Gość: ratinal
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
15.02.06, 22:59
Dzisiaj wracałem sobie z narciarskiego wypadu w góry i jak część warszawiaków
wybrałem drogę przez Katowice. Jak wygląda trasa większość z was pewnie wie.
Dwa pasy ruchu w jednym kierunku, tempo jazdy dość duże.
Pomykam sobie grzecznie 110 km/h prawym pasem raz na jakiś czas zmieniając go
na lewy, by wyprzedzić kogoś jadącego wolniej. Wszystko było pięknie, ale
spotkałem na swojej drodze gniewnego, na dodatek niemłodego i z rodziną (żona
+ 2 dzieci) na pokładzie.
Jechałem właśnie lewym pasem za ciężarówką (która uznała, że jedzie szybciej
niż pozostałe i wyprzedzała właśnie inną jadącą prawym pasem) i osobowym,
który spokojnie, jak ja czekał, aż kolos przed nami skończy swój manewr. W
takiej sytuacji z tyłu nadjechał "gniewny" oczywiście siadając mi na
zderzaku. Ponieważ sytuacja była rozwojowa (czytaj: dwa pasy przede mną
zajęte przez ciężarówki) olałem gościa i dalej jechałem lewym. W tym
momencie "gniewny" zjechał na prawy pas i zrównawszy się ze mną włączył
kierunek i zaczął zjeżdżać na mój pas, prosto na mnie (konkretnie - na
przednie drzwi). Ponieważ nie należał do żadnego ludu uprzywilejowanego
włączyłem klakson (ja rozumiem, że chce się jak najszybciej znaleźć w domu,
ale ja też, więc może chwilę w kolejce poczekać). Po chwili lewy pas się
zwolnił, wyprzedziłem obie ciężarówki i zjechałem na prawy pas. "Gniewny"
wyprzedziwszy mnie, zjechał na mój pas i dał po hamulcach. W ostatniej chwili
zjechałem na sąsiedni pas, a ciężarówka za mną prawie spaliła opony, hamując
przed palantem.
I teraz pytania do was:
1) Czym ja zawiniłem?
2) Co zawiniły mu żona i dzieci (spotkanie z ciężarówką jadącą 100 km/h do
najprzyjemniejszych raczej nie należy)?