dziedzicznacytadelafinansjery
26.08.06, 21:58
Czyli o tym, że głupota występuje w aż tak skrajnie czystej postaci.
A było tak: jadę jezdnią dwukierunkową, po dwa (zasadniczo) pasy ruchu w każdą
stronę. Wiem, ze na drugim skrzyżowaniu będę skręcał w lewo, wiem też, że na
pierwszym skrzyżowaniu w lewo skręca się z lewego pasa, który słuzy również do
jazdy prosto.
Na skrzyżowaniu jest czerwone swiatło, widzę, ze na lewym pasie ustawił się
jeden samochód, za nim podjeżdża Pan o Bardzo Małym Autku (ale drogim).
Ponieważ widzę, że żaden z nich nie włączył kierunkowskazu, więc przpuszczam,
że obaj pojadą prosto, ustawiam się więc za nimi. I tak stoimy, czerwone się
pali, potem zapala się żółte, zielone.
Pierwszy samochód ruszył i pojechał prosto. Drugi rusza, ale powoli, po
czym... włącza lewy kierunkowskaz i zatrzymuje się, aby przepuścić jadące
auta. Ja oczywiście za nim, a wiem z doświadczenia (kiedyś przecież jechałem
tam pierwszy raz), że jak on już skreci w lewo, to dla mojego kierunku będzie
czerwone, a ja bedę stać na środku, jeżeli szybko nie umknę ruszającym z boku.
I to jest właśnie przykład bezbrzeżnej głupoty w czystej postaci: co mi do łba
strzeliło, żeby przypuszczać, że jak facet stoi na światłach na lewym pasie i
nie ma włączonego migacza, to pojedzie prosto??? A mogłem się ustawić na
środkowym, nawet tak kalkulowałem, ale se myślę "aaaa, co będę potem zmieniał,
jak teraz pusto mam". No i musiałem zmienić - na środku skrzyzowania,
przepuściwszy wszystko, co jechało prawym pasem. Na zielone na następnym
skrzyzowaniu się oczywiście nie załapałem.
Pretensje mam tylko do siebie, bo przecież jak tamten chłopina kupił sobie
takie drogie auto, to już go pewnie nie stać, żeby żarówki za często w nim
wymieniać.