Gość: Cep
IP: *.aster.pl
10.11.04, 10:08
W dzisiejszej "Rzeczpospolitej" reakcja B. Wildsteina na mord na Van Goghu:
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_041110/publicystyka/publicystyka_a_8.html
Zgubne iluzje
Zamordowanie reżysera Thea van Gogha przez muzułmańskiego fundamentalistę odsłoniło iluzoryczność wielokulturowego społeczeństwa, którego budową szczyciła się Holandia. Jeśli bowiem przyjmiemy zgodnie z antropologiczną definicją, że kultura to system reguł organizujących daną zbiorowość, to nie istnieje wielokulturowe społeczeństwo, lecz najwyżej wiele różnych społeczeństw żyjących w nominalnie wspólnym kraju. Są kultury, które mogą ze sobą współistnieć i prowadzić do powstania realnej wspólnoty państwowej, są takie, które skazane są na konflikt. Ortodoksyjna wersja islamu, który dominuje dziś wśród wyznawców tej religii, nie jest do pogodzenia z zachodnią demokracją zbudowaną na prawach człowieka. Nie znaczy to, że nie można sobie wyobrazić muzułmanów jako lojalnych obywateli państw Zachodu. Problemem jest, że to nie oni dominują w europejskich enklawach muzułmańskich.
Europa nie potrafi rewindykować wartości swojej kultury i narzucić jej zasad przybyszom, którzy ze względu na jej sukcesy ekonomiczne i cywilizacyjne cisną się, aby w niej zamieszkać. Wiąże się to z ideologią wielokulturowości i posuniętą w Europie do ekstremum skłonnością do samokwestionowania własnej cywilizacji. Absurdalna zasada, która zakazuje wartościowania kultur, uniemożliwia rozpoznanie różnic między nimi i wyciągnięcia z nich wniosków. Prowadziło to do tolerowania w państwach europejskich ośrodków fundamentalistycznych, które wprost nawoływały do zniszczenia Zachodu i narzucały członkom swojej społeczności nakazy niezgodne z prawami przysługującymi im w konstytucyjnych demokracjach.
Rozzuchwalenie się ekstremistów muzułmańskich prowadzi do aktów takich jak zabójstwo van Gogha. Brak należytej reakcji ze strony władz politycznych i elit intelektualnych, które powtarzają w kółko o niebezpieczeństwie "islamofobii", prowadzą zdesperowanych Holendrów do reakcji barbarzyńskich i bezrozumnych jak napady na meczety. Słabość rodzi przemoc i prowadzi do jej eskalacji.
Bronisław Wildstein
--------------------------
Moja pierwsza reakcja. Wydaje się, że tekst został napisany w pośpiechu. Przytoczona na wstępie "antropologiczna definicja kultury" to wersja zawężona. Absurdalnie. Nawet powierzchowny ogląd ludzkich społeczności na swiecie wskazuje, że jednokulturowość jest w nich wyjątkiem; troską założycieli większości organizmów politycznych była i jest (i z pewnością pozostanie w przyszłości) budowa trwałych mechanizmów współżycia pomiędzy przedstawicielami różnych kultur, zamieszkujących dany obszar. Dzisiejsze państwa jednokulturowe zajmują w absolutnej większości przypadków obszary ongiś wielokulturowe. Uwzględniając to, należałoby powiedzieć, uzupełniając definicję przytoczoną przez Wildsteina, że "kultura to system reguł organizujacych zbiorowość, której części składowe (społeczeństwa, grupy etniczne i lokalne, warstwy i klasy społeczne) posiadają własne systemy reguł niższego rzędu". Te pierwsze budują mechanizmy współistnienia, te drugie zawierają również dyrektywy, dzięki którym dana grupa zachowuje podstawowe elementy własnej, odrębnej tożsamości- vis a vis grupy inne. Należałoby zatem zadać pytanie: dlaczego w Holandii (i w innych krajach starego UE) nie udaje się zbudować społeczeństwa wielokulturowego? Problem, moim zdaniem, w położeniu nadmiernego nacisku na zachęty i gwarancje tkwiące w regułach wyższego rzędu (tych "integracyjnych"), bez ich zrównoważenia twardymi sankcjami za ich nadużywanie. W skrócie: chcesz być z nami? Otrzymasz pozwolenie, ale pod warunkiem, że zobowiążesz się do szanowania naszych praw. A to znaczy: do rezygnacji z pewnych elementów dotychczasowej tożsamości. We wszystkich sferach życia, poza twoim własnym domem. Przedszkole, szkoła, wyższa uczelnia, wojsko, szpital, więzienie - to instytucje, w których nie możesz żądać odrębnych praw. Bądź świadom, że każde naruszenie zobowiązań zwalnia nas, czyli kraj przyjmujący, z tego kontraktu.
Ale to nie wszystko. Również kraje "przyjmujące" nie pozostają bez winy. Utrudniają skuteczną integrację przybyszów na wiele różnych sposobów. Utrzymywanie ludzi na socjalu, niekiedy przez kilka pokoleń, bez szansy stałego zatrudnienia, to jeden z nich. Inny to dokonywane przez grupę dominującą w danym kraju politycznie i gospodarczo rozciąganie w nieskończoność norm etycznych. To czynnik, który ideologicznie róznicuje bardziej niż cokolwiek innego. W Holandii do praw człowieka zaliczono prawo do aborcji na życzenie, eutanazji, zażywania miękkich narkotyków, małżeństw homoseksualnych, adopcji dzieci przez takie małżeństwa. Akceptacja tego typu praw i bazującej na nich kultury staje się czymś bardzo trudnym. Obcy wystawiony na ich oddziaływanie musiałby rezygnować nie tylko z własnej tożsamości etnicznej, musiałby również zrezygnować dla centralnego dla jego jednostkowej tożsamości poczucia tego, co przyzwoite i dopuszczalne, i tego co nie. W tych dwu sferach - pracy i wartości - tworzy się luka, w którą wchodzą proponenci fundamentalistycznych haseł. I są, w gruncie rzeczy, bezkarni.
Po trzytygodniowym pobycie w Holandii postanowiłem, że już do niej nie wrócę. Nie spodobało mi się to, co widziałem. Jakoś tak się składa, że swoboda wyrazu przejawiająca się między innymi we wszechobecności i jawności zboczeń i wynaturzeń, nie jest tym, co by mnie osobiście zachwycało. Odniosłem wrażenie, że ten kraj jest chory. Nie na islam. Na samego siebie.
Kiedy zacznie się leczyć?
Nie jestem muzułmaninem.