gieroy_asfalta
01.08.05, 12:57
www.gazetapolska.pl/?module=content&lead_id=159
Masakra londyńska, będąca kolejnym (po nowojorskiej i madryckiej) solidnym
uderzeniem młota islamu w politycznie poprawny, ogłupiały wskutek
dekadenckich zdegenerowań łeb Zachodu –– przyniosła wreszcie pierwsze (wątłe
i boję się, że efemeryczne) oznaki trzeźwienia Zachodu. I to nie tylko
zachodnich społeczeństw, lecz i „liberalnych” (lewicujących) mediów Zachodu,
które tak długo robiły tym społeczeństwom wodę z mózgu
lansowaniem „tolerancji”, „wielokulturowości” i rozlicznych innych
miazmatów „political correctness”. Prawnuki Woltera zaczęły śpiewać w trochę
innej tonacji, bo strach zaglądający do tyłka ma dużą siłę perswazyjną
detoksyzującą mózg. Przestano wyśmiewać Busha, że ciągle odwołuje się
do „wartości” zachodniej cywilizacji, i zaczęto z uznaniem cytować Blaira,
który po londyńskiej hekatombie krzyknął: „Najwyższy czas, byśmy
zademonstrowali im nasze wartości!”.
„Im”, czyli komu? Polityczna poprawność ciągle jeszcze każe
wskazywać „islamskich fundamentalistów” (tak jakby którykolwiek szczery
muzułmanin odrzucał fundamenty swej wiary), „islamskich
fanatyków”, „islamskich terrorystów”, słowem zbirów wyizolowanych ze
społeczności muzułmańskiej, która przecież w swej masie jest dobra,
sympatyczna, humanitarna i zdegustowana tymi wszystkimi atakami gwałtu. Po
każdym zamachu stają przed kamerami eszelony „lokalnych przywódców
muzułmańskich” w zmuzułamanizowanych miastach Zachodu, by recytować swój ból
i żal z powodu „tych strasznych rzeczy”, ciskać gromy na „terrorystów, z
którymi prawdziwi muzułmanie się nie identyfikują”, tłumaczyć, że „islam to
religia pokoju”, a „dżihad głosi tylko odnowę duchową”, itp., itd. Wszystko
się zgadzało do chwili, gdy policja londyńska spenetrowała mieszkanie mułły,
który był dyżurnym telewizyjnym krytykiem „radykalizmu religijnego”, w
czambuł potępiał „terrorystów”. Znaleziono u niego stosy materiałów
wybuchowych i plany wysadzenia lotniska Heathrow. Teraz Anglicy postawili
przed sądem imama Abu–Hamzę (szefa meczetu w Finsbury Park), który hojnie
finansował terroryzm dzięki temu, że władze brytyjskie wypłacały mu co roku
sto tysięcy funtów na „działalność kulturalną”.
Szef Bractwa Muzułmańskiego, Otoman Akef, stwierdził: „Jestem przekonany, że
islam podbije Europę, bo taka jest islamska misja do spełnienia”. Imam al–
Karadawi (zaprzyjaźniony z komunistycznym burmistrzem Londynu, K.
Livingstonem) uzupełnia: „Podbijemy ją bez użycia mieczów”. Co nie znaczy, że
wsadzą miecz do pochwy; znaczy to tylko, że obstawiają masowe użycie oręża
trochę innego. Gdyż zamachami (choćby najbardziej krwawymi) Europy podbić się
nie da. Lecz muzułmańską ekspansywną rozrodczością, czyli demografią ––
owszem. Jest to bowiem broń biologiczna tak masowego rażenia, iż wąglik to
przy niej mały pikuś, zwłaszcza że wyemancypowane kobiety Europy rodzą coraz
mniej dzieci, nie reprodukując populacji –– liczba białych Europejczyków
zmniejsza się bezlitośnie. Od wyprawy Kolumba Europę zwano „starym
kontynentem”. Wkrótce ta nazwa stanie się znowu aktualna, lecz wskutek
zupełnie innej przyczyny –– będzie to kontynent białych emerytów. Rządzić
będzie (jak to w demokracji) większość, chyba że Bóg ześle cud i odwróci
fatum.
Liczby (statystyki) nie kłamią: w Europie mieszka już kilkadziesiąt milionów
muzułmanów i rokrocznie przybywają kolejne miliony (demografia plus
imigracja). Całe wielkie miasta (w Anglii Leeds, we Francji Marsylia, we
Włoszech Mediolan, w Szwecji Malmö, itp.) przestają być autochtoniczne, stają
się muzułmańskie (Polska jeszcze tego nie zakosztowała, bo jest zbyt biednym
krajem, by muzułmanie chcieli osiadać hurtowo nad Wisłą –– swojska nędza
ratuje nam dupę). Amerykański politolog, Robert Kaplan, ma całkowitą
słuszność, gdy mówi: „Europa znalazła się w pułapce bez wyjścia. Czy chce,
czy nie –– staje się coraz bardziej obszarem muzułmańskim. Jest to podbój
demograficzny, swoisty odpowiednik dawnych zbrojnych podbojów”. Europejczycy
sami to już rozumieją, i trząść się zaczęli nawet tutejsi „inżynierowie
społeczni”, promotorzy „społeczeństwa wielokulturowego” alias „otwartego”. Z
tej drżączki przestali wreszcie pukać niby dzięcioły „postępu” w czoło Oriany
Fallaci, która od roku 2000 straszy islamem jako niszczącą Europę barbarią (a
straszy nie tylko dlatego, że sura 4, werset 34, „Koranu” nakazuje bić
kobiety).
Chociaż od 1990 roku głosiłem publicznie to samo, co Fallaci zaczęła głosić
dużo później, mogę sobie jedynie pomarzyć, by respektowano mój „copyright”
oszołoma i rasisty w tej kwestii. Piętnowano mnie jeszcze dziesięć lat temu
(1995), gdy –– mimo braku wówczas Al–Kaidy, i mimo że nikt wówczas nie mógłby
sobie nawet wyobrazić gruzów World Trade Center –– napisałem na łamach mej
książki: „Ktoś, kto nie rozumie, że siła islamu, siła fanatycznego «dżihadu»,
to największe ze wszystkich zagrożeń, jakim cywilizacja chrześcijańska będzie
musiała stawić czoło w wieku XXI –– ten nic nie rozumie!”.
Słowo „chrześcijańska” jest tu kluczowe. Cywilizacja europejska przegrywa,
gdyż wypiera się Boga –– ta laicyzacja (dechrystianizacja) kontynentu to
matka i zarazem suma wszystkich grzechów Europy bałamuconej jak głupia
dzieweczka przez satyrów libertyńskiego „postępu”. Bułgarski komentator, Ivan
Krastew: „Im mniej religijna staje się Europa, tym silniejszy staje się
totalitarny świat islamu, który pielęgnuje swą agresywną wiarę”. Nawet Otto
Schilly, minister spraw wewnętrznych lewicowego rządu Niemiec, biadoli dziś,
że „dekadencka Europa zaprzestała bronić swego dziedzictwa”. Symptomatyczne,
że larum głoszą również media Holandii, kraju, który zlaicyzował się bez
reszty i szczerze pokochał „wielokulturowość”. Biali Holendrzy coraz
gromadniej emigrują za ocean, tłumacząc dziennikarzom: „Moje dzieci boją się
chodzić do szkoły, taki panuje terror islamskich młodzieżowych
gangów”; „Mojemu synowi ukradziono już piąty rower”; „Przyjmowaliśmy ich z
otwartymi ramionami, utrzymywaliśmy, a zainkasowaliśmy nienawiść i agresję.
Byliśmy zbyt łatwowierni”.
Stara maksyma mówi: „Tak się wyśpisz, jak sobie pościelisz”. Śpij spokojnie,
Europo, obudzą cię budziki z kabelkami. Pytanie tylko: ile jeszcze trzeba
budzeń, byś się na dobre ocknęła? Bez ocknięcia radykalnego nasze wnuki nie
będą skandować: „wszyscy jesteśmy nowojorczykami”, „wszyscy jesteśmy
londyńczykami”, itp., lecz: wszyscy jesteśmy muzułmanami!