wojo1111
19.10.04, 16:37
Bij albo płać
Tygodnik "Wprost", Nr 1142 (17 października 2004)
Zatraciwszy instynkt samozachowawczy, Europa znajdzie się pod butem Arabii
Daniel Pipes
Dyrektor Middle East Forum, niezależnej instytucji naukowej doradzającej
rządowi USA
Dwa terrorystyczne dramaty rozpoczęły się w Iraku tego samego dnia. 19
sierpnia 2004 r. dżihadyści porwali dwunastu nepalskich robotników oraz dwóch
francuskich reporterów. W obu historiach uderza bezsilność, którą odczuwali
rodacy porwanych, i sposób, w jaki odpowiedzieli na uprowadzenie.
Grupa nepalskich kucharzy, dozorców, pracowników pralni i innych robotników
została porwana zaraz po przekroczeniu granicy jordańsko-irackiej przez
stosujące przemoc ugrupowanie Ansar al-Sunna. 31 sierpnia w Internecie
pojawił się czterominutowy film wideo pokazujący ich egzekucję.
Odwet
Odpowiedzią były ataki na mniejszość muzułmańską w Nepalu. 31 sierpnia setki
rozwścieczonych młodych mężczyzn otoczyło jedyny w Katmandu meczet,
obrzucając go kamieniami. Zamieszki nasiliły się następnego dnia, kiedy na
ulice wyszło około 5 tys. demonstrantów, wznosząc okrzyki: "Chcemy
zemsty", "Ukarać muzułmanów" i "Precz z islamem". Niektórzy zaatakowali
meczet ponownie, splądrowali go, w końcu podpalili. Setki egzemplarzy Koranu
wyrzucono na ulice, część spalono.
Uczestnicy rozruchów zniszczyli także inne muzułmańskie placówki w stolicy, w
tym ambasady i biura linii lotniczych należące do krajów o większości
muzułmańskiej. Celem ataków stała się też muzułmańska stacja telewizyjna oraz
prywatne domy. Tłum złupił nawet agencje pośrednictwa, które werbowały
Nepalczyków do pracy na Bliskim Wschodzie.
Kres przemocy położyło ogłoszenie godziny policyjnej z prawem do strzelania
na miejscu. Wymusiło ją wojsko, wytaczając przeciwko demonstrantom samochody
pancerne i ciężarówki z uzbrojonymi żołnierzami. W starciach zginęło dwóch
demonstrantów, 50 zostało rannych. Raniono 33 policjantów, a straty
materialne wyceniono na 20 mln dolarów.
Kapitulacja
Reakcja Francji była skrajnie odmienna. Groźby zamordowania dwóch reporterów
spotkały się z odpowiedzią francuskiego rządu, próbującego ich uratować.
Celem tych wysiłków nie było jednak wystąpienie przeciw francuskim
muzułmanom, lecz zabieganie o ich poparcie. Paryż usilnie popychał lokalnych
fundamentalistów islamskich do potępienia porwań, mając nadzieję, że ich głos
przekona terrorystów do uwolnienia uprowadzonych Francuzów.
W tym czasie organizacje islamskie we Francji faktycznie przejęły kontrolę
nad polityką zagraniczną kraju, wydając oświadczenia i zachowując się tak,
jakby to one reprezentowały cały naród. Bertrand Badie z Institut d`Etudes
Politiques w Paryżu skarży się, że francuscy muzułmanie stali się "czymś w
rodzaju namiastki francuskiego MSZ".
Podobnie było na forum międzynarodowym. Oficjalnie Paryż powoływał się jak
dziecko na to, że Francja stała po stronie Arabów w konflikcie z Izraelem i
opowiadała się, wraz z Saddamem Husajnem, przeciw koalicji pod wodzą USA.
Francuscy dyplomaci otwarcie szukali wsparcia takich grup terrorystycznych
jak Hamas i palestyński Islamski Dżihad.
Te działania to apogeum trzydziestoletniej francuskiej polityki ugłaskiwania
i, wedle miażdżącej analizy Norberta Lipszyca, "znaczące zwycięstwo
fundamentalistów islamskich i terrorystów". Lipszyc postrzega Francję jako
kraj zachowujący się jak dhimmi (arabska nazwa chrześcijanina lub żyda, który
akceptuje muzułmańską władzę, za co jest tolerowany i chroniony): "Francja
publicznie potwierdziła swój status dhimmi, gotowość do poddania się władzy
islamskich panów. W zamian ci oświadczyli, że Francja jako dhimmi zasługuje
na ochronę przed aktami terrorystycznymi".
Jeśli zakładnicy zostaliby uwolnieni, to polityka ugłaskiwania w kraju i za
granicą mogłaby być usprawiedliwiona. Lecz za jaką cenę! Jak napisał Tony
Parkinson w ukazującej się w Melbourne gazecie "The Age": "Żadna demokracja
nie zdecydowałaby się skakać przez takie obręcze po to, by utrzymać przy
życiu niewinnych ludzi". A francuskie cyrkowe akrobacje mogą mieć głębokie
następstwa.
Znany historyk Bat Ye`or, pierwsza osoba, która zdała sobie sprawę z tego, że
Europa stopniowo stacza się do statusu dhimmi, odnotowuje, że ten
fundamentalny zwrot zaczął się podczas wojny arabsko-izraelskiej w 1973 r.,
kiedy kontynent europejski zaczął dryfować "w kierunku arabsko-islamskiej
sfery wpływów, łamiąc w ten sposób tradycyjną transatlantycką solidarność".
Bat Ye`or wskazuje na europejsko-arabską współpracę jako coś prawie
wszechobecnego: jest "polityczna, gospodarcza, religijna, obejmuje transfer
technologii, szkolnictwo, uniwersytety, radio, telewizję, prasę, wydawnictwa
i związki pisarzy". Bat Ye`or przewiduje, że ten zwrot skończy się powstaniem
Eurarabii lub raczej tym, że Europa znajdzie się pod butem Arabii.
Godna potępienia i prymitywna przemoc w Nepalu odzwierciedla instynkt
samozachowaczy - uderz mnie, a ja ci oddam. Francuska wyrafinowana reakcja
przeciwnie - jest poddańcza - uderz mnie, a ja cię będę błagał, byś przestał.
Jeśli wierzyć doświadczeniom historii, to Nepalczycy swym zachowaniem
spowodowali, że okrucieństwa wobec nich raczej się nie powtórzą. A Francuzi
zachęcili terrorystów do ich powtórzenia. n
Tłumaczył David M. Dastych