puls
25.08.03, 22:01
TEKST FALLACI
Autor: alicjab@NOSPAM.gazeta.pl
Data: 15-10-2001 11:26
Poniewaz wiele osob prosi mnie o przeslanie artykulu, a
mam spore problemy ze skrzynka pocztowa (cos sie
zawiesza), to postanowilam wrzucic tekst tutaj z prosba
do redaktorow portalu Gazety, zeby zbyt szybko go nie
usuneli... :)
[pagina] ORIANA FALLACI - LIST Z NOWEGO JORKU
FERRUCCIO DE BORTOLI; ORIANA FALLACI; MIŁADA JĘDRYSIK
WŚCIEKŁOŚĆ I DUMA
To jest wojna, obudźcie się! Czy nie widzicie, że tacy
ludzie jak Osama ben Laden chcą nas zniszczyć? Że czują
się uprawnieni
do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci, tylko dlatego
że pijecie wino lub piwo, chodzicie do teatru lub kina,
nosicie
minispódniczki albo krótkie skarpetki, kochacie się
kiedy chcecie, gdzie chcecie i z kim chcecie? Nawet to
was nie obchodzi,
idioci?
Po latach milczenia słynna włoska pisarka Oriana
Fallaci ogłosiła w ĄCorriere della SeraE pełną furii
filipikę, w której atakuje
islam i nawołuje do obrony zachodniej cywilizacji
Od redakcji ĄCorriere della Sera
Tym nadzwyczajnym szkicem Oriana Fallaci przerywa
dziesięcioletnie milczenie. Bardzo długie. Nasza
najsłynniejsza pisarka
(ona sama określa się jako pisarz i w ogóle nie
wypowiada już słowa ĄdziennikarzE) spędza sporą część
roku na Manhattanie.
Nie odbiera telefonu, rzadko otwiera drzwi, wychodzi
jeszcze rzadziej. Nie udziela wywiadów. Choć wszyscy
próbowali,
nikomu się nie udało. Żyje w izolacji od świata. Ale
historia i los chciały, żeby centrum współczesnej
apokalipsy jak dantejska
czeluść rozwarło się nieopodal jej pięknej literackiej
pustelni. Fala uderzeniowa tamtego poranka 11 września
zniszczyła
również klasztorny i hermetyczny spokój Oriany.
Otwiera drzwi - ta niezwykła czynność ją samą zdaje się
dziwić... Jej wzrok jest równocześnie łagodny i dziki.
Wśród stosów
papierzysk, w pozornym chaosie, Oriana od lat z
wojowniczym zapałem pracuje nad dziełem bardzo ważnym i
wyczekiwanym
przez świat.
Poprosiłem ją, żeby opisała to, co widziała, czego
doświadczyła, co poczuła w tamten wtorek i później - i
Oriana zebrała na
kilku kartkach swoje uczucia i myśli. ĄNa każdym
doświadczeniu zostawiam strzępy duszyE - napisała kilka
lat temu. To w
dalszym ciągu jest prawda, najprawdziwsza. Myśli mocne.
Przejmujące. Jest nad czym się zatrzymać, zastanowić. O
Ameryce, o
Włoszech, o świecie islamu. O Ojczyźnie (zaskakujące
jest to, co mówi o Ojczyźnie). Inwektywy i tezy, które
biją równocześnie
z mózgu i serca, a raczej z mózgu przez serce. ĄKtoś
musiał to powiedzieć. Powiedziałam. Teraz zostawcie
mnie w spokoju.
Drzwi są znowu zamknięte. I nie chcę już ich otwieraćE
- wybucha. Jej szpony. Te same co zawsze. Wywoła
dyskusję. I to jaką.
FERRUCCIO DE BORTOLI, REDAKTOR NACZELNY
Chcesz, żebym się wreszcie odezwała. Prosisz, żebym tym
razem przerwała milczenie, które wybrałam, które od lat
sobie
narzucam, żeby nie wmieszać swojego głosu w orkiestrę
cykad. I zrobię to. Ponieważ dowiedziałam się, że
również we
Włoszech są tacy, którzy się cieszą - tak samo jak
wczoraj wieczorem w Gazie przed kamerami cieszyli się
Palestyńczycy.
ĄZwycięstwo! Zwycięstwo!E. Mężczyźni, kobiety, dzieci.
O ile kogoś, kto zachowuje się w taki sposób, w ogóle
można nazwać
mężczyzną, kobietą czy dzieckiem. Dowiedziałam się, że
niektóre luksusowe cykady, politycy lub tak zwani
politycy,
intelektualiści lub tak zwani intelektualiści, a także
inne indywidua, które nie zasługują na miano obywateli,
zachowują się
zasadniczo tak samo. Mówią: ĄDobrze tak Amerykanom.
Dobrze im takE. I jestem bardzo, bardzo, bardzo
wściekła. Wściekła
wściekłością zimną, przejrzystą, racjonalną.
Wściekłością, która eliminuje wszelki dystans, wszelką
wyrozumiałość, która mi
każe udzielić im odpowiedzi, a przede wszystkim ich
opluć. Pluję na nich. Równie wściekła co ja
afroamerykańska poetka Maya
Angelou wczoraj ryknęła: ĄBe angry. Itís good to be
angry, itís healthyE (Bądźcie wściekli. Wściekłość
dobrze robi. To
zdrowe). Czy mnie zrobi dobrze, tego nie wiem. Ale
wiem, że nie zrobi dobrze im, czyli tym, którzy
podziwiają Osamę ben
Ladena, tym, którzy wyrażają mu zrozumienie, sympatię
lub solidarność. Swoim życzeniem odpaliłeś ładunek,
który już od
dawna miał ochotę wybuchnąć. Zobaczysz.
Chcesz również, żebym opowiedziała, jak przeżyłam tę
Apokalipsę. Krótko mówiąc, żebym dała świadectwo. Od
niego więc
zacznę. Byłam w domu - mój dom mieści się w centrum
Manhattanu - i punktualnie o 9 odczułam grożące
niebezpieczeństwo,
które być może nie groziło mi osobiście, ale które na
pewno mnie dotyczyło. Odczucie, którego doświadcza się
na wojnie, a
raczej w bitwie, kiedy wszystkimi porami skóry czujesz
nadlatującą kulę lub pocisk i nastawiasz uszu, i
krzyczysz do stojącego
obok ciebie człowieka: ĄDown! Get down!E (Na ziemię!).
Otrząsnęłam się z niego. Nie mieszkam przecież w
Wietnamie, nie
byłam przecież w tej chwili na żadnej z tych
pieprzonych wojen, które - począwszy od II wojny
światowej - posiekały mi życie!
Byłam w Nowym Jorku, do diabła, był cudowny wrześniowy
poranek roku 2001. Lecz to wrażenie - niewytłumaczalnie
- wciąż
trzymało mnie w swoich szponach. I wówczas zrobiłam
coś, czego rano nigdy nie robię. Włączyłam telewizor.
Fonia nie
działała, ale wizja, owszem. I na każdym kanale, a jest
ich tu prawie sto, widać było jedną z wież World Trade
Center płonącą
jak gigantyczna zapałka. Krótkie spięcie? Jakaś
zbłąkana awionetka? Czy może przemyślany zamach
terrorystyczny? Jak
sparaliżowana wpatrywałam się w wieżę bez przerwy, a
kiedy się tak wpatrywałam, kiedy powtarzałam sobie te
trzy pytania, na
monitorze pojawił się samolot. Biały, duży. Samolot
pasażerski. Leciał bardzo nisko. Lecąc tak nisko,
kierował się w stronę
drugiej wieży jak bombowiec, który zawisa nad celem,
który zrzuca na niego bombę. Aż zrozumiałam.
Zrozumiałam również
dlatego, że w tej samej chwili wróciła fonia i
usłyszałam chór dzikich wrzasków. Wciąż tych samych,
dzikich. ĄGod! Oh, God!
Oh, God, God, God! Gooooooood!E (Boże! O Boże! O Boże!
Boże, Boże, Boooożeeee!). I samolot wśliznął się w
drugą wieżę,
jak nóż się wślizguje w kostkę masła.
Była już 9.15. Nie pytaj, co czułam podczas tych
piętnastu minut. Nie wiem, nie pamiętam. Byłam jak
sopel lodu. Również mój
mózg był soplem. Nie pamiętam nawet, co działo się na
pierwszej, a co na drugiej wieży. Ludzie, którzy nie
chcieli spłonąć
żywcem, rzucali się z okien osiemdziesiątego czy
dziewięćdziesiątego piętra. Rozbijali szyby w oknach,
przechodzili przez nie,
rzucali się w dół, jak z samolotu rzucają się
spadochroniarze, i spadali powoli. Trzepocząc nogami i
rękami, pływając w
powietrzu. Tak, wydawało się, że pływają w powietrzu. I
że nie dotrą do celu. Lecz na poziomie trzydziestego
piętra
przyspieszali. Zaczynali rozpaczliwie gestykulować, jak
gdyby żałowali wszystkiego, jak gdyby krzyczeli: ĄHelp!
Help!E (Na
pomoc!). I być może tak krzyczeli naprawdę. Wreszcie
spadali jak kamień i paf! Wiesz, myślałam, że na
wojnach widziałam już
wszystko. Czułam się zaszczepiona na wojny, i w gruncie
rzeczy to prawda. Nic mnie już nie zaskakuje. Choć
czasami się
wściekam, a nawet oburzam. Ale na wojnach zawsze
widziałam ludzi, których mordowano. Nigdy nie widziałam
ludzi, którzy
umierają, zabijając samych siebie, czyli rzucając się
bez spadochronu z okien osiemdziesiątego,
dziewięćdziesiątego albo setnego
piętra. Ponadto na wojnach zawsze