          kwiatów i ziół wyrosło małe drzewko. Początkowo było ono drobne i
          wiotkie, ale z biegiem dni stawało się coraz mocniejsze. Odważnie
          wyciągało swe gałązki do nieba koloru niezapominajek. Czuło się
          dobrze między starszymi drzewami, które osłaniały go przed mocnymi
          podmuchami wiatru i rzucały cień, kiedy słońce bardziej przypiekało.
          Drzewko lubiło, gdy inni się nim opiekowali. Czuło się bezpieczne i
          szczęśliwe.

          Drzewko zaprzyjaźniło się z ptakami, które chętnie przysiadały na
          jego gałązkach i z zajączkiem o wiecznie rozbieganych oczkach i
          ruchliwym nosku. Drzewku zawsze się wydawało, że zajączek wiecznie
          się gdzieś spieszy, ciągle dokądś gna. Zajączek często opowiadał
          drzewku, co ukrywa się tam daleko, za górką, za starymi dębami. A
          ono słuchało z ciekawością opowieści o odległej krainie, gdzie
          mieszkają dwunożne istoty, trochę podobne do drzew, które nazywano
          ludźmi.

          Mijała wiosna, potem lato. Nadeszła jesień i w lesie zrobiło się
          kolorowo. Drzewa teraz miały barwne szaty. Nawet listeczki małego
          drzewka miały czerwone i żółte kolory. Podobało mu się to. Wokół
          unosił się zapach grzybów i mokrego mchu, a zwierzęta krzątały się,
          gromadząc zapasy na zimę. Wszystko było takie nowe i takie cudowne
          dla małego drzewka. Było bardzo szczęśliwe i ochoczo wyciągało ku
          niebu swe gałęzie. Nawet nie zauważyło, gdy zrobiło się chłodniej,
          bo słońce nie grzało już tak mocno.

          Pewnej listopadowej nocy zerwał się wiatr. A był tak silny, że nawet
          stare drzewa uginały się pod jego podmuchami. Drzewko poczuło
          niepokój. Nie lubiło takiej pogody. Nagle rozległ się przeraźliwy
          huk, który odbił się echem po całym lesie. Coś jęknęło i okropnie
          zgrzytnęło. Drzewko zadrżało i skuliło mocniej listki, żeby nie
          widzieć, co się stało. Bardzo chciało, by wiatr wreszcie ucichł.
          Poczuło nagle na sobie jego gwałtowność i zimno. Miotało nim na
          wszystkie strony – musiało się bardzo mocno trzymać ziemi
          korzeniami. Wreszcie, po kilku chwilach wiatr ucichł i zaczęło się
          rozwidniać. Drzewko rozejrzało się z lękiem dookoła. W miejscu,
          gdzie rósł wielki, rozłożysty dąb, widniała ogromna dziura. Stare
          drzewo zaś leżało obok z odsłoniętymi korzeniami i połamanymi
          gałęziami. Drzewko zadrżało z przerażenia.

          - Jak to? – wykrzykiwało – dlaczego?! Dlaczego tak się stało?
          Przecież był taki duży! Co z nim teraz będzie? Co z nami będzie? Kto
          mnie osłoni od wiatru? – lamentowało. Na dodatek zaczął padać zimny
          deszcz.

          - Po co padasz deszczu?! Nie jesteś mi potrzebny! – buntowało się
          drzewko – nie będę pił!!!

          Drzewko zaczęło dygotać ze strachu i z zimna. Było mu bardzo smutno.

          - Nie płacz – pocieszały go kropelki – pij, musisz pić, byś zdrowo
          rósł.

          - Nie chcę rosnąć! Po co mam rosnąć? Żeby mnie wiatr wyrwał z
          korzeniami? Nie chcę tego! – płakało drzewko.

          - Ale jesteś tu przecież potrzebne – mówiły kropelki – kiedy spijesz
          nas korzeniami z ziemi dotrzemy do twych liści i wyparujemy. Dzięki
          temu powstaną znów chmurki, z których podlejemy inne roślinki.
          Niektóre z nas zostaną dłużej w ziemi, by między twymi korzeniami
          mógł rosnąć mech i grzyby dla ludzi, ślimaczków i krasnoludków.

          Ale drzewko nadal było smutne i nie widziało powodu, dla którego
          miałoby rosnąć. Ciągle zadawało sobie pytanie: po co rosnąć, skoro i
          tak zostanę wyrwany z mojego miejsca. Co się ze mną później stanie?
          Ku przerażeniu drzewka do lasu przybyli ludzie. Przywiązali
          łańcuchami złamane drzewo do koni i wywieźli „tam daleko”, za górkę.

          - Co oni robią?! – krzyczało drzewko – zostawcie go! To mój
          przyjaciel! Nie chcę zostać tu sam! Nie chcę, żeby mnie zwalił
          wiatr! Boję się... – i rozpłakało się na dobre. Ze zmartwienia
          opadły mu wszystkie listki.

          - Nie martw się – odezwała się leszczyna przyglądająca się z troską
          drzewku – Życie wcale nie jest takie straszne, jak ci się teraz
          wydaje. Ja żyję już ponad pięćdziesiąt lat. W moich konarach
          niejeden ptak zakładał gniazda, a jeże mogą spokojnie spędzić zimę
          opatulone w kołderkę z moich liści. A kiedyś pewnie i tobie będą
          jeże dziękować. No i daję cień młodym drzewkom, by słońce nie
          spaliło ich delikatnych listków i gałązek. Pamiętam – mówiła dalej
          zmyślona leszczyna – jaka byłam zdziwiona, gdy któregoś dnia w mojej
          dziupli poczułam łaskotanie. Śmiałam się, aż pospadały ze mnie
          wszystkie orzechy! Lokatorami okazały się wiewiórki, które
          baraszkowały między moimi gałęziami, skakały z drzewa na drzewo,
          tupiąc i śmiejąc się cichutko. Aż miło było patrzeć na ich harce.
          Mama wiewiórka prosiła mnie często, bym kołysała do snu jej dzieci.
          Robiłam to z przyjemnością, śpiewając im taką kołysankę:


          Nocka ciemna już przybywa

          Słońce chmurką się zakrywa

          Śpij już, śpij, mój lesie miły

          Na dzień nowy zbierz znów siły

          I niech wszystkie myśli złe

          Wiatr przegoni, rozwieje.



          Wiewiórki odwiedzają mnie do dziś – kontynuowała swą opowieść
          leszczyna – Ty pewnie też jak będziesz już duży, będziesz miał
          swoich lokatorów. Ubiegłej wiosny w mojej dziupli zamieszkało inne
          ruchliwe stadko – szpaki, ptaki z ślicznymi kropeczkami na piórkach,
          które swym szczebiotem umilały mi każdy dzień. Opowiadały mi o
          wszystkich nowinach, jakie można było usłyszeć w lesie. Ach! –
          westchnęła rozmarzona leszczyna – dobrze jest mieć w sobie tyle
          życia i radości na starość.

          Leszczyna zakołysała się i jeszcze raz zanuciła drzewku kołysankę.
          Drzewko poczuło się po tej rozmowie znacznie lepiej, uspokoiło się i
          zasnęło. Obudziło je trzęsienie. To zajączek ocierał się o jego pień.

          - Czemu mnie budzisz? – spytało rozdrażnione drzewko – chcę spać!

          - Popatrz ile śniegu napadało! – wykrzyknął zajączek z zachwytem.

          - Śnieg? – drzewko się skrzywiło – co mnie obchodzi śnieg?! –
          oburzyło się i tęsknie spojrzało na puste miejsce po starym dębie.
          Zajączek ze zrozumieniem pokiwał łebkiem, patrząc w tym samym
          kierunku.

          - Co, smutno ci, że go nie ma? – domyślił się zajączek. Drzewko
          przytaknęło, wzdychając.

          - Nie bój nic – powiedział zajączek – wszystko jest w porządku.

