liberum_veto
13.07.08, 21:29
Rafał Ziemkiewicz 13-07-2008
Samą nieobecność prezydenta na obchodach 65. rocznicy rzezi
wołyńskiej można by jakoś usprawiedliwić. Listu, który wystosował do
ich uczestników, już nie.
List ten jest powtórzeniem politycznie poprawnych fałszów, jakimi od
kilkunastu lat władze wolnej Polski zbywają pamięć zbrodni, a język,
jakim został napisany, przypomina eufemizmy peerelowskiej nowomowy –
owe "wypadki poznańskie" czy "tragiczne wydarzenia na Wybrzeżu".
Ktokolwiek chciałby się dowiedzieć z oficjalnych polskich
dokumentów, takich jak wspomniany list czy też rocznicowa uchwała
Sejmu sprzed pięciu lat, co właściwie stało się na Wołyniu, nie
umiałby tego odgadnąć. Nastąpiła tam jakaś "tragedia", w której
zginęli jacyś Polacy, ale czy było to trzęsienie ziemi, czy powódź?
Raczej nie zbrodnia, bo tego słowa nikt nie użył, zresztą wtedy
trzeba by wskazać zbrodniarzy.
Gotowość do tuszowania pamięci o ludobójstwie dokonanym przez
ukraińskich nacjonalistów i milcząca aprobata dla kłamliwych
frazesów o "wzajemnych" winach łączą wszystkie rządzące dotąd III RP
opcje polityczne. Ale uczestnictwo w tej zmowie prezydenta Lecha
Kaczyńskiego oburza podwójnie.
Po pierwsze dlatego, że jest postrzegany jako reprezentant tradycji
niepodległościowej i patriotycznej. Po drugie i ważniejsze, dlatego,
że unieważnia ono i pozbawia sensu dotychczasowe starania prezydenta
oraz PiS o poszanowanie dla prawdy historycznej.
Nie sposób nie zapytać: jeśli w imię pojednania z Ukrainą Polska
gotowa jest zapomnieć o okrutnie pomordowanych na Wołyniu, to
dlaczego nie chce, jak sugeruje Moskwa, w imię pojednania z Rosją
przyjąć jej wersji dotyczącej Katynia? I jak w takim razie możemy
oburzać się na żądania szefowej niemieckiego Związku Wypędzonych
Eriki Steinbach, jeśli ulegamy oczekiwaniom ukraińskich apologetów
UPA?
rp.pl/artykul/162226.html