Gość: iwona
IP: 195.117.224.*
23.02.07, 11:15
dziś rano jechałyśmy z mamą wałem miedzeszyńskim w stronę warszawy i na
skrzyżowaniu z ulicą cyklamenów prosto pod koła wytoczyła nam się srebrna
toyota o numerach WH 20389. 'wytoczyła' do bardzo dobre słowo... kierowca
poprostu bardzo wyluzowany nie próbował cofać, uciekać w zatoczkę,
przyspieszyć żeby uniknąc zderzenia... zwyczajnie wtoczył się prosto pod
koła... mama po hamulcach (na redukcję biegów było za mało czasu ale
przynajmniej pulsujące hamowanie zadziałało), oparłyśmy się nosami o szybę
(gdyby nie pasy to...) a nasze auto dosłwonie oparło się zderzakiem o drogę,
pokręciło nas troche w lewo troche w prawo i na grubość włosa udało nam się
zatrzymać przed tym palantem.... ale szczerze mówiąc to nie daję słowa, może
go tryknęłyśmy lekko... no jak myślicie co się działo później? .... toyota
odjechała równie spokojnie jak spokojnie wpełzła nam pod koła... pierwsze co
zrobiłyśmy po zatrzymaniu na przystanku to mama papieros ja telefon,
zadzwoniłam na 112 i podałam numery tego samochodu, policjant powiedział, że
poda je okolicznym patrolom, ale niestety dojechałyśmy do dworca wileńskiego
i żadnego patrolu nie widziałyśmy, a przy dzisiejszej pogodzie może by się
jakiś przydał!!!!!!! no właśnie, nic nie mogę zrobić więc chociaż obsmaruję
palanta... bo różne sytuacje bywają. ludzie są śpiący, zdenerwowani, powodują
wypadki, ale to że kierowca się nie zatrzymał i nie sprawdził czy przypadkiem
nie dostałyśmy zawału w tej sytuacji ..... brrrrrrrrrrrrrrrrrr