          I pogłaskał przyjaźnie gładką korę drzewa. Nagle zwierzątko
          poruszyło nerwowo noskiem i schowało się za drzewkiem. Słychać było
          jakieś krzyki i śmiechy... To z górki dzieci zjeżdżały na sankach.
          Ktoś jeszcze jednak zbliżał się do polanki. Drzewko poczuło, jak
          zajączkowi trwożliwie bije serduszko, bał się ten zajączek okropnie.
          Może nawet bardziej od drzewka. A z daleka szedł do nich leśniczy z
          dziwnym przedmiotem na ramieniu. Dotarł do polanki i wbił w ziemię,
          tuż koło leszczyny, to coś, co wyglądało jak mały domek na palu,
          cały z drewna. Leśniczy wsypał do niego ziarenka i zawiesił na nim
          kilka kawałków słoniny. Wreszcie poszedł sobie, zostawiając wielkie
          ślady na śniegu.

          - Co to jest zajączku? – spytało z zaciekawieniem drzewko.

          - To? To jest karmnik. Taki domek, gdzie ludzie dają ptakom jeść, by
          łatwiej mogły wytrzymać zimę – odparł dumny ze swej wiedzy zajączek –
          My też takie coś mamy w głębi lasu, ale trochę większe i nazywa się
          paśnik. Pan leśniczy to fajny gość, chociaż dwunożny. Dba o nas.
          Wiem – dodał zajączek po chwili – że sam zrobił ten domek z tego
          starego dębu, co tutaj leżał.

          - Ach tak? – ożywiło się drzewko. Pomyślało sobie, że to fajnie być
          tak potrzebnym.

          Mijały dni. Któregoś ranka rozpętała się zamieć. Wiał lodowaty
          wiatr. Leszczyna była zbyt stara, by obronić się przed nim. Jej
          korzenie nie były już takie mocne, jak u mł
          • szkasik BEATKO! 12.08.07, 09:29
            Nieżle dałaś czadu:0)!!!
            Tyle roboty w tak krótkim czasie - wow!!!
            Tylko bajeczka pt:"Drzewo" nie ma jeszcze zakończenia :0)
          • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Drzewko" 12.08.07, 09:41
            Mijały dni. Któregoś ranka rozpętała się zamieć. Wiał lodowaty
            wiatr. Leszczyna była zbyt stara, by obronić się przed nim. Jej
            korzenie nie były już takie mocne, jak u młodego drzewka. Złamała
            się z trzaskiem i miękko opadła w biały puch. Drzewko w napięciu
            oczekiwało na ludzi. Wiedziało już, że i z leszczyny stworzą oni
            różne cuda przydatne ludziom i zwierzętom. Kiedy przybyli, drzewko
            nie czuło już strachu. Ze spokojem i powagą obserwowało leśniczego i
            jego pomocników. Czekało i rosło. Wreszcie nadeszła wiosna. Śnieg
            zaczął topnieć, a spod niego wydobywały się na świat młode roślinki.
            Drzewko z uśmiechem patrzyło na te niezdarne maluchy. Oj, będą
            musiały się dużo nauczyć. Jedna z nowych roślinek wyrosła tuż obok
            niego, z małego nasionka. Była to leszczyna. Pewnego dnia odezwała
            się ona do drzewka:

            - Poznajesz mnie? To ja, leszczyna.

            I na dowód tego zanuciła mu tę oto kołysankę:

            Nocka ciemna już przybywa

            Słońce chmurką się zakrywa

            Śpij już, śpij, mój lesie miły

            Na dzień nowy zbierz znów siły

            I niech wszystkie myśli złe

            Wiatr przegoni, rozwieje.

        • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Smoczuś Płomyk i jego 11.08.07, 22:04
          rodzina"

          Dla dziecka, które musi zaakceptować pojawienie się młodszego
          rodzeństwa w rodzinie.

          Daleko, daleko stąd, wśród pięknych, wysokich gór sięgających aż do
          błękitnych obłoczków, była mała, urocza polana, porośnięta wonnymi
          ziołami. Na tej polanie, chociaż trudno w to uwierzyć, było skaliste
          miasteczko – Świetlikowo. W tym miasteczku, w samym środku
          znajdowała się zielona grota, w której mieszkała rodzina wesołych
          smoków. Mama – zgrabna smoczyca o zielonych jak szmaragdy oczach i
          szczupłej talii, była po prostu piękna.
          Nic dziwnego, trzy razy w tygodniu latała na smoczy aerobik. Tata –
          smok najpotężniejszy w całym miasteczku – to mistrz w zianiu ogniem
          na odległość. Swoje ogniowe umiejętności wykorzystywał najczęściej w
          kuchni, kiedy mama chciała ugotować coś pysznego. A robiła to
          znakomicie. Jej potrawy słynęły w całej okolicy, na przykład płonące
          lody miodowe z orzechami zostały przebojem lata. Lody te były
          przysmakiem najweselszego smoczka w rodzinie – synka Płomyka.

          Rodzice dbali o swojego pupilka. Rozpieszczali, dogadzali. Mama
          wymyślała dla niego coraz wspanialsze smakołyki, a tata uczył
          tajemnej sztuki latania i ziania ogniem. Rodzice każdą wolną chwilę
          spędzali ze swoim ukochanym synkiem. Najczęściej zabierali go na
          wycieczki w głąb zaczarowanego lasu, gdzie przeżywali najdziwniejsze
          przygody.

          O wspaniałych przeżyciach Płomyk opowiadał swojej ukochanej pani ze
          smoczego przedszkola – Błękitnej Wróżce i wszystkim smoczakom-
          przedszkolakom. Płomyk czuł się najszczęśliwszym smokiem na świecie.

          Pewnego dnia Płomyk został sam w przedszkolu. Wszystkie smoczaki-
          przedszkolaki już dawno odleciały ze swoimi rodzicami, a Płomyk
          ciągle czekał. Był coraz bardziej smutny i niespokojny. Kochana
          Błękitna Wróżka gładziła go po głowie, pocieszała, przytulała.
          Trochę to pomagało, ale na krótko. Czuł, że stało się coś złego. Łzy
          napłynęły mu do oczu i wtedy w drzwiach stanął tata. Wyglądał, jakby
          wygrał milion w „smoko-lotku”.

          Nie do wiary, ja tu płaczę, a on się cieszy – pomyślał Płomyk. Czuł
          żal do rodziców.

          - Jak mogliście o mnie zapomnieć! – krzyknął.

          - Nie zapomnieliśmy, tata przytulił zapłakanego smoczka. W
          domu czeka na ciebie niespodzianka – dodał.

          - Ciekawe, co to za niespodzianka? – myślał już udobruchany
          smoczek – Może płonące lody albo wata cukrowa albo smokomputer
          najnowszej generacji?!

          W drodze do domu skrzydła niosły małego Płomyka, jak nigdy dotąd.
          Pierwszy wbiegł do domu i zaraz zajrzał do lodówki, ale nic pysznego
          tam nie było. Wbiegł do swojego pokoju, tam też nic nie znalazł.

          Gdzie jest ta niespodzianka? Nagle usłyszał dziwne odgłosy
          dochodzące z pokoju rodziców. Coś skrzypiało czy syczało? W drzwiach
          stanęła uśmiechnięta mama, przytulała coś, co skrzypiało. Tata dumny
          obejmował mamę. Synku to twoja siostrzyczka Ognisia, teraz będziesz
          miał się z kim bawić, powiedziała mama. Ognisia właśnie w tym
          momencie zaczęła głośno płakać.

          To niemożliwe, moja mama przytula i kołysze to wrzeszczydło –
          pomyślał zdumiony i oburzony Płomyk, zakrywając uszy.

          - Ładna mi niespodzianka, to jakieś żarty! – próbował
          przekrzyczeć Ognisię.

          Był zły, bardzo zły. Nie rozumiał, co właściwie się stało. Do tej
          pory mama tylko jego przytulała, dla niego przygotowywała smakołyki,
          to z nim tata latał i ział ogniem.

          A to wrzeszczydło nawet nie potrafi latać, a co dopiero ziać ogniem.
          Na dodatek jest małe i brzydkie, i ja mam się z tym czymś bawić?
          Niedoczekanie! – złościł się Płomyk. Dlaczego rodzice tak kochają tę
          Ogniśkę, czy ja już im się znudziłem? – smutno zrobiło się
          smoczkowi. Poczłapał do swojego pokoju. Było mu coraz bardziej
          smutno i przykro. Dwie ogromne łzy napłynęły do jego smoczych oczu i
          za chwilę rozpłakał się na dobre. Płakał i płakał coraz mocniej i
          głośniej. Wreszcie krzyknął ze złością:

          - Nie chcę tej głupiej Ogniśki! Nienawidzę jej! Zabrała mi
          mamę i tatę!

