kylie7
03.12.05, 17:10
Mam problem, ktory dla obiektywnego obserwatora moze wydac sie blahy, ze niby
szukam dziury w calym. Ale chcialabym napisac co ja przy tym czuje i jak
pozory moga mylic…
Moi przyszli tesciowie od poczatku wydali mi sie bardzo sympatyczni, mili i
przyjeli mnie z otwartymi ramionami. Czulam sie juz w pierwszych miesiacach
jakbym nalezala do rodziny: wspolne obiadki, wypady do kina, na urlop, do
teatru, na wesela kuzynow i kuzynek, mowienie sobie po imieniu: zawsze
liczyli mnie jako osobe.
Dzis, po ponad trzech latach bycia z moim narzeczonym i jego rodzina, w
przyszlym roku slub a ja czuje, ze wpadlam jak sliwka w kompot. Lgnelam do
nich, bo wlasnych rodzicow juz nie mam, pragnelam jak nikt rodziny. Takze moj
narzeczony wydawal mi sie byc idealnym kandydatem na meza. Dzis jednak widze,
ze pod pozorem grzecznosci i przymilania calkowicie przejeli wladze nad nim i
nad naszym zwiazkiem, co zmusza mnie do zastanowienia sie nad wspolna
przyszloscia. Pozornie nadal zawsze usmiechnieci, ja ukochana synowa, a
przeciagneli mojego narzeczonego na swoja strone. On liczy sie tylko z ich
zdaniem, mnie nie biorac juz pod uwage. Zaplanowal np. cale swieta i
sylwestra, gdzie je spedzimy, gdzie jedziemy – bo rodzice tak chca a jemu tez
to odpowiada, nie musi sie zastanawiac co i jak, ktos inny za niego podjal
decyzje, a jemu z tym dobrze, ja sie nie licze, ja sie musze do wszystkiego
dopasowac. Moge sie klocic z nim i tlumaczyc, co czuje, jak sie czuje, on nie
jest w stanie walnac w stol i powiedziec rodzicom: „Kocham was jako rodzicow,
ale moja przyszlosc, to ta kobieta, kora sobie wybralem, ktora wkrotce urodzi
mi dziecko. Rodzice rodzicami,ale to ona jest moja przyszla rodzina i dlatego
dla mnie najwazniejsza“. on nawet tak nie czuje, nie mowiac juz o tym, by byl
w stanie to powiedziec…
Bedziemy mieszkac razem z nimi – bo rodzice tak chca. Czuje sie w ich domu
jak piate kolo u wozu, gdy szwagierka rozmawia z tesciowa szeptem, bóg wie o
czym, narzeczony z tata w innym kacie, jak sie pytam o czym, e tam, nic
waznego. Bedziemy mieli wkrótce dziecko, snuja juz plany gdzie urodze, do
jakiego przedszkola maly pójdzie, moje zdanie sie w niczym nie liczy.
Mezczyzna, ktorego kocham, traktuje mnie jak przylepe, egoistyczny jaki jest –
jade tam i tam, jak chcesz to mozesz jechac ze mna jak nie to, ja mam taki
plan i albo sie podporzadkowujesz, przypasowujesz sie do tego jak mi pasuje,
albo nie. A jakie mam wyjscie?
Zostac samotnym wojownikiem? ja jedna i ich czterech? a jak jeszcze nasze
dziecko dojdzie, czy nie zasluguje na ich szacunek jako matka malego? a mam
wrazenie, jakby traktowali mnie jak kobiete, ktora TYLKO urodzila ICH synowi
dziecko…
Gdzie popelnilam blad? W ktorym momencie przestali mnie szanowac, zaczeli
traktowac, owszem, jak czlonka rodziny, ale tam wbrew pozorom, ze tacy
serdeczni i mili, nie ma nikt nic do powiedzenia oprocz ojca. a ten i ze mna
sobie juz pozwala: ze za dlugo w lazience siedze, wali mi w dzwi i sie
wscieka, ze telefonuje za dlugo – wszystko mu przeszkadza. nie tylko we mnie,
do wszystkich taki jest, ale ja uwazam ze synowa synowa, i cudownie jest czuc
sie u rodziny meza dobrze, ale w ich zachowaniu jest tyle przesady, ze
zaakceptowali mnie an nadto, ze traktuja mnie jak smiecia, z ktorym mozna
wszystko zrobic. Tak jak siebie wzajemnie. Pod pozorem szczegolnej
serdecznosci, na tyle zdobyli moje zaufanie ze nie zauwazylam znakow, kiedy
zaczeli sie za bardzo do mnie spoufalac. A tam, gdzie jest przesada, nigdy
nie jest dobrze.
Nie ma tej moralnie zdrowej granicy, my rodzina – ty synowa.
A we wlasnym przyszlym mezu nie mam oparcia, bo on mnie nie rozumie. ze robie
z igly widly, ze przeciez nikt mnie nie krzywdzi, jestem u nich, siedze,
spie, jem, ale tak mysle sobie ze gdybym miala tesciow, z ktorymi nie
moglabym sie dogadac, to przynajmniej moj narzeczony musialby sie okreslic,
kto jest dla niego wazniejszy. a tak on chce miec i rodzicow i mnie jako jego
cien u boku. A ja sie zastanawiam, czy tak ma moje cale zycie wygladac?
przeciez ja nerwowo nie dam rady, wczesniej czy pozniej to sie rozpadnie bo
nie mozna ciagnac, tak jak on, dwoch srok za ogon, ktos musi byc wazniejszy,
a dla niego, jesli mialby wybierac, sa to niestety rodzice, nie ja. A nawet
jak sie rozstaniemy to jego rodzice i tak nie pojma, ze to przez nich, ze to
oni za duzo chcieli, przesadzili, ze rozwalili nam malzenstwo. Dla nich ja
bede ta zla i tyle.
Wszystko przelicza na pieniadze: bo tak jest taniej, lepiej i kombinuje, zeby
wilk syty i owca cala. on ma rodzinke wokol siebie i mnie u boku. a ze ja nie
jestem szczesliwa w tej sytuacji, to on nie rozumie. Bo, tak mysle, po prostu
mnie nie kocha…