Gość: Cep
IP: *.aster.pl
15.10.04, 10:24
Od ataku na WTC koncept "międzynarodowego terroryzmu" ułatwia życie kilku(nastu) rządom: nie muszą już odtąd załatwiać własnych wewnętrznych konfliktów w drodze negocjacji i kompromisów. Decydując się na twarde rozwiązania mogą liczyć na tolerancję i zrozumienie ze strony opinii światowej. Co więcej - uważają, że mają prawo domagać się wyrazów solidarności z prowadzoną przez siebie polityką wobec mniejszości; kraje, instytucje czy osoby, które uchylałyby się od demonstrowania solidarności, mogą oczekiwać oskarżeń o sprzyjanie międzynarodowemu terroryzmowi.
Pozostaje pytanie: czy Al-Qaida organizuje w skali światowej zamachy z tych samych powodów, z jakich organizują je Ujgurowie w chińskim Turkiestanie? Kaszmirczycy w Indiach? Czeczeni w Rosji? Palestyńczycy w Izraelu? (Ta lista nie jest kompletna.)
Ktoś powie, że pytanie jest idiotyczne. Widać przecież gołym okiem wspólny mianownik - islam. Al-Qaida, ruchy Ujgurów, Kaszmirczyków, Czeczenów, Palestyńczyków to przejawy tego samego zjawiska: globalnej walki islamskiego fundamentalizmu z zachodnią cywilizacją.
Ale można, a nawet trzeba dostrzec inny wspólny mianownik. Walka Ujgurów, Kaszmirczyków, Czeczenów, Palestyńczyków to walka o samostanowienie, nawet narodowe przetrwanie. Nie walka z zachodnią cywilizacją. Trudno uznać Indie, Chiny, Rosję czy Izrael za tożsame z zachodnią cywilizacją - mimo że w takich czy innych aspektach ustrojowych z nią własnie się utożsamiają.
Uważam osobiście, że świat nie ma szansy w walce z "międzynarodowym terroryzmem", jeśli nie będzie prowadził jej dwutorowo. Z jednej strony ostra kampania, z użyciem wszelkich dostępnych środków, łącznie z militarnymi, przeciwko działającym w światowej skali organizacjom terrorystycznym, takim jak Al-Qaida. Z drugiej strony wywieranie wszelkich dostepnych form nacisku na rządy krajów odwlekających w nieskończoność pokojowe rozwiązanie własnych, lokalnych konfliktów i stosujących dla zagwarantowania pełni własnej władzy cała gamę form przemocy.
Bez tego staniemy się świadkami samospełniajacej się przepowiedni. Za kilka - kilkanaście lat moze się okazać, że odosobnione dziś jeszcze ogniska lokalnych (zatem wciąż rozwiązywalnych) konfliktów połączą się w jednolity front walki z resztą świata.
Ideologów twierdzących, że tak musi się dziać, bo tego rodzaju proces podziału świata jest zgodny z logiką rozwoju świata, już dziś nie brakuje. Są po obu stronach budowanej przez siebie barykady. Są dla świata równie niebezpieczni.
O zjawisku wykorzystywania wojennej retoryki przez "naszą stronę" wypowiedział się niedawno S. Huntington:
<< Retoryka "Z nami lub przeciw nam" miała katastrofalne skutki. Odkąd Bush wypowiedział te słowa, wszystkie wojny między muzułmanami i niemuzułmanami wpychane są w schemat "zderzenia cywilizacji". Od Czeczenii poprzez Afrykę aż po Filipiny rządzący wykorzystują stwierdzenie Busha jako pretekst do rygorystycznego zwalczania nielubianych mniejszości. Twierdzą przy tym: "My także zwalczamy ekstremistów i też bierzemy udział w amerykańskiej wojnie z terroryzmem". >>
Analiza zjawiska manipulowania słowami w kontekście Bliskiego Wschodu, a konkretniej - Izraela, w ważnym artykule, zamieszczonym we wczorajszym Haaretzu.
Definition as a matter of life and death
By Yossi Sarid
Wyjątek:
<< These definitions by politicians and the media are usually not random and innocent. U.S. President George Bush presents terror as an international phenomenon, all cut from the same cloth, and it is of course no coincidence that the president of Russia and the Israeli prime minister are adopting the same position.
They are being deliberately misleading. It's true that malicious terror and its murderous expressions are identical everywhere - in Iraq, in Chechnya, in Pakistan, in Afghanistan, in Egypt and in Israel. The rotten fruit of terror looks like the same fruit, but the roots of terror are not necessarily the same roots. Terrorists blow up both here and there, and ostensibly there is no difference between them. But there is a difference nevertheless, and if we don't definite it precisely, the struggle against terror will miss its real mark.
Osama bin Laden and his organization have launched a kulturkampf against the entire Western world, a war that is one of the most evil in the history of mankind. They are determined to destroy anything that is not Islamic according to their fanatic definition. They are not waging a struggle for territory; all the world is their stage for murder, and the end defiles all the means.
That is not the situation in Chechnya, nor is it the situation here. In Chechnya they are fighting for self-determination. The terror being enlisted in this war is also intolerable and unforgivable, because harming civilians is always wrong, but a different approach to the Chechen problem on the part of President Putin might change the terrible situation. Nor does the Palestinian problem dictate a bin Laden version of Armageddon, and a different approach on the part of Prime Minister Sharon is likely to change our life here for the better.
It is no coincidence that Bush, Sharon and Putin are lumping all the terror together into one package. It's easier and simpler for them to handle a "package" than for each of them to make an effort to handle the difficult and unique problem with which he is faced: Bush in Iraq, Putin in Chechnya and Sharon in the occupied territories. Helpless leaders will always prefer a "world war" in order to evade their responsibility for locating the flame, containing it, and eventually even extinguishing it. >>