          Zrozpaczony uderzył ogonem w stojącą na stoliku fotografię rodziców,
          rozwinął skrzydła i wyleciał przez okno. Zapadał zmrok, a mały
          smoczuś wzbijał się coraz wyżej ku błękitnym obłokom. Nagle zobaczył
          oślepiające światło, zwolnił trochę i patrzył, nie wierząc własnym
          oczom. Przed nim lekko unosiła się Błękitna Wróżka.

          - To pani? Pani potrafi latać? – wydusił zaskoczony Płomyk.

          - Przecież jestem wróżką – uśmiechnęła się i zbliżyła do wciąż
          zdumionego smoczka.

          Usiedli na błękitnym obłoku. Płomyk spojrzał w dół. Widział całe
          Świetlikowo migocące ciepłymi ognikami. Zobaczył swoją zieloną
          grotę – ukochany dom i w tym momencie przypomniał sobie o
          wrzeszczącej niespodziance. Rzucił się Wróżce na szyję i zaczął
          głośno szlochać. Wróżka delikatnie pogładziła smoczka po głowie i
          ciepłym głosem powiedziała:

          - Płomyku czas wracać do domu, czekają na ciebie rodzice i
          twoja mała siostrzyczka Ognisia. Wszyscy bardzo się martwią o ciebie.

          Smoczek w jednej chwili przestał płakać i aż zionął ogniem ze złości.

          - No nie! I pani też mówi o tej głupiej, wrzeszczącej Ogniśce.
          Nie chcę jej znać, słyszy pani!? Ona zabrała mi rodziców, teraz
          jestem sam na świecie. A właściwie, skąd pani o niej wie?! –
          krzyczał rozdrażniony Płomyk.

          - Przecież jestem wróżką, już ci mówiłam – spokojnie
          odpowiedziała i uśmiechnęła się tak pięknie – aż smoczkowi zrobiło
          się wstyd, że wykrzykiwał do tak miłej i najłagodniejszej istoty pod
          słońcem.

          Przestraszył się, że i ona przestanie go lubić. Błękitna Wróżka
          tymczasem uniosła swoją czarodziejską pałeczkę i powiedziała cicho :

          - Czary mary, raz dwa trzy

          Mały smoczku, otrzyj łzy

          Chwila to zaczarowana

          Niech się grota stanie szklana!

          Ledwo wypowiedziała ostatnie słowo, obłok, na którym siedzieli,
          zaczął płynąć i zatrzymał się dopiero nad smoczą zieloną grotą,
          która już nie była zielona tylko przejrzysta jak szkło.

          Płomyk nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa, patrzył szeroko
          otwartymi oczami ze zdumienia. To jego dom, widział wszystkie
          pokoje, kuchnię i lodówkę ze smakołykami. Spojrzał na swój pokój,
          zobaczył w nim mamę. Siedziała nieruchomo i patrzyła przerażonymi
          oczami w okno. Taty nie było. W pokoju rodziców w małej kołysce
          spała Ognisia.

          Płomyk spojrzał na nią i pomyślał: całkiem ładna ta Ogniśka, ale i
          tak jej nie lubię. Znowu spojrzał na mamę. Siedziała dalej
          nieruchomo. Płomyk przeraził się, nigdy wcześniej nie widział tak
          smutnej mamy.

          - Co jej się stało – zapytał z przejęciem i gdzie jest tata?

          - Mama czeka na ciebie i bardzo się martwi, domyśla się, że
          uciekłeś, a tata szuka cię po całym Świetlikowie – odpowiedziała
          wróżka.

          - Aha – westchnął Płomyk i poczuł się dziwnie.

          Z jednej strony żal mu było rodziców, ale z drugiej strony cieszył
          się, że wreszcie myślą o nim, a nie o tej Ogniśce.

          Jego rozmyślania przerwał głośny świst. Wróżka krzyknęła:

          - Uważaj!

          Nad ich głowami przeleciało z ogromną szybkością coś białego,
          chichoczącego złośliwie.

          - Co to? – przestraszył się Płomyk.

          - To Zamrażak, nienawidzi ciepła. Wszystko co ciepłe zamienia
          w lód. Długo szukał Świetlikowa. Chroniłam to miasteczko,
          zasłaniałam błękitnymi obłokami, ale wszystko na nic. Znalazł je.
          Biada nam wszystkim – mówiła coraz słabszym głosem wróżka.

          Płomyk rozejrzał się dookoła – piękne góry zamieniły się w lodowce,
          stawało się coraz zimniej. Zamrażak chuchał i dmuchał, chichotając
          przeraźliwie. Wróżka próbowała mu przeszkodzić. Podnosiła
          czarodziejską pałeczkę, ale jej magiczna moc malała. Zamrażak
          zbliżał się do zielonej groty. Zaskoczone smoki nie rozumiały, co
          się dzieje.

          - To nie żarty, nie pozwolę na to – krzyknął odważnie Płomyk
          • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna - "Smoczuś Płomyk...cd 11.08.07, 22:17
            - To nie żarty, nie pozwolę na to – krzyknął odważnie Płomyk.

            Niewiele myśląc, zionął ogniem tak mocno, że wokoło zrobiło się
            gorąco i lód zaczął się topić, ale Zamrażak nie dawał za wygraną,
            chuchał jeszcze mocniej i krzyczał piskliwym głosem:

            - Zaraz cię zamrożę, zamrożę całe Świetlikowo, a zacznę od
            twojej groty.

            - Nic z tego, tam są moi ukochani rodzice i moja mała siostra,
            nikt nie zrobi im krzywdy! Smoki, smoczaki wszyscy razem na
            Zamrażaka! – wołał Płomyk.

            Smoki z całego Świetlikowa zaczęły ziać ogniem. Gorące płomienie
            otaczały Zamrażaka.

            - Ojojoj, ojojoj, parzy, gorąco, parzy, ojojoj, nie
            wytrzymam! – Zamrażak świsnął, wzbił się wysoko i zniknął.

            Wszystkie smoki odetchnęły z ulgą. Zaczęły trzepotać z radości
            skrzydłami, sypać iskrami i machać ogonami.

            Płomyk był szczęśliwy. Nagle poczuł, że ktoś go unosi. To tata
            podniósł go na swoich skrzydłach, obok leciała mama z Ognisią.
            Płakała z radości i szczęścia, że Płomyk wrócił i że jest takim
            odważnym smokiem.

            Wieczorem zmęczeni, ale szczęśliwi usiedli razem przy stole w swojej
            zielonej grocie. Zajadali ulubione płonące lody miodowe z orzechami.
            Mama czule obejmowała Płomyka szczęśliwa, że już jest w domu. Tata
            trzymał Ognisię, która wpatrzona w płonące lody po raz pierwszy
            kichnęła i wypuściła mały ogieniek z pyszczka. Wszyscy wybuchnęli
            śmiechem.

            - No, może będzie jeszcze z niej porządny smok, już ja tego
            dopilnuję – powiedział Płomyk.

            - Jesteśmy tego pewni – zgodnie potwierdzili rodzice – Nie
            każda siostra ma takiego dzielnego brata.

            Płomyk zamyślił się – mam wspaniałych rodziców, wcale im się nie
            znudziłem. Wróżka miała rację. Podszedł do okna, spojrzał w górę, na
            obłoku siedziała Błękitna Wróżka – ukochana, najmądrzejsza pani ze
            smoczego przedszkola. Wróżka uśmiechnęła się do smoczka.

            - Ach, jestem najszczęśliwszym smokiem na świecie – westchnął
            Płomyk.

            • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka Terapeutyczna - "Jak Kropeczka uwierzyła 11.08.07, 22:27
              w sibie"

              O tym, jak przezwyciężyć nieśmiałość i uwierzyć w siebie.

              Za siedmioma górami i wieloma rzekami, na pięknej łące otoczonej
              lasem żyła rodzina Biedronek. Mieszkali wśród zielonych traw,
              pachnących ziół i kolorowych kwiatów, w domku „Pod zielonym
              listkiem”, w którym zawsze było bardzo wesoło i przyjemnie.


