katalina_mo
25.06.07, 20:24
Miałam dziś niemiłą przygodę w knajpie Antykwariat koło Marszałkowskiej -
spotkałam na mieście kolegę i razem wybraliśmy się do Antykwariatu, który na
pozór wydaje się fajnym, klimatycznym miejscem. Był upał, więc jak zwykle
miałam przy sobie napoczętą butelkę wody, podeszłam do baru złożyć
zamówienie, szukałam portfela w torebce więc moją małą buteleczkę postawiłam
na barze i wtedy się zaczęło - zamiast grzecznego "dzień dobry i czego sobie
pańsywo życzą" zostałam zaatakowana przez stojacego za barem siwiejącego
pana, strasznie go ta niedopita butelka wody oburzyła i zwyczajnie mnie
zaatkował, zjechał, jakbym popełniła jakieś straszne wykroczenie - a przeciez
po to podeszłam do baru, żeby zmaówić coś do picia, do głowy by mi nie
przyszło wypić przyniesioną przez siebie wodę. Albo facet jest nieźle
stuknięty, albo jest prymitywnym chamem i brakuje mu kultury i nie powinien
miec kontaktu z klientami - po prostu zdębiałam jak na mnie napadł, nawet
jesli widok moje wody mu przeszkadzał mógł mnie prosić o schowanie do
torebki. Oczywiście natychmiast odwróciłam się i stamtąd wyszłam. Dziwne
tylko, bo byłam w tylu miejscach na świecie i w żadnej odwiedzanej przez mnie
knajpie sam fakt posiadania przy sobie wody, gumy do żucia czy paczki
papierosów nie wywoływał takiej agresji, wszędzie szanuje się klientów. Czy
ktoś ma podobne doświadczenia z tym miejscem, czy to ja miałam takiego pecha?
W każdym razie radzę omijać Antykwariat szerokim łukiem, zamiast się
zrelaksowac człowiek tylko się niepotrzebnie denerwuje.