Dodaj do ulubionych

Trocha o Slonsku (To whom it may concern)

IP: *.racke.de, / 192.168.6.* 29.07.02, 11:07
Mój Śląsk, moja Polska, mój świat

Jestem Ślązakiem. To dla mnie tak oczywiste, jak to, że bije we mnie serce i
że oddycham. Śląskość mnie boli. Ten ból, czasem bardziej realny od bólu
fizycznego, jest dla mnie dowodem na to, że to coś istnieje.

Przez wiele lat moja tożsamość nie stanowiła dla mnie problemu. Wychowałem
się na Śląsku wiejskim, w otoczeniu, w którym moi pobratymcy stanowili
ogromną większość. Śląskość przez wiele lat była dla mnie jedynym światem,
jaki znałem. Nie zmieniła tego nawet szkoła. Dopóki chodziłem do szkoły w
mojej miejscowości, do kolegów się godało, do „pani” się mówiło, ale tylko na
lekcji, bo poza lekcją czasami nawet z „panią” można sobie było pogodać.
Polska była w telewizji, w szkole, w książkach, była czymś dalekim i
egzotycznym. Śląskość była czymś tak naturalnym, jak powietrze, którym się
oddycha bezwiednie i którego się nawet nie zauważa, albo jak chleb, po który
zawsze można było sięgnąć. Śląsk był w naszej pracy na polu u dziadków, w
opowiadaniach o staroszkach, którzy na gospodarce przeżyli sto lat, w ómie,
która opiekowała się nami w zastępstwie rodziców, w parze gołębi, którą
dziadek przeznaczał na obiad dla wnuków. Śląsk był też w zdziwieniu dziadka,
który chciał sobie „wyrobić emeryturę” pracując w PeGeeRze i nie mógł się
nadziwić dialektycznemu cudowi komunizmu - „jak to się dzieje, że oni chodzą
pijani, tyle dobra marnują, a ciągle mają pieniądze i prosperują”. Tylko
czasami głosy dorosłych zamieniały się w szept, gdy ujkowie wieczorami
rozprawiali o służbie w trzech armiach, wspominali o tym, jak było za Niymca,
a jak za staryj Polski.

Czasami ta egzotyczna polskość objawiała się, jako coś wrogiego naszej
śląskości, np. w postaci nasłanych z Częstochowy na urzędy „Poloków”, albo
nawiedzonych nauczycieli polonizatorów. Ale to były raczej problemy
dorosłych, zasłyszane w podsłuchanych mimowolnie rozmowach. Zresztą była
jeszcze jedna bardzo istotna okoliczność. O to wszystko można było obwinić
komunę. Gdy zaczynałem dorastać wybuchła w Polsce „Solidarność”. To
sprawiało, że śląskość z polskością łatwo było mi pogodzić.

Moje pierwsze brutalne odczucie polskości nastąpiło, gdy po ukończeniu szkoły
podstawowej poszedłem do ogólniaka w mieście. Nie przyszło mi do głowy, żeby
moją etniczność przed kimkolwiek ukrywać. I spotkało mnie odrzucenie. Moja
śląskość i wiejskość zostały wydrwione. Pierwsze lata nauki w ogólniaku
zapamiętałem jako doświadczenie upokorzenia. Najboleśniejsze było to doznane
ze strony rówieśników. I tu się zaciąłem. Nie wiem dlaczego, ale uparłem się,
że nie będę się ani mojej mowy, ani mojego wiejskiego pochodzenia wstydził.
Myślę, że odczuwałem jakieś poczucie osobistej godności, które nie pozwoliło
mi wyprzeć się siebie. Kosztowało mnie to wiele bólu, ale przetrwałem. Byłem
od nich zdolniejszy, pracowitszy, twardszy.

Mimo tego mocnego negatywnego doświadczenia nie nastąpiło we mnie jakiś
radykalny konflikt między polskością i śląskością. Znowu o wszystko
obwiniałem komunę. Przeciwko komunie byliśmy wszyscy, bez różnicy
polskojęzyczni i śląskojęzyczni. Byliśmy po jednej stronie barykady, po
drugiej byli tzw. „oni”. Bohaterstwo, poświęcenie, zaangażowanie dla Sprawy,
to wszystko pociągało, imponowało. Większość moich ówczesnych znajomych
przewinęła się przez oazę. Na pielgrzymkach śpiewaliśmy „Pieśń konfederatów
barskich”, nocami słuchaliśmy „Wolnej Europy” i z wypiekami na twarzy
szeptaliśmy sobie plotki o tym, gdzie ukrywa się Zbyszek Bujak. Polskę
idealizowaliśmy. Łatwo było to zrobić, bo tej wolnej Polski nie było.
Wydawało się nam, że jak tylko sowieci się wyniosą, będzie u nas raj na ziemi.

Pamiętam, że kiedyś na lekcjach polskiego przerabialiśmy publicystykę Edmunda
Osmańczyka, który z pozycji polskiego patrioty, a jednak dość krytycznie,
wypowiadał się o Polakach, porównując ich z Niemcami, którzy właśnie
przegrali wojnę. Wpisywało się to dość dobrze w propagandę schyłkowego okresu
komuny, propagandę szukającą przyczyn upadku państwa w „wadach narodowych”.
Pamiętam, że wtedy jako jedyny odważyłem się zaprotestować i zawzięcie
polemizowałem z polonistką. Byłem jak Gabriel Basista, w filmie „Sól ziemi
czarnej” oglądający Polskę z daleka, przez lunetę, jak marzenie, jak ludową
baśń. Jedyna Polska, jaką wtedy znałem, to kilka wsi z moich okolic plus
patriotyczno-heroiczna mitologia.