              Słoneczko często tu zaglądało, ogrzewając swoim ciepłem mamę, tatę
              oraz troje rodzeństwa. Codziennie rano, mama z uśmiechem na twarzy
              budziła swoje skarby: najstarszą córkę Pięciokropkę, synka
              Trzykropka oraz najmłodszą Kropeczkę. W tym czasie tata krzątał się
              po kuchni, przygotowując smaczne śniadanko, po którym dzieci
              nabierały ochoty do zabawy.


              Dużo psociły, baraszkując pomiędzy trawami, przeskakując z kwiatka
              na kwiatek i śmiejąc się przy tym radośnie. Nawet chłodne kropelki
              rosy błyszczące na trawie nie potrafiły im w tym przeszkodzić.


              Bardzo lubiły bawić się ze sobą, ale jeszcze bardziej z Pszczółkami,
              które mieszkały w pobliżu. Kiedy rodzeństwo baraszkowało z
              przyjaciółmi, Kropeczka stała z boku, przyglądając się ich zabawie.
              Była smutna, zamyślona i marzyła o chwili, kiedy Pszczółki odlecą do
              swojego domku. Pszczółki były takie odważne, pomysłowe w zabawie i
              tak głośno się śmiały. A ona była przecież taka malutka i słaba, nie
              potrafiła latać tak szybko jak Pszczółki.


              Pewnego razu Pszczółki wymyśliły nową zabawę. Z pyłku kwiatów lepiły
              duże kule, po czym z salwami śmiechu rzucały je w siebie. Należało
              zwinnie omijać kule tak, aby nie zostać trafionym, co wymagało dużej
              sprawności i sprytu.


              Kropeczka starała się unikać pyłkowych kul, jak mogła, ale wszystkie
              trafiały prosto w nią. Jej skrzydełka lepiły się i czuła, że jest
              coraz słabsza. Niepostrzeżenie wycofała się z pola bitwy i niepewnym
              krokiem podążyła do domu. Było jej smutno, łezki cisnęły się jej do
              oczu i bardzo pragnęła przytulić się do mamy. Wiedziała, że nie
              poradziła sobie w zabawie. Bała się, że zostanie wyśmiana, więc
              wolała zrezygnować z zabawy i wrócić tam, gdzie było tak dobrze i
              gdzie zawsze mama mogła jej pomóc. Kropeczka cichutko łkając,
              poruszała powolutku nóżkami, to znów zatrzymywała się, oglądając się
              za siebie. Wreszcie zmęczona i smutna dotarła do domu. Z pomocą mamy
              obmyła swoje skrzydełka i z niecierpliwością czekała na powrót
              rodzeństwa.


              Bardzo kochała Pięciokropkę i Trzykropka, i wybaczyła im nawet to,
              że śmiali się z niej na łące. Kiedy usłyszała kroki Trzykropka, na
              jej twarzy pojawił się uśmiech.

              - Mamo, mamo! - wołał Trzykropek, wbiegając do pokoju. Pięciokropka
              była tuż za nim.
              - Mamo, mamo! - wołali już razem.
              - Słucham was, moje dzieci - odpowiedziała mama.

              - Mamy świetny pomysł, zaprośmy Pszczółki na moje urodzinowe
              przyjęcie - powiedział przejętym głosem Trzykropek i spojrzał
              błagalnym wzrokiem na mamę.

              - No, muszę się zastanowić - powiedziała mama i zamyśliła się.
              - Mamo, proszę cię. Będzie bardzo wesoło!

              Kropeczka, która cały czas przysłuchiwała się tej rozmowie, z każdą
              chwilą stawała się bledsza, a po jej głowie kołatały się myśli:

              - Ojej, znowu te Pszczoły w moim domu, dlaczego? Ja się ich boję,
              one tak na mnie patrzą...
              Rozmyślania Kropeczki przerwał okrzyk Trzykropka: - Hura, hura!
              Kropeczka się domyśliła. Te hałasy oznaczać mogły tylko jedno - mama
              zgodziła się na zaproszenie Pszczółek na urodzinowe przyjęcie
              Trzykropka.

              Przez najbliższe dni cała rodzina planowała urodziny Trzykropka,
              które miały się odbyć już za pięć dni. Mama obiecała upiec ogromny
              tort i przygotować kolorowe kanapki. Miały być też tańce i konkursy,
              a dekoracją pokoju miał zająć się tata razem z dziećmi.


              W domu państwa Biedronek panowało zamieszanie i gwar. Wszystko
              musiało być przecież gotowe na przyjęcie gości.


              O umówionej godzinie przed domkiem "Pod zielonym listkiem" pojawili
              się goście. Mama Biedronka zapraszała wszystkich do środka, tata
              zapalił świeczki na torcie i rozpoczęło się przyjęcie.


              Nad łąką unosiły się odgłosy śmiechu i głośnych rozmów, no i
              oczywiście wesołej muzyki. Wszyscy bawili się doskonale. Wszyscy
              oprócz... Kropeczki, której serduszko coraz mocniej biło, a nogi się
              trzęsły.


              Właśnie ogłoszono konkurs piosenki i już pierwsi wykonawcy
              rozpoczęli swoje występy. Czas biegł bardzo szybko, jak dla
              Kropeczki - za szybko, wiedziała, że wkrótce to właśnie ona będzie
              musiała wystąpić.


              Kropeczka lubiła śpiewać i nawet wszyscy mówili, że ma ładny głos,
              ale co innego śpiewać dla mamy, taty i rodzeństwa, a co innego dla
              tylu gości. Kiedy wywołano ją na środek stanęła i... już miała
              otworzyć buzię i zacząć śpiewać, gdy zobaczyła te duże oczy
              Pszczółek, które patrzyły na nią. W tej samej chwili Kropeczka
              zapomniała, co chciała zaśpiewać, a w buzi zrobiło się tak dziwnie
              sucho i głos wcale nie chciał się wydostać z gardła.


              Opuściła głowę i szybko uciekła do swojego pokoju. Wyszła z niego
              dopiero, gdy wszyscy goście już wyszli i w domu zrobiło się zupełnie
              cicho. Chwilkę odczekała i ze smutną miną podeszła do brata.

              - Przepraszam cię, Trzykropku - powiedziała. Ja naprawdę chciałam
              zaśpiewać dla ciebie piosenkę, ale nie potrafiłam, moje gardło
              zamilkło.
              - Nie martw się, Kropeczko, wcale się na ciebie nie gniewam - odparł
              Trzykropek, tuląc siostrę.

              Mimo słów Trzykropka, Kropeczka cały czas była smutna i zła na
              siebie za to, że ciągle się czegoś boi.


              Stanęła przy otwartym oknie swojego pokoju i zamyśliła się. Ach, jak
              dobrze byłoby być taką odważną jak Pięciokropka, tak silną i sprytną
              jak Trzykropek. Popatrzyła w gwiazdy, gdy wtem jedna z nich zaczęła
              lecieć w stronę domku Biedronek, wprost do okna Kropeczki. Była
              coraz bliżej i bliżej. Kropeczka ze zdziwienia aż otworzyła buzię i
              wystraszona już miała odejść od okna, gdy usłyszała ciepły, cichutki
              głos:

              - Kropeczko, Kropeczko, nie bój się, ja jestem twoją przyjaciółką,
              nazywam się Gwiazdeczka. Już od dłuższego czasu, obserwuję cię z
              góry i bardzo cię polubiłam. Przyniosłam ci prezent. Czarną jak noc
              kropkę, którą jednak będziesz widziała tylko ty. Zawsze kiedy
              będziesz miała jakiś i problem, będziesz się czegoś bała, będziesz
              przerażona dotknij jej, a wtedy niezwykła moc kropki pomoże ci
              pokonać strach i rozwiązać wszystkie problemy.

              Na twarzy Kropeczki pojawił się uśmiech. Podziękowała Gwiazdeczce i
              poszła spać. Tej nocy śniły się jej same miłe rzeczy: że ulepiła z
              pyłku kwiatów największą kulę, że wygrała konkurs piosenki, że sama
              odwiedziła Pszczółki i tak śniła aż do rana.


              Następnego dnia mama trochę źle się czuła, więc poprosiła
              Pięciokropkę o pomoc w porządkach domowych, w domu zawsze było dużo
              pracy.
              • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka Terapeutyczna - "Jak Kropeczka "-cd 11.08.07, 22:28
                Tymczasem Trzykropek wpadł na pomysł, iż razem z Kropeczką wybiorą
                się po ulubione kwiaty mamy, które rosły na polanie w lesie. Po
                dotarciu na miejsce, po krótkim odpoczynku, zajęli się zrywaniem
                kwiatów. Ich cudowny zapach unosił się nad całą polaną. Już mieli
                wielki bukiet i zamierzali wracać do domu, kiedy noga Trzykropka
                utkwiła w kawałku kory leżącej obok ogromnego drzewa. Trzykropek
                próbował wydostać nogę, ciągnął i ciągnął i nic. Poprosił o pomoc
                Kropeczkę, ale i ona nie dała rady, choć bardzo się starała.

                - Sprowadź szybko pomoc, bo bardzo boli mnie noga - pojękiwał
                Trzykropek, a z oczu zaczynały płynąć mu łzy.
                - Trzymaj się, braciszku, wszystko będzie dobrze! - powiedziała
                Kropeczka. Już pędzę po pomoc - dodała przejęta.

                Nie dała bratu poznać, jak bardzo się boi. Łatwo powiedzieć - pędzić
                po pomoc, ale jak tu samej pokonać tą olbrzymią łąkę? Ich dom był
                przecież tak daleko...

                Przeleciała już spory kawałek drogi, kiedy poczuła się zmęczona.

                Odpocznę chwilkę na listku i zaraz lecę dalej - pomyślała. Gdy
                uniosła głowę, nagle zobaczyła jakiś domek. Czyj to dom, może tu
                znajdę pomoc dla Trzykropka?
                W tym momencie obok domku ujrzała bawiące się Pszczółki. Aha, ten
                domek należy do Pszczółek - pomyślała. Poproszę je o pomoc.


                W tej samej chwili przypomniała sobie o strachu, który towarzyszył
                jej, gdy tylko na swojej drodze spotkała Pszczółki. Wzięła głęboki
                oddech i powiedziała sama do siebie:

                - Nie zawiodę Trzykropka, muszę mu jak najszybciej pomóc.

                Dotknęła kropki podarowanej przez Gwiazdeczkę (tej, której nikt
                oprócz Kropeczki nie widział) i ruszyła w stronę domku Pszczółek.

                - Dzień dobry - powiedziała drżącym głosem - Trzykropkowi noga
                utknęła w korze i bardzo go boli. Próbowaliśmy, ale sami nie możemy
                sobie poradzić. Proszę, pomóżcie mojemu bratu - dodała błagalnym
                głosem. Gdy skończyła mówić, ledwo mogła złapać oddech.

                Pszczółki nie zastanawiały się długo. Szybko wyruszyły we wskazane
                przez Kropeczkę miejsce, wydostały Trzykropka i zaniosły go do domu.
                Kropeczka była im bardzo wdzięczna. Z uśmiechem na ustach
                podziękowała im za pomoc.


                Trzykropkiem zajęła się mama. Zabandażowała mu nóżkę i stwierdziła,
                że przez kilka dni musi poleżeć w łóżku. Gdy cała rodzina zasiadła
                wieczorem przy kominku, Trzykropek opowiedział wszystkim swoją
                przygodę. Na końcu dodał:

                - Gdyby nie Kropeczka, jeszcze długo bym cierpiał. Dziękuję ci,
                siostrzyczko, że mi pomogłaś. Wiedziałem, że na ciebie mogę liczyć! -
                i uściskał Kropeczkę z całych sił.

                Kropeczka była bardzo dumna z siebie, ale nie zapomniała, kto jej w
                tym pomógł. Dotknęła kropki podarowanej przez Gwiazdeczkę (tej,
                którą tylko ona widziała) i szeptem powiedziała: - Dziękuję
                  • nauczycielka_przedszkola Re: Bajki - trochę teorii 12.08.07, 09:54
                    Czy bajki mogą leczyć?
                    Katarzyna Narewska, Anna Hajduga-Stalmach

                    "Bajka jest magicznym lustrem pozwalającym dziecku inaczej spojrzeć
                    na to, co wydaje się trudne i nie do pokonania".

                    Czym jest bajka w życiu człowieka? Czy może posiadać moc leczenia
                    tego, co ukryte głęboko w psychice?
                    Jeśli tak, to skąd bierze swoją terapeutyczną siłę, jaki wpływ
                    wywierai jak daleko sięga w naszą podświadomość?


                    Teksty literackie od zarania dziejów stanowiły bardzo istotną formę
                    przekazu informacji, ale nie tylko do tego ograniczała się ich rola.
                    Potrafiły poruszać serca, wywoływały emocje, tłumaczyły to, co
                    niewytłumaczalne i trudne, stanowiły formę komunikacji.


                    Jedną z takich form literackich była i jest baśń, pełna magii,
                    niesamowitości i cudów.


                    Baśniowa czarodziejska rzeczywistość jest przyjemnym środowiskiem
                    rozwijającym wyobraźnię. Dziecko porwane w ciekawy przyjazny świat
                    poznaje losy bohaterów i przeżywa razem z nimi różne perypetie. Jest
                    obserwatorem wydarzeń prowadzących do szczęśliwego zakończenia.

                    „Bajka jest magicznym lustrem pozwalającym dziecku inaczej spojrzeć
                    na to, co wydaje się trudne i nie do pokonania”.

                    Bajka jest specyficzną formą. Zauważono, że silnie oddziaływuje na
                    emocje, przyciąga uwagę czytelnika, bo mówi o sytuacjach trudnych, z
                    którymi dziecko spotyka się na co dzień. Pokazuje sposoby zachowania
                    się, motywuje i uczy również samodzielnego rozwiązywania problemów.


                    Przybliża obcy, czasem nieznany – pełen niebezpieczeństw – świat
                    ludzi dorosłych, w którym dziecko musi dopiero nauczyć się żyć.
                    Odbiorca musi mieć pewność, że wszystko w baśni zakończy się
                    szczęśliwie, sprawiedliwość zwycięży, a prawda, dobro i piękno
                    zatryumfuje. Dlatego zakończenie bajki odgrywa istotną rolę, bowiem
                    pozostawia słuchacza w atmosferze poczucia bezpieczeństwa. Doskonale
                    zostaje zobrazowany motyw zwycięstwa dobra nad złem – uczy, iż
                    należy trwać we własnych przekonaniach. Pozwala to dziecku na
                    przezwyciężenie egocentrycznego sposobu myślenia o świecie, wyzwala
                    emocje – zarówno te pozytywne jak i negatywne, a tym samym uczy
                    wyrażać i nazywać uczucia, co stanowi bardzo istotny czynnik
                    wpływający na prawidłową stymulację rozwoju inteligencji
                    emocjonalnej tzw. intrapersonalnej (H. Gardner).

                    Dzięki bajce dziecko potrafi dokonać racjonalnej oceny zachowania
                    innych, przelać negatywne emocje na bohaterów. Czytelnicy chętnie
                    identyfikują się z bohaterami, razem z nimi przeżywają niepokoje, a
                    co za tym idzie „katharsis” – rodzaj oczyszczenia. Wyrabiają sobie
                    własne opinie, o których chętnie rozmawiają z dorosłymi. Dla osoby,
                    która ma kontakt z dzieckiem bajka stanowi narzędzie w komunikowaniu
                    się, poznawaniu problemów i ocenie potrzeb młodego człowieka.

                    Dziecko poznaje bohaterów, którzy mają podobne problemy, otwiera
                    się, ponieważ dostrzega, że nie jest osamotnione. Zyskuje możliwość
                    nieskrępowanego mówienia o swoich kłopotach bez obawy, że będzie
                    oceniane. Bajka sugeruje rozwiązania, a odbiorca przyjmuje je jako
                    własne. Nie zmusza do działania, tylko nakierowuje na odpowiednią
                    drogę. Istotne jest również to, iż dziecko może i często chce sięgać
                    do tekstu, co daje mu możliwość dojrzewania do przyjęcia wzorców,
                    kompensując jego potrzeby. Niejednokrotnie może to pomóc w
                    zidentyfikowaniu problemu, z którym się boryka.

