Dodaj do ulubionych

Piskorowice - przykład do naśladowania

06.12.07, 09:43
Tablica upamiętniająca śmierć Ukraińców - rozmowa z Piotrem Tymą,
przewodniczącym Związku Ukraińców w Polsce.

Rozmawiała Anna Gorczyca

Na budynku szkoły w Piskorowicach odsłonięto tablicę upamiętniającą
śmierć blisko 160 Ukraińców, mieszkańców wsi zamordowanych przez
oddziały polskiej partyzantki.

Anna Gorczyca: Po wielu latach wreszcie głośno mówi się o tragedii w
Piskorowicach. W tamtejszej szkole zamordowano blisko 160 osób. W
niedzielę odsłonięto tam pamiątkową tablicę.

Piotr Tyma: To był bardzo ważny moment z kilku względów. Była to
typowa oddolna inicjatywa społeczna, nieinspirowana przez żadną
instytucję. O umieszczenie tablicy upamiętniającej zamordowanych
wystąpili mieszkańcy wsi i rodziny tych, którzy tam zginęli. Ze
względu na bardzo dużą liczbę ofiar i przebieg mordu bardzo trudno
było mówić o tym, co się wydarzyło, ale w Piskorowicach była
zupełnie inna atmosfera. Inna niż w Pawłokomie czy Birczy.

AG: W Piskorowicach za odsłonięciem tablicy opowiedziała się niemal
cała wieś. W Pawłokomie to mieszkańcy sprzeciwiali się upamiętnieniu
zamordowanych Ukraińców.

PT: W Pawłokomie nie tylko mieszkańcy odegrali niewłaściwą rolę.
Lokalny samorząd nie sprostał zadaniu. Ważną rolę odegrał również
miejscowy ksiądz z parafii rzymskokatolickiej, który trzymał się na
dystans do całej sprawy.

W przypadku Piskorowic mieliśmy do czynienia z otwartością postaw.
Tamtejszy ksiądz nie unikał zajmowania się tym problemem. Msza
greckokatolicka odbyła się w kościele, a nie na polu. Uczestniczyli
w niej miejscowy ksiądz i parafianie. W Piskorowicach nie było
ucieczki przed złą pamięcią, nie wypierano się wydarzeń.

W szkole jest tablica informacyjna o historii tego miejsca. Są na
niej również informacje o tym, co wydarzyło się w 1947 roku. Tablica
nie jest wstydliwie ukryta. Z podobną otwartością zetknąłem się w
kontaktach z przedstawicielami samorządu. W rozmowie wspomniałem o
cerkwi, która była w Piskorowicach. Wójt odpowiedział, że trzeba się
będzie zająć tym problemem. W Pawłokomie pozostały ruiny dzwonnicy,
jedyny ślad po cerkwi. Zwróciliśmy się do władz gminy o to, żeby
ratować tę dzwonnicę. Dostaliśmy odpowiedź - nie ma pieniędzy. Nikt
nie spróbował szukać jakichś rozwiązań, tylko nie, bo nie. Pawłokoma
i Piskorowice to dwie bardzo różne postawy.

AG: Nadal nie ma rzetelnej oceny tego, co się wydarzyło w 1947 roku
w Piskorowicach. Czy teraz można spodziewać się, że historycy zajmą
się tym problemem?

PT: Obawiam się, że jeszcze nie. Nawet w ostatnich publikacjach
rzeszowskiego IPN-u o Piskorowicach pisze się bardzo oględnie. Nadal
o takich akcjach jak akcja "Wołyniaka" w Piskorowicach mówi się, że
to były działania obronne ludności polskiej.

Tymczasem ich ofiarami byli ukraińscy cywile, wysiedlani do Związku
Radzieckiego i narażeni na ataki ze strony polskiej
nacjonalistycznej partyzantki. Jak sygnalizuje Bogdan Huk
[dziennikarz ukraińskiego tygodnika "Nasze Słowo" - przyp. red.]
miejscowości, w których dochodziło do takich zbrodni, tylko na
mniejszą skalę, było bardzo wiele. Wierzę, że ten problem doczeka
się rzetelnych badań.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów

miasta.gazeta.pl/rzeszow/1,34962,4729843.html
Obserwuj wątek
    • krouk Re: Piskorowice - przykład do naśladowania 07.12.07, 14:32
      Zgadzam się, że jest to przykład do naśladowania. Natomiast przy
      tych wszystkich upamiętnieniach drażni mnie to, że zazwyczaj nie
      wymienia się sprawców zbrodni - to doprawdy żenujące - odnosi się
      wrażenie, że jest to wprawdzie upamiętnienie ofiar ale nie
      równoznaczne z potępieniem sprawców a powinno być i jedno i drugie -
      nie zrobili tego Ukraińcy w Porycku-Pawliwce w roku 2003 i nie
      zrobili tego Polacy w Pawłokomie w roku 2005. Może kiedyś dojdziemy
      i do tego ? A jak jest w Piskorowicach ?
      • ralston Re: Piskorowice - przykład do naśladowania 07.12.07, 14:38
        Prawda. Pozostawianie niedomówień zawsze zostawia pole do
        późniejszych spekulacyj, uogólnień, przeinaczeń...
      • tawnyroberts Re: Piskorowice - przykład do naśladowania 07.12.07, 15:01
        Niestety na tablicy w Piskorowicach też nie podaje się sprawców
        zbrodni. Napis bowiem głosi:

        "Pamięci mieszkańców Piskorowic i okolic narodowości ukraińskiej
        zamordowanym w tym budynku w kwietniu 1945 roku - mieszkańcy
        Piskorowic 2007"

        Wielka szkoda, bo żałować niewinne ofiary to dla mnie oczywisty
        ludzki gest - prawda, że bardzo ważny. Ale śmiało wskazać sprawców
        zbrodni - to byłaby dopiero odwaga! Najważniejsze w tej sprawie jest
        dla mnie to, że inicjatywa wyszła tutaj od mieszkańców wsi, a nie w
        wyniku odgórnych międzynarodowych ustaleń. I to bardzo cieszy...
        • ralston Re: Piskorowice - przykład do naśladowania 07.12.07, 22:54
          To znak, że świat nam normalnieje. Cieszy.
          • piotrzr Piskorowice - przykład do naśladowania?? 08.12.07, 13:50
            Z jednej strony tak - a z drugiej - sami dajecie dowód że z tą normalnością i
            przykładnoscią po polskiej stronie dalej jest coś nie tak...
            Na Wołyniu i Galicji wiele zbrodni przypisuje sie sztucznie Ukraińcom z UPa..bo
            tak wygodniej kresowiakom - czytaj euroazjatom.
            A gdy zbrodni nie było - to wymyśla sie historie jak z owym wianuszkiem
            cygańskim i wierzy pseudohistorykom jak Siemaszkom czy Prusowi.
            W Pawłokomie i Piskorowicach jedno jest pewne - to zrobili Polacy dowodzeni
            przez zwyrodnialców uważanych za bohaterów :(
    • piotrzr Re: Piskorowice - przykład do naśladowania?? 09.12.07, 11:45
      Słyszę, że w Piskorowicach znów próbuje sie ukryć prawdę o sprawcach zbrodni,
      zresztą tak samo jak zrobiono to na pomniku w Jedwabnem.
      A przy pomniku Wołyniak pewno dalej stawiać się będzie okolicznościowe warty
      honorowe dzieciaków ze szkoły (służę zdjęciami :), od czasu do czasu miejscowe
      chłopy z władz gminnych składać będą kwiaty, może i ksiądz odprawi msze za
      spokój duszy "bohatera narodowego"....
      Dobrze że znalazł sie jeden sprawiedliwy ksiądz rzymokatolicki, że odprawiono
      mszę unicką w kościele.
      Bo podobny ksiądz w Pawlokomie okazał sie....tym kim sie okazał.
      A przypisywanie mi w dwóch postach powyżej odchyleń psychicznych...jest zabawne
      i przypomina mi zabiegi stosowane np w sovietach - gdy ludzi o "nie takich
      poglądach" zamykano np do tzw "psychuszek" :)))
      • krouk analogia 10.12.07, 16:27
        Ok. piotrzr, też jestem za tym, zeby wskazywać sprawców (pisałem o
        tym) - ale mam pytanko, jak się tak domagasz wskazywania sprawców to
        powiedz, czy wg. ciebie na stawianych na Ukrainie pomnikach (i
        tablicach) upamiętniających polską ludność cywilną pomordowaną przez
        OUN-UPA powinno się także wskazywać sprawców zbrodni, bo jak dotąd
        to się tego nie robi, natomiast czci się morderców stawiaąc im. np.
        pomniki vide pomnik Kłyma Sawura w m. Równe, w centrum Wołynia,
        który ten zbrodniarz zalał krwią Polskiej ludności..... No to jak ?
        • ralston Re: analogia 10.12.07, 16:29
          O źdźble i belce mi się ciśnie...
    • mariusz9959 Zdjęcia z Piskorowic 10.12.07, 21:27
      Podaję link do umieszczonych zdjęć szkoły, tablicy i mogił w
      Piskorowicach.

      fotoforum.gazeta.pl/k/piskorowice.html
    • mariusz9959 Ciekawostka o Piskorowicach 16.12.07, 23:28
      Ciekawostka, meldunek napisany przez „Lisa” (Franciszek Kazub)
      bezpośrednio po akcji na Piskorowice 17.04.1945 roku. Oddział „Lisa”
      brał udział w tej akcji.

      Meldunek.
      Podczas akcji terorystycznej i oczyszczającej przeprowadzonej na
      wieś Piskorowice zastrzelono około 300 ukraińców przy spółudziale
      bojówki chorążego Wołyniaka plutonowego podchorążego Majki. Z
      konfiskowanej własności ukraińskiej przydzielono za zgodą dowódców
      oddziałów do mojej bojówki i placówki pod moim dowództwem 12 krów i
      8 koni. Z czego przydzieliłem 2 krów dla komendy odwodu, 8 na
      placówkę , 2 dla dyspozycji bojówki. Konfiskaty koni przydzielono 2
      konie dla komendy obwodu 5 na placówkę 1 dla taboru oddziału, plus
      prowiant.

      Raport
      Z powyżej wymienionej konfiskaty dla bojówki przeznaczono na wydatki
      bierzące.

      Podpisał: Lis
      zachowałem oryginalną pisownię)

      Jak widać sam dowódca jednego z uczestniczących w napadzie na
      Piskorowice oddziałów nazywa tę akcję terrorystyczną i
      oczyszczającą .
      • matlak2 Piskorowice - zapomniana zbrodnia 27.12.07, 02:34

        www.przemyslanin.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=491&Itemid=78
        • tawnyroberts Piskorowice - zapomniana zbrodnia - cz. I 02.01.08, 14:28
          W nawiązaniu do linku z serwisu "Przemyślanin", myślę, że warto
          artykuł p. Zdzisława Besza "Piskorowice - zapomniana zbrodnia"
          zamieścić na forum w całości.


          Piskorowice – zapomniana zbrodnia

          2 XII 2007 r. w Piskorowicach (gm. Leżajsk) na budynku szkoły
          odsłonięto tablicę pamięci ok. 300 Ukraińców, którzy 17.04.1945 r.
          padli ofiarą mordu dokonanego przez Narodowe Zjednoczenie Wojskowe.
          Zbrodni na cywilach oczekujących na repatriację do ZSRR dokonały
          oddziały Józefa Zadzierskiego („Wołyniak”), Jana Totha („Mewa”),
          Stanisława Pelczara („Majka”), Franciszka Kozuba („Lis”) i Józefa
          Krawczyka („Kudłaty”). W szkole, gdzie gromadzili się gotowi już do
          wyjazdu Ukraińcy zabito 158 osób, głównie kobiet i dzieci. Innych
          mordowano we wsi i na polach nad Sanem. Hołd ofiarom piskorowickiej
          zbrodni oddali księża obrządku greckokatolickiego, prawosławnego i
          rzymskokatolickiego, przedstawiciele władz administracyjnych i
          samorządowych oraz delegacje organizacji ukraińskich z Polski i z
          Ukrainy, a także dawni i obecni mieszkańcy tej wioski. Rozpoczęto od
          mszy w intencji zmarłych nad ich mogiłą na cmentarzu parafialnym,
          skąd wszyscy udali się do szkoły, gdzie odsłonięto i poświęcono
          memorialną tablicę. W okolicznościowych wystąpieniach nawiązano też
          do innych tragicznych wydarzeń okresu powojennego, w których
          działania różnych formacji zbrojnych pozbawiły życia od kilkuset do
          tysiąca mieszkańców wioski i okolic.

          Wydarzenia z Piskorowic to także dobra okazja do przypomnienia
          okoliczności, jakie towarzyszyły repatriacji Ukraińców do ZSRR.
          Stosowna okazja, bo 4 grudnia minęła 63. rocznica odjazdu pierwszego
          transportu kolejowego ze stacji Bakończyce.

          9 września 1944 r., w Lublinie, przewodniczący PKWN Edward Osóbka-
          Morawski i przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych USRR Nikita S.
          Chruszczow podpisali układ o przesiedleniu ludności ukraińskiej z
          terytorium Polski do USRR oraz obywateli polskich z USRR do Polski.
          Układ zastrzegał, że ewakuacja według jednych, repatriacja według
          innych, a faktycznie „wymiana ludności” będzie dobrowolna. Los
          sprawił jednak, że bardzo wielu Ukraińcom zapisała się ona w pamięci
          jako przeprowadzona z użyciem siły deportacja, której ważnym etapem
          stał się Przemyśl i stacja kolejowa na Bakończycach.

          Prawo do przesiedlenia się do USRR mieli Ukraińcy – obywatele II RP
          do 17 IX 1939 r., którzy po podpisaniu układu zamieszkiwali w
          województwach: rzeszowskim, lubelskim i krakowskim. Ich liczbę
          szacowano na 480-550 tys. osób, chociaż zdaniem niektórych źródeł
          przekraczała 700 tysięcy. Aby osłabić naturalne dążenia Ukraińców do
          pozostania w Polsce nie uwzględniono ich m.in. przy rozdziale
          gruntów podczas reformy rolnej, skrupulatnie też egzekwowano
          należności podatkowe i inne świadczenia od osób, które nie
          zarejestrowały się na wyjazd do USSR (w Przemyślu do marca 1945 r.
          na dobrowolny wyjazd nie zarejestrował się ani jeden przedstawiciel
          z liczącej ok. 12 % mieszkańców miasta populacji ukraińskiej!).

          Za przesiedleniem Ukraińców do USRR optowały tak władze, jak i
          ludność polska. Zadecydowały o tym na pewno wydarzenia z lat wojny,
          podczas której ludność ukraińska była lepiej traktowana przez
          okupanta, miała pewne przywileje i źle kojarzącą się Polakom,
          kolaborującą z Niemcami policję, ale szalę przeważyły tragiczne
          wieści Wołynia i innych rejonów, gdzie oddziały OUN-UPA dokonywały
          krwawych rzezi ludności polskiej.

          Już 2 grudnia 1944 r. do Przemyśla przybył pierwszy transport
          Polaków ze Lwowa. W dwa dni później z bakończyckiej stacji, z całym
          swoim mieniem i przy dźwiękach sowieckiej orkiestry wojskowej
          wyjechały do USSR pierwsze 64 rodziny, lecz dalsza akcja
          repatriacyjna szła opornie. Przywiązani do ziemi, niepewni
          przyszłości, obawiający się konfiskaty mienia po przekroczeniu
          granicy i zsyłki na Sybir, a także ulegający propagandzie OUN
          Ukraińcy nie chcieli wyjeżdżać z Polski (tylko w styczniu 1945 r.
          przez Bakończyce miało się ewakuować 1300 rodzin). Załamanie planów
          ewakuacji ludności ukraińskiej ogromnie skomplikowało sytuację w
          Przemyślu, gdzie do 15 lutego przybyło 3 500, a w całym 1945 roku -
          14 519 repatriantów ze wschodu i 4355 z zachodu (wracali z
          przymusowych robót i obozów koncentracyjnych i jenieckich). Na
          dodatek w okolicach miasta i w powiecie nasiliły się akcje UPA
          przeciw Polakom oraz polskich nacjonalistów przeciwko Ukraińcom,
          wieńczone obfitującymi w wiele ofiar pacyfikacjami zamieszkałych w
          większości przez ludność ukraińską wiosek (tylko w trzech z nich:
          Pawłokomie, Skopowie i Małkowicach zginęło w sumie ok. 700 osób).

          Wojna zabijała ludzkie uczucia i deprawowała charaktery po obu
          stronach. Każda krzywda rodziła żądzę odwetu: Polacy mścili się za
          Wołyń, Ukraińcy za swoje ofiary. Tak jak wcześniej na Wołyniu
          kościoły, tak i u nas płonęły ukraińskie cerkwie, a przelana krew
          obciąża żołnierzy różnych formacji zbrojnych, wiejskie samoobrony,
          członków band rabunkowych i NKWD, która przy okazji piekła także
          swoją „pieczeń”. Żyją jeszcze ludzie, w tym żołnierze AK, którzy
          pamiętają np. o stacjonującym w Sanoku batalionie NKWD, który w
          zależności od „potrzeb” występował w mundurach WP i UPA (tych
          drugich użył m.in. 5 marca 1945 r. idąc na opanowany przez WP Dynów,
          skąd wyprowadził ok. 600 aresztowanych osób).

          Nie tylko ten oddział był sprawcą licznych mordów, które Polacy
          przypisywali UPA a Ukraińcy Polakom. W 1990 r. opowiadał mi o tym
          między innymi Jan Fedak, którego upór i wieloletnie starania (choć
          sam tego już nie doczekał) doprowadziły do uroczystego otwarcia
          cmentarza w Pawłokomie, w obecności prezydentów Polski i Ukrainy
          oraz najwyższej rangi kościelnych hierarchów obu obrządków. Ratując
          życie z marcowego pogromu w Pawłokomie (przed Polakami uratowali go
          sąsiedzi Polacy!) - znalazł schronienie w UPA. Został jej
          żołnierzem, bardziej z życiowej konieczności niż świadomego wyboru,
          co zresztą okupił po wojnie pobytem w obozie w Jaworznie i 10-letnim
          wyrokiem. „- Nieraz enkawudziści wnikali do UPA i mordowali na jej
          konto. Nam przypisywano wiele morderstw na ludziach wracających z
          przymusowych robót, a bardzo często, wabiąc np. na nocleg, zabijali
          ich zwykli rabusie w swoich domach, obok stacji w Bachórzu, topili w
          Sanie, mordowali w lesie „Pod Parasolem”, gdzie popadło...”

          Oliwy do ognia dolała początkowo dobrowolna, a z czasem już
          przymusowa (od września 1945 r.) repatriacja polskich Ukraińców do
          ZSRR, przy której niestety nie obyło się bez tysięcy ludzkich
          tragedii i krzywd. Obok istotnie „niepewnych”, musieli wyjechać
          także lojalni obywatele pochodzenia ukraińskiego, szanujący polskie
          prawo i tradycje, a często też przelewający krew w obronie polskich
          granic, np. we wrześniu 1939 r. (ojciec pierwszego prezydenta
          niepodległej Ukrainy, Anatol Krawczuk, był kapralem WP w kampanii
          wrześniowej). Wielu z nich do końca swoich dni z goryczą i żalem
          wspominało, a żyjący wspominają do dziś tamte wydarzenia. Wielu nie
          wybaczyło Polakom, ale byli i tacy, którzy zrozumieli po latach, że
          podobnie jak repatriowani ze wschodu Polacy i oni padli ofiarą
          wielkiej polityki, na którą nie mieli, bo mieć nie mogli, żadnego
          wpływu.
          • mat120 Re: Piskorowice - zapomniana zbrodnia - cz. I 02.01.08, 21:51
            "Żyją jeszcze ludzie, w tym żołnierze AK, którzy
            pamiętają np. o stacjonującym w Sanoku batalionie NKWD, który w
            zależności od „potrzeb” występował w mundurach WP i UPA (tych
            drugich użył m.in. 5 marca 1945 r. idąc na opanowany przez WP Dynów,
            skąd wyprowadził ok. 600 aresztowanych osób)."

            Mundury UPA? Może ktoś wyjaśni jak wyglądały?

            "...Jan Fedak..
            Ratując życie z marcowego pogromu w Pawłokomie (przed Polakami
            uratowali go sąsiedzi Polacy!) - znalazł schronienie w UPA."

            Fedak, tak jak i Poticzny i wielu innych pawłokomskich Ukraińców
            w UPA był jeszcze zanim do Pawłokomy wkroczył Wacław. Podobno Polacy
            nekani przez miejscowych nacjonalistów, musieli wcześniej opuścic
            Pawłokomę.

            „- Nieraz enkawudziści wnikali do UPA i mordowali na jej konto."

            Teoria, że enkawudziści wnikali do UPA aby mordowac na jej konto
            jest dośc odkrywcza.
            Oddziały specjalne NKWD natomiast, składały się również z pewnej
            części schwytanych upowców, którym za cenę współpracy z "władzą
            radziecką" miano darowac przewiny.

            W sumie artykuł tendencyjny, mało obiektywny, z pokaźną ilością
            różnych "nieścisłości". Niektóre z nich wyżej.


            • tawnyroberts Wątpliwości co do Poticznego i Fedaka 03.01.08, 10:26
              Z lektury artykułu Marcina Wojciechowskiego "Pawłokoma, od rzezi do
              pojednania" ("Gazeta Wyborcza", 2006-05-11) wynika, że Petro
              Poticzny wstąpił do UPA na początku 1945 r., czyli jeszcze przed
              masakrą w Pawłokomie:

              "Petro Poticzny wrócił ze Lwowa do rodzinnej wioski w 1944 r., gdy
              zbliżała się ofensywa Armii Czerwonej. W lasach ukrywały się polskie
              i ukraińskie oddziały partyzanckie. We wsi działała utrzymująca z
              nią kontakt polska i ukraińska samoobrona. Wszyscy wiedzieli o
              masakrach z 1943 r. na Wołyniu, który ukraińscy nacjonaliści
              postanowili oczyścić, mordując kilkadziesiąt tysięcy Polaków. W 1944
              r. polsko-ukraiński konflikt z Wołynia przeniósł się do Galicji,
              gdzie także zdarzały się napady na polskie wsie i nie mniej krwawe
              akcje odwetowe organizowane przez polskie podziemie i oddziały
              samoobrony. Rok później konflikt dotarł jeszcze dalej na zachód, nad
              San. - W takich wsiach jak Pawłokoma strach musiał być wielki.
              Ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, że tuż obok w starciach
              polsko-ukraińskich wyrżnięto kilkadziesiąt tysięcy ludzi - mówi dr
              Motyka.

              Na początku 1945 r. nad Sanem uaktywniła się UPA, a do Pawłokomy
              zawitał jeden z jej oddziałów. Po tej wizycie zaledwie 15-letni
              Poticzny wraz z 12 mężczyznami z wioski poszedł do lasu. Wstąpienie
              do partyzantki mogło uratować mu życie.
              (...)
              Petro Poticznego nie było w trakcie pacyfikacji 366 Ukraińców w
              Pawłokomie. Po stracie babci i kilku kuzynów Poticzny nie miał po co
              wracać do wioski."

              Z kolei na stronach ZUwP jest skrócony życiorys Poticznego, z
              którego wynika co innego:

              "Petro Josyf Poticznyj, ur. w 1930 r. w Pawłokomie, powiat Dynów. Po
              mordzie na mieszkańcach wsi, w wieku 15 lat został żołnierzem UPA,
              od 1947 na emigracji. Doktoryzował się w Uniwersytecie Columbia, w
              latach 1964–1995 wykładał nauki polityczne na Uniwersytecie McMaster
              w Hamilton. Specjalizował się w problematyce narodowościowej,
              szczególnie państw Europy Wschodniej i Związku Radzieckiego. Po
              rozpadzie ZSRR zajmował się głównie Rosją, Ukrainą i Polską. Badał
              również relacje narodowościowe na Bałkanach. W ramach specjalizacji
              w dziedzinie problematyki narodowościowej w Związku Sowieckim,
              jeździł bardzo często do Chin, był referentem tych zagadnień w
              naukowych kołach Chin. Organizował kilka konferencji na temat
              wzajemnych relacji ukraińsko-polskich, ukraińsko-czeskich oraz
              ukraińsko-żydowskich, m.in. „Jewish-Ukrainian Relations in
              Historical Perspective” w McMaster w październiku 1983. Oprócz tego
              interesował się kwestią akcji „Wisła” i występował z wykładami na
              ten temat m.in. w Oxfordzie w Anglii. Petro Poticznyj brał również
              udział w maju 1990 w historycznym spotkaniu polskich i ukraińskich
              parlamentarzystów w Jabłonnej. Zajmował się także relacjami
              ukraińsko-rosyjskimi oraz ukraińsko-niemieckimi. Jest
              współpracownikiem Centrum Rosyjskich i Wschodnioeuropejskich Studiów
              przy Uniwersytecie w Toronto, członkiem Doradczej Rady Kanadyjskiego
              Instytutu Studiów Ukraińskich Uniwersytetu Alberta, honorowym
              profesorem Wschodnio-chińskiego Uniwersytetu w Szanghaju, Honorowym
              Przewodniczącym Chińskiej Asocjacji Ukrainoznawstwa, członkiem Rady
              Redakcyjnej i redaktorem serii „Litopys UPA”, redagował również
              m.in. Poland and Ukraine: Past and Present (Edmonton, Toronto 1987),
              wydawnictwa KIUS-u. Od 1991 współpracuje z placówkami naukowymi na
              Ukrainie, profesor honorowy Uniwersytetu „Lwowska Politechnika”."

              Co do Jana Fedaka to wydaje się nieprawdopodobne, aby będąc już
              członkiem UPA, udało mu się przeżyć akcję w Pawłokomie i to w
              dodatku za sprawą wstawiennictwa miejscowych Polaków. Zresztą z
              cytowanego wyżej artykułu wynika, że członkowie UPA z Pawłokomy
              opuścili wieś na początku 1945 r., a Fedak przecież tam pozostał.
              Rozmawiałem kiedyś z Polakiem, mieszkańcem sąsiedniej Bartkówki,
              którego ojciec - świadek tamtych wydarzeń - twierdził, że w momencie
              ataku na Pawłokomę we wsi nie było ani jednego członka OUN czy UPA.
            • lokis1271 Mundury UPA ??? 03.01.08, 20:59
              Szanowny Panie Tawnyroberts !
              W ślad za Kolegą Matem chciałbym się dowiedzieć jak wyglądał krój i barwa mudurów UPA nad Sanem. Czy występowało jakieś zróżnicowanie w zależności od formacji, np. SKW, SB-OUN ?
              Proszę nie mieć mi za złe, ale moim zdaniem owe "umundurowanie UPA", po którym można odróżnić walczące bandy ukraińskich faszystów od innych, niewojskowych formacji, to chyba trochę przysłowiowy "pic na wodę".
              W tamtych czasach, "leśne oddziały" chodziły w czym się dało, zwłaszcza w chłodnych i zimowych miesiącach, więc owo słynne przebieranie się w umundurowanie przeciwnika polegało chyba na tym, że przewracano marynarki i czapki na "lewą" stronę i odwrotnie, zob.:
              www.wprost.pl/G/wprost_gfx/1013/index4.jpg , ale mogę się mylić.
              Szanowny Panie Tawny Roberts !
              Proszę o konkrety i w sprawie owych już legendarnych nieomal mundurów UPA, jak też przebieranek.
              Pozostaję z szacunkiem
              L. Bodio
              • tawnyroberts Re: Mundury UPA??? 04.01.08, 10:02
                Przypominam Matowi i Lokisowi, że autorem artykułu "Piskorowice -
                zapomniana zbrodnia" jest p. Zdzisław Besz. Cytowany przez Was z
                lubością fragment:

                "Żyją jeszcze ludzie, w tym żołnierze AK, którzy
                pamiętają np. o stacjonującym w Sanoku batalionie NKWD, który w
                zależności od „potrzeb” występował w mundurach WP i UPA..."

                wyszedł spod pióra tego przemyskiego historyka, na tym forum
                występującego jako "Matlak2". Stąd Wasze pytanie powinno raczej
                trafić pod ten adres.

                Co do samego sformułowania to rzeczywiście jest ono trochę
                niefortunne, bo wiadomo, że partyzanci (nie tylko ukraińscy)
                chodzili w czym się dało. Najczęściej w zdobycznych polskich
                mundurach, albo po cywilu. Zdarzały się także mundury niemieckie,
                szczególnie wśród byłych "dywizjonistów". Zapewne to "umundurowanie"
                miał na myśli autor artykułu.

                Potwierdzeniem tezy, że NKWD w niektórych przypadkach z powodzeniem
                udawało UPA jest właśnie wspomniany atak tej formacji na Dynów.
                Sam "Wacław" dał się na to nabrać i podjął walkę z sowieckimi
                przebierańcami, myśląc, że walczy z UPA (tracąc przy tym bodajże
                jednego zabitego). Celem tego ataku NKWD była chęć sprawdzenia
                jakimi siłami dysponuje antykomunistyczne podziemie w okolicach
                Dynowa. Wkrótce potem przez miasto przeszła fala aresztowań.
                • darino Re: Mundury UPA??? 04.01.08, 10:29
                  Tryzuby na czapkach na pewno nosili wszyscy żołnierze UPA.
                • mat120 Re: Mundury UPA??? 04.01.08, 20:10
                  tawnyroberts napisał:
                  wyszedł spod pióra tego przemyskiego historyka, na tym forum
                  > występującego jako "Matlak2". Stąd Wasze pytanie powinno raczej
                  > trafić pod ten adres.

                  Oczywiście, że nasze uwagi odnoszą sie do autora artykułu.
                • mariusz9959 Re: Mundury UPA??? 04.01.08, 23:06
                  Nie trzeba być historykiem by wiedzieć, że partyzanci nie posiadają
                  własnego kroju umundurowania. Członkowie UPA jak i AK jeżeli już
                  nosili jakieś części umundurowania to zdobyczne polskie, niemieckie
                  lub sowieckie.
                  Nie mam najmniejszych wątpliwości, że „Matlak2” świetnie o tym wie,
                  z treści tego co napisał widać, że za dużą ma na ten temat wiedzę by
                  nie znać takich „głupot”.

                  Oczywiście Mat i jego kolega jak to u nich bywa nie rozmawiają o
                  sednie tematu tylko czepiają się sformułowań. Cóż, by pisać rzeczowo
                  o temacie trzeba mieć trochę wiedzy a na partyzanckim umundurowaniu
                  nawet laicy się „znają” i wiedzą, że ich po prostu nie posiadali.
                  Typowe to dla Mata, już się kiedyś popisywał wiedza o rozmowach UPA
                  i AK-WiN sprowadzając ją do problemu, czy istniała organizacja o
                  nazwie AK-WiN.

                  Dziwię się, że Lokis tak mało dociekliwie pyta o umundurowanie UPA.
                  Znając jego zapędy w żądaniu dokumentów i źródeł (swoją drogą to
                  niech gdzie indziej szuka nauczycieli) dziwie się, że nie zażądał
                  przedstawienia mu nazwy, numeru i daty ukazania gazety w której
                  zamieszczono ogłoszenie o przetargu na szycie umundurowania dla UPA.

                  • lokis1271 Re: Mundury UPA??? 05.01.08, 00:40
                    Szanowny Panie Miszczu *) !
                    Jak na laika jestem wystarczająco dociekliwy w sprawie bzdury dotyczącej tzw. umundurowania UPA i nie muszę od nikogo żądać od okazania gazety dotyczącej zaopatrzenia banderowców, z reguły hersztowie sami ogłaszali rekrutom po wioskach co i w jakich ilościach mieli z sobą zabrać przystępując do lokalnej bandy, więc taki nauczyciel jak Pan nie jest mi do niczego potrzebny.
                    A jeśli chodzi o krawiectwo, to z tego co widzę, Pan jest tutaj specjalistą od szycia grubymi nićmi.
                    Jeśli ktoś pisze, że to Sowieci dokonali na Podkarpaciu wszystkich zbrodni na Polakach przebierając się w mundury upowskie, to niech poda jakieś dokumenty, czy inne wiarygodne źródła. To cholernie wygodne, banderowskimi zbrodniami obciążyć Polaków, a jak się nie da , to Sowietów, byle się nie przyznać.
                    W Baligrodzie, w sierpniu 1944 roku to też byli Sowieci przebrani w mundury UPA ?
                    Jak na razie nikt z Was nie przedtawił np. stanu organizacyjnego oraz struktur OUN-UPA na Podkarpaciu w latach 1944-1948. Nie zrobił tego również żaden z innych historyków. Nie spotkałem się też z pełną monografią, tak UPA, jak i innych organizacji podziemnych na tym terenie w latach 1944-1948. Nigdzie nie spotkałem monografii z opisanym jak wyżej stanem WP, NKWD czy też Armii Czerwonej na tym terenie w tych latach.
                    Więc jak tu poważnie dyskutować o przebierańcach ? Tym bardziej, że i publikacje źródłowe na ten temat są rzadkie jak zaćmienia słońca.
                    Jak masz Pan Miszczu konkretne dowody na ręku, to wal Pan śmiało, tylko bez zmyślania i nie potwierdzonych anonimów.
                    L. Bodio

                    ----------------------------
                    *) Błąd ortograficzny celowy i zamierzony
                    • mariusz9959 Re: Mundury UPA??? 05.01.08, 08:36
                      No i efekt jest.
                      Po lekkim naprowadzeniu Lokis już się zorientował, że tematem jest
                      dokonywanie przez NKWD akcji zaliczanych na konto UPA a nie rodzaj
                      noszonego przez partyzantów z UPA umundurowania
                      Oczywiście nadal żąda przedstawiania mu dowodów, (swoją drogą to
                      niech gdzie indziej szuka nauczycieli).
                      Nie dodał natomiast jak to miał w zwyczaju, że interesują go głównie
                      archiwa sowieckie i należy mu podać sygnatury. Nie wiem czy to
                      oznacza, że innych źródeł nie uznaje.

                      PS.
                      Panie Bodio a może ojciec lub dziadek któregoś z pańskich sowieckich
                      kolegów ( z tej waszej międzynarodówki) był w czasie wojny służbowo
                      na Podkarpaciu i mógłby coś opowiedzieć o tym jak się przebierał.
                      Mając takie dobre układy z towarzyszami radzieckimi może Pan to
                      sprawdzić.
                      • lokis1271 Re: Mundury UPA??? 05.01.08, 11:35
                        Szanowny Panie Miszczu *) !
                        A Pana Dziadek gdzie był służbowo w tamtym czasie ? Może w delegacji w Pawłokomie i Piskorowicach ? Jeśli tak to z ramienia jakiej formacji ? Może Pan w takim razie uchyli rąbka tajemnicy, skoro wszystko wie Pan lepiej i przestanie zasłaniać się sowieckimi przebierańcami !
                        Widzę ,że rzucanie oszczerstw na podkarpackich Polaków i przy okazji na Rosjan, to Pańska stała metoda prowadzenie dyskusji.
                        L. Bodio

                        -----------------------
                        *) Jak w liście poprzednim
                        • mat120 Re: Mundury UPA??? 05.01.08, 17:58
                          Witaj Lokisie,

                          Zdaje się, że Mykołowy dziadek nieźle dokuczył Ukraińcom. Nie dośc,
                          że jako wojskowy osadnik zagrabił ziemię ukraińską, to jeszcze jego
                          rodzina obżerała znajomych Ukraińców. Ciekawe przy tym, że NKWD
                          pozostawiło ich w lutym 1940 r. w spokoju. Czyżby mieli jakieś
                          wspólne interesy? :)
                          Zwróc uwagę jak facet, nie proszony, usprawiedliwia historyka
                          "Matlak2",który sobie popuścił lejce fantazji, pisząc o "mundurach
                          UPA". I choc autor napisał to wyraźnie - to Mykoła nie ma
                          wątpliwości, że mający dużą wiedzę Matlak2, też wie, że pisze
                          nieprawdę. I pisze ją mimo to, że o tym wie. Taka pokrętna logika
                          Mykoły. Jak zawsze.
                          • darino oj mat-ole, znowu niewiedza 05.01.08, 18:19
                            UPA miała swój mundur, widać go nawet na wielu zdjęciach żołnierzy
                            UPA. Jednak ze względu na trudności zaopatrzeniowe większość
                            żołnierzy walczyła w mundurach innych armii lub ubraniach cywilnych.
        • tawnyroberts Piskorowice - zapomniana zbrodnia - cz. II 02.01.08, 14:34
          „- Miałem ogromny żal do Polaków, gdy jako 14-letniego chłopca
          wywożono mnie z Sanoka do „Kraju Rad”. Wręcz ich nienawidziłem – do
          czasu, gdy na Sybirze spotkaliśmy się w jednym obozie: Ukraińcy,
          Polacy oraz Rosjanie. Wtedy wszyscy zrozumieliśmy, komu tak naprawdę
          to zawdzięczamy. I teraz mogę powiedzieć, że szacunku do Polaków i
          miłości do nich nauczył mnie batiuszka Stalin” – tak wspominał przed
          laty „dobrowolną repatriację” ówczesny ambasador Ukrainy w RP,
          Teodor Starak. Niewykluczone, że podobne refleksje i opinie mają
          dziś także ci Polacy, którzy musieli opuścić swoje rodzinne strony,
          jakie już w Jałcie „przydzielono” do Ukraińskiej SSR.

          Nikt nie wie ile tysięcy ofiar zapisali na swoim koncie politycy z
          tamtych lat, ściśle realizujący wytyczne Moskwy, ale nie jest
          zapewne dziełem przypadku, że w tajnej instrukcji KC PPR (1945)
          zapisano: „do wszelkich incydentów na pograniczu, między Ukraińcami
          i Polakami, należy zachować się obojętnie. Można nawet zręcznie
          prowokować incydenty”. Przypadkowym sojusznikiem komunistycznego
          aparatu bezpieczeństwa okazało się… polskie podziemie zbrojne.
          Oddziały NSZ, NOW, WiN oraz inne jakby się umówiły i w tym samym
          czasie dokonały pacyfikacji kilkunastu wsi ukraińskich, których
          większość mieszkańców została wymordowana.

          „- Polscy i ukraińscy historycy (dzięki dostępowi do archiwów b.
          ZSRR) są zgodni, że deportacje z Polski i do Polski były ściśle
          nadzorowane przez Moskwę, a funkcjonariuszom UB i MO oraz żołnierzom
          WP przypadła rola wykonawców i pomocników” – uważa znany badacz
          stosunków polsko-ukraińskich, historyk Grzegorz Motyka. „- Zimą i
          wiosną 1945 r. po polskiej stronie granicy doszło do szeregu
          krwawych wydarzeń. W ciągu dwóch miesięcy spalono, zrujnowano
          kilkadziesiąt wiosek, zamordowano około trzech tysięcy Ukraińców. W
          antyukraińskich akcjach brały udział różne ugrupowania: regularne
          polskie wojsko, milicja, UB, ale też oddziały podziemia poakowskiego
          i narodowego, a nawet żołnierze Batalionów Chłopskich. Być może był
          to spontaniczny odruch odwetu za to, co niedawno miało miejsce na
          Wołyniu i w Galicji Wschodniej (tam w latach 1943-44 w wyniku
          antypolskiej akcji UPA zginęło 80-100 tys. Polaków). Jednak to
          wszystkiego nie tłumaczy, gdyż decyzje o niszczeniu wsi nie zapadały
          w głowach żołnierzy - wykonawców, ale wyżej, na szczeblu dowódczym.
          Nie sądzę, by tam kierowano się takimi emocjami. Może więc chodziło
          o to, by zmusić Ukraińców do wyjazdu. Jakkolwiek było, polskie
          działania spowodowały ukraińską kontrakcję, również krwawą i
          okrutną, wymierzoną przeciw wojsku, milicji, podziemiu, ale też
          polskim wsiom. Tylko w Wiązownicy w Przemyskiem UPA zabiła ponad stu
          Polaków...”

          Począwszy od połowy lutego 1945 roku doszło do całej serii
          brutalnych mordów na ludności ukraińskiej. Dokonywały ich oddziały
          poakowskie, Narodowy Związek Wojskowy, formacje wojskowe podległe
          rządowi, NKWD oraz zwykłe bandy rabunkowe, które
          wykorzystywały „okazję”, aby rabować, kraść i mordować pod
          przykrywką „działalności patriotycznej”. Terror z jednej strony
          budził odwet drugiej i przez dwa miesiące krew lała się wartkim
          strumieniem.

          Najbardziej tragiczne w tym okresie wydarzenia miały miejsce w
          Pawłokomie, gdzie (w odwecie za jedenastu Polaków wcześniej
          uprowadzonych, prawdopodobnie zabitych oraz być może pochowanych w
          Jawornickim Lesie) 3 marca 1945 r. wywodzący się z lwowskiej AK
          oddział por. Józefa Bissa "Wacława" wraz z polskimi mieszkańcami tej
          i okolicznych wsi, mając na celu likwidację działającej w Pawłokomie
          bojówki (kilka, może kilkanaście osób) Służby Bezpieczeństwa OUN
          (podejrzewanej o mordy na Polakach) zabił 365 ukraińskich
          mieszkańców wsi, wraz z proboszczem ks. Wołodymyrem Łemcio. W
          okolicznych wioskach Ukraińcy otrzymali ostrzeżenia, że jeśli nie
          zaczną wyjeżdżać do ZSRR do końca kwietnia, to „spotka ich taki sam
          los, jak ludzi w Pawłokomie”. Sowieccy oficerowie stacjonujący w
          Jaworniku Ruskim mówili już bez ogródek: „Wsiem Ukraińcam budiet
          pizdiec”. Wkrótce zginęło około 300 Ukraińców w Brzusce, Sufczynie i
          Bachowie, gdzie - jak wynika z cytowanego poniżej dokumentu –
          Sowieci zaproponowali wręcz współpracę w likwidacji jego ukraińskich
          mieszkańców.

          „(...) W okresie od 10 do 25 marca zlikwidowano jednostki ukraińskie
          we wsi Łubno, skąd Ukraińcy już wyjeżdżali. Zabito około 18 osób. W
          czasie akcji zaszły wypadki rabunku przez miejscowych i z
          okolicznych wsi. (...) Partyzantka B.Ch. (Sęp) zlikwidowała wieś
          Skopów, około 150 osób, w tym kobiety i dzieci i tylko 2 mężczyzn
          oraz plebanię ukraińską. W najbliższym czasie planowana jest
          likwidacja Bachowa, w porozumieniu z Sowietami. W Bachowie jest
          załoga 26 Sowietów, którzy zaproponowali Polakom likwidację wsi i
          rozdali broń, proponując swój współudział. (...) Orły. Roman Kisiel,
          działacz SL od pierwszych dni sierpnia 1944 r. ukrywa się, jest
          nieostrożny, chodzi po wsiach, a jednak nie został aresztowany.
          Obecnie prowadzi akcje pacyfikacyjne na Ukraińcach powiatu
          przemyskiego, wywołując w tym czasie niepożądany ferment. Wygląda to
          niejasno (...)” – raporty wywiadu WiN okręgu przemysko-
          jarosławskiego (temat „akcja przeciwukraińska”) wymownie dokumentują
          grozę tamtych tragicznych marcowych dni.

          17 kwietnia doszło do tragedii w Piskorowicach (wg innych źródeł,
          niż informacja Związku Ukraińców w Polsce podana na wstępie,
          sprawcami mordu byli żołnierze Narodowej Organizacji Wojskowej, a
          ich ofiarą miało paść ponad 400 osób). Na reakcję UPA nie trzeba
          było czekać długo. Nastąpił krwawy odwet już po 4 dniach od wydarzeń
          pod Leżajskiem, choć to nie one, a los Pawłokomy był katalizatorem
          tej kontrakcji.

          Czas odpłaty

          „- Nasz Prowid wysłał list do władz komunistycznych, aby
          powstrzymały te morderstwa i grabieże. Podobny wysłano do podziemia
          antykomunistycznego, ale odpowiedzi nie było żadnej. Nastał czas
          odpłaty” – wspominał żołnierz UPA Iwan Olijar z Sufczyny (ps. „Kum”).

          Postanowiono spacyfikować dużą polska wieś, aby powstrzymać pogromy
          ukraińskiej ludności. Wybór padł na Borownicę uchodzącą
          za „bandyckie gniazdo skąd 70 milicjantów rabowało nasze wioski i
          zabijało”, i której mieszkańców widziano 3 marca w Pawłokomie.
          Synonimem zła był borownicki komendant MO, Jan Kotwicki
          („Ślepy”, „Groźny”), któremu przypisywano mordy w Jaworniku Ruskim,
          Brzeżawie, Żohatynie, Lipie i Piątkowej. Żołnierze UPA „mieli rozkaz
          strzelać tylko do ludzi z bronią w rękach (...) wchodzili do chat,
          nakazywali mieszkańcom pakować i zabierać się, bo wioska zostanie
          spalona” – wspomina „Kum” dzień 21 kwietnia 1945 roku. „- Wszystkie
          okoliczne nasze wioski wyszły na pola z cerkiewnymi procesjami,
          chorągwiami i krzyżami, dziękując Bogu za uwolnienie od tego
          bojówkarskiego gniazda.”

          Myr – znaczy Pokój

          Dopiero po Borownicy AK podjęła z UPA rozmowy, które powstrzymały
          obustronne rzezie. 29 kwietnia 1945 r. w Siedliskach k. Brzozowa
          rejonowy prowidnyk OUN „Borys” i „Arkadij” (Iwan Krywucki) spotkali
          się z kapitanem AK "Drażą" (Draganem Sotiroviciem – podczas wojny
          kapelanem jego oddziału był m.in. doskonale znany przemyślanom
          salezjanin ks. ppłk Władysław Dec). Zapadła decyzja o zaprzestaniu
          wzajemnych ataków i nawiązaniu współpracy pomiędzy polskim i
          ukraińskim podziemiem.
          • mat120 Re: Piskorowice - zapomniana zbrodnia - cz. II 05.01.08, 17:28
            "Niewykluczone, że podobne refleksje i opinie mają dziś także ci
            Polacy, którzy musieli opuścić swoje rodzinne strony"

            Nie, Polacy mają zupełnie inne refleksje.

            "Nikt nie wie ile tysięcy ofiar zapisali na swoim koncie politycy
            z tamtych lat, ściśle realizujący wytyczne Moskwy,"

            Szkoda, że nie wspomniano tu o roli polityków OUN w przesiedleniach
            a także o koncie ich ofiar, które wielokrotnie przewyższają ofiary
            polityków realizujących wytyczne Moskwy.

            „- Polscy i ukraińscy historycy (dzięki dostępowi do archiwów b.
            > ZSRR) są zgodni, że deportacje z Polski i do Polski były ściśle
            > nadzorowane przez Moskwę.."

            Deportacje na pewno wynikały z zawartego układu. I w tym sensie
            można mówic o moskiewskim nadzorze. Choc z założenia dobrowolne to
            jednak w praktyce okazały sie przymusowymi zarówno dla Polaków jak i
            Ukraińców. Warto przy tym zwrócic uwagę, że jakkolwiek polskich
            Ukraińców przesiedlano pod przymusem to jednak ich sytuacja była o
            wiele lepsza niż kresowych Polaków, których do przesiedlania się
            zmuszały banderowskie topory, przy biernej zresztą postawie
            sowietów.


            "Grzegorz Motyka. „- Zimą i> wiosną 1945 r. po polskiej stronie
            granicy doszło do szeregu krwawych wydarzeń. W ciągu dwóch miesięcy
            spalono, zrujnowano kilkadziesiąt wiosek, zamordowano około trzech
            tysięcy Ukraińców. W antyukraińskich akcjach brały udział różne
            ugrupowania: regularne polskie wojsko, milicja, UB, ale też oddziały
            podziemia poakowskiego i narodowego, a nawet żołnierze Batalionów
            Chłopskich."

            Zimą i wiosną 1945r. na ziemie dzisiejszej Polski płd. wsch., jak
            podają Szcześniak i Szota, napłynęły znaczne siły upowskie, co
            spowodowane było m. in. odeściem wojska w związku z ofensywą
            styczniową. Stąd też chyba ta wzmożona siła krwawych wydarzeń.
            Oczyszczanie z Lachów Zakerzonia zmusiło do antybanderowskich
            reakcji. To oczywiste. W tym kontekście trzeba widziec te
            tzw. "antyukraińskie" a w rzeczywistości antybanderowskie
            wystąpienia. Pawłokoma jest tu klinicznym przykładem. Szkoda, że
            autor nic nie wspomniał o tym, że pawłokomscy banderowcy zmusili
            przed akcją Wacława, polskich mieszkańców tej wioski do ucieczki
            i dlaczego tak się stało. Historyk nie powinien takich okoliczności
            pomijac.
            Przedstawia to na przykładzie T. Breza pisząc: 14 marca 1945r.
            oddział UPA wkroczył do Dobczy i urządził tu wiec. Przemawiający na
            nim dowódca oddziału stwierdził, że w końcu kwietnia Ukraina będzie
            po San.

            „„- Nasz Prowid wysłał list do władz komunistycznych, aby
            powstrzymały te morderstwa i grabieże. Podobny wysłano do podziemia
            antykomunistycznego, ale odpowiedzi nie było żadnej. Nastał czas
            odpłaty” – wspominał żołnierz UPA Iwan Olijar z Sufczyny
            (ps. „Kum”).”

            Niezła bajeczka.:)) Szkoda, że ten bandzior zapomniał o hasłach,
            które sam wcześniej głosił –„ Lachy za San.”
            Na szczęście mieszkańcy Podkarpacia mają dobrą pamięc i nikt im nie
            wmówi, że było inaczej niż oni sami widzieli.

            „Dopiero po Borownicy AK podjęła z UPA rozmowy, które powstrzymały
            obustronne rzezie. 29 kwietnia 1945 r. w Siedliskach k. Brzozowa
            rejonowy prowidnyk OUN „Borys” i „Arkadij” (Iwan Krywucki) spotkali
            się z kapitanem AK "Drażą" (Draganem Sotiroviciem – podczas wojny
            kapelanem jego oddziału był m.in. doskonale znany przemyślanom
            salezjanin ks. ppłk Władysław Dec). Zapadła decyzja o zaprzestaniu
            wzajemnych ataków i nawiązaniu współpracy pomiędzy polskim i
            ukraińskim podziemiem”

            Kolejna bajeczka. Pomijam już tu oczywistą bzdurę, że „AK podjęła
            rozmowy z UPA”. Nawet laik a cóż dopiero historyk, zdaje sobie
            bowiem sprawę z tego, że AK 29 kwietnia 1945r. po prostu nie
            istniała. Szcześniak i Szota wyjaśniają dośc dokładnie w jakich
            okolicznościach doszło do rozmów. I nie ma powodu aby ich poprawiac
            i tworzyc jakieś legendy.

        • tawnyroberts Piskorowice - zapomniana zbrodnia - cz. III 02.01.08, 14:40
          21 maja w Rudzie Różanieckiej odbyło się spotkanie, na które
          specjalnie z zagranicy przybył Jurij Łopatyński – pełnomocnik
          głównego dowództwa UPA (były jeszcze inne tego typu negocjacje na
          niższych szczeblach). Obie strony uznały, że głównym ich
          przeciwnikiem jest władza komunistyczna. Walki polskiego podziemia z
          UPA wstrzymały również inne porozumienia lokalnych dowódców w
          Przemyskiem i na Lubelszczyźnie. Zakazywały one wzajemnych ataków na
          wsie i mówiły o wspólnej walce z NKWD i UB, a także o wzajemnej
          wymianie informacji o ruchach wojska i innych oddziałów
          podporządkowanych oficjalnej władzy państwowej. Nastał „myr”.
          Niestety – krótkotrwały, bo polsko-ukraińskie porozumienie komuś
          bardzo przeszkadzało. Pilnie potrzebne były kolejne ofiary, aby mógł
          dokończyć zaplanowanego dzieła.

          „Myr” sprzyjał względnemu spokojowi (napady rabunkowe wciąż
          pozostawały zmorą ludności, ograbianej z dobytku, chociaż tak polscy
          jak i ukraińscy dowódcy surowo karali swoich podwładnych, np.
          publicznym „biczowaniem” tylnej części ciała wyciorem), ale i
          współpracy. Dzięki współdziałaniu zakonspirowanej w lubaczowskiej
          milicji V Kompanii AK i UPA, we wspólnej akcji pod Zapałowem (tam,
          gdzie stał później pomnik „poległym w walce z reakcyjnym
          podziemiem”) zlikwidowano oficerów NKWD wiozących do Jarosławia akta
          około 4000 osób z powiatu lubaczowskiego, których miano deportować
          na Syberię. Opowiadał mi o tym przed laty mieszkający w Warszawie
          pan Andrzej Mauthe (brat Jerzego – znanego w Przemyślu b. łucznika i
          reprezentanta kraju, potem prezesa WFS): „- Jak zapanował „myr”,
          zaczęliśmy współpracować. Przy wzajemnych spotkaniach, na przykład
          podczas patrolu, posługiwaliśmy się umówionymi hasłami: my –
          „Piłsudski”, UPA –„Chmielnicki”. Gdy dowiedzieliśmy się, po co
          przyjechali do Lubaczowa oficerowie NKWD z Jarosławia, nie mając
          innej możliwości skutecznego działania, poprosiliśmy UPA o pomoc.
          Obiecali zlikwidować Rosjan na szosie Lubaczów – Jarosław. Zasadzili
          się pod Zapałowem, a my, nie ufając ich umiejętnościom i nie będąc
          pewnymi, że zadanie właściwie wykonają, tak na wszelki wypadek,
          ustawiliśmy ckm 600-700 metrów dalej. Nie zawiedli. Zlikwidowali
          oficerów zadowalając się ich legitymacjami, bronią i medalami, a
          akta nam oddali. Żal tylko, że aby uratować ponad 4 tysiące ludzi
          trzeba było poświęcić młodego polskiego żołnierza – kierowcę
          gazika…” – wspominał zakonspirowany w MO (co na to nasi lustratorzy
          oraz spece od ferowania wyroków bez pełnej wiedzy o faktycznych
          okolicznościach, w jakich wielu ludzi podejmowało służbę
          w „komunistycznych organach”) AK-owiec, którego towarzyszem walki w
          partyzantce i służby w MO był m.in. były dyrektor „Sanwilu” i
          prezydent Przemyśla Marian Kozłowski.

          Prowokacja w Wierzchowinach?

          Po rozmowach „pokojowych” liczba zabitych po obu stronach spadła
          bardzo wyraźnie, ale już w czerwcu dochodzi do okrutnej pacyfikacji
          ukraińskiej wsi Wierzchowiny, gdzie straciło życie kilkaset (ok.
          400) osób. Wielce prawdopodobne jest, że wykonawcy tego mordu
          działali z premedytacją (na czyjeś zlecenie?) obliczoną na zerwanie
          zawieszenia broni, ale Ukraińcy „tematu” wówczas jeszcze nie podjęli
          i znaczącego rewanżu nie dokonali. Także dlatego, że w tym okresie w
          Polsce działało tylko kilka sotni UPA, w tym takich, które (np. na
          Lubelszczyźnie) nie miały nawet po stu żołnierzy.

          Sytuacja zmieniła się jesienią, gdy przybyłe z frontu oddziały
          wojska rozpoczęły bardziej zdecydowane działania mające „zachęcić”
          ludność ukraińską do wyjazdu z Polski. Przykładem gwałtowny postęp
          repatriacji (od września 1945 r. już przymusowej) w mieście i
          powiecie przemyskim. Do 15 stycznia 1946 r. na tereny ZSRR wyjechało
          57 tysięcy osób, a do końca całej akcji (2 sierpnia 1945 r.) –
          blisko 65 tys. Użycie znacznych sił wojska (mają na koncie m.in. po
          kilkadziesiąt ofiar w Zawadce Morochowskiej i Terce) przyniosło
          pożądany skutek. Do 20 listopada 1946 roku wysiedlono poza granice
          Polski prawie 483 tys. osób, z czego 440 tys. Ukraińców, 24 tys.
          Rosjan i 19 tys. Rusinów (tak się określali w oficjalnych
          dokumentach). Do końca roku wyekspediowano do ZSRR w sumie 488 tys.
          osób.

          „Mały Wołyń”

          W pierwszych kilku miesiącach 1945 roku we wzajemnych bratobójczych
          walkach i pacyfikacjach zginęło kilka tysięcy osób, a zdecydowaną
          większość ofiar stanowili Ukraińcy, którym w naszych stronach
          zgotowano „mały Wołyń”. Skala tych okropności, choć o lata świetlne
          odległa od wydarzeń wołyńskich, była jednak na tyle ogromna, że
          zaniepokojone ich rozmiarami i rozszerzającym się konfliktem
          narodowościowym władze wysłały na pogranicze polsko-ukraińskie
          dodatkowe oddziały wojska. Zapewne nieprzypadkowo złożone głównie z
          Wołyniaków i mieszkańców Galicji Wschodniej, nękanej wcześniej przez
          UPA. Żołnierze ci poza obowiązkiem wypełniania rozkazów mieli
          dodatkowy bodziec – chęć pomszczenia ofiar czystek etnicznych
          dokonywanych przez UPA w latach 1943-1944. To rokowało nadzieje
          na „przyspieszenie” w wypełnieniu warunków umowy z ZSRR z września
          1944 r. Rzeczywiście, trzecia, ósma i dziewiąta dywizje WP nie
          zawiodły pokładanych w nich nadziei.

          Terror części (bo nie całe brało udział w pacyfikacjach ukraińskich
          wiosek) polskiego podziemia i organów bezpieczeństwa zmusił
          dziesiątki tysięcy ludzi do wyjazdu. Od kwietnia do połowy czerwca
          1945 r. Polskę opuściło ok.100 tysięcy Ukraińców. Dzięki temu w
          pięciu powiatach Podkarpacia (tarnobrzeskim, niżańskim, rzeszowskim,
          łańcuckim, kolbuszowskim) problem repatriacji ludności ukraińskiej
          uznano za rozwiązany. Do pełni szczęście brakowało władzom sukcesu w
          sześciu powiatach (przeworskim, jarosławskim, przemyskim, sanockim
          lubaczowskim i brzozowskim), w których ludność – jak tłumaczono –
          była kontrolowana przez UPA, co paraliżowało kontynuowanie akcji
          przesiedleńczej.

          Krwawy, fanatyczny kołowrót – śmierć za śmierć

          Jesienią 1945 roku, gdy wojsko podjęło zdecydowane i często brutalne
          działania wobec przeciwnych wysiedleniu do ZSRR, także UPA ożywiła
          swoją działalność. W odwecie za Pawłokomę rozstrzelała żyjących w
          Dylągowej sprawców zbrodni i paliła wysiedlone już ukraińskie wsie.
          W październiku spalono też Pawłokomę (zginęło kilka osób), dając
          jednak jej mieszkańcom czas na ewakuację dobytku i inwentarza.
          Nękano polskich osadników, ginęli sołtysi, wójtowie i inne osoby
          (także Ukraińcy) uczestniczące w wysiedlaniu.
          „- Na Pogórzu nastały straszne czasy. Jeśli w poniedziałek polskie
          wojsko spaliło ukraińską wieś, we wtorek i środę UPA puszczała z
          dymem polską, w czwartek palili Polacy, w piątek – Ukraińcy.
          Nakręcał się krwawy, fanatyczny kołowrót, śmierć za śmierć” - pisze
          Paweł Smoleński w „Pochówku dla rezuna”.
        • tawnyroberts Piskorowice - zapomniana zbrodnia - cz. IV 02.01.08, 14:42
          Wspomniany już dr Grzegorz Motyka na twierdzenie: „W dokumentach
          ukraińskiego podziemia, także w relacjach żołnierzy UPA, pojawia się
          teza, że ukraińska partyzantka działająca na terenie Polski
          lubelskiej skupiała się przede wszystkim na samoobronie i -
          ewentualnie - akcjach odwetowych. Rozmawiałem z wieloma szeregowymi
          kombatantami UPA, którzy mówili, że zapewne nigdy nie poszliby do
          lasu, gdyby nie moralny przymus obrony własnych domów” – odpowiada,
          że:
          „- W stosunkach polsko-ukraińskich rok 1943 i 1944 to czas czystki
          etnicznej, próba usunięcia Polaków z tych terenów, które
          kierownictwo OUN i UPA uznawały za rdzennie ukraińskie. Z kolei lata
          1945-47 to okres wysiedleń, zaplanowanego przez komunistów
          porządkowania sytuacji narodowościowej w całej Europie; wywózki
          Ukraińców czy Polaków są tylko elementem większej układanki. Więc o
          ile wcześniej UPA była formacją atakującą, zaczepną, to w okresie
          poprzedzającym akcję „Wisła” przede wszystkim broniła rodaków przed
          wysiedleniami. To zasadnicza różnica między tym, co działo się na
          ziemiach dzisiejszej Polski, a tym, co miało miejsce wcześniej na
          Wołyniu i w Galicji Wschodniej. - Latem 1945 r. w Polsce działało
          raptem kilka sotni UPA; na Lubelszczyźnie nie liczyły one nawet po
          stu żołnierzy. Dowództwo ukraińskie wyprowadzało partyzantów z lasu,
          lokowało po wsiach, gdyż nie zależało mu na rozwoju akcji zbrojnych.
          Podziemie ukraińskie w Polsce miało być oknem na świat informującym
          Zachód o tym, co działo się i dzieje na Ukrainie. W Londynie czy w
          Waszyngtonie mało kogo obchodziło, że w Polsce działa jakaś
          ukraińska partyzantka. Ważne było, że taka partyzantka walczy w
          ZSRR. Na Ukrainie UPA walczyła z władzą sowiecką do początku lat 50.
          W wyniku antypartyzanckich akcji NKWD pół miliona Ukraińców zostało
          zabitych, aresztowanych i zesłanych do łagrów, a z rąk UPA zginęło
          30 tys. przedstawicieli władz. Wiadomości o tym starano się
          przerzucać na Zachód via Polska, gdyż była to najłatwiejsza droga.
          Żeby nie gubić celu nadrzędnego, ukraińska partyzantka miała w
          Polsce siedzieć możliwie cicho, trwać na posterunku. Lecz kiedy w
          drugiej połowie 1945 r. polskie wojsko rozpoczęło przymusowe
          wysiedlenia, obejmując swoimi działaniami całe terytorium
          zamieszkane przez ukraińską mniejszość, UPA przystąpiła do otwartej
          walki: ukraińska młodzież poszła do lasu i liczba sotni w ciągu paru
          miesięcy wzrosła do kilkunastu.
          - Najsłynniejsze oddziały UPA działające po polskiej stronie
          granicy, sotnie „Chrina” i „Stacha”, były formowane pod hasłem
          obrony własnych domów. „Chrin” we wspomnieniach napisał otwarcie, że
          był to jedyny sposób na przyciągnięcie do partyzantki łemkowskich
          górali. Dopiero po kilku miesiącach pracy wychowawczej mówiono
          żołnierzom, że w dalekiej perspektywie chodzi także o niepodległość
          Ukrainy. (…) Przywódcy ukraińskiego podziemia wiedzieli, że
          niepodległość to plan bardzo daleki. Lecz myśleli, że ziści się w
          możliwej do wyobrażenia perspektywie, może w wyniku kolejnej wojny
          światowej. Na kolejną wojnę liczyli również niektórzy polscy
          politycy. Jednak dla strzelców z sotni UPA najważniejsze były własne
          wsie, własne gospodarstwa. - Przesiedlenia na Ukrainę były brutalne,
          więc można nazwać przeciwdziałanie UPA samoobroną, choć takie
          sformułowanie irytuje nawet dziś znaczną część Polaków. W czasie
          walki z wysiedleniami Ukraińcy prowadzili akcje przede wszystkim
          przeciwko wojsku i administracji państwowej. Ale niejednokrotnie w
          odpowiedzi na działania wojska atakowano polskie miejscowości.
          Spalono między innymi przemyskie Nowosielce, Bukowsko, Nagórzany i
          Nadolany. Polskie wsie niszczono nie tylko w rewanżu za wysiedlenia
          ukraińskich osiedli, lecz także po to, by wojsko nie miało gdzie
          kwaterować, skąd brać żywności. I choć istnieją rozkazy dowódców UPA
          zakazujące zabijania cywilów, takie ofiary padały. Np. w grudniu
          1945 w Nowosielcach zginęło 17 osób. Historyk, analizując tamte
          wydarzenia, może stwierdzić, że te ataki były nieporównywalne do
          tego, co się działo na Wołyniu, choćby ze względu na małą liczbę
          ofiar cywilnych. Lecz wiedza historyczna nie może kwestionować
          ludzkich uczuć. Dla Polaków z wiosek spalonych w odwecie czy z
          powodów wojskowej logistyki była to po prostu straszna tragedia...”
    • darino "Tam było tyle niewinnego cierpienia" 05.01.08, 09:47
      Dziś artykuł o Piskorowicach Pawła Smoleńskiego pod tym tytułem
      w "Gazecie Świątecznej"
      • mariusz9959 Re: "Tam było tyle niewinnego cierpienia" 05.01.08, 09:59
        Dzięki Darek, lecę kupić.
        • darino jeszcze ciekawe info ! 06.01.08, 10:18
          Jakiś gość wystawił na allegro wiele pamiątek z interesującego Cię
          rejonu - są zdjęcia, dokumenty i ręczne zapiski:
          www.allegro.pl/item293496501_jaroslaw_ewakuacja_ludu_ukrainskiego_k_ukraina.html
          • mariusz9959 Re: jeszcze ciekawe info ! 07.01.08, 21:52
            Tak wiem, od pewnego czasu obserwuję to co wystawia.
            Ciekawe że wspomnienia:
            „Zarys historii placówki Nr. 5 Armii Krajowej Obwodu Jarosław"
            Ludwik Reichel ps. Podhalański, por. AK, d-ca placówki Nr 5 Obwodu
            Jarosław
            42 str. poszły aż za 80 zł.
            Trzeba przyznać, że ma gość ciekawe pozycje.
    • tawnyroberts "Tam było tyle niewinnego cierpienia" - cz. I 07.01.08, 09:48
      Jeszcze o zbrodni w Piskorowicach - artykuł Pawła Smoleńskiego "Tam
      było tyle niewinnego cierpienia" z internetowych stron "Gazety
      Wyborczej".

      Nie byłoby tych kwiatów, nie byłoby tablicy - i co? Prawda byłaby
      inna? - mówi mieszkaniec Piskorowic, które zgodnie uczciły Ukraińców
      zamordowanych w tej wiosce przez polskie podziemie w 1945 roku

      Ze zdjęcia spogląda twarz blond chłopaka z niesforną czupryną i
      ujmującym uśmiechem. To Józef Zadzierski zwany Wołyniakiem.
      Zaliczają go do grona "żołnierzy wyklętych", naznaczonych przez
      komunistów anatemą i skazanych na zapomnienie.

      Wychowany w bezwzględnym kulcie narodu - ojciec zabrał go z
      lwowskiej szkoły kadetów, by nie przesiąkł ideologią piłsudczyków -
      walczył już we wrześniu 1939 r., choć miał ledwie 16 lat. Matura na
      tajnych kompletach, podchorążówka. Wojował z Niemcami, a kiedy
      weszli Ruscy, z rozkazu organizacji został szefem milicji w
      Leżajsku. Zdekonspirowany przez NKWD, uciekł z transportu na Sybir.
      Potem wystrzelał wszystkich, którzy doprowadzili do jego
      aresztowania. Dosłużył się szlifów oficerskich. Zaliczył wiele
      bohaterskich akcji, potyczek i nieprawdopodobnych rajdów. Pośród
      swoich żołnierzy, a i między dowódcami Narodowej Organizacji
      Wojskowej cieszył się sławą "ostatniego zagończyka Rzeczypospolitej".

      W III RP postawiono mu nagrobny obelisk i napisano hagiograficzną
      książkę, a w postulowanej IV RP - był wszak "żołnierzem wyklętym" -
      poświęcono dokument telewizyjny.

      Wieczorem 17 kwietnia 1945 r. Józef Zadzierski stanął przed murowaną
      szkołą we wsi Piskorowice, niedaleko Leżajska i Jarosławia. Niewielu
      pamięta, jak wtedy wyglądał, choć żyją jeszcze i tacy, którym do
      dziś pojawia się w sennych koszmarach. Opis tej akcji w biografiach
      Wołyniaka liczy ledwie kilka słów.

      Ale nawet ci, którzy kłaniają się w pas przed Zadzierskim, zgodzą
      się, że tej nocy z rąk jego oddziału zginęło we wsi co najmniej
      półtorej setki cywilów. Byli Ukraińcami, albo - co wystarczyło -
      tylko grekokatolikami.

      Tamtego kwietnia linia frontu biegła już bardzo daleko od
      Piskorowic. Nie minie miesiąc, a skończy się wojna. W Warszawie
      rządzą komuniści, NKWD tropi żołnierzy Polski Podziemnej. A w
      piskorowickiej szkole blisko dwieście osób czeka na przesiedlenie na
      Ukrainę. Po chałupach mieszka ich jeszcze kilkaset.

      Wszystko tu lepsze

      W drodze z Przemyśla towarzyszy mi Maria Tucka, nauczycielka w
      ukraińskim liceum. Jesteśmy na miejscu. Zwyczajna wieś: długa ulica,
      domy, na lewo szkoła (do przedwojennego budynku dobudowano
      peerelowski klocek), na prawo murowany kościół i ogrodzony płotem
      wzgórek po zburzonej cerkwi. Pola pod szarym śniegiem płaskie jak
      blat stołu, opodal szemrze San skuty pierwszą krą.

      Lecz Maria Tucka mówi, że wszystko tu ładniejsze i lepsze. I takie
      jakieś normalne.

      Przed laty w Pawłokomie, ledwie godzinę jazdy od Piskorowic,
      pierwsze panichidy nad mogiłami 300 Ukraińców rozstrzelanych przez
      polskie podziemie odprawiano w asyście policji i psów, w obawie
      przed reakcjami miejscowej ludności. W Birczy ekshumacja ciał
      żołnierzy UPA ciągnęła się bez końca - miasteczko nie chciało, by
      szczątki przenieść na cmentarz. W Przemyślu oficjalna życzliwość
      przysłania nieoficjalne złośliwości.

      A w Piskorowicach - inny świat. Miejscowa władza przyjazna. Ksiądz -
      pomocny i serdeczny. Ludzie otwarci i - choć to śmiesznie brzmi - po
      ludzku ludzcy.

      - Na uroczystość przyjechali goście z Ukrainy - wspomina Tucka. -
      Zimno, mokro, wypadałoby ich ugościć. Wiele nie musiałam prosić.
      Szkoła dała salę. Ochotnicza straż pożarna przywiozła stoły i
      krzesła. Koło gospodyń wiejskich nakryło. Miejscowy przedsiębiorca
      dołożył do poczęstunku. Ksiądz użyczył kościoła i zachęcał, by
      przyjść tłumnie, bo dla Piskorowic to wielkie święto.

      We wsi na szkole wisi dwujęzyczna tablica: "Pamięci mieszkańców
      Piskorowic i okolic narodowości ukraińskiej zamordowanych w tym
      budynku w kwietniu 1945 roku". Pod tablicą zamarznięte wieńce,
      wypalone lampki cmentarne i niewyraźne zdjęcie młodej dziewczyny,
      jednej z ofiar oddziału Wołyniaka. Ktoś przejdzie i poprawi sino-
      żółtą szarfę. Ktoś otrzepie ze śniegu biało-czerwoną kokardę. Zetrze
      szron ze starego zdjęcia, podniesie zmarzniętą różę, stanie na
      chwilkę, zemnie czapkę w garści, przeczyta, choć krótki tekst zna na
      pamięć.

      Sama krew

      Tak zapamiętał 17 kwietnia 1945 r. Jan Pucyła urodzony w Solcu
      Kujawskim: "Gdy szłem do wujka, zobaczyłem w rowie wojaka. Nie
      powiedziałem, że wujek jest Ukraińcem. »A ty jaki?« - zapytał. -
      »Polak.« - »Pokaż coś.« Pokazałem zaświadczenie od księdza Poręby.
      Ukraińcy takich zaświadczeń nie mogli otrzymać. Tego wieczora u
      wujka strychy w stajni i w stodole były pełne ludzi. Od razu
      powiedziałem o obstawie w rowach dookoła szkoły. Wujek zabronił mi
      wracać do domu, ale po jakimś czasie wysłał zajrzeć, co się dzieje
      na ulicy. Ktoś krzyknął do mnie »Jaki ty, kurwa ci mać, jesteś?«.
      Pokazałem papierek od księdza. Chyba obroniłem tym także wszystkich
      ukrytych na gospodarstwie wujka. Poszedłem do szkoły. Sama krew. Na
      strychu trupy, na dole trupy, nawet w studni. Naokoło szkoły trupy.
      Pod krzyżem koło cerkwi trupy. Porządek po tym morderstwie ludzie
      robili ze trzy dni, a może i więcej. Na polskich domach były kartki.
      Prawdziwych Polaków było może z dziesięć rodzin, a reszta -
      mieszani. Do kościoła chodziło nas dawniej 30 rodzin, razem z
      mieszanymi... Później się trochę uspokoiło, ale niedługo przyszła
      nad ranem i trwała do obiadu druga akcja. Dużo uciekło nad San, ale
      ludzie z Dębna przeprawili się łódkami i wystrzelali z karabinu masę
      ludzi. Nikt nie liczył, ile osób zostało zabitych w szkole.
      Najlepiej wiedział to milicjant. Był Polakiem, ale obstawał za
      Ukraińcami i za prawdą. Gdy się o tym dowiedzieli Polacy zza Sanu,
      spał trzy lata na cmentarzu w grobowcu."

      A tak Mikołaj Kuras z Piskorowic: "Ruski zrobił zebranie, żeby
      Ukraińcy dobrowolnie jechali na wschód. Mówili, że jak się nie
      zabiorą stąd dobrowolnie, to będą w koszulach uciekać. I tak się
      potem stało. Ludzie z różnych wsi zbierali się na placu koło cerkwi
      i koło szkoły. Spali po chałupach, w naszej też było pełno. Kogo nie
      zabili w szkole, tego zabili w krzakach nad Sanem. Zabić Ukraińca to
      było nic. Polski ksiądz w Tarnawcu podczas spowiedzi powiedział, że
      za Ukraińca nie ma grzechu... Niektórzy zabici nad Sanem leżą tam do
      teraz. Jedna kobieta z Dąbrowicy i jeszcze jedna leżą u Siewnego na
      polu. Wołos tam, gdzie został zabity - u Trojakowej na placu.
      Eliasza Koziołka matka i ciotka - u Koziołka na placu. Jednak
      większość władza nakazała pozbierać. Zwozili ich ludzie z Wierzawic
      i Dębna, którzy przyjechali do wsi zabierać majątek zabitych. Władza
      zarządziła tak, aby najpierw zwozili, a dopiero później jechali
      brać, co zechcą. Pomimo to większość ludzi zabitych nad Sanem
      wrzucono do wody."
    • tawnyroberts "Tam było tyle niewinnego cierpienia"-cz. II 07.01.08, 10:02
      Dołóżmy pamięć Hanny Harasiukowej, z domu Papa, piskorowiczanki,
      dziś żyjącej na Ukrainie: "Wystrzelali, wymordowali ludzi, małe
      dzieci. Żołnierzy z ochrony odesłali, dali im wóz i konia. Ludzie
      rękami zrywali deski z podłogi, żeby się pod nimi schować, ale i tam
      ich znajdowali i zabijali. Tylko dwóm dziewczętom udało się przeżyć:
      jedna leżała we krwi zraniona, pomiędzy trupami, druga podobnie.
      Bandyci myśleli, że są martwe. U Ukraińców nie można się było
      schować. Słyszeliśmy straszne strzały. Rano trochę ucichło. Tato
      powiedział, że pójdzie do domu dać krowom siana, jednak długo
      czekaliśmy na niego. Przyszliśmy, a tato już leżał zabity... Mama
      przytrzymała mnie za rękę i prosiła, żebym nie uciekała, bo jak nas
      zastrzelą tutaj, to będziemy leżeć razem koło siebie. Kat to
      usłyszał, zaczął mamę bardzo bić i kopać, powiedział: »Ty ukraińska
      mordo, nie umiesz po polsku mówić«. My rozmawiałyśmy po swojemu. Kat
      powiedział do mojej mamy: »Chodź, kurwo, do stodoły«. Bardzo ją bił.
      Podszedł drugi i strzelił. Mój braciszek Iwaś, który miał dziesięć
      lat, upadł i stracił przytomność po tym, co zobaczył."

      Wszyscy chcieli, żeby było lepiej

      Tablica wisi za sprawą Jana Koguta, który pomyślał, że czas
      najwyższy, by upamiętnić pomordowanych. Zrazu wpadło mu do głowy, by
      wystawić krzyż na wzgórku obok ruin cerkwi, a potem - że może pod
      szkołą; tam było najwięcej niewinnego cierpienia.

      Dlaczego tak pomyślał? Bo jako siedmioletni chłopiec widział, jak
      Wołyniak z kompanią rozstrzeliwał bezbronnych. Sam ocalał cudem: -
      Mówiłem zbrojnym wierszyk: "Kto ty jesteś, Polak mały..." Najwięksi
      mordercy głaskali mnie po głowie, czułem, jak śmierdziało od nich
      wódką.

      A za cud należy się wielkie podziękowanie. Zaś zabitym - wieczna
      pamięć, nie tylko na dnie duszy.

      No i nadszedł właściwy czas, a ten - opowiada Kogut, szorując
      grubymi palcami siwą czuprynę - nadchodzi sam z siebie i nic więcej
      nie da się wytłumaczyć.

      To wtedy zaczęły się - wspomina - te piskorowickie przepychanki.
      Kogut chciał krzyża, ale ksiądz proboszcz Wincenty Skrobacz
      przekonywał, że znak święty przed szkołą będzie w wielkim
      niebezpieczeństwie - piłka uderzy, krzyż fiknie kozła albo, co
      gorsza, złamie się. Stanęło na zdaniu księdza.

      Potem gadka z sołtysem, z radą sołecką i zaraz - wiejskie zebranie.
      I - jak powiada Kogut - ani jednej kontry, żeby upamiętnienia nie
      robić.

      - A gdzie te przepychanki?

      - Przepychali się my i przepychali - opowiada Kogut - bo wszyscy
      chcieli, żeby było lepiej: na tablicy napisać, że bezbronni,
      pomordowani w czystce narodowej, niewinni. Treść napisu ustalić -
      kłopot prawdziwy. Od takiego dążenia do lepszości wcale nie jest
      łatwiej, z tego poprawiania tylko swary.

      - W Pawłokomie, w Birczy...

      - Nie mnie sądzić, może tam ludzie inni - przerywa Kogut - bo
      niemożliwe, żeby prawdy nie znali. Mogił grodzić nie pozwalali,
      cmentarza sprzątać albo kości przenieść. U nas kwiaty na zbiorowym
      grobie ludzie zawsze kładli chrześcijańskim obyczajem. Jednako -
      tutejsi, a za nimi nowi we wsi. Co zbędnie gadać. Nie byłoby tych
      kwiatów, nie byłoby tablicy - i co? Pan myśli, że bez kwiatów prawda
      byłaby inna?

      Nikt nic nie mówił

      Jan Kogut z urzędami walczyć nienawykły i w gabinetach władzy czuje
      się nieswojo, zaś tablica - urzędowa rzecz i stosownie załatwiona
      być musi. Tym sposobem rzecz przeszła w ręce Barbary Gajewskiej,
      dyrektorki piskorowickiej szkoły.

      - Pani dyrektor natrudziła się bardziej niż ja - opowiada Kogut. -
      Nie w Leżajsku, bo tam pan wójt przychylny, ale w urzędach wyższych.
      A to treść napisu nie bardzo, bo zabitych chcieliśmy wyliczyć, a w
      urzędach nie wiedzą, ilu ich było. A to konserwator zabytków zgodę
      dać musi, bo szkoła przedwojenna. To znów pozwolenie na budowę, bo
      tablica murowana. Nie dałbym rady, a pani dyrektor od władzy do
      władzy ze cztery lata chodziła. I tym sposobem dopchali my do mety.

      Pani dyrektor ma gabinet, a w nim napis "Bóg, Honor, Ojczyzna". I -
      zdaje się - jest w tych sprawach bardzo zasadnicza.

      Opowiada: - Pan Kogut zaproponował tablicę, a ja zgodziłam się, lecz
      nie od razu, bo uznałam, że muszą być ramy prawne. Zapytałam radę
      pedagogiczną; mamy uchwałę, że tablica zawiśnie. Pomagałam w
      urzędach; nie było łatwo. Mówi pan, że mogłam się nie zgodzić, że w
      innych miejscowościach... Co w naszej tablicy, proszę pana,
      niezwykłego? Tego, co było, nikt nie odwróci. Przyjechałam tu ponad
      ćwierć wieku temu - cisza, drewniane chałupy. Zesłano mnie -
      myślałam - na koniec świata, w jakąś obcą ziemię. Kiedyś mój uczeń
      mówi: "W szkole była moja babcia. Schowała się między belkami
      powały". Przed czym się chowała? Nie miałam pojęcia. Była tu pani
      sekretarka z mieszanej rodziny. Trochę opowiadała o tutejszych
      obyczajach. Ale o tym ani słowa. Raz w komisji wyborczej ktoś coś
      wspomniał. I tyle. Kiedy więc pan Kogut pojawił się z inicjatywą,
      nie mogłam odmówić, choćby z ciekawości. Potem przejrzałam
      najstarsze arkusze ocen. Od 1945 r. nie ma ani jednego grekokatolika.

      Prawda leży na wierzchu

      Władysław Czajka - koński ogon do połowy pleców, długi, elegancki
      płaszcz, wzorzysty krawat, masywny sygnet - jest piskorowickim
      przedsiębiorcą, czyli właścicielem wiejskiego sklepiku. Kiedyś
      pracował w miejscowym domu kultury i tam zainteresował się dziejami
      wsi. Ma w okolicy poważanie, gdyż prowadzi i co nieco dokłada do
      klubu sportowego startującego w miejscowych rozgrywkach piłkarskich.
      Stanowi też jednoosobowy zespół muzyczny, a na elektronicznych
      klawiszach wygra i jeszcze zaśpiewa każdy przebój, od "Majteczek w
      kropeczki" po "Tango" Budki Suflera. Na sylwestra zebrał kilka
      zaproszeń.

      Opowiada: - Ileśmy tu mieli problemów z upamiętnieniem, mówić się
      nie chce. Dałem zlecenie na druk zaproszeń, a zrobili bez daty. To
      ja za komórkę i dzwonię, objaśniam; urwanie głowy. Mówi pan, że
      gdzie indziej bywały prawdziwe problemy? A brak daty to nie problem?
      Aha, idzie panu o zaakceptowanie prawdy? Prawda to prawda i nie
      zmieni się od akceptowania. Część rodziny mam stąd, część zza Sanu.
      Polakiem jestem bez dwóch zdań. Myśli pan, że jak jedziemy na mecz i
      krzyczą na nas "Ukraińcy", to mi polskości ubędzie? Co mają
      krzyczeć, kiedy z reguły my wygrywamy? No, czasem zdarza się i
      przegrać. O tym pan nie pisz.

      Tu zdaniem Czajki wiadomo, co się działo tamtego kwietnia. Polacy,
      mieszani, Ukraińcy - odwieczni sąsiedzi. Nie uciekną od przeszłości,
      bo jakoś czują, że to ucieczka donikąd.

      Kto wtedy ratował niewinnych - wieczna chwała, choćby nie wypinał
      piersi po ordery. Kto przyłożył rękę do zbrodni - niech mu ziemia
      lekką będzie, Opatrzność sprawiedliwie zważy winy, a na drugą szalę
      położy dobry uczynek. Bo co powiedzieć o takim R., którego rodzina
      mieszka w sąsiednich wsiach? Był milicjantem, a przyłączył się do
      leśnego oddziału, strzelał i mordował. Aż nagle - grom z jasnego
      nieba - zobaczył tamtej nocy dziewczynę i, jak opowiadają ocaleni,
      zakochał się od pierwszego spojrzenia. Wyciągnął ją ze szkoły,
      chciał się żenić, ale ona nie chciała. Lecz głowę z pogromu
      wyniosła, a R. nie mścił się za kosza, choć nie został też dobrym
      człowiekiem.

      Gdyż w ludzkich losach, co Czajka wie z całą pewnością, nic nie jest
      proste, prócz narodzin i śmierci. Prawda zaś leży na wierzchu,
      choćby o prawdę była wielka kłótnia.


      Czy to był odwet?

      Bo i o Piskorowice toczy się spór. Nie we wsi, lecz między
      historykami.

      Są tacy, którzy mówią: - To był etniczny mord. I tacy, którzy
      szukają usprawiedliwienia: - Nieprawda. To był krwawy odwet za
      pobliską Wiązownicę zaatakowaną przez UPA. (Nie zapomną użyć
      słowa "bandy").

      Jedni podają setkę udokumentowanych ofiar. Inni - dwie setki w samej
      szkole, a nawet tysiąc, jeśli liczyć tych utopionych w Sanie.
    • tawnyroberts "Tam było tyle niewinnego cierpienia" - cz. III 07.01.08, 10:12
      Jedni cieszą się z piskorowickiej tablicy. Inni biadolą, że w
      Wiązownicy o poległych Polakach - cywilach i wojskowych - świadczą
      tylko krzyże cmentarne.

      Dla jednych Wołyniak był herosem. Dla innych - małoletnim, wiecznie
      pijanym mordercą.

      Jedni wierzą relacjom, które piskorowicką masakrę datują na 17
      kwietnia. Inni mówią o dniu następnym, gdyż - ich zdaniem - 17
      kwietnia łuna gorzała nad Wiązownicą.

      Opowiada Maria Kogut z Piskorowic: - Maluńka byłam, lecz nie
      zapomnę, że zaczęli mordować z wtorku na środę. Daty nie pomnę ani
      godziny, tylko krew i trupy.

      Noc z wtorku na środę przypadła na przełom 17 i 18 kwietnia. Spór
      idzie o to, czy pierwszy strzał padł przed północą, czy po północy.
      Jeśli przed, to był mord, jeśli po - może odwet. Jakby te kwadranse
      miały jakieś znaczenie.

      Mówi ks. Wincenty Skrobacz: - Otwieram list z Rzeszowa. Znam autorkę
      i szanuję, a pisze mniej więcej tak: "Tablica, księże Wicku, to
      hańba. Niech ksiądz ratuje prawdziwą historię, niech ksiądz nie
      ulega rezunom, napisze w kronice parafialnej, że w Piskorowicach był
      rewanż, bo kto będzie wiedział, jak było, kto uszanuje patriotów
      polskich? W księdzu nadzieja."

      - I co ksiądz na to?

      - Nic, prócz modlitwy, bo za duszę tej pani trzeba się modlić jak za
      pańską. Czy to był odwet, czy nie, jakie to ma znaczenie? Niewinnie
      zamordowanym za jedno.

      - A księdza poprzednik z czasów wojny, proboszcz Poręba?

      - Na modlitwach za zmarłych wspominam jego nazwisko. Co na to wieś?
      Zmawiają "Wieczne odpoczywanie".

      Kościół do ludzi należy

      A zdawać by się mogło, że wieś winna mieć kłopot z poprzednikiem
      księdza Skrobacza.

      Jan Kogut: - Szkoły pilnowało kilku ruskich i polski politruk.
      Wołyniak kazał im dać furmanki z końmi wprost z plebanii. Nie winię
      proboszcza za to. Ale to on był panem życia, bo życie ludzi zależało
      wtedy od kwitu z parafii. A on kwitów nie dawał, bo mówił, że przed
      Bogiem kłamać nie może: Polak to Polak, a Ukrainiec - Ukrainiec.
      Przed wojną darł się z greckim księdzem o dusze, jakby dusza była
      księżowska niczym jałówka. Raz, pamiętam, we święta, chłopczyk
      malutki przestraszył się diabła w szopce, a Poręba w krzyk: o
      katechizmie zapomniał. I z godzinę mu rasizm wykładał, że chłopczyk
      pewno Ukrainiec, bo polskiej szopki się boi. I drugi raz - byłem już
      ministrantem - zasiadł proboszcz do kieliszka z mistrzem
      kominiarskim Bęcem Józefem, co zaszedł do nas aż z Sieniawy. Ten Bęc
      mówi, że u nich była krwawa niedziela, jak Niemcy wszystkich Żydów
      wystrzelali. A Poręba, że tu była krwawa środa. Po środzie nie
      zostało się już za wielu Ukraińców.

      "Wieczne odpoczywanie" zmówię, choć myślę, że nie był z proboszcza
      ksiądz, jak powinien. Na koniec życia pił; pewnie sumienie go
      gryzło. Jak tych, co po wojnie cerkiew rozebrali. Akurat do Leżajska
      zjechał Gomułka, a UB posłyszało w restauracji, że paru to się nie
      podoba. Więc kazali im zburzyć cerkiew albo iść na ubecką gościnę.
      Nic dobrego z tej rozbiórki nie przyszło. I na tego Bliszcza, i na
      Pucyłę padło nieszczęście, jakby kara boska.

      Ksiądz Skrobacz uważa, że wieści o dawnym proboszczu są takie jak
      większość wieści po latach - zamazane, przegadane, może przesadzone.
      Łatwo Poręba w parafii nie miał, bo rzymskich katolików była tu
      ledwie garstka. Za Niemca trzymał z podziemiem. Ruskich nie lubił.
      Już po wojnie ktoś go strzelił, choć możliwe, że zamach był na
      sołtysa z Kocyłówki, a proboszcz ucierpiał przypadkiem.

      Wybrał miejscowy cmentarz na miejsce ostatniego spoczynku; to też o
      czymś świadczy. No i światła, które mu palą każdego roku.

      Ważne to, co dziś. Tablica wisi, msza za zmarłych odbyła się godnie,
      w kościele. A że w innych wsiach proboszczowie nie tacy chętni, by
      użyczyć kościół na podobną uroczystość?

      - Iii - mówi ksiądz Skrobacz, przekonań raczej patriotycznych i
      narodowych. - Tam nie wiem. Ale odmówić? Jak? Kościół do ludzi
      należy.

      No i waśni "na tle narodowościowym" ksiądz Skrobacz też ma
      serdecznie dość. Lata temu mieszkańcy Piskorowic usłyszeli: kapłan
      ma stać twarzą do wiernych, a nie do ołtarza. Ci, którym nowinka
      przypadła do gustu, na tych tradycyjnych wołali: Ukrainiec. Albo na
      odwrót. Aż przywykli.

      Nie mógł tego znieść

      Po Piskorowicach Wołyniak już tylko uciekał. Podobno pił na umór.
      Niektórych jego kompanów rzeszowski sztab narodowców uznał za
      pospolitych bandytów. Lokalne dowództwo WiN - znów podobno -
      wskazało jego kryjówkę miejscowym oddziałom UPA.

      I tak krył się aż do nocy z 28 na 29 grudnia 1946 r., kiedy to w
      pobliskich Szegdach strzelił sobie w usta. Noc była śnieżna,
      pochmurna i ciemna. Zadzierski ciężko chorował; prawą rękę przeżarła
      gangrena.

      Samobójcza śmierć - napiszą biografowie Wołyniaka - była
      dopełnieniem legendy. Przez lata bezpieka szukała jego mogiły.

      Ale ksiądz Skrobacz powie: - Zabił się, bo pewnie nie mógł tego
      nieść. Jaki dwudziestodwuletni chłopak dźwignie takie sumienie?

      Paweł Smoleński

      www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4810598.html
      • krouk bardzo dobry artykuł ! 11.01.08, 12:26
        Artykuł Pawła Smoleńskiego oceniam jako bardzo dobry i potrzebny.
        Właśnie w taki sposób trzeba edukować polskie społeczeństwo, uczyć
        tolerancji i zapoznawać z mało znanymi fragmentami historii,
        szczerze i bez "ściemniania". Zresztą dziennikarze "GW": P.
        Smoleński, M. Wojciechowski i W. Radziwinowicz są ludźmi, których
        wkład w wyjaśnianie Polakom zawiłości historycznych polsko -
        ukraińskich oraz opisywanie ukraińskiej teraźniejszości jest
        naprawdę ogromny i godny największego szacunku.


        ps. może darino mógłby napisać w tym wątku coś zabawnego o
        Ukraińcach zamordowanych w Piskorowicach, tak jak zrobił to niedawno
        na forum „Podkarpacka u-Kraina” w odniesieniu do Polaków
        zamordowanych w Porycku ?

        Pod zamieszczoną tam fotografią przedstawiającą tablicę pamiątkową
        z listą nazwisk Polaków (mężczyzn, kobiet, dzieci) zamordowanych
        przez OUN-UPA darino zamieścił następujący komentarz:

        Cytuję: "...Długa lista....Pobili się o miedzę ?..." (darino)

        Moje pytanie do darina proszę oczywiście traktować jako retoryczne –
        czytam jego wpisy od dawna i dobrze wiem, że śmieszą go tylko
        zamordowani Polacy.

    • mariusz9959 Re: Piskorowice - przykład do naśladowania 07.01.08, 23:14
      Spotkałem się w niedziele z grupą Ukraińców. Była wśród nich starsza
      kobieta Ukrainka mieszkająca od urodzenia w Polsce. Wspominała 2
      grudnia w Piskorowicach (była na uroczystości odsłonięcia tablicy).
      Była pod wrażeniem postawy mieszkańców, wspominała:
      w czasie drogi z kościoła do szkoły szły obok niej jakieś dwie
      starsze kobiety i jedna mówiła do drugiej: ja byłam rano na naszej
      mszy ale teraz też przyszłam, to był straszny mord, trzeba uczcić te
      ofiary. Pani która mi to opowiadała zapytała te kobiety skąd
      przyjechały (było dużo przyjezdnych z samej Ukrainy trzy autokary)
      odpowiedziały, że są tutejsze z Piskorowic.
      Była bardzo zaskoczona zachowaniem tych kobiet: to były Polki z
      Piskorowic i tak mówiły o naszych pomordowanych.
      Od razu wspomniano o Pawłokomie i tamtej atmosferze oraz o ...
      Birczy.
      W Piskorowicach zaproszono ich do szkoły a pani dyrektor pokazała im
      klasę w której tej tragicznej nocy spały ofiary mordu.

      PS.
      Byłem dzisiaj ponownie w Piskorowicach, wszystko leży pod szkołą tak
      jak zostało położone: wieńce, kwiaty nawet zdjęcie w ramkach jednej
      z ofiar, które tam ktoś zostawił 2 grudnia.

    • tawnyroberts Piskorowice w "Telenowynach" 16.01.08, 14:43
      Na forum "Podkarpacka u-Kraina" pojawił się link do pokazanego
      w "Telenowynach" reportażu o Piskorowicach:

      www.youtube.com/watch?v=e57OdJzuw0Y
    • krouk 20.04. uroczystości w Piskorowicach i Małkowicach 09.04.08, 12:09
      20 kwietnia odbędą się uroczystości żałobne w Piskorowicach i
      Małkowicach (miejscowości w województwie podkarpackim)
      upamiętniające mordy na ludności ukraińskiej dokonane w latach 40-
      tych XX wieku. O tym dzisiaj, 8 kwietnia, ZIK został poinformowany
      przez prezesa towarzystwa „Nadsanie” Wołodymyra Seredę.

      We wspomnianych miejscowościach zostaną odprawione nabożeństwa
      żałobne w intencji pomordowanych. Dla udziału w uroczystościach ze
      Lwowa wyjedzie grupa przedstawicieli towarzystwa „Nadsanie”. Według
      słów Wołodymyra Seredy, w Małkowicach zginęło ponad 150 osób, a w
      Piskorowicach tylko w pomieszczeniu szkoły zginęło od 150 do 170
      osób i jeszcze kilkuset zamordowano na terenie wsi.

      zik.com.ua/pl/news/2008/04/08/132555
      • tawnyroberts A propos "Nadsania"... 09.04.08, 12:59
        Przedstawiciele "Nadsania" z Wołodymyrem Seredą byli także na mszy
        poświeconej Werbyćkiemu w Jaworniku Ruskim na początku marca. Co
        prawda dotarli nieco spóźnieni, bo pobłądzili i pytali mnie o drogę.
        Zawracałem ich autokar już z Huty Poręby. Widać, że to dość aktywne
        stowarzyszenie.
    • grzesiaczek1983 Re: Piskorowice - przykład do naśladowania 20.04.08, 18:56
      Jeśli chodzi o Piskorowice nikt nie napisał ile problemów było z załatwieniem
      pozwolenia na tablice.
    • krouk pomnik pojednania w Piskorowicach ? 23.04.08, 16:45
      Monument polsko-ukraińskiego pojednania może powstać w Piskorowicach

      Polska wieś Piskorowice jest dobrym miejscem na monument pojednania
      polsko-ukraińskiego”. O tym w komentarzu dla ZIK oświadczył prezes
      związku towarzystw przesiedlonych Ukraińców „Zakerzonie” Wołodymyr
      Sereda.
      20 kwietnia członkowie towarzystwa wspólnie z przedstawicielami
      Przemyskiego Oddziału Związku Ukraińców w Polsce odwiedzili
      miejscowości Piskorowice i Małkowice (województwo podkarpackie) w
      celu uszanowania ofiar tragicznych wydarzeń sprzed 63 lat. We
      wspomnianych miejscowościach zostały odprawione nabożeństwa żałobne
      w intencji zamordowanych Ukraińców. „Jest nam niezmiernie
      przyjemnie, że wspólnie z Ukraińcami uszanować ofiar przyszli
      również miejscowi mieszkańcy – Polacy. Bardzo szkoda, że nie
      spostrzegamy podobnych kroków w Pawłokomie. W Piskorowicach
      otrzymaliśmy wsparcie oraz wyrozumiałość ze strony władz i
      społeczności. I dlatego właśnie w tej polskiej wsi można wybudować
      monument pojednania dwóch naszych narodów”, - podkreślił Wołodymyr
      Sereda

      zik.com.ua/pl/news/2008/04/23/134455
      • piotrzr Re: pomnik pojednania w Piskorowicach ? 23.04.08, 21:28
        TO Pojednanie to jest stały proces - ani nie zakończony ani nie zamknięty w
        czasie - więc po co stawiać mu pomniki które nikogo nie zadowolą i nie zaspokoją
        urazów??
        Pomniki dotyczyć powinny albo bohaterom przeszłości albo niewinnym ofiarom tej
        przeszłości !!
        Według mnie ważniejszym problem jest przemiana świadomości ludzkiej - gdzie obok
        pamięci o tragicznej przeszłości jest bardziej ważna teraźniejszość i przyszłość.
        W pełni zdaję sobie sprawę, że nie odtworzy się zburzonych cerkwi, nie przywróci
        sie do życia wymarłych ukraińskich (w tym łemkowskich) wiosek, tak jak nie
        przywróci do życia Polaków na tzw Kresach.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka