forgetit
14.11.02, 16:28
Temat wątku zaczerpnęłam z artykułu Pawła Droździaka pod tym samym tytułem. A
chciałabym opowiedzieć o czymś, co mi się przytrafiło kilka lat temu.
Było dokładnie tak, jak napisał Paweł: umówiłam się z facetem, bo nie umiałam
odmówić. Nie podobał mi się, ale byłam tak strasznie samotna, że spotkałabym
się z każdym. Na wszelki wypadek założyłam najgorsze stare ciuchy, zero
makijażu, żadnych perfum, miałam nadzieję, że to kolesia choć trochę
zniechęci. Płonne były moje nadzieje, usłyszałam tylko, że wyglądam pięknie,
bo tak naturalnie.
Pojechaliśmy do akademika, miała się tam odbywać jakaś dyskoteka. Zanim
jednak rozpoczęła się impreza poszliśmy na górę do pokoju jego kolegi
(„przypadkiem” właśnie tam mieszkał). W tym miejscu muszę dodać, że zarówno
mój randkowicz, jak jego przyjaciel, pochodzili z Tanzanii. Szybko przeszli
na swój ojczysty język, którego, jak łatwo się domyślić, ni w ząb nie
rozumiałam. Podobno mieli ważne, rodzinno-plemienne sprawy do omówienia.
Początkowo przyjęłam ich tłumaczenia, bo może rzeczywiście długo się nie
widzieli, może taki u nich zwyczaj. Kiedy jednak ploteczki się przeciągały, a
ja siedziałam jak ten osioł, który niczego nie kęsi, stanowczo
zaprotestowałam przeciwko traktowaniu mnie jak powietrze. Nie przyszło im
łatwo zgodzenie się ze mną, ale w końcu ulegli i zeszliśmy na dół.
A tam bez przerwy mi stawiali piwo za piwem, a skoro dawali, to brałam.
Wlałam tego w siebie zdecydowanie za dużo, potańczyłam z kolegą, który nie
wydawał mi się już tak obleśny jak wcześniej i poczułam, że chcę do domu.
Padła propozycja, żebyśmy zanocowali w akademiku, bo współlokator wyjechał,
jest miejsce, a na dworze zimno, ciemno i daleko. Zgodziłam się, marzyłam
tylko o spaniu.
Nie było mi jednak dane zasnąć tej nocy. Koleś zaczął się do mnie dobierać,
prosić, grozić i przymuszać. Nie pomagało tłumaczenie, że nie mam ochoty.
Traktował mnie jak swoją własność tylko dlatego, że się z nim umówiłam, nie
docierało do niego, że mogę mieć własne zdanie na jakikolwiek temat.
Początkowo po prostu odmawiałam, ale w końcu zaczęłam miotać się po pokoju,
chować pod sprzęty, walić go butelką po głowie. Sama się pytam, dlaczego
zwyczajnie stamtąd nie wyszłam. Ano bałam się tego, że wywiąże się
szarpanina, że może zbiegną się świadkowie i zostanę skompromitowana do
końca. Poza tym nie bardzo wiedziałam, gdzie jestem, jak trafić do domu i
obawiałam się, że w tę ciemną noc na dworze może mi się przytrafić coś
jeszcze gorszego. Aktualna sytuacja wciąż wydawała mi się jakimś żartem, nad
którym zaraz zapanuję. Pamiętam, że kiedy zamknęłam się w łazience, panowie
zagrozili, że wezwą kogoś i będzie afera, że się barykaduję w cudzym kiblu.
Myśl o upublicznieniu całego zajścia sparaliżowała mój upity i zastraszony
umysł na tyle, że wyszłam stamtąd. A wtedy ten drugi koleś włączył się do
akcji, przygniatając mnie do podłogi i mówiąc, że na pewno pragnę tego, żeby
mnie obaj zgwałcili i że zaraz to zrobią. Wówczas w akcie skrajnej
determinacji weszłam na okno, wystawiłam nogi na drugą stronę i zagroziłam,
że wyskoczę. O dziwo poskutkowało, wypuścili mnie.
To nie był jednak koniec całej historii, bo potem ten facet wydzwaniał do
mnie długo i często, a ja z uporem maniaka udawałam, że mnie nie ma w domu.
Nie rozumiał żadnych aluzji, nie dotarło do niego, że nie chcę go więcej
widzieć ani słyszeć. Musiałam mu to dopiero powiedzieć wprost i
stanowczo, „nie, bo nie i kropka”, wszelkie tłumaczenia wikłały mnie tylko w
coraz gęstszą sieć. Po moim kategorycznym i bezpośrednim zerwaniu kontaktów
rzeczywiście przestał dzwonić, ale wcześniej poprosił do telefonu moją
siostrę i zapytał, czy ja nie jestem przypadkiem psychicznie chora albo czy
się kiedyś nie leczyłam.....
Wiecie, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? To, że całą tę historię
zupełnie wyparłam z pamięci. Dopiero artykuł Droździaka nie tylko mi o niej
przypomniał, ale też uświadomił, że byłam niedoszłą ofiarą gwałtu.