                    Ważnym elementem zatem staje się zarówno odbiorca jak i poruszany
                    temat. W tym celu chcemy wyeksponować bajkę terapeutyczną jako
                    specyficzną formę pracy z dzieckiem.

                    Współcześnie Milton Erickson, Peseechkian i Battelheim
                    wykorzystywali metafory, bajki i opowieści jako środki interwencji
                    terapeutycznej. Korzystając z ich doświadczenia, stworzono nową
                    metodę pracy z dzieckiem zwaną biblioterapią.

                    Głównym celem tych specyficznie konstruowanych tekstów jest
                    zredukowanie lęków i problemów emocjonalnych, pokazanie sposobu
                    wyjścia z trudnej sytuacji.

                    Wiele sytuacji w naszym życiu wywołuje w nas niepokój.

                    Człowiek w momencie zagrożenia mobilizuje się do aktywności. To rola
                    strachu, który jest reakcją na bodźce zagrażające.

                    Spotęgowany, nieznajdujący ujścia strach z czasem przeradza się w
                    wewnętrzny lęk. Polega on na oczekiwaniu zagrożenia i dlatego działa
                    destrukcyjnie zarówno na sposób działania człowieka jak i jego
                    perspektywę myślenia o rzeczywistości i sobie samym. Może zostać
                    zaszczepiony w wyobraźni dziecka (lęk wytwórczy – wyobrażanie sobie
                    sytuacji, które tak naprawdę nie mają odzwierciedlenia w realnych
                    doświadczeniach np.: lęk przed ciemnością, duchami itp.) lub wynikać
                    z niezaspokojonych potrzeb (lęk odtwórczy – odtwarzanie w sobie
                    realnej sytuacji, która spowodowała strach np.: lęk przed
                    wystąpieniem publicznym).
                    • nauczycielka_przedszkola Re: Bajki - trochę teorii cd 12.08.07, 09:55
                      Lęki działają z ogromną siłą, dlatego nasz organizm pokazuje nam
                      objawy, aby zasygnalizować ważność problemu. Zaburzona może zostać
                      sfera wegetatywna (biegunki, przyspieszony oddech, mocne bicie
                      serca, zaczerwienienie lub bladość, potliwość, wzmożone napięcie
                      mięśniowe), sfera umysłowa (pojawiają się luki w pamięci, brak
                      koncentracji), sfera emocjonalna (uczucie napięcia, złość,
                      drażliwość, przygnębienie, labilność emocjonalna), sfera zachowań
                      (drżenie głosu, nerwowy śmiech, zgrzytanie zębami, niepokój,
                      zahamowanie ruchowe, obgryzanie paznokci, ssanie kciuka).

                      Lęki są uwarunkowane doświadczeniem dziecka i jego rozwojem.

                      Źródłem lęku mogą być w pierwszej kolejności osoby znajdujące się
                      najbliżej dziecka – rodzice, dziadkowie, wychowawcy, rówieśnicy. Nie
                      rzadko spotykamy się z sytuacją, w której właśnie w najbliższym
                      środowisku nie zostają zaspokojone podstawowe potrzeby emocjonalne.
                      Często dziecko musi żyć i odnajdywać swoje miejsce w rodzinie
                      współuzależnionej od alkoholu, musi radzić sobie z problemem śmierci
                      lub odejścia któregoś z członków rodziny, stawiać czoło złym metodom
                      wychowawczym – nadmiernym wymaganiom lub brakowi poczucia
                      przynależności. Wiele dzieci spędza czas przed monitorem telewizora,
                      a obecnie coraz częściej również komputera, gdzie stykają się
                      samotnie z przerażającą i trudną sytuacją. Dziecięca psychika nie
                      jest gotowa na przyjęcie i zrozumienie tak wielu trudnych kwestii
                      związanych z realiami życia, ukazywanymi w sensacyjny i drastyczny
                      sposób.

                      Bajki powstają po to, by wytłumaczyć to, co trudne i niezrozumiałe,
                      by kompensować potrzeby – potrzebę miłości, aliacji, bezpieczeństwa,
                      poczucia akceptacji. Mamy możliwość podziałać czymś, co jest
                      skonstruowane specjalnie po to, aby przeciwdziałać lękom i
                      zaspokajać potrzeby – bajką terapeutyczną, która ze względu na cel
                      oddziaływania dzieli się na trzy rodzaje: relaksacyjną,
                      psychoterapeutyczną, psychoedukacyjną.


                      Bajka relaksacyjna ma na celu wyciszenie i uspokojenie. Wizualizacja
                      poprzez wyobraźnię przenosi dziecko w bezpieczne, przyjazne miejsce.
                      Bohater wprowadzony w stan odprężenia doświadcza wszystkimi zmysłami
                      otaczający go piękny krajobraz, a następnie zostaje wyprowadzony
                      (spada mu kropelka wody) z biernego stanu do życia już z nowymi
                      siłami.

                      Niwelowanie lęku odtwórczego i wytwórczego to zadania bajki
                      psychoedukacyjnej i psychoterapeutycznej.

                      Bajka psychoedukacyjna pokazuje, jak należy zachowywać się w
                      sytuacjach trudnych i niosących ze sobą przykre, czasem straszne
                      doświadczenia. Ma zmieniać patrzenie dziecka na sytuacje trudne i
                      motywować do działania. Dziecko doświadczając określonego lęku,
                      angażuje się emocjonalnie wraz z bohaterem, który ma ten sam problem
                      i śledzi losy wydarzeń, przyjmując nowe wzory zachowań. Uczy się w
                      ten sposób empatii, odnajduje korzyści z prawidłowego zachowania,
                      otrzymuje wsparcie, buduje w sobie poczucie wartości, dzięki czemu
                      radzi sobie w określonej sytuacji i osiąga sukces. Natomiast bajka
                      psychoterapeutyczna kompensuje niezaspokojone potrzeby emocjonalne,
                      daje wsparcie i nadzieję. Mechanizm identyfikacji powoduje zmianę
                      sposobu myślenia o sytuacjach lękotwórczych, co w następstwie
                      powoduje redukcję lęku.

                      Dziecko, które nie posiada jeszcze umiejętności radzenia sobie z
                      tym, co nieznane i bolesne odnajduje w bajkach terapeutycznych
                      możliwość zaspokojenia swoich potrzeb, otrzymuje wsparcie oraz
                      akceptację. Dzięki perypetiom bohaterów oraz ich umiejętnemu
                      radzeniu sobie w trudnych sytuacjach, odbiorca bajki terapeutycznej
                      rozszerza swój repertuar zachowań, uczy się także, jak można
                      modyfikować swoje zachowania.

                      Jeżeli dziecko, pragnie wracać do bajki, potrafi słuchać jej
                      wielokrotnie, zadaje wciąż nowe pytania dotyczące przygód bohaterów,
                      przeżywa bardzo emocjonalnie każdy fragment słuchanego lub czytanego
                      tekstu, otrzymujemy istotną informację na temat jego lęków i
                      niezaspokojonych potrzeb.

                      Metoda pracy z bajką terapeutyczną jest na tyle niezwykła w swej
                      istocie, że nie wymaga od nikogo specjalnego i ukierunkowanego
                      działania – bajka działa sama. Jej treść wywiera wpływ na młodego
                      odbiorcę i zachodzi moment, w którym zostaje on sam na sam z
                      bohaterem i problemem.
                      To właśnie możliwość identyfikacji z postacią główną pozwala na
                      przeżycie lęku z „bezpiecznej odległości”, a postawa
                      bohatera ,sprawia, że i dziecko odnosi wewnętrzny sukces wraz z nim.
                      Istotna jest identyfikacja problemów dziecięcych, dostarczanie
                      bajek, jakich potrzebują, obserwowanie indywidualnych reakcji, a
                      także umiejętne tworzenie tekstów, które będą niosły im pomoc. Każde
                      dziecko przychodzi na świat z własną, niepowtarzalną iskierką
                      możliwości, naszym zadaniem jako rodziców, wychowawców i pedagogów
                      jest robić wszystko, aby ta iskierka zamieniała się z czasem w
                      wielki ogień, który poradzi sobie z każdą przeciwnością niesioną
                      przez życie, w tym także z lękiem. Jednym z narzędzi, które pozwala
                      nam skutecznie działać w kierunku wspomagania i stymulacji rozwoju
                      dziecka jest właśnie bajka terapeutyczna.



      • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka relaksacyjna "Kotek" 12.08.07, 20:39
        Mały kotek samotnie wracał ze szkoły. Ciągnął łapkę za łapką wolno,
        jakby ospale. Był smutny, nic go nie cieszyło, czuł się bardzo
        nieswojo. Niechętnie prychał na inne przechodzące obok zwierzęta.
        Nagle nadleciał malutki motylek i nad samym nosem kotka zrobił
        okrążenia, jedno, drugie, trzecie. Chyba mi się przygląda – pomyślał
        kotek i łapką próbował odgonić motylka. Ale ten wcale nie odlatywał,
        tylko krążył, krążył i jak samolot kreślił znaki w powietrzu. Kotek
        patrzył i patrzył, jak zaczarowany, w piękny lot motyla. A ten wzbił
        się wyżej, jakby chciał dolecieć do słońca, i nagle znikł mu z oczu
        za wysokim ogrodzeniem. Zaciekawiony kotek zbliżył się do płotu,
        wdrapał się po deskach i znalazł się w ogrodzie. Rozejrzał się
        dookoła. Było tam tak pięknie, rosły wysokie owocowe drzewa
        sięgające koronami do nieba,
        a małe krzaczki, jakby przy nich przycupnięte, trzymały się ich jak
        maminej spódnicy. Rosły też kolorowe kwiaty, które jak dywan
        pokrywały cały ogród. Kotek poczuł zapach ziemi, kwiatów, krzewów i
        drzew. Pociągnął mocno noskiem i zapach jak fala, jakby ramionami,
        objął go. Kotek położył się na trawie i oddychał miarowo, równo
        i spokojnie. Przetarł oczy, podłożył łapki pod głowę, wyciągnął całe
        ciałko, było mu bardzo wygodnie. Leżał teraz i odpoczywał. Poczuł
        senność. Słonko wysyłało swe promyki na ziemię, by pogłaskały każdy
        kwiatek, każdy listek i każdą roślinkę. Kotek poczuł przyjemny dotyk
        ciepłych promieni. Zamknął oczy. A promyczki jeden po drugim
        głaskały go, przyjemnie ogrzewając. Po chwili pojawił się delikatny
        wiaterek, który kołysał listki i gałęzie, jakby do snu. Pochylił się
        nad kotkiem i też go kołysał, trzymając w swoich ramionach. Kotek
        poczuł, jak wiaterek przesuwając się teraz po nim od głowy do łap,
        do pazurków samych, z wolna uwalnia go od smutków,
        i jeszcze raz, i jeszcze delikatnie przesuwając się od głowy w dół
        ciałka, zabiera
        z sobą całe niezadowolenie. Kotek poczuł się tak dobrze, poczuł się
        spokojny, jakby obmyty ze wszystkich swoich dużych i małych
        zmartwień. Otworzył wolno oczka
        i popatrzył na chmurki, które płynęły po niebie, nie spiesząc się,
        leniwie, nie przeganiając się, zgodnie. Płynęły i płynęły, a wiatr
        wolno je popychał. Kotkowi było tak dobrze. Nagle jedna mała
        kropelka spadła mu na nos. Co to ? - zdziwił się. Rozejrzał się
        dookoła i zobaczył, jak kwiatki wyciągają swoje małe główki do
        kropli deszczu, zupełnie jak on pyszczek do miseczki z mlekiem.
        Usiadł na trawie. Przeciągnął się. Kropelki deszczu wolno, lecz
        miarowo spadały na spragnione roślinki. Wraz z tym delikatnym
        deszczem wróciła mu siła. Wstał, otrząsnął futerko, uśmiechnął się
        do siebie zadowolony. Pora iść do domu - pomyślał. Ale dziwną
        przeżyłem przygodę w tym ogrodzie, gdzie przyprowadził mnie motylek.
        Wrócę tu jeszcze - obiecał sobie - tu jest tak pięknie i spokojnie.
        Wyprężył się do skoku
        i jednym zamachem przeskoczył płot. Radośnie machając ogonem, wracał
        do domu.
        • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka relaksacyjna "Niedźwiadek" 12.08.07, 20:40
          Mały niedźwiadek szedł wolno przez las. Czuł ogarniające go
          zmęczenie, nóżki zrobiły się jakieś ciężkie i nie chciały odrywać
          się od ziemi. Rozglądał się dookoła, szukając miejsca do odpoczynku.
          Drzewa rosły tutaj rzadziej, słońce coraz swobodniej przeciskało się
          przez konary drzew, oświetlając wszystko dookoła.

          Chyba niedaleko jest jakaś polanka, tam sobie odpocznę - pomyślał
          miś.
          I rzeczywiście, po chwili jego oczom ukazała się mała łączka
          otoczona ze wszystkich stron drzewami. Stanął na jej skraju i
          znieruchomiał z zachwytu: niskie krzewy, trawa, kwiaty jak kolorowy
          dywan rozkładały się u jego stóp. Na środku łączki zajączki,
          króliczki, ba, nawet myszki wygrzewały się w promieniach słońca.
          Spojrzał na niebo. Było bezchmurne, słońce jakby wiedziało, że
          zwierzęta oczekują na jego promienie, bo świeciło bardzo mocno. Miś
          wystawił pyszczek do słońca i poczuł, jak przyjemne ciepło obejmuje
          najpierw jego głowę, a potem całe ciało. Usłyszał lekki szum wiatru
          i brzęczenie owadów, które unosiły się nad kwiatami. Głęboko
          odetchnął. W nos wkręcał się delikatny zapach trawy i kwiatów.

          Tutaj jest wspaniałe miejsce do odpoczynku - pomyślał, po czym
          położył się wygodnie na trawie, jak na kocyku, łapki podłożył sobie
          pod głowę. Zamknął oczy. Odpoczywał. Oddychał miarowo i spokojnie.
          Zrobił głęboki wdech, wciągnął powietrze przez nos, a po chwili
          wypuścił je. Powtórzył to jeszcze raz. Czuł, jak z każdym wydechem
          pozbywa się zmęczenia. Był teraz przyjemnie rozluźniony, poczuł się
          ciężki i bezwładny. Jego głowa, brzuszek i nóżki były jak z ołowiu.
          Wtulił się w trawkę jak w kołderkę. Było mu bardzo wygodnie.
          Oddychał równo i miarowo, jego klatka piersiowa spokojnie w rytm
          wdechu i wydechu unosiła się i opadała, tak jak fale morskie, kiedy
          wolno i leniwie przybijają do brzegu. Poczuł się teraz tak dobrze !
          Delikatny wiaterek przesuwał się po całym jego ciele, rozpoczynając
          od czubka głowy aż po koniuszki łapek, zabierając z niego zmęczenie
          i napięcie. Robił to raz i drugi, powtarzał wiele razy. Promienie
          słońca przyjemnie ogrzewały. Miś odpoczywał. Po chwili zasnął, a
          razem z nim zajączki, króliczki i nawet małe myszki. Zrobiło się tak
          cicho, że nie słychać było nawet brzęczenia pszczół. Słońce wolno
          szło po niebie. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiły się małe chmurki,
          rozpoczęły zabawę
          w chowanego, biegały po całym niebie, zagradzały drogę promyczkom,
          które płynęły na ziemię. Wiatr zaczął silniej dmuchać, łączka
          budziła się ze snu. Zabrzęczały pszczółki, które znowu zabrały się
          do zbierania miodu z kwiatów, ptaszki rozpoczęły swe trele, a motyle
          rozpościerając skrzydełka, unosiły się nad roślinkami. Wtem jeden z
          nich, taki najmniejszy motylek usiadł na nosku niedźwiadka i w
          rezultacie niechcący go przebudził. Miś leniwie otworzył oczy.
          Przetarł je łapkami. Ziewnął raz i drugi, przeciągnął się. Wiaterek
          tymczasem nagle zawirował, zatańczył i chłodnym powietrzem orzeźwił
          go. Najpierw dotknął jego łap. Wniknęła w nie ożywcza siła, miś
          poczuł, jakby zanurzył je w chłodnym strumyku. Ten przyjemny,
          orzeźwiający dotyk przenikał coraz wyżej i wyżej, jak prysznic
          ogarnął ciało, dając energię, przepełniając siłą. Miś łapkami,
          główką, nóżkami. Wstał, otrzepał futerko, poczuł się odprężony
          i wypoczęty. Wiaterek wzmagał się, coraz silniej, tańcząc po łące i
          zachęcając wszystkich do zabawy. W jego rytm pochylały się trawy,
          kwiatki, a nawet krzewy ruszały swymi gałązkami jak ramionami.

