madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:51 Gumiennik lub owinnik – w wierzeniach słowiańskich demon zamieszkujący gumno i opiekujący się składowanym w nim zbożem. Miał wygląd małego dziadka z długimi włosami, brodą i wąsami. Umiał szczekać jak pies i zamieniać się w kota. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:00 Rozgrzebywała groby i rozrzucała kości, najczęściej tych, którzy zmarli nagłą śmiercią. Napotkanych ludzi łapała i próbowała zaciągnąć w mogiły. Ubrana była w długą, czarną suknię. Miała połyskujące, białe zęby. Uzbrojona była w długie pazury. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:18 Ze Zgorzelca pochodzi legenda o Żmiju pieniężnym, który miał opiekować się skrzynką z pieniędzmi stojącą na schodach kościoła św. Piotra. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 22:56 Diabeł i niedźwiedź Niedaleko Toszka wznosił się kiedyś wiatrak, do którego wszyscy przyjeżdżali po mąkę na żur. Ale młynarz nie miał łatwego życia. Nocami wciąż przychodził do niego pewien diabeł i płatał mu różne figle — a to rozdmuchał mąkę, a to worki przedziurawił, zawsze coś napsocił. Pewnego razu koło młyna przechodził Cygan z niedźwiedziem na łańcuchu. Cygan poprosił młynarza, żeby mógł przespać u niego jedną noc. Młynarz pozwolił, a Cygan zabrał ze sobą do izby również niedźwiedzia. Traf chciał, że właśnie tej nocy znowu zjawił się diabeł. Jak tylko otwarł okno, leżący pod nim niedźwiedź zaczął ryczeć i nagle ukazał się diabłu w oknie. Diabeł tak się przeląkł, że uciekł i nie pokazywał się przez calutki rok. Dopiero po tym czasie wrócił i zaraz na wstępie spytał młynarza, czy ma jeszcze tego strasznego kota. Sprytny młynarz powiedział, że owszem. Właśnie ostatnio kot okocił się i ma kilka młodych, które są jeszcze gorsze od tego starego. Od tego czasu diabeł już nigdy nie zjawiał się koło starego wiatraka, a ludzie długo jeszcze przychodzili do młynarza po mąkę na dobry śląski żur. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:06 O muzykalnym diable W Knurowie przy ulicy księdza Alojzego Koziełka stoi apteka Świętej Barbary. Nie wszyscy znają diabelską historię zwią- zaną z tym miejscem. A było to tak. Apteka Szulca znana była w całej okolicy. Wybudowano ją na początku XX wieku w samym centrum naszej miejscowości, niedaleko kościoła, zamku i szkoły „organistówki”. Schodzili się tam ludzie z całej „kolonii”. Aż tu naraz w aptece pojawił się diabeł. A że aptekarz nie chciał oddać mu swojej duszy i podpisać cyrografu, diabeł zaczął za dnia straszyć — trzaskał, piszczał, huczał, skrzypiał. Aptekarz nie mógł sobie z nim poradzić, a ludzie — gdy się o tym dowiedzieli — przestali przychodzić. O diabelskich wyczynach dobrze wiedział stary ślusarz, który mieszkał na samej górze budynku. Za dnia szlifował, a wieczorem pięknie grał na skrzypcach. Codziennie diabeł przystawał przy jego drzwiach i słuchał muzyki, a przy tym podśpiewywał. Pewnego dnia, gdy tak słuchał grania, ślusarz go zauważył i zaprosił do siebie. Obiecał, że może go uczyć gry na skrzypcach. Diabeł z radości podskoczył, aż się zatrzęsła podłoga. Ślusarz włożył mu skrzypce w łapy, ale diabeł miał tak długie pazury, że nie potrafił dobrze chwycić instrumentu. Trzeba było spiłować pazury. Ślusarz włożył je w imad- ło i mocno ścisnął. Diabeł zaczął się rzucać, stękać, przeklinać, ale nie mógł się ruszyć z miejsca. Wiedział, że ślusarz go przechytrzył. Musiał mu obiecać, że już nigdy nie będzie straszyć w aptece. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:40 Według przekazów, jest to stara, brzydka kobieta, czasami z chustką na głowie i prawie zawsze z miotłą. Wiedźmy często rzucały zły urok, dlatego starano się nie patrzeć im prosto w oczy. Najczęściej jednak psuły lub odbierały krowom mleko — np. dojąc sznur wiszący na płocie sąsiada lub idąc o świcie jego miedzą i ciągnąc worek, co powoduje „przechodzenie mleka na krowę czarownicy”. Czarownice potrafiły również podporządkowywać sobie pewne zwierzęta — najczęściej koty i gawrony. Uważano też, że wiedźmy rozmawiały z diabłami, a uciekając przed kimś, potrafiły zamieniać się w żabę lub ćmę. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:46 Starzy ludzie opowiadają, że niegdyś widywano w tym miejscu dziwne, migające światła, jakby ktoś chodził z zapalonymi świecznikami. Późnymi wieczorami słychać było różne jęki i szurania. Ludzie wiedzieli, że tam straszy. Gdy gospodarze jechali tamtędy końmi na swoje pola, w tym miejscu konie stawały i nie chciały dalej iść dopóty, dopóki gospodarz nie przeżegnał się albo nie ukląkł i nie pomodlił się. Pewnego dnia jeden z gospodarzy późno wracał do domu, zasiedział się w Toszku i zapadł już całkowity mrok, gdy dojeż- dżał do tego strasznego miejsca. Naraz kichnął. Wówczas stanęła przed nim jakaś postać i powiedziała: „Daj ci Boże zdro- wie”, na co gospodarz grzecznie odpowiedział: „Bóg zapłać”. Wtedy ta zjawa bardzo się uradowała i rzekła: „Od prawie trzystu lat czekałem na takie słowa!”, a potem opowiedziała swoją historię: „Byłem kościelnym i nigdy nie dziękowałem ludziom za ofiarę „Bóg zapłać” i za to zostałem ukarany. Nie mogłem zaznać spokoju wiecznego, aż ktoś mi nie powie „Bóg zapłać”. Teraz już będę mógł spoczywać w pokoju”. Gdy ludzie się o tym dowiedzieli, postawili w tym miejscu krzyż. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:18 Początkowo uważano je za demony negatywne, choć niezbyt szkodzące ludziom, bądź za demony opiekuńcze domu (zwłaszcza na Mazowszu i Pomorzu). Po przyjęciu chrześcijaństwa uznano je za diabły utrzymujące kontakty seksualne z ludźmi. Z czasem słów latawiec, latawica zaczęto używać z tego powodu na określenie osób rozwiązłych Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:42 Wierzono, że utopce to pierwotni aniołowie, strąceni z nieba za swoją pychę i butę. Ci, którzy spadli w piekielne czelu- ście, stali się diabłami, ci, którzy wpadli do wody — utopcami. Znana jest też inna geneza utopków — niektórzy widzieli w nich pokutujące dusze topielców. Czasem utopka wyobrażano sobie jako „małego chopka”, innym razem jako „chude- go, wysokiego chłopa w długiej kapocie”, ale zwykle nosił kapelusz, z jego ubrania ciekła woda, a palce jego dłoni i stóp były zrośnięte błoną. Występował też pod postacią czarnego psa siedzącego w miejscu, gdzie ktoś utonął lub robaczka świętojańskiego wabiącego w niebezpieczną toń. Utopce były demonami śmiertelnymi — mógł zabić je piorun. Mieszka- ły zazwyczaj w pobliżu bagien, w trzcinach, w starych opuszczonych młynach. Bywały groźne i złośliwe, ale znaczna część opowieści traktuje je jako „demony obłaskawione”, które — gdy je traktować grzecznie i z należytym respektem — żyją w zgodzie z ludźmi, a nawet im pomagają. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:49 Nieborowice leżą nad rzeką Bierawką. Dawniej, kiedy chłopcy paśli krowy, kozy, owce, dla rozrywki kąpali się w rzece. Zdarzało się, że podczas kąpieli nagle powstawały duże fale. Chłopcy wyskakiwali z rzeki, ale nie mogli znaleźć swoich ubrań. Wtedy słyszeli dochodzący z wody głośny śmiech. Swoje ubrania znajdowali na pobliskich drzewach lub krzewach. Jeszcze dziś ludzie opowiadają historie o utopkach, które słyszeli od dziadków i pradziadków. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 18:49 Utopek najpierw mieszkał w Knurowie koło mostku Knurowianki za stawem Lorenca (dziś i staw, i Knurowianka zniknęły pod ziemią, a w tym miejscu powstał park). Był złośliwy i przez mostek przepuszczał tylko mężczyzn. Kobiety ściągał z mostku do wody albo taplał w błocie. Nawet gdy kobieta szła z mężem, to coś rzucał jej pod nogi albo obrzucał błotem. Utopek zawziął się też na mężczyzn, którzy wracając z gospody u Lorenca albo kopalni skracali sobie drogę przez podmo- kłe Lorencowe łąki. Do północy pozwalał im przechodzić, ale jak któregoś spotkał później — już mu nie darował. Potem utopek przeniósł się pod most niedaleko chałupy Kuczery. Spokorniał i zmienił się bardzo — mówią, że to stary Kowol go oduczył straszyć ludzi. Utopek uwielbiał buty — gromadził je i naprawiał pod mostem. Dzieci idąc do szkoły często słysza- ły stukanie utopka i wtedy szybko biegły drogą — byle minąć most. Z nastaniem zimy przychodziły na utopka ciężkie cza- sy. Wtedy utopek szedł do gospodarzy — Kwitka lub Lończyka i mówił: „Dejcie mi hyrtom-pyrtom, a jak sie wypyrtom, to wom za tyn hyrtom przipyrtom”. Starzy gospodarze wiedzieli, że chodzi o „tragacz” (wózek na dwóch kółkach do przewo- żenia trawy i zielska). Utopek wrzucał buty do tragacza i spod mostku przeprowadzał się na strych Kuczery. Gdy Kuczera znajdował na podwórzu porzucony tragacz, wiedział, że ma gościa w domu. Utopek nikomu nie przeszkadzał — czasami tylko Kuczera słyszał stukanie. Musiał się jednak pilnować, żeby nie pić wódki, bo wiedział, że utopki nienawidzą pija- ków. Utopek za to, że mógł przezimować u Kuczery, bawił się z dziećmi. Niekiedy stara Kuczerka przez drzwi słyszała, jak w izbie, gdzie zostawiła dzieci same, rozlegają się śmiechy i żarty. Dzieci łapały utopka za długie zielone włosy, zdejmo- wały mu czerwoną czapkę, szczypały go w zielony nos i klepały po brzuchu. Utopek zaśmiewał się i majtał ubranymi w czerwone rajtuzy nogami. Jak tylko Kuczerowa wchodziła do izby, utopek uciekał — tylko deski podłogi skrzypiały. Kiedy przychodziła wiosna i robiło się ciepło, Kuczera pożyczał tragacz i wystawiał go na podwórze. Potem znajdował go pod mostem. Wiedział już, że utopek się wyprowadził. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 18:57 Demon ten pojawiał się w okresie dojrzewania zbóż, najczęściej w samo południe. Południce były różnie opisywane, przeważnie jako kobieta odziana w białe lub błękitne szaty z chustką zawiązaną pod szyją, która nie reagując na nic idzie przed siebie. Południca zjawiała się zwykle w pierwszej popołudniowej godzinie, najczęściej w bezchmurne i gorące dni. Jeśli była bardzo zła, wtedy dusiła ludzi, skręcała im karki, łamała ręce i nogi. Czasem zaś tylko straszyła, a tych, którzy nie mieli przy mocnym słońcu nakrycia głowy, przyprawiała o ból nie do wytrzymania. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:25 Legenda mówi, że w lasach nad Kłodnicą nasi przodkowie wydobywali rudę potrzebną do wytopu żelaza. Pomagał im w tym jednorożec, który kopał zawsze tam, gdzie znajdowała się ruda. Robotnicy czekali na jego znak. Pewnego razu jednorożec, zamiast jak zwykle kopać, ze smutkiem powiedział: „Rudy nic”. Zawiedzeni robotnicy przenieśli się zatem w inne miejsce, a ci, którzy zostali, osiedlili się, zaczęli uprawiać rolę i nazwali swoją osadę „Rudziniec”. Za starego piyrwy nad Kłodnicōm bōły przepiykne lasy. Nasze starziki wydobywali downo, downo tymu ruda potrzebno do wytopu żelaza. Pomogoł im w tym jednorożec, kery kopoł zowdy piyrszy tam, kaj bōła ruda. Robotniki sztyjc czekali na jego przizwoleni. Roz jednorożec narozki pedzioł: „Rudy nic”. Robotniki — wol niy wol — musieli sie przekludzić na inksze miejsce. Ci co łôstali tu — zaczli być pampōniami, a wsi dali miano „Rudziniec”. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 20:01 Dawno, dawno temu toszecki zamek zamieszkiwał hrabia von Gaschin. Był bardzo bogaty. Ożenił się z ubogą, lecz bardzo piękną i szlachetną panną z podprudnickiego dworu. Młoda żona od razu nie spodobała się służbie. Była wyszydzana i na każdym kroku jej dokuczano. Dziewczyna czuła się w zamku bardzo samotna, nie mogła się przyzwyczaić do bogactwa i przepychu nowego domu oraz do nieszczerości swoich sług. Jej żal wzmagały częste wyjazdy męża za granicę, w których nie mogła brać udziału. Przed jednym z takich wyjazdów młoda małżonka obwieściła swemu wybrankowi, że właśnie spodziewa się potomka. Szczęśliwy mąż, żegnając się z wylęknioną żoną, z radości na wieść o dziecku podarował jej wspaniały rodzinny klejnot przekazywany z pokolenia na pokolenie. Była to naturalnej wielkości złota kaczka siedząca na jedenastu złotych jajach, z których każde podobno wypełnione było kosztownymi dukatami. Hrabina bardzo się ucieszyła z prezentu, który miał umilać jej godziny rozstania z mężem. Minęło kilka tygodni. Pewnej marcowej nocy 1811 r. sen hra- biny przerwała łuna światła. Okazało się, że wybuchł bunt służby i zamek stanął w ogniu. Wszyscy zdążyli uciec z budynku, młoda pani pozostała sama. Przerażona nie wiedziała, co robić, bo ogień wdzierał się już do jej komnaty. Nie mogła uciec głównym wyjściem, gdyż żar i dym z płonącej klatki schodowej podchodziły coraz wyżej. Nieszczęsna hrabina, zalewa- jąc się łzami, oparła się o konsolkę stojącą pod lustrem. Nagle jedna ze ścian drgnęła i odsunęła się, ukazując tajemne schody do podziemi. Hrabina odruchowo złapała złotą kaczkę stojącą na sekretarzyku i zbiegła w dół. Długo błądziła po mrocznych korytarzach, coraz bardziej zmęczona i głodna. Wreszcie zobaczyła światło. Ostatkiem sił dobiegła do owej jasności. Wtedy okazało się, że od zbawiennego wyjścia dzielą ją metry nie do przebycia bez drabiny. Okienko było tak wysoko... Dziewczyna bezskutecznie przez długie godziny wołała o pomoc. Wreszcie zziębnięta i zrezygnowana zaczęła głośno płakać. Łzy pociekły na złotą kaczkę, która pod ich strumieniem wyszła z koszyka i zaczęła pływać we łzach swej pani. Hrabina niestety umarła z wycieńczenia i głodu, a złota kaczka prawdopodobnie nadal pływa gdzieś w podziemiach i pilnuje szczątków swej pani. Za starego piyrwy na zōmku we Toszku miyszkoł hrabia von Gaschin. Hrabia bōł fest bogaty. Ôżyniōł sie zaś ze ubogōm, ale bardzo gryfnōm i grzecznōm frelkōm ze podprudnickigo dwora. Młodo pani jednakowōż niy spodobała się sużbie. Ôbgadywali jōm, pośmiywali sie śni, robiyli ji nasprzyk — mieli jōm za ciućmoka. Beztōż tyż czuła sie źle na zōmku. Mierziło jōm bogactwo ślubnego i cygaństwo sużōncych. Jeji chop ciyngym jeździōł fōrt i ôstowała sama we dworze. Roz przed wyjazdym pedziała mu, że jest przi nadzieji. Chop się ucieszōł, był tak bardzo rod, że bydom mieli potomka, że przi pożegnaniu doł ji gyszynk — familijny klejnot. Bōła to złoto kaczka, co siedziała na jedynastu złotych jajcach. Kożde jajco nafilowane bōło złotymi dukatami. Kaczka bōła jak prawdziwo. Hrabina wiedziała, że chop ji fest przaje i bardzo bōła rada gyszynkowi. Za pora tydni, we marcu, w nocy 1811 roku ôbudziyła jōm flama. Cołki zōmek się polōł, a zbuntowano sużba uciykła. Pani ôstała sama i niy wiedziała, co robić, bo flama ôgnia bōła już kole jeji izby. Niy miała keryndy uciekać. Niyszczynsno hrabina wołała retunku i na ôstatni driker oprzyła sie ô szranczek pod zdrzadłym. Narozki jedna ściana sie ôtwarła. Pokozały sie tajne schody do jakiś pywnice. Hrabina łapsła złoto kaczka i poleciała schodami na dōł. Dugo bamonciyła po lochach, a bōła corozto bardzi usztuchano i miała głōd. Ôroz uwidziała światło. Durś ufuczano doleciała do tych jasności, ale bez drabiny niy mogła sie dostać do wyńścio. Ôkno bōło za wysoko. Pani dugo i podarymnicy wołała ô pomoc. Na koniec zmarzniono i słabo zaczła ślimtać, a płaczki ślatowały na złoto kaczka. Naroz złoto kaczka wylazła ze koszyka i zaczła pływać we płaczkach swoji pani. Hrabina jednak niy ôbstoła i umrzyła, a złoto kaczka dali pływo kańsik we lochach i dowo pozōr na szczōntki swoji pani. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 20:13 Dawne przekazy mówią, że jeden z właścicieli chudowskiego zamku, nie znany bliżej z imienia rycerz, kiedyś wybrał się do Czech i poznał tam przecudnej urody kobietę — podobno zakonnicę. Zakochał się w niej szaleńczą miłością. Dziewczy- na odwzajemniła jego uczucie i zgodziła się na ucieczkę z klasztoru. Przybyła z rycerzem do Chudowa, gdzie pobrali się i zamieszkali w zamku. Nie było to jednak w porządku względem Boga, więc spadła na nich kara — młoda żona szybko zachorowała i niedługo potem zmarła. Pogrążony w bólu i rozpaczy mąż pochował ją na pobliskim cmentarzu. Podobno już pierwszej nocy po pogrzebie duch pięknej pani zjawił się w zamku i od tej pory co noc odwiedzał męża, skarżąc się jednocześnie, że trudno jej dojść do domu ze względu na czyhające wszędzie wilki i gąszcz lasu. Wobec tego zakochany małżonek wybudował tajemne przejście łączące zamek z grobowcem. Po jego śmierci kobieta przychodziła do zamku nadal. Prawdopodobnie jest to pokuta, która trwa do dziś i dlatego niektórzy z turystów odwiedzających zamek spotykają piękną, ale smutną kobietę w czerni, która snuje się tu, żałując za swoje grzechy. Ma też zamek swoją Białą Damę. Nazywała się Julianna. Od kolebki przeznaczono ją bogatemu hrabiemu. Okazało się jednak, że 16-letnia hrabianka pokochała garderobianego. Rozgniewany hrabia zgładził go, Juliannę zaś w sukni ślubnej zamurowano żywcem. Jej duch do dziś w białej szacie błąka się podobno w okolicy zamku. ••• Starzi ludzie godajōm, że jednym ze właścicieli chudowskigo zōmku, bōł rycerz,kery kedyś pojechoł do Czech i tam poznoł przepiykno frela — mi sie zdo klasztorno panna. Rozmiyłowoł sie w ni bez pamiyńci. Frela bōła mu rada i przistała na to, coby pitnōńć ze klasztora. Przijechała ze rycerzym do Chudowa. Tam ôżyniōł sie z niōm i zamiyszkali we zōmku. Ale to niy bōło tak jak Pōnbōczek przikazoł i bezto ciynżko jich pokoroł. Modo baba łod rycerza zaniymogła i umrzyła. Rycerzowi prawie syrce pynkło ze bōlu. Pochował jōm na kerchowie. Ludzie godajōm, że już we piyrszo nocka po pogrzebie duszycz- ka gryfny pani prziszła do zōmka i potym co nocka chodziła na byzuch do ślubnego. Godała mu, że ciynżko ji przichodzić, bo sōm w chaszczach wilki. Rycerz prziszoł po rozum do gowy i wybudowoł podziymny loch, kerym szło dōńść ze kerchowa do zōmku. Jak rycerz umar, to pani jeszcze przichodziła do zōmku. To bōła do ni pokuta. Jeszcze terozki, łowdy kedy idzie trefić sie ze ôbleczonōm po czornu babōm, kero sie tu szwyndo i żałuje za grzychy. Zōmek mo tyż swoja Bioło Dama — Julianna. Ôd kolybki miała wybranego chopa, kerym był hrabia. Jak miała ôna szesnoście lot, to przisiyngła miłość zōmkowymu sużōncymu, kery zajmowoł sie szatami. Znerwowany hrabia zabił go, a Julianna zamurowoł żywcym w zōmku. Jeji duch do dzisiej w bioły szacie łazi wele zōmka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:41 Pomiędzy wsiami Chechło i Łany toczyły się spory o budowę kościoła. Żadna wieś nie chciała ustąpić, toteż w końcu uradzono, że kościół powstanie między wsiami. Zebrano materiały budowlane i posta- nowiono rozpocząć budowę, ale po przyjściu na miejsce okazało się, że wszystkie zgromadzone cegły, cement, wapno i kamienie zniknęły. Na placu przyszłej budowy pozostał tylko jeden wielki głaz. Wtem zgromadzeni ujrzeli małego raka, który wszedł pod kamień i zaczął go nieść w stronę Chechła. Zdziwieni mieszkańcy obu wiosek poszli za nim i zobaczyli, że rak przeniósł w ciągu jednej nocy cały zgromadzony przez nich materiał budowlany. Był to niechybnie znak, że to właśnie w Chechle powinni wybudować świątynię. Tak się też stało i do dziś w Chechle stoi przepiękny kościół pod wezwaniem św. Walentego — patrona wszystkich zakochanych. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:53 Przez las w Rudzińcu, tam gdzie stoi ocalały po wielkim pożarze krzyż, biegła droga, którą pielgrzymi szli na Górę Świętej Anny. Przy drodze stała karczma. Pewnego razu zatrzymała się przy niej pielgrzymka. Ludzie oparli krzyże, chorągwie i figury o ściany i weszli do środka dla rozrywki i ochłody. Położyli modlitewniki i różańce na stoły, raczyli się piwem i dobrym jedzeniem. W głowach zaszumia- ło, muzyka zagrała, niejeden brzydkie słowo rzucił. Nagle zerwał się wiatr, zahuczało, błysnęło i zaczął padać ulewny deszcz. Z wielkim trzaskiem ziemia się rozstąpiła i kar- czmisko wraz z pielgrzymami zapadło się pod nią. Do tej pory przy drodze na łące, niedaleko drewnianego krzyża, który ocalał po wielkim pożarze, znajduje się wgłębienie, a spod ziemi słychać jęki grzeszników. Nie pamiętali oni o tym, że najpierw powinności, a później przyjemności. W Rudzińcu we lesie stoi krziż. To tam sie zatrzimoł wielki pożar. Kole krziża, drogōm leśnōm chodzili pōntniki na Góra Świynty Any. Kole drōgi stoła gospoda. Jedyn roz pōńć zatrzimała sie przi tyj karczmie. Pōntniki oparli krziże, chorōngwie i figury, kere niyśli, ô ściana i wleźli rajn do gospody. Położyli ksiōnżeczki do rzykanio i rōżańce na stoły, zaczli pić piwo i jeść. W gowach im sie zawrōciyło, muzy- kanty grali, a niyjedyn łowdy kedy zapieroniōł. Narozki blyskło, zahuczało, zaczło loć. Ze srogim larmym ziymia sie ôtwarła i gospoda ze pōntnikami pod nia sie zapadła. Ôd tego czasu na łōnce, kaj stoji krziż, kery sie ôstoł po wielkim pożarze, jest srogo ducka, a spod ziymi nikerzy słyszōm jynk grzysznikōw. Boroki, zapomnieli sie, że nojprzōd trza dbać ô powinności, a potym myśleć ô przijymnościach. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:59 Skrzak - inna nazwa to skrzek. Według wierzeń z terenu Wielkopolski demon opiekuńczy, dbający o gospodarstwa. Jest uważany za negatywnego demona, ponieważ po śmierci swego pana zabierał jego duszę. Jego siedzibą było ognisko a do domu wchodził przez komin. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:09 Na noc pozostawiano duszkom jedzenie w małych miseczkach. Szczególnie w czasie świąt gospodarze starali się być dla nich hojni. Ulubionym pożywieniem skrzatów było mleko, miód oraz ser, chociaż wśród mazurskich kłobuków za największy przysmak uchodziły kluski. W rewanżu duszki opiekowały się dziećmi, zamiatały izbę, a w niektórych regionach – szły do pracy w polu i zajmowały się obrządkiem bydła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 11:35 Postać pochodząca z folkloru niemieckiego, obecnie często spotykana w literaturze fantastycznej i grach fabularnych. Dawni niemieccy górnicy uważali, że koboldy ukradkiem zamieniają srebro na uważane wtedy za bezużyteczne nikiel, kobalt, wolfram. Stąd pochodzi nazwa kobaltu Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 11:40 Koboldy występują też w świecie Warcrafta. Są tam małymi stworzeniami zamieszkującymi głównie podziemia. Poruszają się ze świecami na głowach i łopatami lub kilofami. Prawdopodobnie są dobre w poszukiwaniu skarbów. Największym z nich był Noggrin Onetooth zamieszkujący okolice miasta Durotar na kontynencie Kalimdor. Został zabity przez Rexxara, Czempiona Hordy. Koboldy mówią często choć ich język jest mało znany. Mogły one również zostać szamanami, lecz ich zaklęcia nie były potężne. Noggrin Onetooth posiadł wystarczającą moc magiczną, aby miotać ogromne ogniste kule na swych wrogów. Odpowiedz Link