ossey
22.12.06, 20:38
Słowo wstępne Gore Vidala do Zydowskie dzieje i religia Izraela Szahaka
Gdzieś pod koniec lat 50, późniejsze bożyszcze tego świata John F.Kennedy, z
zamiłowania historyk, opowiedział mi o tym, jako to w 1948 roku, w środku
wyścigu do fotela prezydenckiego, niejaki Harry S. Truman został nagle
opuszczony przez prawie wszystkich swoich sojuszników i właśnie wtedy w
przedziale jego kampanijnego pociągu pojawiła się grupka amerykańskich
syjonistów, z walizeczką zawierającą, bagatela, 2 miliony dolarów.
Zdarzenie to wyjaśnia dlaczego po wyborze Trumana Stany Zjednoczone tak szybko
uznały Państwo Izrael. Ponieważ ani Kennedy, ani ja nie byliśmy (w
przeciwieństwie do jego ojca czy mojego dziadka) antysemitami, uznaliśmy tę
historię za kolejną zabawną anegdotę o Trumanie i korupcji wśród amerykańskich
polityków.
Na szczęście, pospieszne uznanie Izraela jako państwa zaowocowało
czterdziestoma pięcioma latami krwawych zamieszek i rozpadem tego, co w opinii
syjonistycznych współpasażerów Trumana miało być państwem pluralistycznym –
wspólną ojczyzną jego rodowitych mieszkańców: muzułmanów, chrześcijan i żydów,
a w przyszłości także ojczyzną miłujących pokój imigrantów żydowskich z Europy
i Ameryki, nawet tych, którzy gorliwie wierzyli, że Wielki Geometra ofiarował
żydom ziemie Judei i Samarii w użytkowanie wyłączne i wieczyste.
Ponieważ wielu osadników z Europy sympatyzowało z ruchami socjalistycznymi,
mogliśmy przypuszczać, że nie zezwolą oni na utworzenie państwa religijnego,
żydowskiej teokracji, co rdzennym mieszkańcom tych ziem, Palestyńczykom,
zamieszkiwanie w Izraelu na równych prawach. Tak się jednak nie stało. Nie mam
zamiaru wyliczać w tym miejscu wszystkich wojen i alarmów bojowych, jakie
stały się udziałem tego nieszczęsnego regionu. Podkreślam tylko, że pospieszne
utworzenie państwa izraelskiego zatruło polityczne i intelektualne życie
Stanów Zjednoczonych, nieoczekiwanie głównego „protektora” Izraela.
„Nieoczekiwanie”, jako że żadna inna mniejszość w dziejach Ameryki nie
uprowadziła z tego kraju tylu pieniędzy pochodzących od amerykańskiego
podatnika, aby je potem zainwestować w swej ojczyźnie. To tak, jakby domagać
się od amerykańskiego podatnika, by popierał plany papieża dotyczące odbudowy
Państwa Kościelnego w jego dawnych granicach tylko dlatego, że jedna trzecia
obywateli Stanów Zjednoczonych to praktykujący katolicy.
Można sobie jedynie wyobrazić protesty społeczne pro-teksty i kategoryczne
„nie” Kongresu, gdyby do czegoś takiego doszło.
Tymczasem mniejszość wyznaniowa, stanowiąca niespełna 2 procent populacji
kraju, przy entuzjastycznym poparciu mediów, kupiła bądź zastraszyła
siedemdziesięciu senatorów (wymagana jest większość dwóch trzecich głosów, by
obalić mało skądinąd prawdopodobne prezydenckie weto).
W pewnym sensie podziwiam skuteczność, z jaką izraelskiemu lobby udało się
przeprowadzić swoje zamiary i przerzucać rok po roku miliardy dolarów, które
uczynić miały i Izraela „zaporę przeciwko komunizmowi”.
Choć szczerze mówiąc, ani ZSRR ani komunizm regionowi temu nigdy specjalnie
nie zagrażał. Doszło natomiast do tego, że przyjaźni dotąd Ameryce Arabowie
stali się naszymi wrogami. Mało tego, na skutek dezinformacji na temat tego,
co dzieje się na Bliskim Wschodzie, głównymi ofiarami tych wszystkich
kłamliwych sloganów – na równi z amerykańskim podatnikiem – stali się
amerykańscy żydzi, nieustannie szantażowani przez tej rangi zawodowych
terrorystów, jak Begin czy Szamir. Na domiar złego, amerykańscy
intelektualiści żydowskiego pochodzenia, poza paroma zaszczytnymi wyjątkami,
opuścili szeregi liberałów, żeby wdać się w kilka nieudanych sojuszy z
(antysemicką zresztą) prawicą chrześcijańską i przemysłowym kompleksem
zbliżonym do Pentagonu.
W 1985 roku jeden z owych intelektualistów napisał, iż wprawdzie po przybyciu
do Ameryki żydzi zorientowali się, że „liberalny punkt widzenia i liberałowie
są im bliżsi w sposobie podejścia i wrażliwsi na problematykę żydowską” niż
inne ugrupowania, teraz jednak w interesie żydowskim leży sojusz z
fundamentalistami protestanckimi, bo „czyż istnieje jakiś powód, by żydzi
kurczowo trzymali się swych dogmatycznych i pełnych hipokryzji poglądów z
przeszłości?”
W tym momencie amerykańska lewica uległa rozbiciu, a ci z nas, którzy
krytykowali naszych niegdysiejszych żydowskich sprzymierzeńców za ich
nierozważny oportunizm, zostali natychmiast ochrzczeni rytualnym epitetem
„antysemity”, bądź „nienawidzącego się żyda”.
Na całe szczęście głos rozsądku nie został stłumiony. Słychać go również w
samej Jerozolimie. Oto obywatel tego miasta, Izrael Szahak, nie poprzestaje na
ukazaniu ponurych aspektów dzisiejszej polityki Izraela, lecz analizuje sam
Talmud, opisując wpływ całej tradycji rabinicznej na to niewielkie państwo,
które prawicowi rabini usiłują przekształcić w państwo wyznaniowe przeznaczone
wyłącznie dla żydów.
Czytam Szahaka od lat. Stara się on satyrycznym okiem spojrzeć na zamęt, w
jaki popada religia, która próbuje zracjonalizować to, co z natury rzeczy jest
irracjonalne. Posiada przy tym wyjątkową umiejętność wyławiania sprzeczności
znajdujących się w tekstach. Fragment poświęcony przepojonemu nienawiścią do
gojów doktorze Majmonidesie to prawdziwa uczta dla czytelnika.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego władze Izraela ubolewają nad działalnością
Szahaka. Cóż jednak mogą począć z emerytowanym profesorem chemii, który
urodził się w 1932 roku w Warszawie, a swoje dzieciństwo spędził w obozie
koncentracyjnym w Belsen.
W Izraelu osiedlił się w 1945 roku; służył w izraelskiej armii i nie stał się
marksistą w czasach, gdy na tę ideologię panowała moda. Szahak jest wrażliwym
humanistą, dla którego imperlializm jest złem niezależnie od tego, czy uprawia
się go w imię Boga Abrahama czy George’a Busha.
Z wielką erudycją i poczuciem humoru sprzeciwia się totalitarnym deformacjom
judaizmu. Podobnie jak inny wybitny uczony, Thomas Paine, Szahak ukazuje nam,
co nas czeka w przyszłości, jak również długą historię, którą mamy za sobą; i
z takiej perspektywy próbuje dowieść swoich racji. Ci, którzy uważnie go
wysłuchają, staną się z pewnością mądrzejsi, a kto wie – może i lepsi. Jest on
jednym z ostatnich, o ile nie ostatnim z wielkich proroków.
Gore Vidal