dobrowoj
23.11.05, 18:57
BRAWO CHAVEZ !!!
Jak policzył amerykański ekonomista Morgan Garrett, w 1995 r. właścicielami
środków produkcji było w USA 6% (słownie: sześć procent) ludności. Do tego
można dodać tzw. klasę menedżerską, mającą pewien udział we własności firm, w
których pracują lub tylko są udziałowcami na istotną skalę. Było to raptem
kolejne 8% ludności, czyli w sumie mamy ok. 15% społeczeństwa. Reszta to
pracownicy najemni, których szef może w każdej chwili wystawić za drzwi. W
tych 15% mieszczą się nie tylko właściciele drobnych firm, ale też rolnicy i
hodowcy. Ponieważ jesteśmy ciut złośliwi, pozwolimy sobie zauważyć, że w
PRL-u, który przecież w porównaniu z USA był podobno piekłem na ziemi, łączny
udział rolników indywidualnych, rzemieślników, prywatnych sklepikarzy itp. był
procentowo większy niż dzisiaj w USA.
A może w USA jest tak źle, bo dopiero teraz kapitalizm zaczyna przynosić
korzyści? Wręcz przeciwnie - im dłużej trwa, tym mniej własności środków
produkcji. Wystarczy porównać przytoczone dane z tymi, które Garrett zebrał
dla lat wcześniejszych. W roku 1780 aż 80% Amerykanów było właścicielami
środków produkcji, w 1850 r. ilość ta spadła do 37%. Widzimy zatem, że o
autentycznej własności na większą skalę nie ma mowy w kapitalizmie. Nie ma
zatem w nim zbyt wiele wolności. A raczej jest - ale dla wybranych, czyli tej
garstki, która środki produkcji posiada. Wraz z rozwojem kapitalizmu ta
garstka się kurczy, większość ludzi traci własność i środki produkcji. Tak
samo dzieje się w Polsce: supermarkety rozwijają się kosztem małych sklepów i
targowisk, wielkie gospodarstwa rolne wchłaniają drobne, rzemiosło ustępuje
pola produktom wielkich korporacji.