pisz_pan_na_berdyczow
18.06.08, 22:11
Klaudiusz Wesołek
BURA SUKA KRESOWA
Urodziłam moje małe w złym czasie. Między nami pieskami było tak jak
zwykle. Gorzej miedzy ludźmi. Ludzie rasy Ukrainiec postanowili
zagryźć wszystkich ludzi innych ras, zwłaszcza rasy Polak, którzy
żyli na terenie przez nich obsikanym. Nie podobało im się, że na
terenach oznaczonych ich moczem mieszkają ludzie innych ras. Prawda,
że i u nas piesków dochodzi czasem do konfliktów na tym tle.
Pamiętam jak Burek pogryzł Azorka za wejście na teren, który on
obsikał. Ale aż tak u nas się nie dzieje. Oni postanowili zagryźć
wszystkich.
Pewnego dnia do mojego Pana przyszedł sąsiad rasy Ukrainiec, ale
taki przyjaźnie „merdający ogonkiem” i powiedział, że muszą uciekać,
bo inaczej wszyscy zostaną zagryzieni. Byłam pewna, że mnie zabiorą
ze sobą. Ale cała drżałam o swoje maleńkie dzieci. Pewnie je
zostawią!!!. Mój Pan zawołał mnie i zaprosił, żebym wskoczyła na
wóz. Przyszłam posłusznie, ale moimi kochającymi oczami pokazałam
mu, że teraz myślę tylko o swoich dzieciach. Zdawałam sobie sprawę,
że teraz gdy dla niektórych życie ludzkie jest nic nie warte, jakie
znaczenie może w ogóle mieć życie piesków. Ale dla mnie to właśnie
było najważniejsze. To były moje dzieci! Kochałam je bardziej niż
mojego kochanego Pana. Pan najwyraźniej to zrozumiał. Z drugiej
strony nie chciał sprawiać problemów swoim znajomym w Hrubieszowie,
więc zabrał tylko jedno moje dziecko. Trójka została w budzie, w
czerniczyńskim gospodarstwie.
Cieszyłam się, że przynajmniej jedno moje dziecko ocaleje. Jednak,
gdy przyjechaliśmy do Hrubieszowa, coś zaczęło mnie dusić w środku.
Przecież pozostałą trójkę kocham tak samo! Po godzinie stwierdziłam,
że musze wracać. Przebiegłam pięć kilometrów w jakieś 20 minut.
Trójka moich dzieci prosiła o ratunek. Chciałabym zabrać wszystkie
od razu, ale wzięłam w pysk tylko jedno – pierwsze z brzegu. Z
powrotem biegłam jeszcze szybciej, choć z moimi dzieckiem w pysku,
było mi ciężej. Nie odpoczęłam ani chwili i pobiegłam ratować
następne dziecko. Po drodze zauważyłam, że pali się chałupa
Łacińskich. Myślałam czy Burek wyszedł z tego cało. Przystojny
piesek z niego był. Szkoda, gdyby zginął.
Ta myśl przeszła tylko przez chwilkę przez moja głowę. Cały czas
myślałam przede wszystkim o swoich dzieciach! Szybko przeniosłam w
swojej paszczy moje drugie szczeniątko. Kiedy biegłam po trzecie,
chałupa mojego Pana już się paliła. Ludzie rasy Ukrainiec stali koło
domu i coś krzyczeli, więc tym razem podbiegłam do domu nie od
strony drogi ale od lasu, skradając się cichutko. Po chwili wracałam
ze swoją ostatnią pociechą.
Siedziałam w budzie z całą swoją czwórką. Oblizywałam je czule,
szczęśliwa, że wszystkie ocalały. Po jakimś czasie przyszła córka
mojego Pana i zawołała całą rodzinę i wszystkich znajomych. Trochę
się bałam, czy nie będą mi mieli tego za złe. Oni jednak uśmiechali
się tylko i podziwiali mnie, że sześć razy przeszłam drogę
oddzielającą ich od chałupy. Zrozumieli moją miłość do moich
maleństw.