Gość: nd
IP: 168.103.126.*
20.12.01, 17:40
"Nasz Dziennik" podaje:
IPN nadal podtrzymuje tezę o tym, iż Żydów w Jedwabnem w lipcu 1941 r.
zamordowali Polacy. Wbrew temu, co mówiono zaraz po zakończeniu czerwcowej
ekshumacji, prokurator Radosław Ignatiew oświadczył, że łuski odnalezione w
rejonie stodoły pochodziły z czasów I wojny światowej albo z okresu po 1942
roku, a więc po dokonaniu mordu. Liczba szacunkowych ofiar wzrosła do
maksymalnie 400, ale daleko jej do przytaczanych przez autora "Sąsiadów" 1,6
tys. Koniec śledztwa przewidziany jest na początek kwietnia.
Trwa ustalanie ostatecznych wniosków prowadzonego już wiele miesięcy śledztwa w
sprawie mordu Żydów w Jedwabnem w 1941 r. Jego końcowe wyniki mają zostać
ujawnione do końca pierwszego kwartału przyszłego roku. Dokonano już większość
czynności w śledztwie, ale pozostało jeszcze ok. 30 osób do przesłuchania. - Z
informacji przekazanych przez Instytut Pamięci Narodowej wynika, że nie
uzyskano dotychczas dowodów na obecność w lipcu 1941 r. jakichkolwiek innych
Niemców czy jednostek policyjnych lub wojskowych, niż 8 żandarmów, którzy
eskortowali kolumnę Żydów na miejsce zbrodni - powiedział prezes IPN Leon
Kieres. Wnioski takie pojawiły się po przeprowadzeniu szczegółowych badań
balistycznych odnalezionych łusek i kul.
- Teza, że pod stodołą w Jedwabnem w 1941 r. strzelano do Żydów, jest w mojej
ocenie wysoce mało prawdopodobna - oświadczył prowadzący tę sprawę prokurator
Radosław Ignatiew z Białegostoku, zaznaczając przy tym, że do czasu zakończenia
śledztwa wszystko może jeszcze ulec zmianie. Twierdzenie to pion śledczy IPN
opiera na szczegółowych ekspertyzach łusek i kul znalezionych w czasie
ekshumacji w Jedwabnem latem tego roku. Zostały one wykonane przez balistyków i
analityków laboratorium kryminalistycznego Komendy Głównej Policji oraz przy
współpracy ich niemieckich odpowiedników. To właśnie na podstawie "odstrzałów"
dokonanych w Niemczech na różnych typach broni maszynowej z okresu ostatniej
wojny można by ustalić, że łuski pochodzące z Jedwabnego i odnalezione w
tamtejszym zbiorowym grobie pochodziły z karabinu maszynowego MG 42. Ten zaś
wszedł na wyposażenie niemieckiego wojska i jednostek policyjnych właśnie w
1942 roku, a więc po ww. wydarzeniach.
- Model z 1934 roku nie powodował w wyrzucanych z karabinu łuskach
charakterystycznych wgnieceń, które posiadają właśnie łuski odnalezione na
miejscu stodoły - zaznaczał Ignatiew. Pozostałe łuski pochodzić mają zaś tak z
rosyjskich, jak i niemieckich karabinów używanych w okresie I wojny światowej.
Ekshumacja mogiły w Jedwabnem prowadzona w maju br. trwała tylko trzy dni.
Zdecydowały o tym protesty strony żydowskiej, ze względu na - jak to określano -
"ich wrażliwość religijną". Po przeprowadzonych pracach oszacowano liczbę
zamordowanych Żydów na - "od ponad 100 do maksymalnie 250". Wczoraj pojawiła
się informacja, że jest to około 300-400 osób. Na miejscu odnaleziono wówczas
89 łusek z Mausera 7,5 mm, 1 nabój i dwa pociski. Wszystkie z okresu II wojny
światowej. Wśród szkieletów znaleziono wówczas także wtopiony w szczątki kości
metalowy przedmiot. Początkowo archeolodzy spekulowali, że mógłby to
być "płaszcz" karabinowej kuli, pochodzącej z oficerskiego Parabelum, będącego
w czasie wojny na wyposażeniu niemieckich oficerów. Wczoraj jednak prokurator
Ignatiew, bijąc się w piersi, poinformował, że po skrupulatnych badaniach
laboratoryjnych ustalono, iż jest to "niezidentyfikowany przedmiot użytkowy",
który nie mógł być w żadnym razie fragmentem karabinowego pocisku.
Leon Kieres poinformował również wczoraj, iż rozważa "celowość kontynuowania
swojej misji jako prezes Instytutu Pamięci Narodowej". Podkreślał, że nie
podjął jeszcze żadnej decyzji o rezygnacji z pełnionej funkcji. O takiej
możliwości uprzedził już marszałka Sejmu Marka Borowskiego. Przypomnijmy, że
prezesa IPN odwołuje i powołuje Sejm na 5-letnią kadencję. Kieres pełni swoją
funkcję od połowy 2000 r.
- Proszę mi pozwolić, abym sam mógł decydować o tym, kiedy odejdę z tego
stanowiska. Dotąd nigdy nie ulegałem żadnej presji ze strony kogokolwiek i
jakichkolwiek instytucji, która mogłaby wywrzeć na mnie skuteczne naciski tak,
jeśli chodzi o sprawy, jakimi zajmował się IPN, jak i inne - mówił
enigmatycznie. Nie chciał odpowiedzieć, czy związane jest to z planami
udostępnienia teczek z zasobów dawnej Służby Bezpieczeństwa, o które zwróciło
się już około 10 tys. osób.