          Cudownie wypocząłem - pomyślał miś. - Jutro na pewno tutaj powrócę,
          ale teraz już pora wracać do domu. Czeka tam przecież na mnie mama i
          przepyszny podwieczorek. W tym momencie pogłaskał się po brzuszku i
          ruszył energicznie, podskakując w rytm podmuchów, w kierunku swego
          domu.
    • nauczycielka_przedszkola Re: Bajka terapeutyczna "SZczupaczek pływaczek" 12.08.07, 20:53
      Wyobraź sobie gęsty las, w którym rosną piękne, ogromne, stare
      drzewa. Smukłe, siwe brzozy z długimi, cienkimi gałązkami. Dumne,
      rozłożyste dęby i grube lipy. Słyszysz szum liści, jęki chwiejących
      się drzew i trzaski łamanych przez wiatr gałęzi. Idąc poczujesz
      miękką wilgoć mchu, muskanie gałązek albo delikatny dotyk pajęczej
      nici na twarzy. Postaraj się głęboko oddychać, a zachłyśniesz się
      świeżym zapachem żywicy, kwiatów i aromatem leśnych ziół.
      Na niewielkiej polance zobaczysz jezioro z ciemnoniebieską miejscami
      szmaragdową wodą. Pod powierzchnią ujrzysz różne wodne zwierzątka.
      Są tam malutkie, złote rybki, czarne węgorze i ołowianoszare
      leszcze. Nad taflą jeziora uganiają się srebrzyste ważki wydające
      cichutkie brzęki. Poczuj na twarzy orzeźwiający podmuch wilgotnego
      powietrza. Dotyk małych kamyków ocierających się o siebie i piasek
      tworzący finezyjne wzorki w rytm przypływającej i odpływającej wody.
      Promienie słoneczne przedostają się przez gąszcz roślin
      rozświetlając cały podwodny świat. Gdy dobrze popatrzysz możesz tam
      zobaczyć zielono-brązowe kamienie, które obijając się o siebie
      wydają cichy stukot. Poczujesz piaszczyste dno jeziora, w które
      delikatnie zapadają się twoje stopy i otulającą miękkość roślin.
      Pod dużym, brązowym kamieniem leżącym na samym środku jeziora
      mieszkała rodzinka szczupaków. Byli w niej mama, tata i troje
      dzieci. Wśród nich najbardziej wyróżniał się szczupak z czarną
      plamką na pyszczku. Był opryskliwy, często bez powodu przepychał
      się, podszczypywał i atakował inne zwierzęta. Nie chciał
      podporządkowywać się zasadom panującym wśród współtowarzyszy. Nikt
      nie chciał się z nim bawić, czuł się więc bardzo samotny.
      Któregoś dnia kiedy szczupaczek z plamką przepływał koło starego
      kamienia podsłuchał rozmowę kolegów:
      - Co ten Plamka wyprawia, przecież nas boli kiedy nas szczypie i
      odpycha ogonkiem?- powiedział jeden.
      - Tak to jego zachowanie sprawia nam ból, psuje zabawę i humor -
      odpowiedział drugi.
      - Szkoda, moglibyśmy się fajnie razem bawić, gdyby nie był taki
      złośliwy. Pamiętasz, jak szybko i zwinnie dopłynął do zatoczki kiedy
      były zawody pływackie?
      - Bardzo mi się podobało. Fantastycznie pływa, sam bym tak chciał.
      Szczupaczek nie słuchał dłużej co mówią inne rybki i dumnie odpłynął
      w swoją stronę.
      Pewnego letniego dnia rozpętała się burza. Plamka nie zwracając
      uwagi na wysokie, niebezpieczne fale beztrosko popłynął do swojej
      ulubionej zatoczki. Wzburzona woda poruszyła kamienie, które nagle
      osunęły się i uwięziły nieszczęśnika. Długo szamotał się i próbował
      uwolnić z potrzasku, lecz kamienie nie ustępowały. Przygniatały
      jeszcze bardziej jego smukłe, słabnące ciało. Ostatkiem sił szarpnął
      się i zaczął rozpaczliwie wołać:
      - Ratunku, niech mi ktoś pomoże! Ratunku!
      Jego wołanie usłyszały karpie mieszkające w zatoczce. Jednak nie
      potrafiły przesunąć przygniatającego go ciężaru.
      - Popłyniemy do szczupaków - powiedziały zapłakanemu pływakowi.
      Koledzy Plamki bez wahania pospieszyli na pomoc. Silnymi ogonkami
      odsuwały twarde kamienie i uwolniły nieznośnego kolegę. Przez całą
      powrotną drogę szczupaczek rozmyślał, jak wiele zawdzięcza swoim
      wybawcom, którym często dokuczał.
      - Już wiem - pomyślał.
      Następnego dnia nie mówiąc nic nikomu, popłynął w szuwary, gdzie
      wesoło bawili się jego koledzy. Niepewnie zbliżył się do bawiących.
      - Bardzo dziękuję, że mi pomogliście - odrzekł nieśmiało.
      - Przepraszam za moje wybryki, już nigdy nie będę robić wam krzywdy.
      Czy mogę się z wami bawić? - zapytał.
      Koledzy wybaczyli mu dawne występki i zaprosili do wspólnej zabawy.
      Ich smukłe, srebrzyste ciała migotały wśród wodnych roślin. Słychać
      było radosny śmiech i plusk zmąconej harcami wody. Szczupaczek
      poczuł się szczęśliwy i z rozkoszą poddał się kołyszącej fali.
    • nauczycielka_przedszkola Re: SZUKAM! 07.12.08, 13:35
      Szukam bajki lub namiaru na książke z bajkami terapeutycznymi
      dotyczącymi bardzo intensywnego skarżenia oraz problemu rozwodu
      rodzicow i nowego tatusia (bunt i niegrzeczne odzywki do mamy z tym
      związane).
      Z gory dziekuje za podpowiedzi
      Beata
    • pkp01 Re: Bajki terapeutyczne 01.05.09, 14:36
      Do bajek terapeutycznych polecam blog
      Zasypianki - bajki na dobranoc dla dzieci zasypianki.wordpress.com

      W tym blogu znajdziesz dział poświęcony bajkom terapeutycznym:
      zasypianki.wordpress.com/category/bajki-terapeutyczne/
      Jest tam opis - jak tworzyć bajki terapeutyczne oraz przykłady bajek.

      Szczególnie polecam bajkę o radzeniu sobie ze stratą.
      Wojtuś i jego przyjaciel szczurek
      zasypianki.wordpress.com/2009/03/17/wojtus-i-szczurek/
      Polecam!
    • studentka_n bajkoterapia-innowacja 10.01.11, 22:23
      Witamy serdecznie
      Jesteśmy studentkami Edukacji Przedszkolnej. W ramach zajęć z innowacji i eksperymantów pedagogicznych tworzymy stronę poświęconą bajkoterapi jako innowacji.

      Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony innowacja-bajkoterapia.blogspot.com/ a także zachęcamy do obserwowania jej oraz prosimy o wypełnienie ankiety, która znajduje się z boku strony na samym dole.My dzięki temu otrzymamy zaliczeniesmile, a może Panie akurat znajdą coś przydatnegosmile.

      Z góry dziękujemy za pomocsmile
      • nasze_babelkowo Re: bajkoterapia-innowacja 04.06.19, 09:14
        Polecam "Inspirujące bajki" Agnieszki Antosiewicz - jedne z najlepszych , jakie czytaliśmy. Są bardzo różnorodne, dotykają wielu dziecięcych emocji i problemów. Pełną recenzję można znaleźć tutaj: www.naszebabelkowo.pl/2019/05/inspirujace-bajki-ktore-maja-w-sobie.html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka