Gość: Politolog
IP: *.localdomain / 10.0.0.*
02.08.03, 17:38
No i znowu stara śpiewka: różnice społeczne, narkotyki,
bandyckie partyzantki i nadzieja w Uribe. Tylko sam Uribe nic
nie zrobi, potrzeba silnego frontu przeciw wojnie i
narkopartyzantkom, a z reportażu Artura Domosławskiego przebija
się obraz podzielonego społeczeństwa, gdzie wielu ludzi
prezentuje rozdwojoną, ale, jak się wydaje, zdrową postawę: tak,
narkotyki trzeba tępić i tu z zgadzam się z Uribe, ale to nie
zlikwiduje nierówności społecznych. I to prawda - trzeba wielu
lat, pracy u podstaw (takiej jak opisana w artykule wśród
chłopów z Putamayo), a nie bezmyślnego (choć metodycznego)
zbrojnego zwlaczania jednego stanu bez zastępowania go innym,
nowym i budzącym nadzieję na przyszłość ładem. Jeśli Uribe
takiego programu nie stworzy, nie ma szans na koniec konfliktu,
bo pozostawione same sobie społeczeństwo ulegnie kolejnym
skrajnym tendencjom i historia się powtórzy. Program musi być
akceptowalny przez ludzi o różnych poglądach, a wydaje mi się,
że władze Kolumbii nie specjalnie słuchają propozycji
zgłaszanych oddolnie. To nie wróży dobrze i smutna jest zawarta
w artykule konstatacja, że nadzieja na koniec wojny nadejdzie
wtedy, gdy zaczną ginąć dzieci bogatych Kolumbijczyków. Szkoda,
że trzeba będzie kolejnych ofiar, by pragnienie pokoju
deklarowane przez każdego z osobna stało się pragnieniem
naprawdę wspólnym.