I ta wolna Polska do nas przyszła, została nam podarowana za darmo, jak manna
z nieba zrzucona Żydom na pustyni. Ta wolna Polska do nas przyszła i
rozczarowała. Rozczarowała mnie tak samo, jak pokolenie Gabrielów Basistów,
do którego należał mój pradziadek powstaniec. I okazało się, że z tych
naszych wszystkich ideałów nic nie zostało. Nagle Polacy zaczęli się modlić
do sukcesu, idąc do niego po trupach sąsiadów, zamiast prostoty wybrali życie
lekkie, łatwe, przyjemne i głupie a poświęcenie i solidarność zamienili na
zasadę „śmierć frajerom”. I nie potrafiłem wpasować mojej śląskości w świat
dobrze umotywowanych i „wartości swej w pełni świadomych” nosicieli telefonów
komórkowych, cwanych polityków i pogrążonego w marazmie proletariatu, którego
aktywność życiowa ogranicza się do drobnych oszustw, walenia pięścią w stół i
krzyku „a mnie się należy, a myśmy sobie wywalczyli”. I pomyślało mi się, czy
czasem Osmańczyk nie miał racji. I moja polskość topniała z każdym nowym
zwycięstwem postkomuny, z każdą nową aferą narodowo-katolickiej „prawicy”, by
niedawno ostatecznie lec w gruzach. I zacząłem czuć tę różnicę. Nie wiem, czy
jestem Polakiem. Wiem na pewno, że nie jestem Polakiem standardowym, nie
jestem takim Polakiem, jak inni. Górny Śląsk, przynajmniej ten, który znam i
pamiętam, jest inny.

Moje rozczarowanie nie wiąże się tylko z inwazją Mac-świata. Wierzyłem
głęboko w to, że wolna Polska weźmie moją śląską etniczność w obronę.
Przecież przed wojną Śląsk miał szeroką autonomię. Nic takiego się nie stało
a pod pewnymi względami jest gorzej, niż za komuny. Pamiętam, że w czasach
komunistycznych Śląsk budził pewien respekt. Przedstawiano Ślązaków jako
ludzi ciężkiej pracy, prostych, ale twardych i godnych szacunku. To wszystko
zmieniło się po roku 1990. Nastała wprawdzie pewna moda na śląskość, ale
śląskość tą odarto całkowicie z jej ducha, sprowadzając ją do swoistego
śląskiego zoo, w którym można sobie pooglądać różne okazy prymitywnego
folkloru. (I jest całkiem możliwe, że tylko takie zoo nam pozostanie, bo to
prawdziwe zoo ponoć bankrutuje). Dzisiaj Śląsk postrzegany jest jako zatruta
czarna dziura zasiedlona jakimiś zdegenerowanymi półgłówkami. Tak samo, jak
przed laty, upokorzenie jest częstym doświadczeniem mówiącego po śląsku i
przyznającego się do swojej etniczności.

Myślę, że Polacy nigdy Śląska nie zaakceptowali takim, jaki on jest, nie
uznali go za część swojej polskości. Polacy zawsze traktowali Śląsk jako
teren, który dopiero ma się na ich polskość nawrócić.

Polacy nigdy nie uznali za swoją naszej mowy. Gdyby było inaczej, nauczyciele
poloniści nie byliby trenowani, jak unikać śląskiego akcentu („ ... musisz
mówić tak, żeby nikt nie poznał, że jesteś ze Śląska”) i jak oduczać dzieci
mówienia po śląsku. Gdyby było inaczej, p. redaktor Smolorz nie musiałby się
skarżyć, że urzędnicy w katowickim magistracie notorycznie przekręcają jego
nazwisko zamieniając jego śląskie brzmienie na mniej drażniące dla polskiego
ucha „Smolarz”.

Polacy nigdy nie uznali za swoją historii naszej ziemi. W szkolnych
podręcznikach do nauki historii znajdziemy więcej informacji o rewolucji
francuskiej i ekspansji kolonialnej Anglii niż o dziejach Śląska, które przez
sześć wieków toczyły się całkiem odmien
Obserwuj wątek
    • Gość: MONDRY Re: Trocha o Slonsku - 2. IP: *.racke.de, / 192.168.6.* 29.07.02, 11:10

      Polacy nigdy nie uznali za swoją naszej mowy. Gdyby było inaczej, nauczyciele
      poloniści nie byliby trenowani, jak unikać śląskiego akcentu („ ... musisz
      mówić tak, żeby nikt nie poznał, że jesteś ze Śląska”) i jak oduczać dzieci
      mówienia po śląsku. Gdyby było inaczej, p. redaktor Smolorz nie musiałby się
      skarżyć, że urzędnicy w katowickim magistracie notorycznie przekręcają jego
      nazwisko zamieniając jego śląskie brzmienie na mniej drażniące dla polskiego
      ucha „Smolarz”.

      Polacy nigdy nie uznali za swoją historii naszej ziemi. W szkolnych
      podręcznikach do nauki historii znajdziemy więcej informacji o rewolucji
      francuskiej i ekspansji kolonialnej Anglii niż o dziejach Śląska, które przez
      sześć wieków toczyły się całkiem odmiennie od dziejów państwa polskiego.
      Dlatego po dwunastu latach demokracji śląskie miasta nadal zaludnione są ludźmi
      wykorzenionymi, w ogóle nie znającymi często bogatej przeszłości swych
      miejscowości, ich zabytków i pomników kultury. Jeśli naród przyrównalibyśmy do
      rodziny, to jego spisane dzieje moglibyśmy przyrównać do rodzinnego albumu ze
      zdjęciami, w którym dokumentuje się najważniejsze wydarzenia z życia bliskich
      osób. W tym albumie, którym jest spisana historia Polski, nie ma zdjęć ze
      Śląska. Wniosek ciśnie się na usta sam. Ludzie, którzy ten album układali nie
      uznali nas za swoich bliskich, za członków swojej narodowej rodziny.

      Polska przejmując pod swoje zwierzchnictwo nowe ziemie na Zachodzie powinna
      była się poszerzyć nie tylko w sensie terytorialnym, ale także duchowym.
      Pojęcie polskości powinno zostać rozszerzone o Śląsk taki, jakim on był. Stało
      się jednak inaczej. Polska potraktowała Śląsk jako swego rodzaju „lebensraum”
      do zasiedlenia przez nowych standardowych Polaków. Chcemy ziemi, chcemy fabryk,
      chcemy domów, ale nie chcemy historii, kultury i języka mieszkańców tego
      terenu. Pod tym względem dzisiejsza Polska nie różni się od Niemiec Bismarcka.
      Mój pradziadek przystąpił do powstania nie po to, żeby Śląsk stał się jeszcze
      jednym Mazowszem albo jeszcze jedną Małopolską. Ryzykował życie po to, żeby
      Śląsk mógł pozostać Śląskiem i żeby nasza swojskość przetrwała. Jak mu się
      wtedy wydawało, dobrym sposobem na to było związanie się z Polską.

      Na początku byłem pełny zapału. Dałem tej wolnej Polsce duży kredyt zaufania.
      Czekałem, bo przecież wszystkiego nie uda się naprawić od razu. Czekałem
      dwanaście lat - okres wystarczająco długi, żeby przynajmniej coś zacząć i w ten
      sposób wyrazić swoje intencje. Teraz moja wiara we wparcie ze strony Polski się
      wyczerpała. Wiem, że jeśli sami się nie upomnimy o swoje, zginiemy.

      Moja śląska etniczność jest dla dzisiejszej Polski kłopotliwą historyczną
      zaszłością, jakimś „brakującym ogniwem” ewolucji prowadzącej do
      pełnego „powrotu na łono narodu”. Wolna Polska ignoruje tą etniczność przy
      podziale administracyjnym, przy układaniu programów szkolnych. Ślązaków
      wprawdzie nie wysiedla się już i nie zsyła na Ural, ale nie pozwala się trwać
      naszej tożsamości. Wolna Polska dąży do całkowitego zasymilowania mnie i moich
      pobratymców. Zasymilowania, czyli ujednolicenia w ramach ustandaryzowanej
      polskości. Zasymilowania, czyli wydarcia śląskości z serca mojego i moich
      ziomków. Proces ten nazywa się eufemistycznie „integracją”. Nie jesteśmy
      podmiotem wolnego polskiego państwa, jesteśmy w tym państwie w dalszym ciągu
      przedmiotem. Podmiot to ktoś, kto współdecyduje i ktoś dla kogo to państwo
      istnieje. Przedmiot to coś, z czym coś się robi bez pytania go o zdanie.

      Najbardziej boli, gdy przykrość spotyka nas ze strony bliskich. Mnie
      najbardziej boli, że mojej śląskości w większości nie akceptują Polacy
      przyznający się do wiary w Boga i wyznający poglądy prawicowe. Moja śląskość w
      dużej części nie jest akceptowana w polskim Kościele.

      Z grubsza rzecz biorąc polskość można rozumieć na dwa sposoby. Można ją
      rozumieć w sposób szeroki i otwarty, tak jak to było w Rzeczypospolitej z
      czasów jej świetności. W tej Rzeczy-pospolitej mieścił się niemieckojęzyczny
      Prusak Mikołaj Kopernik, ruska szlachta, żydowskie mieszczaństwo oraz wiele
      innych nacji i etniczności. W takiej Rzeczypospolitej doskonale zmieściłby się
      mój Śląsk. Istnieje też bardzo zawężone pojęcie polskości, które pojawiło się
      po rozbiorach a utrwaliło w wieku dwudziestym. Pojęcie to każe rozumieć
      polskość jako jednakowość a w różnorodności etnicznej upatruje
      zagrożenie. „Racja stanu” uzasadnia więc rozmywanie i niszczenie etniczności. W
      tak rozumianej polskości nie ma dla mnie miejsca. W tym rozumieniu Polakiem nie
      jestem i nigdy nie byłem, ponieważ moja mowa, moja tradycja, moja świadomość
      nie przystawały i nie przystają do standardu.

      Niestety wolna Polska, na którą czekałem, a szczególnie ta Polska prawicowa,
      prawdopodobnie ze strachu nowym, coraz wyraźniej przechyla się ku temu
      zamkniętemu i wąskiemu rozumieniu narodowości. Moja śląskość jest więc
      postrzegana jako niebezpieczna a mój upór staje się grzechem przeciwko
      narodowi. Patriotycznym i chrześcijańskim obowiązkiem Ślązaka jest poddanie się
      asymilacji.

      I widzę, jak dzień po dniu ta moja swojskość-śląskość topnieje z jednej strony
      pod naporem Mac-świata w polskim opakowaniu, a z drugiej pod wpływem
      prawicowych, narodowych fobii.

      Jaki więc sens ma dla mnie bycie Polakiem? Jaki sens ma dla mnie naród, który
      mnie nie akceptuje. Po co mi ojczyzna bez języka, tradycji i dziejów moich
      ojców. Jeśli organizujemy się razem w jedno państwo, to nie po to, żeby jedni
      narzucali coś drugim, ale po to, żeby nawzajem i razem chronić rzeczy, które są
      dla nas drogie. Polskość mogłaby mieć dla mnie sens, ale tylko wtedy, gdyby
      wspierała moją śląskość i pomagała mi stawać się w niej doskonalszym
      człowiekiem. A to już brzmi prawie jak zasada pomocniczości, znana z
      katolickiej nauki społecznej: Wspólnoty większe są moralnie godziwe, jeśli nie
      zastępują wspólnot mniejszych, ale wspierają je w tych zadaniach, których
      mniejsze wspólnoty nie są w stanie wypełnić.

      Tymczasem póki co polskość wdziera się w moje życie i zamiast moją pierwotną
      śląskość wspierać, brutalnie żąda jej amputacji. Amputacja taka choć bolesna,
      jest możliwa. Tylko po co na miejsce amputowanej śląskości przyszywać
      ustandaryzowaną polskość. Tylko czy po takiej amputacji możliwa jest jeszcze
      jakakolwiek tożsamość narodowa albo etniczna. Dla mnie tożsamość nie może być
      czymś czysto utylitarnym („tam ojczyzna, gdzie lepiej”). Podstawą tożsamości
      musi być pewien związek emocjonalny z jakąś zbiorowością i jej kulturą. Jeśli
      mój związek emocjonalny ze śląskością zostałby przecięty, jakakolwiek tożsamość
      przyszyta na jego miejsce byłaby czymś sztucznym i bardzo płytkim. Tak pojęta
      polskość byłaby rzeczywiście tylko pewnym „interfejsem”, który umożliwia mi
      funkcjonowanie w otoczeniu Polaków i kontakt ze światem. Tak pojęta polskość
      byłaby przy tym czymś zupełnie przypadkowym, gdyż wynikałaby tylko z tego, że
      urodziłem się akurat tu i akurat w tym a nie innym czasie. Gdyby moi przodkowie
      zdecydowali się zgermanizować, byłbym Niemcem. Gdyby Prusy nie zabrały Śląska
      Austrii dwa i pół wieku temu, prawdopodobnie najbardziej naturalny byłby dla
      mnie „interfejs” czeski.

      Tylko jeśli już decydujemy się na przeprowadzenie tej bolesnej operacji, to po
      co przyszywać akurat „interfejs” polski. Polski „interfejs”, być może jest
      lepszy od śląskiego, ale niesie ze sobą swoje własne ograniczenia. Jeśli mamy
      nasze dzieci uczyć języka, który nie jest nasz, to dlaczego ma to być „jedno z
      mniej znanych afrykańskich narzeczy”. Czy razem z „interfejsem” mamy przyswajać
      sobie wszystkie polskie fobie przed Wschodem i Zachodem i uprzedzenia wobec
      sąsiadów? O ileż lepszy byłby „interfejs”
      • Gość: MONDRY Re: Trocha o Slonsku - 3. IP: *.racke.de, / 192.168.6.* 29.07.02, 11:12
        Tylko jeśli już decydujemy się na przeprowadzenie tej bolesnej operacji, to po
        co przyszywać akurat „interfejs” polski. Polski „interfejs”, być może jest
        lepszy od śląskiego, ale niesie ze sobą swoje własne ograniczenia. Jeśli mamy
        nasze dzieci uczyć języka, który nie jest nasz, to dlaczego ma to być „jedno z
        mniej znanych afrykańskich narzeczy”. Czy razem z „interfejsem” mamy przyswajać
        sobie wszystkie polskie fobie przed Wschodem i Zachodem i uprzedzenia wobec
        sąsiadów? O ileż lepszy byłby „interfejs” angielski albo niemiecki!

        Przecięcie związku z tradycją przodków, w której człowiek wyrastał, w istocie
        prowadzi do „zglobalizowania się” i częściowo do nihilizmu. Prawdziwa tożsamość
        kształtuje się przez setki lat, przechodząc z pokolenia na pokolenie. Nie da
        się przeszczepić Mazowsza albo Małopolski na Śląsk. Chyba, że godzimy się na
        nihilizm. Myślę, że tu jest jedna z najpoważniejszych przyczyn kłopotów, jakie
        przeżywa obecnie wolna Polska a z nią Śląsk.

        O cóż więc nam chodzi? Czy o pieniądze, czy o niepodległe państwo śląskie, czy
        o wyrzucenie z naszej ziemi obcych? Nie! Jak wszystko co żyje, po prostu chcemy
        trwać. Chcemy trwać nie tylko fizycznie. Chcemy trwać także duchowo a więc
        chcemy, żeby trwały rzeczy nam bliskie, nasza mowa, nasze obyczaje, nasza
        śląska swojskość, dzięki której oswajamy otaczającą nas przestrzeń i możemy
        czuć się w niej dobrze, znajdując w niej poczucie ładu, bezpieczeństwa i
        harmonii. Nie możemy zgodzić się na asymilację. Nie możemy zgodzić się na bycie
        jakimś niedoskonałym stanem przejściowym na drodze do pełnej polskości. Wiem,
        że śląskość istnieje i choć nie potrafię jej do końca sprecyzować, chcę ją
        zachować. Nie interesuje mnie, czy ktoś nazwie ją narodowością, etnicznością,
        językiem, dialektem, gwarą, czy jeszcze jakoś inaczej. Chcę, żeby trwała!

        Jeśli chcemy śląskość zachować, musimy to dążenie ukonkretnić. Ta nasza
        swojskość wymaga doprecyzowania. Musimy się zastanowić, co jest dla nas
        najważniejsze, co chcemy zachować lub twórczo przemienić, a czemu pozwalamy
        odejść do przeszłości. Wiadomo, że nie da się dzisiaj żyć tak, jak sto lat
        temu. Nasza nowa śląskość musi być na tyle elastyczna, żeby dostosowywać się do
        nowych czasów i okoliczności. Z drugiej strony musi być w niej na tyle dużo
        naszej swojskości, żebyśmy mogli ją postrzegać jeszcze jako coś swojego, a nie
        już jako coś obcego. Myślę, że zadowalająca odpowiedź na to pytanie nie została
        jeszcze podana. Być może dwanaście lat wolności, po których w dalszym ciągu nie
        wiadomo, czym okaże się być nowa Polska i czym Śląsk, to za mało, aby jakaś
        dobra idea mogła się wykluć.

        Mac-świat proponuje nam wizję Śląska czysto ekonomiczną i utylitarną, Śląska
        traktowanego tylko jako pewna wspólnota interesów. Jest to wizja kraju
        bogatego, poprzecinanego autostradami po których suną szybkie auta i pełnego
        nowoczesnych budowli, ale zupełnie wypranego z naszej swojskości. No bo jak
        pogodzić ducha ograniczenia i ascezy, o którym pisał Bodzio, z dążeniem do
        sukcesu, jak pogodzić rodzinność z mobilnością a nasz twardy język z
        autoprezentacją.

        Narodowa prawica i Kościół proponują wizję Śląska „wintegrowanego” w
        zunifikowaną Polskę, zamieszkałego przez Polaków takich samych, jak w innych
        częściach kraju. Mamy zachować te swoje cechy, które są wartościami
        uniwersalnymi - mamy pozostać uczciwi, pracowici, rodzinni. Zniknąć mają
        natomiast te rzeczy, które stanowią o naszej unikalności i wyróżniają nas z
        tłumu (z ewentualnym wyjątkiem dla paru cepeliowskich drobiazgów w charakterze
        listka figowego - żeby zadowolić tą zepsutą Europę, która ma jakieś dziwne
        odchylenie na punkcie regionalizmów). Zniknąć ma więc nasza mowa, nasza
        identyfikacja etniczna, czyli więź z tym kawałkiem ziemi, z jego dziejami,
        poczucie wspólnoty i przynależności do specyficznej tradycji. Mają one zostać
        zastąpione mową, identyfikacją i świadomością ogólnopolską. Nasza etniczność ma
        się roztopić w polskości, mamy ją złożyć narodowi w ofierze. Koncepcję tą
        nazwałbym koncepcją duchowego skonsumowania Śląska przez Polskę. Skonsumowania,
        czyli unicestwienia naszej śląskości poprzez zaabsorbowanie z niej tego, co
        Polacy uważają za korzystne dla siebie a wydalenie tego, co dla nich jest
        nieużyteczne. To skonsumowanie duchowe dopełniłoby skonsumowania materialnego i
        ekonomicznego, które już się dokonało. Ponieważ w ten sposób Śląsk ma zostać
        sprowadzony jedynie do pojęcia geograficznego, w istocie wizja ta jest wizją
        Polski bez Śląska. Tożsamości etnicznej i narodowej nie daje się wyjaśnić
        jedynie wartościami uniwersalnymi. Moja narodowość jest wartością tylko dla
        mnie i moich pobratymców, nie ma ona większego znaczenia np. dla Portugalczyka,
        podobnie jak jego portugalskość nie jest istotna dla mnie. Gdybyśmy mieli się
        opierać jedynie na wartościach uniwersalnych, wspólnych dla całej ludzkości
        (uczciwość, dobroć, pracowitość) , konsekwentnie należałoby wraz ze śląskością
        zlikwidować wszystkie narody, także polski. Przy tym jest całkiem możliwe, że
        wraz ze zniknięciem naszej śląskiej identyfikacji etnicznej i naszej śląskiej
        mowy znikną także śląska uczciwość, pracowitość, rodzinność, a w ich miejsce
        pojawi się nihilizm.

        Niektórzy działacze naszych lokalnych elit (Związek Górnośląski) coś tam bredzą
        o jakiejś potrójnej tożsamości polsko-niemiecko-czeskiej. Może to i prawda,
        tylko że doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że ta mityczna tożsamość jest
        jeszcze bardziej mglista i niekonkretna, niż moje opowiadanie o śląskości-
        swojskości. Jeśli chce się coś zrobić, najpierw trzeba skonkretyzować cel.
        Ponieważ przez dwanaście lat ta konkretyzacja nie nastąpiła, potrójna tożsamość
        stała się pustym hasłem do wykorzystania w przemówieniach wygłaszanych na
        organizowanych za pieniądze podatnika akademiach z okazji „kolejnej okrągłej
        rocznicy”.

        Ludzie skupieni wokół Ruchu Autonomii Śląska chcą chronić śląskość poprzez
        wywalczenie autonomii dla regionu, a także przez formalno-prawne
        zalegalizowanie istnienia naszej etniczności jako narodowości. Obie te rzeczy
        budzą zdecydowany opór ze strony Polaków. Autonomia i samorządność są rzeczą
        dobrą, tylko że jeśli chcemy autonomii, to zapewne nie dla niej samej, ale po
        to, żeby za jej pomocą coś osiągnąć. Jeśli chodzi tylko o więcej pieniędzy, to
        ta wizja nie odbiega za bardzo od wizji Mac-świata. Zapewne więc chodzi o coś
        innego. Otóż wydaje mi się, że w istocie chodzi o ochronę tej naszej
        swojskości, której jednak nie udało się założycielom stowarzyszenia
        skonkretyzować. W tej sytuacji słowo „autonomia” stało się pewnym wytrychem,
        ersatzem, w którym wyczuwam strach przed obcymi i dążenie do odseparowania się
        od nich. Sama autonomia, podobnie jak uznanie narodowości, nic nam nie da,
        jeśli nie będziemy wiedzieli, co z tym zrobić. Spróbujmy więc to nasze
        pragnienie zachowania swojskości skonkretyzować. Być może okaże się wtedy, że
        wiele możemy osiągnąć tymi narzędziami i środkami, jakie już mamy (np. samorząd
        gminny i powiatowy) bez antagonizowania ludzi nie poczuwających się do naszej
        śląskości a żyjących na Śląsku obok nas.

        Do mnie najbardziej przemawia droga obrana przez Kaszubów. Uważam, że ostoją
        naszej nowoczesnej tożsamości powinna stać się mowa. Mowa ta musi jednak zostać
        uporządkowana i przetworzona w język literacki. Mojej śląskości nie chcę
        pojmować jako coś zamkniętego i mającego zastąpić polskość. Nie chcę się
        odcinać ani od kultury polskiej, ani niemieckiej, ani żadnej innej. Chcę, aby
        moja śląskość stała się pewną „wartością dodaną”, z której czerpać będą mogli
        inni. Do tej mowy dodałbym jeszcze pamięć o dziejach przodków, czyli historię,
        ale pełną a nie wybiórczą.

        Marzy mi się Śląsk nie zunifikowany, ale wieloetniczny, na którym żyją w
        zgodzi
        • Gość: MONDRY Re: Trocha o Slonsku - 4. IP: *.racke.de, / 192.168.6.* 29.07.02, 11:14
          Marzy mi się Śląsk nie zunifikowany, ale wieloetniczny, na którym żyją w
          zgodzie ludzie uważający się za Polaków, za Niemców, za Ślązaków (niezależnie
          od tego, czy nazwiemy ich narodem, czy nie), a także wszystkie stany pośrednie.
          Chciałbym, aby wszystkie te społeczności wzajemnie się zaakceptowały,
          uszanowały swoje istnienie i umiały współpracować dla wspólnego dobra bez
          dążenia do zasymilowania kogokolwiek. Chciałbym, żeby zamiast
          słowa „integracja” zaczęto używać słowa „zgoda”.

          Nie wymagajmy od ludzi deklaracji narodowych rozumianych w wąskim sensie i
          wzajemnie wykluczających się. Żyjąc w społeczeństwie wieloetnicznym człowiek
          wchodzi w relacje z członkami różnych narodowości, zaprzyjaźnia się z nimi,
          zakochuje się. Po pewnym czasie zaczyna z nimi współ-czuć, staje się trochę
          Niemcem, trochę Żydem, trochę Ukraińcem. Można być jednocześnie Polakiem i
          Żydem, można być jednocześnie Polakiem, Ślązakiem i Niemcem. To jest bardziej
          naturalne niż bycie tylko Polakiem. Wymaganie od takiego człowieka
          jednoznacznego opowiedzenia się po tej czy tamtej stronie jest tak
          beznadziejne, jak wymaganie od dziecka rozwodzących się rodziców, by
          zdecydowało, czy chce być z mamą, czy z tatą. Skoro jednak wybierać mi każą,
          staję zdecydowanie po stronie tego, co dla mnie bardziej wewnętrzne, pierwotne
          i naturalne - po stronie śląskości. Polskość przyszła do mnie jako coś
          wtórnego, a często tej mojej pierwotnej śląskości wrogiego.

          Myślę, że Śląsk taki, jaki mi się marzy, byłby szansą także dla Polski. Polacy
          niszcząc naszą i inne etniczności, choć sami tego nie rozumieją, okaleczają
          siebie i swój kraj. Mogliśmy i nadal możemy być „perłą w koronie” i „solą ziemi
          czarnej”. Lecz jeśli sól utraci swój smak, to czymże ją posolić ...

          Józek Kulisz

          Powyższy tekst, który ukazał sie w periodyku "Bez Tytułu" (Wirek 9. czerwca
          2002, Nr.4 71), jest pokłosiem próby rozmawiania o Śląsku i śląskości.
          • Gość: Stephen Puknij sie w czolo IP: 212.141.155.* 29.07.02, 11:48
            Ale pierdolisz. Jezyk ogolnonarodowy a gwary czy dialekty to sprawa stara jak
            swiat. Nie dotyczy tylko Slaska czy Polski, podobne problemy w duzo wiekszym
            nasileniu wystepuja w wielu krajach Europy czy swiata. Np we Wloszech
            mieszkancy jednego regionu w ogole nie rozumieja mieszkancow innego gdy ci
            mowia w dialekcie. Ale w szkole wszyscy ucza sie wloskiego i nie slyszalem,
            zeby ktos byl dumny z tego, ze nie potrafi mowic poprawnie po wlosku. Czy w
            slaskiej pale nie potrafia zmiescic sie dwa jezyki? Poprawna, czysta
            polszczyzna i miejscowy dialekt w ktorym mowi sie w domu z matka czy babka?
            • Gość: MONDRY Re: Puknij sie w czolo IP: *.racke.de, / 192.168.6.* 29.07.02, 12:04
              Puknij sie w czolo
              Autor: Gość: Stephen IP: 212.141.155.*
              Data: 29-07-2002 11:48 + odpowiedz na list
              --------------------------------------------------------------------------------
              > Ale pierdolisz ..................


              1) Nie Szefie, tak z Toba nie rozmawiam. Nie tym tonem.
              2) Sama "merytoryczna" tresc Twojego tekstu zdradza
              absolutna niewiedze o Slasku. A mialem wielka nadzieje,
              ze artykul da do myslenia i uwrazliwi "Braci Polakow".

              O 11:30 sam probowales sie puknac w czolo,
              ale jak widac - nie udalo sie.
              Zycze polepszenia.
              • Gość: Stephen Re: Puknij sie w czolo IP: 212.141.155.* 29.07.02, 12:39
                Gość portalu: MONDRY napisał(a):

                > Puknij sie w czolo
                > Autor: Gość: Stephen IP: 212.141.155.*
                > Data: 29-07-2002 11:48 + odpowiedz na list
                > ------------------------------------------------------------------------------
                -
                > -
                > > Ale pierdolisz ..................
                >
                >
                > 1) Nie Szefie, tak z Toba nie rozmawiam. Nie tym tonem.
                > 2) Sama "merytoryczna" tresc Twojego tekstu zdradza
                > absolutna niewiedze o Slasku. A mialem wielka nadzieje,
                > ze artykul da do myslenia i uwrazliwi "Braci Polakow".
                >
                > O 11:30 sam probowales sie puknac w czolo,
                > ale jak widac - nie udalo sie.
                > Zycze polepszenia.

                Nie napisalem ani slowa o Slasku, wiec nie pieprz o "merytorycznosci" Napisale
                tylko, ze sytuacja jaka opisujesz to "normalka" na calym swiecie. I ludzie z
                tym zyja i sa szczesliwi. Po co wiec zatruwasz atmosfere na tym forum swoimi
                glupotami i przekonaniem o swojej slaskiej wyjatkowosci?
                Nie bedziemy tu sie pochylac nad toba jak matka nad dzieckiem i plakac rzewnymi
                lzami.
    • Gość: Stephen Re: Trocha o Slonsku (To whom it may concern) IP: 212.141.155.* 29.07.02, 11:39
      Gość portalu: MONDRY napisał(a):

      ) Mój Śląsk, moja Polska, mój świat
      )
      ) Jestem Ślązakiem. To dla mnie tak oczywiste, jak to, że bije we mnie serce i
      ) że oddycham. Śląskość mnie boli. Ten ból, czasem bardziej realny od bólu
      ) fizycznego, jest dla mnie dowodem na to, że to coś istnieje.
      )
      ) Przez wiele lat moja tożsamość nie stanowiła dla mnie problemu. Wychowałem
      ) się na Śląsku wiejskim, w otoczeniu, w którym moi pobratymcy stanowili
      ) ogromną większość. Śląskość przez wiele lat była dla mnie jedynym światem,
      ) jaki znałem. Nie zmieniła tego nawet szkoła. Dopóki chodziłem do szkoły w
      ) mojej miejscowości, do kolegów się godało, do „pani” się mówiło, al
      ) e tylko na
      ) lekcji, bo poza lekcją czasami nawet z „panią” można sobie było pog
      ) odać.
      ) Polska była w telewizji, w szkole, w książkach, była czymś dalekim i
      ) egzotycznym. Śląskość była czymś tak naturalnym, jak powietrze, którym się
      ) oddycha bezwiednie i którego się nawet nie zauważa, albo jak chleb, po który
      ) zawsze można było sięgnąć. Śląsk był w naszej pracy na polu u dziadków, w
      ) opowiadaniach o staroszkach, którzy na gospodarce przeżyli sto lat, w ómie,
      ) która opiekowała się nami w zastępstwie rodziców, w parze gołębi, którą
      ) dziadek przeznaczał na obiad dla wnuków. Śląsk był też w zdziwieniu dziadka,
      ) który chciał sobie „wyrobić emeryturę” pracując w PeGeeRze i nie mó
      ) gł się
      ) nadziwić dialektycznemu cudowi komunizmu - „jak to się dzieje, że oni cho
      ) dzą
      ) pijani, tyle dobra marnują, a ciągle mają pieniądze i prosperują”. Tylko
      ) czasami głosy dorosłych zamieniały się w szept, gdy ujkowie wieczorami
      ) rozprawiali o służbie w trzech armiach, wspominali o tym, jak było za Niymca,
      ) a jak za staryj Polski.
      )
      ) Czasami ta egzotyczna polskość objawiała się, jako coś wrogiego naszej
      ) śląskości, np. w postaci nasłanych z Częstochowy na urzędy „Poloków”
      ) ;, albo
      ) nawiedzonych nauczycieli polonizatorów. Ale to były raczej problemy
      ) dorosłych, zasłyszane w podsłuchanych mimowolnie rozmowach. Zresztą była
      ) jeszcze jedna bardzo istotna okoliczność. O to wszystko można było obwinić
      ) komunę. Gdy zaczynałem dorastać wybuchła w Polsce „Solidarność”. To
      )
      ) sprawiało, że śląskość z polskością łatwo było mi pogodzić.
      )
      ) Moje pierwsze brutalne odczucie polskości nastąpiło, gdy po ukończeniu szkoły
      ) podstawowej poszedłem do ogólniaka w mieście. Nie przyszło mi do głowy, żeby
      ) moją etniczność przed kimkolwiek ukrywać. I spotkało mnie odrzucenie. Moja
      ) śląskość i wiejskość zostały wydrwione. Pierwsze lata nauki w ogólniaku
      ) zapamiętałem jako doświadczenie upokorzenia. Najboleśniejsze było to doznane
      ) ze strony rówieśników. I tu się zaciąłem. Nie wiem dlaczego, ale uparłem się,
      ) że nie będę się ani mojej mowy, ani mojego wiejskiego pochodzenia wstydził.
      ) Myślę, że odczuwałem jakieś poczucie osobistej godności, które nie pozwoliło
      ) mi wyprzeć się siebie. Kosztowało mnie to wiele bólu, ale przetrwałem. Byłem
      ) od nich zdolniejszy, pracowitszy, twardszy.
      )
      ) Mimo tego mocnego negatywnego doświadczenia nie nastąpiło we mnie jakiś
      ) radykalny konflikt między polskością i śląskością. Znowu o wszystko
      ) obwiniałem komunę. Przeciwko komunie byliśmy wszyscy, bez różnicy
      ) polskojęzyczni i śląskojęzyczni. Byliśmy po jednej stronie barykady, po
      ) drugiej byli tzw. „oni”. Bohaterstwo, poświęcenie, zaangażowanie dl
      ) a Sprawy,
      ) to wszystko pociągało, imponowało. Większość moich ówczesnych znajomych
      ) przewinęła się przez oazę. Na pielgrzymkach śpiewaliśmy „Pieśń konfederat
      ) ów
      ) barskich”, nocami słuchaliśmy „Wolnej Europy” i z wypiekami n
      ) a twarzy
      ) szeptaliśmy sobie plotki o tym, gdzie ukrywa się Zbyszek Bujak. Polskę
      ) idealizowaliśmy. Łatwo było to zrobić, bo tej wolnej Polski nie było.
      ) Wydawało się nam, że jak tylko sowieci się wyniosą, będzie u nas raj na ziemi.
      )
      ) Pamiętam, że kiedyś na lekcjach polskiego przerabialiśmy publicystykę Edmunda
      ) Osmańczyka, który z pozycji polskiego patrioty, a jednak dość krytycznie,
      ) wypowiadał się o Polakach, porównując ich z Niemcami, którzy właśnie
      ) przegrali wojnę. Wpisywało się to dość dobrze w propagandę schyłkowego okresu
      ) komuny, propagandę szukającą przyczyn upadku państwa w „wadach narodowych
      ) ”.
      ) Pamiętam, że wtedy jako jedyny odważyłem się zaprotestować i zawzięcie
      ) polemizowałem z polonistką. Byłem jak Gabriel Basista, w filmie „Sól ziem
      ) i
      ) czarnej” oglądający Polskę z daleka, przez lunetę, jak marzenie, jak ludo
      ) wą
      ) baśń. Jedyna Polska, jaką wtedy znałem, to kilka wsi z moich okolic plus
      ) patriotyczno-heroiczna mitologia.
      )
      ) I ta wolna Polska do nas przyszła, została nam podarowana za darmo, jak manna
      ) z nieba zrzucona Żydom na pustyni. Ta wolna Polska do nas przyszła i
      ) rozczarowała. Rozczarowała mnie tak samo, jak pokolenie Gabrielów Basistów,
      ) do którego należał mój pradziadek powstaniec. I okazało się, że z tych
      ) naszych wszystkich ideałów nic nie zostało. Nagle Polacy zaczęli się modlić
      ) do sukcesu, idąc do niego po trupach sąsiadów, zamiast prostoty wybrali życie
      ) lekkie, łatwe, przyjemne i głupie a poświęcenie i solidarność zamienili na
      ) zasadę „śmierć frajerom”. I nie potrafiłem wpasować mojej śląskości
      ) w świat
      ) dobrze umotywowanych i „wartości swej w pełni świadomych” nosicieli
      ) telefonów
      ) komórkowych, cwanych polityków i pogrążonego w marazmie proletariatu, którego
      ) aktywność życiowa ogranicza się do drobnych oszustw, walenia pięścią w stół i
      ) krzyku „a mnie się należy, a myśmy sobie wywalczyli”. I pomyślało m
      ) i się, czy
      ) czasem Osmańczyk nie miał racji. I moja polskość topniała z każdym nowym
      ) zwycięstwem postkomuny, z każdą nową aferą narodowo-katolickiej „prawicy&
      ) #8221;, by
      ) niedawno ostatecznie lec w gruzach. I zacząłem czuć tę różnicę. Nie wiem, czy
      ) jestem Polakiem. Wiem na pewno, że nie jestem Polakiem standardowym, nie
      ) jestem takim Polakiem, jak inni. Górny Śląsk, przynajmniej ten, który znam i
      ) pamiętam, jest inny.
      )
      ) Moje rozczarowanie nie wiąże się tylko z inwazją Mac-świata. Wierzyłem
      ) głęboko w to, że wolna Polska weźmie moją śląską etniczność w obronę.
      ) Przecież przed wojną Śląsk miał szeroką autonomię. Nic takiego się nie stało
      ) a pod pewnymi względami jest gorzej, niż za komuny. Pamiętam, że w czasach
      ) komunistycznych Śląsk budził pewien respekt. Przedstawiano Ślązaków jako
      ) ludzi ciężkiej pracy, prostych, ale twardych i godnych szacunku. To wszystko
      ) zmieniło się po roku 1990. Nastała wprawdzie pewna moda na śląskość, ale
      ) śląskość tą odarto całkowicie z jej ducha, sprowadzając ją do swoistego
      ) śląskiego zoo, w którym można sobie pooglądać różne okazy prymitywnego
      ) folkloru. (I jest całkiem możliwe, że tylko takie zoo nam pozostanie, bo to
      ) prawdziwe zoo ponoć bankrutuje). Dzisiaj Śląsk postrzegany jest jako zatruta
      ) czarna dziura zasiedlona jakimiś zdegenerowanymi półgłówkami. Tak samo, jak
      ) przed laty, upokorzenie jest częstym doświadczeniem mówiącego po śląsku i
      ) przyznającego się do swojej etniczności.
      )
      ) Myślę, że Polacy nigdy Śląska nie zaakceptowali takim, jaki on jest, nie
      ) uznali go za część swojej polskości. Polacy zawsze traktowali Śląsk jako
      ) teren, który dopiero ma się na ich polskość nawrócić.
      )
      ) Polacy nigdy nie uznali za swoją naszej mowy. Gdyby było inaczej, nauczyciele
      ) poloniści nie byliby trenowani, jak unikać śląskiego akcentu („ ... musis
      ) z
      ) mówić tak, żeby nikt nie poznał, że jesteś ze Śląska”) i jak oduczać dzie
      ) ci
      ) mówienia po śląsku. Gdyby było inaczej, p. redaktor Smolorz nie musiałby się
      ) skarżyć, że urzędnicy w katowickim magistracie notorycznie przekręcają jego
      ) nazwisko zamieniając jego śląskie brzmi

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka